Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Od A do Z. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Od A do Z. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 kwietnia 2013

Jakieś takie zaćmione - "Dom Wschodzącego Słońca" Aleksandra Janusz

O „Domie Wschodzącego Słońca” dowiedziałam się jeszcze w czasach, gdy nie byłam usieciowiona. Z lokalnej gazety, która do tej pory drukuje w każdy piątek krótkie recenzje książek. Właśnie taki prasowy wycinek sprawił, że tytuł, a raczej okładka (do nich mam zdecydowanie lepszą pamięć niż do nazwisk) został zapamiętany. I kiedy pewnego dnia na dworcowym kramiku zobaczyłam egzemplarz za jedyne 7,50zł, nie mogłam go sobie odmówić. Choć trzeba przyznać, że na łaskę przeczytania musiał trochę poczekać. Czy było warto?

Eunice Wright to nastolatka zbuntowana w starym stylu. Wiecie – glany, bojówki, skórzana kurtka i olewanie szkoły. Ale dziewczę jest bystre i potrzebuje czasem rozrywki bardziej ambitnej od spożywania mózgotrzepa w towarzystwie kumpli, toteż zabawia się w internetowej grze „Silver Tower”. Nie wie, że łamigłówki, które się tam spotyka, mają za zadanie odsiać potencjalnych magów. A w jej rodzinnym Farewell jest ich już całkiem sporo, różnego wieku, pochodzenia i zainteresowań. Kiedyś było więcej, ale wiecie, wojny wymagają ofiar.

„Dom Wschodzącego Słońca”
to idealna powieść dla nastolatków – znajdziemy w niej wszystkie motywy tak często występujące w opowiadankach i fanficzkach gęsto zaludniających te obszary sieci, do których boję się zapuszczać sama. Należałoby zadać pytanie, czy autorka świadomie zebrała te wątki, ażeby trafić do upatrzonego targetu, czy też nieświadomie przelała na papier to, co jej od nastolęctwa w duszy grało, a czekało na uwolnienie aż poprawi się warsztat. Jeśli to pierwsze, to brawo, jeśli drugie, to niestety wątpię, czy dałoby się temat rozciągnąć w powieść (a szkoda, bo mogłaby być fajna) – akcji raczej nie wystarczy na więcej, niż cztery opowiadanka, które autorka zaserwowała w tym tomie, a i warsztat mógłby okazać się zbyt ubogi.

A cóż to za motywy? Zacznijmy od bohaterów, bo oni są najjaskrawszym przykładem. Po pierwsze nastoletnia, zbuntowana Eunice. Samej Eunice nie mam zamiaru się czepiać, bo pani Janusz napisała nam całkiem zgrabna dziewuszkę, która gracko wyprzedziła epokę young adult i nawet teraz mogłaby konkurować z hordami nastoletnich bohaterów. Gorzej z sytuacją domową dziewczyny, ale do tego wrócę, gdy będę pisać o niedociągnięciach i dziurach fabularnych. Co mamy jeszcze? Ano młodziutkiego, przystojnego w nieco androgyniczny sposób wokalistę zespołu rokowego, oczywiście odnoszącego sukcesy. Dalej jest jeszcze kaleki nerd-geiusz informatyczny (skojarzenia z Hawkingiem są bardzo natrętne), tajemniczy wiktoriański Półjapończyk – wirtuoz katany, wiecznie nieobecny legendarny mentor i, tu trochę mniej kanonicznie (choć też zależy, do jakiego kanonu się odnieść), zakonnica-uzdrowicielka. Aha, no i jeszcze pani sztywna prezes prawie-jak-Minerwa-McGonagall. A wszyscy z mrocznym sekretem w życiorysie (na ujawnianiu tychże sekretów oparto fabuły kolejnych opowiadań). Sztampowe? Ano bardzo sztampowe. Ale wykonane całkiem przyjemnie. Młodszy czytelnik znajdzie tam coś dla siebie, a starszy z niejakim wzrószeniam odbędzie nostalgiczną wycieczkę do czasów, kiedy sam wymyślał podobne fabułki z podobnymi bohaterami. Dodatkowo ta cała magiczna menażeria jest całkiem sympatyczna i przy odrobienie dobrej woli i braku nadmiernego czepialstwa, nie trudno ich polubić.

