Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieść polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieść polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 października 2013

Dojrzewający owoc - "Persymona" Katarzyna Maicher

Współczesna polska literatura głównego nurtu nie jest tym, co czytam na co dzień. Jak bywalcy tego bloga wiedzą, wolę fantastykę, więc nie śledzę trendów tak zwanej wysokiej literatury. Niemniej, nie ma się co zamykać we własnym getcie, warto od czasu do czasu sprawdzić, co się dzieje poza wyimaginowanymi murami oddzielającymi gatunki, zwłaszcza, gdy pojawia się jakieś nowe, ciekawe nazwisko. Tym razem zainteresowała mnie Katarzyna Maicher. Od razu was ostrzegę, że to, co tutaj przeczytacie, będzie bardzo osobistą interpretacją historii napisanej przez panią Maicher, bo to książka przeznaczona do bardzo zindywidualizowanej interpretacji. Trudno o niej pisać obiektywnie, zwłaszcza, że każda kolejna lektura może doprowadzić do nowych wniosków.

Jak pisze sama autorka, jest to opowieść o zawodnej pamięci, dojrzewaniu i nienazwanej przemocy psychicznej. Opowiada nam ją dziewczyna (młoda kobieta? Nie znamy jej obecnego wieku), której imienia nie poznajemy. Relacje dziewczyny przeplatane są krótkimi fragmentami z chaotycznego dziennika jej matki. Narratorka obserwuje skomplikowane i trudne relacje między swoimi rodzicami, wspomina je i próbuje zbadać wpływ, jaki na nią wywarły.

„Persymona”, mimo kilku pojawiających się postaci pobocznych, ma tylko troje bohaterów – matkę, ojca i córkę. To w tym rodzinnym trójkącie rozgrywa się historia. Opowiadająca nam ją dziewczynka jest o tyle ważna, że to z jej perspektywy poznajemy wydarzenia. Utrwaliły się w niej jak na kliszy fotograficznej, wywołały emocje, zaciążyły na całym dalszym życiu. Autorka bardzo się stara, aby narrator nie był wiarygodny – dziewczyna często powtarza, że pamięć ją zawodzi albo niektórych rzeczy nie potrafi nazwać po imieniu. Zasiewa wątpliwości, czy wydarzenia, którymi dzieli się z czytelnikiem, naprawdę miały miejsce. Może tylko wyolbrzymiała je dziecięca wyobraźnia, a później nastoletni bunt? Ten narracyjny eksperyment sprawia, że liczba możliwych interpretacji tekstu znacznie wzrasta. Jeszcze wszystkich nie odkryłam.

Osobą, która miała największy wpływ na życie dziewczyny, był niewątpliwie ojciec i jego toksyczna relacja z matką. To, co poniżej przeczytacie będzie jedynie moim odczytaniem tej relacji - jak już kilkukrotnie podkreślałam, tylko jednym z możliwych. Otóż nie widzę w ich związku przemocy, jaką zwykliśmy kojarzyć z gazet. Ojciec nikogo nie bił, nie wpadał w szał, nie poniżał matki ani córki. Natomiast wykonywany zawód sprawił, że mógł być mistrzem manipulacji. Nigdy się nie dowiemy, czy użył swojej wiedzy w tym zakresie, żeby uzależnić od siebie żonę, czy też ona, wrażliwa, często zagubiona i wyraźnie potrzebująca w kimś oparcia, zrobiła to nieświadomie i bez niczyjej pomocy. Ostatecznie jednak nie potrafiła żyć bez męża, który wręcz przeciwnie – chciał się od niej uwolnić. Przy tym był neurotycznym egocentrykiem, więc jedyna ucieczka, na jaką się zdobył, to milczenie i szorstkość na granicy brutalności w stosunku do bliskich. Jednocześnie ojciec miał ogromną potrzebę kontroli nad bliskimi, a taką najłatwiej uzyskać poprzez uzależnienie...

To oczywiście tylko część splątanych zależności między bohaterami, ale odkrywanie reszty pozostawię czytelnikom. Teraz przejdę do języka, jakim autorka się posługuje. Jest on bliski kategorii „nie wiem, o czym czytam, ale jakie to piękne!”. Z tym że tu jednak wiadomo, co autorka miała na myśli, co znacznie zwiększa przyjemność obcowania z klasycznie pięknym językiem emocji, barw i obrazów. Dzięki temu narzędziu autorka prezentuje na wskroś kobiece postrzeganie świata, a czytelnik przewrotnie zastanawia się, czy pod tymi estetycznymi frazami nie kryją się aby jakieś okropieństwa.

