Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bellona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bellona. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 grudnia 2014

Noc jak codzień, czyli z intrygą u dworu - "Ciemnorodni" Alison Sinclair

„Ciemnorodni” to książka, która zainteresowała mnie właściwie od początku. Pomysł na świat przedstawiony mnie urzekł, ale autorki nie znałam, a oceny miała raczej przeciętne. Niemniej, postanowiłam sprawdzić. I choć w książkę trudno było mi się wgryźć, to pozytywnie mnie zaskoczyła.


Pewnej nocy do drzwi doktora Balthasara puka kobieta, z którą w dzieciństwie się przyjaźnił. Jest w zaawansowanej ciąży, co wypada dość niezręcznie, jako że jej narzeczony od więcej niż dziewięciu miesięcy nie pojawiał się w mieście. Przyszła, żeby Bal pomógł jej urodzić i pozbyć się kłopotu. Okazuje się jednak, że bliźnięta mają jeszcze bardziej podejrzany rodowód niż możnaby się spodziewać, a do tego jeszcze kilka nietypowych cech. Doktor nie spodziewa się, że ta przysługa ściągnie na niego i jego rodzinę katastrofę.

Sporo jest w tej książce fajnych rzeczy, ale najbardziej przypadł mi do gustu pomysł na świat przedstawiony. Takiego świata, podzielonego nieprzekraczalną granicą zmierzchu i świtu między dwie rasy jeszcze nie spotkałam. Bo widzicie, kiedyś była tylko jedna ludzka rasa, ale w wyniku klątwy rozdarto ją na pół. Ciemnorodni są ślepi, za to potrafią posługiwać się echolokacją. Wzrok nie jest im do niczego potrzebny, bo każde światło (poza ogniem) ich zabija. Światłorodni odwrotnie – pozbawieni odpowiednio silnego światła zaczynają żywcem i bardzo szybko gnić. Co ciekawe, przy odrobinie wysiłku obie grupy potrafią owocnie koegzystować na tej samej przestrzeni. W pierwszym tomie trylogii poznajemy perspektywę Ciemnorodnych.

Autorka w pełni wykorzystała potencjał swojego pomysłu, dbając przy tym o szczegóły. Rzeczywistość Ciemnorodnych jest ciasna – nie mogą dostrzec niczego, co jest oddalone bardziej niż o kilkadziesiąt metrów, a i to nie jest granica osiągalna dla wszystkich. Niebo czy horyzont to dla nich pojęcia zupełnie abstrakcyjne, nie znają też kolorów (przez całą powieść autorka ani razu nie użyła nazwy koloru. Jestem pod wrażeniem). Musieli więc wykształcić, przynajmniej częściowo, zupełnie inne rytuały niż istoty nawykłe do korzystania ze wzroku – i sporo takich opisów autorka nam serwuje. Śledzenie kultury Ciemnorodnych (bo i ona różni się znacznie od kultury i zwyczajów Światłorodnych; przypomina za to wiktoriańską) było fascynującym doświadczeniem.

Bohaterów też mamy nietypowych. Co prawda standardowy (acz sympatyczny i dający się lubić) szpieg-awanturnik o szlacheckim rodowodzie akurat nie jest niczym nowym, ale pan doktor z rodziną to już inna para kaloszy. Widzicie, autorzy często ułatwiają sobie życie, tworząc bohaterów pozbawionych zobowiązań – bo i o wątek romantyczny wtedy łatwiej, i nie trzeba się martwić, z kim dzieci zostawić. Bal i Telmaine Herne zaś mają dwójkę małych dzieci i są dobrze (choć może nie tak dobrze, jak życzyłaby sobie rodzina Telmaine) sytuowanym, szczęśliwym małżeństwem. Ciekawe, że w tym duecie postacią znacznie silniejszą jest Telmaine. Jednocześnie jest ona też skrępowana gorsetem obyczajowym, który nie pozwala ciemnorodnym kobietom okazywać siły charakteru. A panią Herne bardzo dobrze wychowano. Toteż możemy sobie poobserwować, jak stacza wewnętrzne boje, kiedy jej wrodzona chęć działania walczy z latami wpajania zasad. Jest jedną z najlepiej skonstruowanych postaci kobiecych, o jakiej miałam przyjemność w tym roku czytać. Dla odmiany Bal to człowiek spokojny, typ solidnego naukowca, dla którego gwałtowne działanie nie jest czymś naturalnym, choć w kryzysowych sytuacjach bez wahania robi, co trzeba. Doskonale pasuje do swojej żony.

Postacie dalszoplanowe też są ciekawie zarysowane, ale… właśnie tylko zarysowane. Co jest ich główna wadą, bo czasem bardzo przydałoby się więcej informacji. Ale nie narzekam, może w kolejnych tomach dostaniemy ciekawsze historie (właściwie wspomniany wyżej baron awanturnik też mógłby się dorobić szerszego życiorysu. Nie wątpię, że autorka go przygotowała, bo czasem coś tam czytelnikowi rzuci, ale mogłaby się dzielić hojniej).