A co z kreacją świata przedstawionego? Cóż, tu już troszkę gorzej i będę się czepiać. Zacznę od miejsca akcji. Nie bardo rozumiem, dlaczego pani Janosz zdecydowała się na osadzenie swojej powieści w USA. Ani w fabule nie nawiązuje do historii/geografii/etnografii/architektury tego państwa, ani tamtejsze prawo nie jest fabule przyjaźniejsze (np. w tym sensie, że szesnastolatki mają już prawo jazdy i nie trzeba kombinować, jak je bez pomocy osób trzecich przetransportować z punktu A do punktu B), ani nawet mitologia nie jest amerykańska. Farewell mogłoby się znajdować w dowolnym kraju, a zważywszy na ilość importowanych fantastycznych stworów, znacznie bardziej pasowałaby Europa (albo chociaż kilka słów wyjaśnienia, skąd w USA istoty wywodzące się z mitów np. egipskich). Co do rozmiaru samego miasteczka, autorka nie bardzo mogła się zdecydować. W pierwszym opowiadaniu sprawia ono wrażenie małej mieściny, w której życie toczy się wokół lokalnego liceum, biblioteki i sklepów w centrum (za to daleko od strasznej dzielnicy zamieszkiwanej przez element), by potem nagle rozrosnąć się do sporego miasta, z własną uczelnią wyższą, ogromnym parkiem, byłymi dzielnicami fabrycznymi, wieżowcami i co tam jeszcze czytelnik sobie zamarzy (albo raczej – co będzie autorce potrzebne). Wypadałoby jednak zdecydować na początku, gdzie tak właściwie chce się umieścić akcję powieści i poinformować, zwłaszcza, że samo miasto jest opisane bardzo wybiórczo i sprawia wrażenie prostego, czarno-białego plany, który nabiera kolorów tylko na czas przejścia bohaterów. (Na koniec pozwolę sobie na całkowicie subiektywną dygresję – moim zdaniem tworzenie nieistniejących miejscowości ma sens tylko wtedy, kiedy potrzebujemy małego miasteczka/wsi. Dużo łatwiej zawiesić niewiarę, kiedy podsuwa nam się kilku – kilkunastotysięczne miasto, niż gdy każe się uwierzyć w istnienie kilkusettysięcznej metropolii. W tym drugim przypadku już lepiej przenieść się do jakiegoś Waszyngtonu czy Chicago i najwyżej dodać parę ulic.)

Kilka rzeczy zaproponowanych przez autorkę zdecydowanie gryzie się z amerykańską rzeczywistością. Po pierwsze, dowiadujemy się, że Eunice uczy się w… gimnazjum. Żeby było ciekawiej, jej szkoła nazywana jest raz gimnazjum, raz liceum. Pozostaje mi mieć nadzieję, że była to propozycja redakcji, mająca na celu przybliżenie realiów polskiemu czytelnikowi (tylko znowu nasuwa się pytanie, po co osadzać akcję w innym kraju, skoro usuwa się tamtejszy koloryt lokalny?), a nie ignorancja autorki. Podobnie zresztą zgrzyta mi fakt, że wagarującą nastolatką wychowywana przez samotną, bezrobotną matkę nie interesuje się opieka społeczna, a o tym, z czego właściwie w takim razie Eunice (które nie dorabia bynajmniej jako kelnerka czy kasjerka w lokalnym barze, ale czas wolny spędza na imprezowaniu ze znajomymi) i jej rodzicielka się utrzymują, dowiadujemy się dopiero w czwartym opowiadaniu. W ogóle wątek miejsca dziewczyny w systemie społecznym i jej relacje rodzinne zostały całkowicie skopane i mogłabym jeszcze długo narzekać, ale nie chcę spoilować. Przy tym gigantycznym babolu to, na co sobie ponarzekam za chwilę to pikuś, ale osobiście mocno mnie irytujący. Otóż w ostatnim opowiadaniu rolę głównego antagonisty otrzymał Smok z Ogrodu Hesperyd. I cały czas konsekwentnie nazywany jest Smokiem z Ogrodu Hesperyd, ani razu inaczej. Autorka najwyraźniej zapomniała, że ten potworek ma imię, całkiem ładne nawet i do znalezienia w sieci w ciągu 30 sekund – mianowicie Ladon. Niby drobna rzecz, ale wskazuje na niechlujny charakter całego utworu.