Pozostaje mi polecić „Persymnę” jako kawał doskonałej literatury. Wielopoziomowa na mnóstwo sposobów, pięknie napisana, pełna emocji i doskonale, choć subiektywnie i niejednoznacznie nakreślonych postaci, zaspokoi gusta nawet najbardziej wymagającego czytelnika. Mocna rzecz – nawet dla tych, którzy nie lubią mocnych rzeczy.

Ksiązke otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.


Tytuł:
Persymona
Autor: Katarzyna Maicher
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2013
Stron: 260

wtorek, 9 lipca 2013

Kocia rodzina, ludzka rodzina - "Riko i my" Joanna Chełstowska, Ludwik Kozłowski

Jestem jedną z tych osób, które uwielbiają książki o zwierzętach. Z przewaga tych opartych na faktach, a stylizowanych na powieść – stąd moja ogromna sympatia do serii Biosfera i zainteresowanie serią Menażeria. Okazuje się jednak, że coś ciekawego w temacie można przeczytać i poza seriami. Wydawnictwo Pierwsze kiedyś zaprezentowało czytelnikom spopularyzowaną filmem powieść „Marley i ja”. Teraz wraca do zwierzęcej tematyki dzięki rodzimej książce „Riko i my”. Tytuły dość podobne prawda? Ciekawe, jak z wnętrzem.

Riko to kot. Olbrzymi, bury kocur z gatunku tych, które Pratchett nazywał kotami farmowymi. Jednak, w przeciwieństwie do mruczków zdefiniowanych przez sir Terry’ego, Riko jest bardzo inteligentny. Nie chodzi o to, ze jest jakimś kuriozum, które codziennie po obiedzie grywa z państwem w szachy. Chodzi raczej o jego empatię, umiejętność rozwiązywania problemów i życie emocjonalne. Poza tym łączy go niezwykle silna więź zarówno z jego kocią, jak i z ludzką rodziną, choć ta druga (więź, nie rodzina) rodziła się długo i nie bez problemów. Riko to zaiste niezwykły kot.

Może zacznę od tego, z czym mam w tej książce problem. Mianowicie chodzi o styl. Rozpieściła mnie chyba Woolfson swoją erudycją, a Koontz potoczystością wypowiedzi, chociaż ta pierwsza pisała o ptakach, a ten drugi o psie. Przy nich warstwa językowa u duetu Chełstowska i Kozłowski wypada bardzo ubogo. „Riko i my” to książka napisana w sposób prosty i, przynajmniej na początku, nieco naiwny. Widać niedobór środków artystycznych, a sam sposób pisania wygląda na mocno niedojrzały. Niemniej jest to, jak mi się wydaje, debiut literacki i tego typu błędy można wybaczyć. Zwłaszcza, że im dalej w treść, tym mniej naiwności w stylu, choć ciągle pozostaje on prosty. Jest nadzieja.

Ale przecież nie samym stylem książka stoi (śmiem twierdzić, że jestem w mniejszości przykładającej do niego sporą wagę). Jest jeszcze treść. I muszę przyznać, że autorzy przedstawiają ją z pasją i prawdziwym uczuciem. Czuć emocjonalną więź z opisywanymi wypadkami (jak wielokrotnie podkreślono „Wszystkie opisane w tej książce historie zdarzyły się naprawdę”[11]) i choć nie zawsze wychodzi to utworom na dobre, tym razem z pewnością nie zaszkodziło. Przygody kotów, zarówno podwórkowych, jak i domowych może nie porywają, ale potrafią zainteresować czytelnika i sprawić, że będzie któremuś z futrzastych bohaterów kibicował, a czasem uśmiechnie się pod nosem. Zwłaszcza, że nie ma przestojów i przynudzania, czasem wręcz szkoda, ze duet pisarski nie zagłębił się bardziej w zagadnienie.

Narrator powieści jest co prawda trzecioosobowy, ale wydarzenia poznajemy z perspektywy Rikiego i reszty kotów. Nie jest to do końca zabieg udany i mam wrażenie, że to właśnie on odpowiada za wspomnianą wyżej naiwność, wynikającą z przesadnej antropomorfizacji zwierząt. Zdaje się, że później autorzy narrację lepiej opanowali, bo pod koniec opowieści posługują się nią o wiele sprawniej.

Co do samych futrzaków przyznam, że chciałabym o nich wiedzieć więcej. Sam Riko został odmalowany szczegółowo i na tyle barwnie, że można bez problemu uwierzyć w jego niezwykłość, jednak reszta to w sporej części białe plamy. Chciałabym lepiej poznać zwłaszcza te koty, które przybyły do domu później. Z drugiej strony, w tytule książki mamy tylko Riko, więc może w kolejnych lepiej zapoznamy się z pozostałymi futrzakami.