Na koniec pozostaje mi mały bilans plusów i minusów. Zaletami książki są niewątpliwie sympatyczni bohaterowie, przystępny język, oryginalny pomysł ogólny i niektóre drobniejsze, potencjał i wplatanie piosenek w fabułę (niektórzy strasznie sarkają na tego typu zabiegi, że to upadek ostateczny dodawać do książki „ścieżkę dźwiękową”, ale ja uważam, że w przypadku literatury czysto rozrywkowej to sympatyczny chwyt). Akcja toczy się wartko, więc „Dom Wschodzącego Słońca” idealnie nadaje się na lekturę wagonową. A wady? Rozłażący się świat przedstawiony, sztampowi bohaterowie, widoczny brak pomysłu na coś więcej, niż krótkie opowiadanie, zmienna psychologia postaci, niespójność. Sami musicie zdecydować, kiedy i czy w ogóle będziecie chcieli książkę przeczytać. Ja dodam tylko, że pani Janusz najwyraźniej planowała kolejne tomy. Ciekawa jestem jej kolejnych pomysłów, ale może to i dobrze, że nie powstały.

Tytuł: Dom Wschodzącego Słońca
Autor: Aleksandra Janusz
Wydawnictwo: Runa
Rok: 2006
Stron: 389


Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z".

piątek, 15 marca 2013

Fantasmagoria - "Czarne" Anna Kańtoch

Recenzję sponsoruje Serenity, która pożyczyła mi książkę.:)

Anna Kańtoch to autorka znana dość w polskim światku fantastycznym. Uważa się ją za autorkę dobrej prozy, która co prawda nie pisze wiele, ale za to solidnie. I choć czasem trudno było powiedzieć, do jakiego podgatunku fantastyki należy jej twórczość, zawsze była to niewątpliwie fantastyka. Pani Anna postanowiła niedawno nieco wyłamać się z konwencji – stworzyła powieść, która nie tylko nie mieści się w którymkolwiek podgatunku fantastyki, ale sama jej przynależność do tej frakcji jest dyskusyjna. Porozmawiajmy więc o „Czarnem” („Czarnym”?).

Cóż więc dostaje czytelnik? Zacytuję może z okładki, bo wydawca bardzo ładny blurb stworzył, nic dodać, nic ująć:
Czarne to letnisko, gdzie spędza wakacje rodzina bohaterki książki. Opowieść, w którą wplatają się dramatyczne losy Jadwigi Rathe – muzy ojca narratorki, rozgrywa się w letnie miesiące lat: 1893, 1914 i 1935. Warszawskie kawiarnie, spotkania w Towarzystwie Spirytystycznym, leniwa atmosfera podwieczorku w starym dworku i budzący się erotyzm nastolatki tworzą niepowtarzalny klimat powieści. Czytelnik powoli odkrywa, czym tak naprawdę są wspomnienia narratorki i jaką tajemnicę skrywa rok 1863, rok Powstania.”
Ładnie powiedziane, prawda? Sporo i jednocześnie nic.