Cóż mogę powiedzieć na zakończenie? „Riko i my” to z pewnością doskonała wakacyjna lektura dla wszystkich, którzy lubią koty, ale nie tylko. W zasadzie każdy wrażliwy czytelnik może w niej coś dla siebie znaleźć. Szkoda tylko, że zabrakło zdjęć, choćby i czarnobiałych, bo książka wspomnieniowa bez fotografii jest niepełna. Szkoda też, że po tekście szaleją podwójne spacje. Niemniej, jeśli przymkniemy oczy na niedostatki stylu i skupimy się na historii, z pewnością nie pożałujemy czasu pędzonego z książką. Jest malutka, więc w najgorszym razie niewiele go stracimy (a przynajmniej słowniczek kocich zachowań poszerzy nam wiedzę).

Ksiązke otrzymałam od Wydawnictwa Pierwsze.

Tytuł: Riko i my. O kotach, ludziach, przyjaźni i zaufaniu
Autor: Joanna Chełstowska, Ludwik Kozłowski
Wydawnictwo: Pierwsze
Rok: 2013
Stron: 223

poniedziałek, 24 września 2012

Historycznie o ikonie - "Vlad Dracula" Dariusz Domagalski

Recenzja sponsorowana przez Serenity, która pożyczyła mi książkę. Dzięki!:)

Wampiry głęboko zakorzeniły się w popkulturze. Zanim nadeszły czasy paranormalnych romansów, za pierwowzór wampira uważany był hrabia Dracula. Ale jeśli ktoś zechce pogrzebać głębiej, to okaże się, że hrabia miał swój prototyp historyczny. Był nim hospodar wołoski, Vlad Dracula, zwany Palownikiem. O nim właśnie napisał książkę Dariusz Domagalski.

Po przegranej bitwie pod Warną zagrożenie ze strony Imperium Osmańskiego rośnie. Węgierski następca tronu zdaje sobie sprawę, że jego ziemie będą jednym z pierwszych celów tureckiego natarcia, ale na jednym froncie już toczy wojnę. Szuka więc sojusznika, który pozwoliłby oddalić zagrożenie. Jednym z kandydatów jest Vlad Dracula, ale jego sława jest tak zła, że zasadność powierzenia mu zbrojnej kampanii jest wątpliwa. Młody władca wysyła więc oddział zaufanych wojowników pod dowództwem Janosa Lechoczky, aby sprawę na miejscu obadał. Co oddział zastanie po przekroczeniu Karpat? Kim naprawdę jest Vlad Palownik?

Na początku musze przyznać, że czuję się nieco zawiedziona – rozpoczynając lekturę byłam przekonana, że mam do czynienia z historycznym fantasy. Nie spodziewałam się jakiegoś przesadnego udziału fantastyki, ale jednak odczuwalnego. Tymczasem „Vlad Dracula” to powieść w zasadzie ściśle historyczna (jaskółka w postaci niebywałej żywotności, szybkości i odporności na zranienia tytułowego bohatera fantasy nie czyni). Nie jest to wadą, wszakże są wśród nas miłośnicy powieści historycznych, ale rozminięcie się z oczekiwaniami bywa nieprzyjemne.

Czas przejść do wad bardziej obiektywnych. Najbardziej przeszkadzało mi to, że powieść nie miała wyraźnie zarysowanej linii fabularnej – przez co wydawała się raczej nadmiernie rozbudowanym opowiadaniem. Opisywane wydarzenia przypominały raczej zbiór chronologicznie ułożonych migawek, niż spójną fabułę. Osobiście uważam, że gdyby powieś o połowę odchudzić, wyszłoby świetne długie opowiadanie, czy tez mikropowieść. Teraz cały „Vlad Dracula” wydaje się nieco przegadany.

Ponarzekaliśmy sobie, no to idziemy dalej. Czas autora za coś pochwalić – Dariusz Domagalski ma doskonałe wyczucie, jeśli chodzi o konstruowanie bohaterów. Co prawda główna postać, którą jest kapitan Lechoczky, jakoś nie potrafi zainteresować – ot, zwykły, młody rycerz, który przewidywalnie ewoluuje w toku powieści – ale te bardziej drugoplanowe to zupełnie coś innego. Taki Vlad na przykład. Autorowi świetnie udało się nakreślić człowieka tajemniczego i budzącego grozę, a jednocześnie uderzająco ludzkiego w swoim szaleństwie. Dla mnie – kreacja oscarowa. Całkiem dobrze wypadł też sułtan Mehemd II i jego kochanek Radu Piękny, który tylko na początku wydaje się irytującą mimozą, niebezpiecznie zbliżającą się do najgorszych tradycji uke. W ogóle cały homoseksualny romans jest bardzo ciekawie przedstawiony, głównie od strony erotycznej, bo emocjonalności mi troszkę zabrakło (w zasadzie w tym miejscu powinien się pojawić długaśny wywód, ale nie chcę spoilować). Niemniej, w polskiej literaturze (fantastycznej w szczególności)  opisywanie relacji homoseksualnych, zwłaszcza męskich, ciągle wymaga pewnej odwagi, więc autorowi należy się za to dodatkowy plus.