Zacznijmy może od bohaterów, bo są oni najważniejszym elementem historii. Główna bohaterka, kobieta zdawałoby się po trzydziestce, ale najwyraźniej wyglądająca dużo młodziej, jest osobą o niezwykłej wrażliwości. Ciągle otaczają ją dziwne zjawiska, czas ulega nietypowym zawirowaniom, a wspomnienia i rzeczywistość często występuje równolegle. Jednocześnie wiadomo, że w młodości przeżyła tragedię, która odcisnęła się głęboko w psychice – poznajemy ją w (nie pierwszym z odwiedzonych) sanatoriów dla nerwowo chorych. Dodatkowo całą opowieść poznajemy z jej ust, nie może więc być mowy o jakimkolwiek obiektywizmie. I co ma biedny czytelnik z tym fantem zrobić? Uwierzyć narratorce, że jest osobą o niezwykłej, choć bardzo kłopotliwych zdolnościach i że podobne zdolności nie są niczym rzadkim, choć ich posiadacze nieczęsto zdają sobie z nich sprawę? Czy przyjąć, że trauma z dzieciństwa na zawsze zniszczyła jej umysł i czytać „Czarne” jako zapis majaków chorego mózgu? 

Nie wiem, jak inni, ale mnie takim wyborem narratora autorka na dzień dobry kupiła. Co prawda w epickiej fantastyce z wieloma wątkami cenię raczej narratora konkretnego, nie bawiącego się w kalanie własnej wiarygodności, ale od czasu do czasu wątpliwości są mile widziane. Zwłaszcza w książkach, których akcja odgrywana jest w raczej kameralnym gronie postaci i które mają ambicję wymknąć się sztywnym ramom gatunku (dowolnego, nie zawężajmy do fantastyki). „Czarne” jest właśnie taką powieścią – niejednoznaczną, zagmatwaną, nie podsuwającą łatwych rozwiązań i brak wiarygodnego narratora bardzo dobrze współgra z resztą.

Pozostali bohaterowie zdają się odgrywać rolę statystów w opowieści panny Rec. Pojawiający się we wspomnieniach rodzice są tylko częścią dekoracji. Bracia o niezwykłych zdolnościach to główna część wspomnień z dzieciństwa, ale obecnie mogliby w zasadzie nie istnieć. Reszcie bohaterów dostały się tylko jakieś mniej ważne epizody – poza Jadwigą Rathe. Ona odgrywa rolę nemezis narratorki. Panna Rec próbuje nie tylko rozgryźć zagadkę tajemniczej śmierci aktorki, ale także dotrzeć do natury własnych z nią relacji. To drugi jest znacznie bardziej fascynujące.

Klimat całej opowieści jest oniryczny, język zaś, jakim autorka nam ją opowiedziała jest lekki, poetycki, choć nie do przesady. Mam wrażenie, że „Czarne” pasowałoby nie tylko do serii „Kontrapunkty”, ale także do „Archipelagów” wydawanych przez zupełnie niefantastyczne wydawnictwo. Powieść jawi mi się raczej jako realizm magiczny, niźli fantastyka.

Cóż, polecam – zarówno fanom fantastyki nietypowej, jak i tym, którzy za gatunkiem w ogóle nie przepadają. Warto poznać.

Tytuł: Czarne
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2012
Stron: 264

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z". 

niedziela, 27 stycznia 2013

Niezbyt o Japonii - "Amerykańska gejsza" Lea Jacobson

O Japonii poczytać sobie od czasu do czasu lubię, bo dalekowschodnie klimaty zawsze kojarzyły mi się z jakąś fantastyką. A że Kraj Kwitnącej Wiśni niedawno modny się zrobił (przynajmniej tak, jak kraje bliskowschodnie), to o nim można przeczytać najwięcej. Ostatnio taką lekturą była „Amerykańska gejsza” Lei Jacobson. I teraz mam problem.


Książka jest swego rodzaju pamiętnikiem, w którym autorka postarała się pokazać obraz wycinka kultury japońskiej. Chodzi mianowicie o swoiste środowisko barów z hostessami, będącymi specyficzną gałęzią przemysłu rozrywkowo-erotycznego. I zgodzę się z autorką, że takich tworów nie ma chyba nigdzie indziej na świecie – jakoś nie wyobrażam sobie, żeby jakiekolwiek miasto w zachodnim kręgu kulturowym dysponowało barem, w którym podstarzali biznesmeni traciliby kupę kasy tylko i wyłącznie po to, żeby porozmawiać i wypić drinka z egzotyczną pięknością, doskonale wiedząc, że na nic więcej nie mogą liczyć. Niemniej, jak każda praca w branży, było niebyło, rozrywkowej, praca w tego typu barze ma swoje ciemne strony.