Słów jeszcze kilka o warsztacie. Pióro Domagalski ma bardzo sprawne, talent do opisów również, więc tym bardziej szkoda, ze fabuła trochę kuleje. Niemniej, niektóre opisy mogą być nie do przejścia dla czytelników o nerwach delikatnych, bo obok malowniczych opisów krajobrazu czy interesujących obrazów kobiecego ciała (w ogóle we „Vladzie Draculi” jest sporo scen erotycznych, więc jeśli ktoś nie lubi, niech się czuje ostrzeżony), znajdziemy bardzo naturalistyczne opisy obrzydliwych tortur.

Jeszcze dwa słowa o wydaniu. Korekta nie dopilnowała swoich obowiązków, bo nie raz i nie dwa w książce brakuje nie tylko przecinków i literek, ale całych wyrazów. Papier też mógłby być cieńszy, nie groziłoby wtedy książce złamanie grzbietu. O okładce może już nie będę się wypowiadać.

Podsumowując, czuję się rozdarta. Książka ma i plusy, i minusy, trudno wypowiedzieć się jakoś jednoznacznie. Jedyne, czego jestem pewna, to że „Vlad Dracula” spodoba się fanom powieści historycznych, którym nie straszne krwawe opisy. Reszta niech eksperymentuje na własną odpowiedzialność.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik.

Tytuł: Vlad Dracula
Autor: Dariusz Domagalski
Wydawnictwo: Runa, Bellona
Rok: 2011
Stron: 340

sobota, 21 lipca 2012

Ona wam da dziecko - "Kukułka" Antonina Kozłowska

Temat surogatek był swego czasu bardzo głośny w kraju nad Wisłą. Potem państwo wprowadziło regulacje prane (jak zwykle w takich przypadkach – z dużym opóźnieniem) i temat przestał być sensacją. Po okresie debaty społecznej zostały książki, jak np. „Kukułka” Anny Kozłowskiej.

W zasadzie „Kukułka” to historia dwóch kobiet, z których jedna chce mieć dziecko, ale nie może, a druga nie bardzo ma za co utrzymać własne dzieci, więc zgadza się urodzić cudze. Temat jako historia do opisania sprawdza się bardzo wdzięcznie, zwłaszcza, że autorka wykazuje się  sporą wnikliwością i zdolnością obserwacji. Niemniej jednak jest w tej książce kilka rzeczy, które mnie niepokoją.

Nie jest to sama surogacja, bo szczerze mówiąc, nie uważam jej za problem natury etycznej (raczej za problem psychologiczny, ale ja nie o tym). Pierwszym, co mnie mocno zastanawia w tej książce, jest jej depresyjny charakter. Wszystko jest złe, wszystko irytujące, a przez całą powieść przenika nastrój wszechogarniającej depresji. Ja rozumiem, że tematyka jest poważna, że porusza się tu problem trudny, ale klimat każe nam raczej szukać opinii psychiatry, niż ginekologa.

I teraz możemy przejść do drugiej rzeczy, która mnie niepokoi, a która łączy się z trzecią. Jest nią obsesja posiadania potomstwa. Sama nie mam dzieci i może to zaburza mi ogląd sytuacji, ale zachowanie Marty (kobiety, która nie może mieć dziecka) jest wysoce niepokojące. W pewnym momencie zaczęło mieć dla mnie znamiona obsesji, jakby (nad czym zresztą zastanawia się sama bohaterka) dziecko przestało być wartością samą w sobie, a stało się trofeum, niezwykle kosztowną nagrodą, którą trzeba zdobyć za wszelką cenę. Takie podejście jest dla mnie znacznie bardziej niepokojące od samej surogacji. Z resztą, podejście omawianego małżeństwa do progenitury (tej z pierwszego związku męża) jest dość niepokojące, tak jak podejście całej grupy społecznej, do której należą. Niepokojąco się to wszystko zbliża do karykaturalnych mamusiek z „Seksu w Wielkim Mieście”, które karmiły piersią do szóstego roku życia potomstwa. Dziecko w takiej rodzinie już od urodzenia ma zaplanowaną karierę, a na jakikolwiek sprzeciw („nie pójdę na SGH, tylko na kulturoznawstwo”) rodzice grożą restrykcjami finansowymi. Do wymienionego SGH też z resztą zachęcają pieniędzmi, a nie ciekawą pracą, czy możliwościami rozwoju. To dość niepokojąca analiza klasy średniej.

A teraz uwaga, będzie akapit ze spoilerem. Jeśli nie czytaliście książki, a macie zamiar, omińcie go. Po ostrzeżeniu do konkretu: jest w tej powieści jedna rzecz, która mi się nie podoba. Chodzi mianowicie o kwestie finansowe. Dlaczego Iwona, która ledwie wiązała koniec z końcem, kiedy miała dwójkę dzieci, gdy ma trójkę i nie ma pracy w ogóle nie odczuwa problemów finansowych? Wygląda mi to na hurraoptymistyczną wizję, że kiedy na świat przychodzi mały człowiek, wszystko, niczym w znanym cytacie z Coelha, układa się samo. W porównaniu ze szczegółowymi opisami ubóstwa, jakie autorka serwowała nam wcześniej, końcówka wygląda na naciąganą i mało wiarygodną. Trochę to smutne, bo, przynajmniej dla mnie, zmniejsza wiarygodność przedstawionego świata i wygląda na świadomy unik ze strony pisarki.

Wiele jest niepokojących rzeczy w tej książce, wiele jeszcze tematów porusza (rozpad małżeństwa, depresja, sytuacja wykluczonych, dzieci z domów dziecka, sytuacja samotnej matki…) Dlatego raczej nie nadaje się na letnie popołudnie. No chyba że kogoś najdzie ochota na trochę cięższy klimat (i nie przeszkadzają mu zdania bardzo wielokrotnie złożone).

Tytuł: Kukułka
Autor: Antonina Kozłowska

Wydawnictwo: Otwarte
Rok: 2010
Stron: 285

wtorek, 17 stycznia 2012

Muzyka łagodzi ustrój? - "Excentrycy" Włodzimierz Kowalewski

Gdy zaczynałam czytać tę książkę, z piersi mej łabędziej wyrwało się westchnienie rezygnacji. Pierwsza myśl: „Łeee, znowu coś o komunizmie”. Dla niektórych może byłaby to zachęta, ale ja należę do ludzi, którzy ani trochę nie potrafią się wczuć w realia Polski Ludowej (znane mi li tylko z literatury i filmu). Nie bawi mnie „Miś”, martyrologia opozycjonistów wręcz nadludzkimi metodami uwypuklana w literaturze jakoś do mnie nie przemawia. Liczyłam się więc z koniecznością ciężkiej orki na ugorze, bo książka z DKK i przeczytać trzeba. Kiedy skończyłam, doszłam jednak do wniosku, że „Excentrycy” Włodzimierza Kowalewskiego mówią o bardzo wielu rzeczach, ale o komunizmie chyba najmniej.

Późne lata pięćdziesiąte. Wanda, czterdziestotrzyletnia dentystka, obsługuje pacjentów ciechocińskich uzdrowisk. Pewnego ranka otrzymuje list od brata z Wielkiej Brytanii. Fabian pisze w nim, że wraca do kraju. Jak pięćdziesięcioletni muzyk jazzowy zniesie powrót z kraju zgniłego kapitalizmu do Polski Ludowej? Czy w ogóle zechce wpasować się w ramki, które władza ma przygotowane dla każdego? I jak się odnajdzie w kompletnie obcej rzeczywistości z tym, co dla niego najcenniejsze: swingiem? A może przyniesie nadzieję i zastrzyk energii w skostniałą materię ciechocińskich uzdrowisk?

Jest to książka o ludziach, którzy tęsknią. Nie za wolnością patriotyczną i patetyczną, ani im się śni zbrojnie ruszać z odsieczą uciśnionej ojczyźnie. Zresztą, są już przeważnie w wieku, który skutecznie uniemożliwia takie zrywy. Tęsknią za światem, który przeminął, który bezpowrotnie utracili. Za pstrokatym tłumem, który szturmował w sezonie Ciechocinek. Za barwnym życiem towarzyskim przedwojennej Warszawy. Za nietuzinkowymi ludźmi, których nowy porządek skutecznie wygubił. Wreszcie za muzyką, którą kiedyś grali.

I ta tęsknota, pogoń za utraconym światem, za zagubionym sensem daje im impuls do działania. Przy pomocy Fabiana, który jeszcze nie zdążył przesiąknąć ludową beznadzieją i szarością, zakładają big band jazzowy, który pozwala nieco ubarwić rzeczywistość. Co z tego, że jest to ubarwianie fikcyjne, złudne, które na skalę krajową niczego nie zmieni? A może to wszystko w ogóle była tylko fikcja, w którą kilka osób bardzo chciało uwierzyć? W końcu „fikcje są jak antymateria (…) potrafią wybuchać, wchłaniać i niszczyć prawdziwe życie.”[301] Ale czy to zawsze jest niesłuszne?