Jak już mówiłam, mam problem. Ideą książki miało być, zdaje się, pokazanie jak praca w barze wygląda i z czym się wiąże. Ten cel w zasadzie udało się osiągnąć. Z drugiej strony wygląda na to, że napisanie tej książki miało dla autorki wymiar terapeutyczny, co zaszkodziło powieści na poziomie warsztatowym.

„Amerykańska gejsza” jest spisana w formie krótkich rozdzialików, będących w zasadzie samodzielnymi artykułami, w sam raz do prasy. Ponieważ mają też znamiona pamiętnika, początkowy obraz autorki/bohaterki, jaki się z nich wyłania, jest bardzo irytujący. Oto bowiem mamy młoda dziewczynę świeżo po studiach (japonistyce i kulturze azjatyckiej), która przyjechawszy do Japonii jest bardzo zdziwiona, jeśli nie oburzona faktem, że  kultura tego kraju różni się od Amerykańskiej i postępowanie w zgodzie z rodzimymi zwyczajami może skutkować ostracyzmem. Poza tym młoda Lea często wypowiada się na temat Japończyków w wyższością godną dziewiętnastowiecznego antropologa wygłaszającego wykład o ludach Afryki. Gdy mówi o swoich klientach, jest to jeszcze zrozumiałe – trzeba jakoś utrzymywać higienę psychiczną w pracy tak wyczerpującej emocjonalnie. Ale kiedy tematem takich wypowiedzi jest rodzina, u której autorka mieszkała podczas swojej nauczycielskiej kariery, robi to bardzo niemiłe wrażenie.

Może pozwolę sobie na sporą nadinterpretację (na zasadzie „nie znam się, więc się wypowiem”), ale dla mnie „Amerykańska gejsza” to nie jest książka o japońskich barach. To jest fascynujące studium autodestrukcji. W sumie bohaterka/autorka wydaje się ze mną zgadzać. Już przed wyjazdem z kraju Lea miała problemy psychiczne, objawiające się aktami destrukcyjnymi – bulimia i problem z samookaleczeniem. Sama przyznaje, że wywoływał je stres i poczucie winy (czy może stres wywołany poczuciem winy). Wybranie zajęcia dającego szybkie i łatwe pieniądze, a jednocześnie ułatwiającego uzależnienie od alkoholu i narkotyków przy jednoczesnym wypaleniu emocjonalnym wydaje się tylko następnym krokiem (dziewczę znało dwa języki i miało możliwość – z której czasem korzystało – pracy w zawodzie nauczycielki lub modelki, zawsze mogło też wrócić do domu, nie mówimy więc o żadnej zewnętrznej konieczności).

O ile „Amerykańska gejsza”  jest znakomitym materiałem do analiz pychologicznych, o tyle warstwa literacka nie jest już tak dobra. Styl jest trochę przyciężki, a gdy autorka zaczyna (pseudo)filozoficzne rozważania, powiew nudy od razu usypia czytelnika. Poza tym osobiście czułam się w trakcie lektury traktowana trochę jak przygłup, bo autorka ma irytującą manierę powtarzania co klika linijek tej samej informacji (na zasadzie: „X była Amerykanką.” i kilka linijek później „X oczywiście doskonale znała słowa tej piosenki Pink, bo była Amerykanką”.). Mało jest czysto warsztatowych błędów, które bardziej mnie irytują.

Czy polecam? Raczej tak, książka nie jest przecież totalnym gniotem. A komu? W pierwszej kolejności fanom powieści z wątkiem autobiograficznych, w drugiej – tym, którzy lubią historię ludzi po przejściach. Japonofilom raczej powiem, żeby przeczytali, jeśli będą chcieli.

Tytuł: Amerykańska gejsza
Autor: Lea Jacobson
Tłumacz: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Tytuł oryginalny:
Bar Flower
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2009
Stron: 286


 Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z" u takichomiktaki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...