Pan Kowalewski urzekł mnie tą powieścią, która jest też opowieścią o miłości do sztuki. I tę miłość do jazzu widać w sposobie, w jaki autor o nim pisał. Styl jest barwny i soczysty, ma w sobie coś z klasyków, jakąś iskrę, która sprawia, że czytelnik wie, iż ma do czynienia z literaturą, a nie z miłym czytadłem. Rzadko zdarza mi się obcować z takim stylem, tym bardziej doceniam „Excentryków”.

Tę pięknie wydaną pozycję polecam wszystkim miłośnikom dobrej powieści. Jest to bowiem nieliczna z powieści współczesnych, która ma do opowiedzenia ciekawą historię. O wielu rzeczach i z wieloma ciekawymi epizodami. Ma nawet szczyptę ironii, a także ciepła i humoru, który niewątpliwie przyda się na długi zimowy wieczór.

Tytuł: Excentrycy
Autor: Włodzimierz Kowalewski
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok: 2007
Stron: 319

wtorek, 21 grudnia 2010

Opowieści Tysiąca (bez jednej) Nocy - "Dom tysiąca nocy" Maja Wolny

Książkę pożyczyła mi Aria. Dzięki wielkie!:)

Z twórczością polskich autorek doświadczenia mam raczej… niezobowiązujące. Problem polega na tym, że zaopatruję się w książki tych pań głównie w bibliotece, a tam jak wiadomo jest głównie to, co ludzie czytają. A ludzie czytają książki Grocholi, Szwai i Sowy. Nie mam nic do tych pań, lubię sobie czasem coś z ich dorobku przeczytać, ale nie oszukujmy się – to są zwykłe czytadła, historie które raczej nie zachwycą ani głębią psychologiczną bohaterów, ani trudną tematyką, ani pięknem języka. Na szczęście mam jeszcze Internet z dobrodziejstwem blogów i życzliwych internautów, którzy nie tylko napiszą recenzję, ale czasem nawet podzielą się książką. W ten właśnie sposób trafiłam na „Dom tysiąca nocy”.

Malwina ma 50 lat, wygląda na 35, a bagaż doświadczeń dźwiga ze sobą tak przytłaczający, że niejedna siedemdziesięciolatka nie ma podobnego. I właśnie po to, aby się od tych tragicznych doświadczeń oderwać, postanawia zachować się wbrew konwenansom i wyjechać do Włoch. Do pracy w białej willi, jako opiekunka starszej pani - Carli. Starsza pani też nie jest miłą staruszką, nie wiele ma wspólnego z włoską panią stojącą przy kuchni z błogim uśmiechem i piekącą ciasteczka dla wnuków. Młodość jej była burzliwa, do tego stopnia, że zostawiła po sobie emocjonalne zgliszcza w sferze życia rodzinnego. Jedynym, co się w tej dziedzinie ostało, jest wnuk, Bruno, nie w pełni zdrowy a w związku z tym zmuszony do znoszenia nadopiekuńczości stanowczej babci. Ten młody mężczyzna ma jednak sekret, którego nie zna nikt. A z upływem czasu z ego jednego sekretu wyrasta kolejny… 

Kiedy czytałam inne opinie, odniosłam wrażenie, że książka jest podzielona na luźno ze sobą związane teksty – impresje. Nic bardziej mylnego – jest to pełnowartościowa powieść w skondensowanej formie 200 stron. Opowiadana dodatkowo w ciekawy sposób, bo narracją przeplataną: raz w pierwszej osobie mówi do nas Malwina, to znowu narrator opowiada nam o osobach trzecich. I robi to pięknie.

Już dawno nie miałam do czynienia w prozie polskiej z językiem tak pięknym, jak u pani Wolny. Poezja tych subtelnych zdań jest niewymuszona, brzmi niczym melodia, płynna i delikatna. Nie ma patosu, nie ma zadęcia, jest tylko proza życia wyrażona delikatnie, można nawet powiedzieć – krucho, ale tak trafnie i dojmująco, że czytelnik czuje się otulony szalem słów, pomalowanym w obrazy niby znajome, ale jednak inne. Taki język jest najlepszy do opisu emocji, a przecież o nich właśnie jest ta książka.

Nie znajdziemy tu bowiem opisu ciężkiej doli biednych polskich emigrantów rzuconych w nieznany kraj, gdzie pchnęła ich bieda i zło rozpanoszone ojczyźnie. Nie, dostajemy tu bowiem kobietę, która wyemigrowała, aby ułożyć własne emocje, może się z nimi pogodzić. Aby zostawić stary, duszny blok, gdzie oczekiwano po niej jedynie wiecznej żałoby. Jednak ta wykształcona kobieta nie wzięła pod uwagę faktu, że wyjazd może wzbudzić inne emocje, z którymi będzie sobie musiała poradzić, tak różne, a jednocześnie tak podobne do tych, z którymi przyjechała.

Emocje Carli to emocje wspomnień. Starsza pani ma przeszłość burzliwą, pełną gorących uczuć, ale także bolesnych strat, tym gorszych, że ich konsekwencje musi ponosić do dziś. Jedynym żywym uczuciem, jakie w niej pozostało, jest miłość do wnuka. Bruno zaś jako osiemnastoletni chłopak, czuje się przytłoczony nadopiekuńczością babki do tego stopnia, że najżywsze w nim pozostaje pragnienie wolności. Niezwykle wrażliwy, sam będzie zaskoczony (a może i nie) tym, w jaki sposób to pragnienie się ziści. A ziści się poprzez emocje.

Zaczynając tę powieść obawiałam się, że wpędzi mnie w nastrój depresyjny. Tymczasem po zakończeniu (oprócz oczywistego pytania „Dlaczego tak krótko?”) pozostała mi tylko zaduma i nostalgia za czymś nieokreślonym. Polecam wszystkim, którzy lubią piękny język i grę emocji. Albo dobrą literaturę.

Recenzja Arii.
Recenzja clevery.


Tytuł: Dom tysiąca nocy
Autor: Maja Wolny
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2010
Stron: 199

piątek, 8 października 2010

Skamieniałe ciało, skamieniała dusza - "Kobieta zaklęta w kamień" Marta Fox


Książkami Marty Fox zaczytywałam się, nastolatką będąc. W wieku lat około czternastu przekopałam całe zapasy biblioteki, a były dość obfite, bo znalazły się tam: cała seria o pierwszej miłości, seria „Agaton – Gagaton”, „Magda.doc”, „Paulina.doc” i jeszcze jakiś zbiorek opowiadań. Wtedy byłam pełna zachwytów, jak to nastolatka czytająca powieści o miłości i to nie takiej lukrowanej, jak miedzy ciapowatą Belcią a boskim Edziem. Jednak, kiedy po długiej, kilkuletniej przerwie, sięgnęłam po „Świętą Ritę od Rzeczy Niemożliwych”, rozczarowałam się. Książka zupełnie do mnie nie trafiła, a skończyłam ją tylko dlatego, że była niewielkich rozmiarów. Dlatego wieść o najnowszej powieści pisarki przyjęłam ze sceptycyzmem i gdybyśmy nie mieli jej omawiać na spotkaniu DKK, pewnie nie sięgnęłabym po nią. Popełniłabym swoisty grzech zaniechania, a żałowałabym za niego szczerze.

Emilia jest kobietą po pięćdziesiątce, spełnioną zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Jest poczytną pisarką i ma u boku mężczyznę, którego kocha, mimo, że nie jest on jej mężem. Nie znaczy to jednak, że jej życie jest przejrzyste jak kryształ, ma zarysowania i skazy, które jednak Emilia odpycha od siebie, zasklepiając w swym wnętrzu i nie szukając rozwiązania. Pewnego dnia spada na nią wiadomość porażająca: powoli zamienia się w kamień. I drogi czytelniku, nie ma co wietrzyć magicznych konotacji, gdyż jest choroba (pewnie obiła się o uszy fanom doktora Hause’a) dająca takie objawy. Nazywa się twardzina. Wiadomość ta mobilizuje Emilię do podjęcia próby poukładania spraw, które jeszcze są aktualne i rozprawienia się ze wspomnieniami tych, które już dawno zakończyła.

Powieści pani Fox (zwłaszcza te kierowane do starszego czytelnika), mają eklektyczną formę. W „Kobiecie zaklętej w kamień” możemy więc znaleźć wiersze i, co powinno być dla blogowiczów dodatkowym plusem, wtręty w postaci notek blogowych. Notki te są właściwie esejami dotyczące tych sławnych kobiet, które w taki lub inny sposób zostały zaklęte w kamień: bądź to stawia im się kamienne pomniki, bądź to izolowały się od najbliższych skorupą tak grubą, że aż kamienną. Główny trzon powieści stanowi jednak historia Emilii. Zawiera ona elementy autobiograficzne, dotyczące twórczości autorki (nie wiem, czy jakieś elementy prywatnej autobiografii również i szczerze mówiąc mnie to nie interesuje, ale inni czytelnicy mogą oczywiście sprawdzić, jeśli najdzie ich ochota). Czytając trzeba jednak zachować ostrożność, bo przeszłość jest przemieszana z teraźniejszością i łatwo zgubić się w czasie akcji. Nawet mi się to przytrafiło, chyba drugi raz w życiu dopiero.

„Kobieta zaklęta w kamień” to przede wszystkim książka o emocjach i o rozrachunku z samym sobą. Emilia poświęca wiele energii na rozpatrywanie wydarzeń i weryfikację swojego emocjonalnego stosunku do nich. Łatwo się więc domyślić, że mimo iż dzieje się sporo, to najważniejsza część fabuły rozgrywa się w głowie bohaterki. Dokonuje ona bilansu dawno zakończonego małżeństwa, aby do końca pogodzić się z tym, że jego rozpad nie był jej winą. Większą trudność sprawia jej akceptacja faktu, że jej dzieci wyfrunęły z gniazda i już od dawna są na tyle dorosłe, żeby świetnie sobie poradzić. Paradoksalnie, choroba jest w tej książce tylko pretekstem, chociaż to dzięki niej Emilia poznaje Monikę, która w jej życiu gości krótko, ale zostawia niezatarty ślad.

Ci, którzy Martę Fox już znają, wiedzą, czego po autorce się spodziewać. Byłabym jednak ostrożna w polecaniu „Kobiety zaklętej w kamień” osobom bardzo młodym, zauroczonym młodzieżową twórczością pisarki. Ze względu na wiek bohaterki identyfikacja z nią przychodziła mi z niejakim trudem, a i w jakiś sposób także sama musiałam dojrzeć do „dorosłych” powieści pani Fox. Jednak pozostałym czytelnikom polecam z całego serca.

Tytuł:
Kobieta zaklęta w kamień
Autor: Marta Fox
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2009
Stron: 300


P.S. Luby mi wygrzebał filmiki o pewnym kreskówkowym kocie (Simon's Cat). Urocze;) Muszę jednak wkleić linki, gdyż jakoś nie mogę dojść, jak wkleić video beż ściągania go.:(
Cat Man Do
Snow business
Let me in

czwartek, 17 czerwca 2010

"Szczęście za progiem" Manula Kalicka



Sesja i obrona skutecznie uniemożliwiły mi czytanie w ostatnich tygodniach, więc kiedy wreszcie się z nimi uporałam (:D) postanowiłam zrelaksować mózg jakimś niewymagającym czytadełkiem. Padło na „Szczęście za progiem” Manuli Kalickiej. Czytałam już jedną czy dwie powieści autorki, dość dawno co prawda, ale pamiętam, że świetnie poprawiły mi humor. Tą serię Prószyńskiego, w której książka została wydana, również dobrze wspominam z czasów nastoletnich. Zachęcona zdaniem z okładki: „Fascynująca i zabawna historia dziewczyny z prowincji, która zjawia się pewnego letniego dnia w Warszawie z jedną tekturową walizką i chce podbić świat.”, zabrałam się do czytania. I się zawiodłam, bo rzeczona historia dziewczyny z prowincji nie była ani fascynująca, ani zabawna.


Zirytowałam się już na początku. Nic bowiem mnie w literaturze nie wnerwia tak bardzo, jak autor osadzający akcję około 2000 roku i kreślący obraz prosperującjej w tym czasie wsi kropka w kropkę taki, jaki mamy w „Konopielce”. A tu autorka sobie nie żałowała: główna bohaterka po przyjeździe do Warszawy w 2002 roku dziwi się bardzo, że istnieje taki duży sklep, jak galeria handlowa i nie może pojąć, czemu w KFC nazwy dań są angielskie. No ludzie kochani. Ale, pomyślałam sobie, nic to, w końcu jak powieść o podboju stolicy, to wsi będzie mało. I skończyłam się tym irytować. Rolę czerwonej płachty przejęli bohaterowie.


Główna bohaterka dawała się lubić. Dziewczyna, która wyrwała się do wielkiego miasta, ciężko pracująca na swój sukces i ogólnie bardzo przyjemna, budziła sympatię. Do czasu, kiedy nie zdała sobie sprawy, że jej celem życiowym jest złapanie dzianego faceta. Wtedy cała moja sympatia do niej uleciała zastąpiona irytacją. Wśród bohaterów drugo- i dalszoplanowych wszyscy są albo bezbarwnymi i jedynie lekko zarysowanymi cieniami (a kilku z nich można by ciekawie rozwinąć), albo z jakichś przyczyn mnie odpychają. Nie znaczy to jednak, że inny czytelnik nie mógłby ich polubić. Ot, po prostu mi nie psują sympatyczni menele, zapracowane japiszony i zwariowani pasjonaci (chociaż ci ostatni, to zależy jak;)).


Jedyną zaletą powieści jest język. Nie, żeby był jakiś szczególnie potoczysty czy poetycki. Lubię lekki i przyjemny styl pani Kalickiej i tutaj mamy go w niezgorszym wydaniu. Chyba tylko dlatego dobrnęłam do końca.

M. Kalicka, Szczęście za progiem, 232 s., Prószyński i s - ka, Warszawa 2005
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...