Największym problemem powieści jest niewyważona fabuła. Widać, że autorka miała na nią pomysł, i to całkiem fajny, ale większość rozwiązań zagadek pozostawiła najwyraźniej na kolejne tomy. To sprawia, że po lekturze czytelnik ma wrażenie, jakby ktoś powieść urwał w losowym miejscu – wątek główny dla tomu, ale epizodyczny z punktu widzenia trylogii (a przynajmniej na taki teraz wyglądający) został co prawda zamknięty, ale naprawdę interesujące rzeczy dopiero zaczną się dziać. Trochę to rozczarowujące. Dodatkowo na początku zdarzają się jeszcze dłużyzny, co może zniechęcić do dalszej lektury.

Mimo tego, czuję się pozytywnie zaskoczona. Sceptycznie spodziewałam się powieści na trzy mniej, dostałam solidne trzy z plusem, a może nawet cztery. Oczywiście mogło być lepiej i po cichu liczę na to, że w kolejnych tomach będzie. Obym się nie pomyliła.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona.


Tytuł: Ciemnorodni
Autor: Alison Sinclair
Tytuł oryginalny: Darkborn
Tłumacz: Katarzyna Ciarcińska
Cykl: Zrodzeni z mroku
Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2014
Stron: 368

poniedziałek, 24 września 2012

Historycznie o ikonie - "Vlad Dracula" Dariusz Domagalski

Recenzja sponsorowana przez Serenity, która pożyczyła mi książkę. Dzięki!:)

Wampiry głęboko zakorzeniły się w popkulturze. Zanim nadeszły czasy paranormalnych romansów, za pierwowzór wampira uważany był hrabia Dracula. Ale jeśli ktoś zechce pogrzebać głębiej, to okaże się, że hrabia miał swój prototyp historyczny. Był nim hospodar wołoski, Vlad Dracula, zwany Palownikiem. O nim właśnie napisał książkę Dariusz Domagalski.

Po przegranej bitwie pod Warną zagrożenie ze strony Imperium Osmańskiego rośnie. Węgierski następca tronu zdaje sobie sprawę, że jego ziemie będą jednym z pierwszych celów tureckiego natarcia, ale na jednym froncie już toczy wojnę. Szuka więc sojusznika, który pozwoliłby oddalić zagrożenie. Jednym z kandydatów jest Vlad Dracula, ale jego sława jest tak zła, że zasadność powierzenia mu zbrojnej kampanii jest wątpliwa. Młody władca wysyła więc oddział zaufanych wojowników pod dowództwem Janosa Lechoczky, aby sprawę na miejscu obadał. Co oddział zastanie po przekroczeniu Karpat? Kim naprawdę jest Vlad Palownik?

Na początku musze przyznać, że czuję się nieco zawiedziona – rozpoczynając lekturę byłam przekonana, że mam do czynienia z historycznym fantasy. Nie spodziewałam się jakiegoś przesadnego udziału fantastyki, ale jednak odczuwalnego. Tymczasem „Vlad Dracula” to powieść w zasadzie ściśle historyczna (jaskółka w postaci niebywałej żywotności, szybkości i odporności na zranienia tytułowego bohatera fantasy nie czyni). Nie jest to wadą, wszakże są wśród nas miłośnicy powieści historycznych, ale rozminięcie się z oczekiwaniami bywa nieprzyjemne.

Czas przejść do wad bardziej obiektywnych. Najbardziej przeszkadzało mi to, że powieść nie miała wyraźnie zarysowanej linii fabularnej – przez co wydawała się raczej nadmiernie rozbudowanym opowiadaniem. Opisywane wydarzenia przypominały raczej zbiór chronologicznie ułożonych migawek, niż spójną fabułę. Osobiście uważam, że gdyby powieś o połowę odchudzić, wyszłoby świetne długie opowiadanie, czy tez mikropowieść. Teraz cały „Vlad Dracula” wydaje się nieco przegadany.

Ponarzekaliśmy sobie, no to idziemy dalej. Czas autora za coś pochwalić – Dariusz Domagalski ma doskonałe wyczucie, jeśli chodzi o konstruowanie bohaterów. Co prawda główna postać, którą jest kapitan Lechoczky, jakoś nie potrafi zainteresować – ot, zwykły, młody rycerz, który przewidywalnie ewoluuje w toku powieści – ale te bardziej drugoplanowe to zupełnie coś innego. Taki Vlad na przykład. Autorowi świetnie udało się nakreślić człowieka tajemniczego i budzącego grozę, a jednocześnie uderzająco ludzkiego w swoim szaleństwie. Dla mnie – kreacja oscarowa. Całkiem dobrze wypadł też sułtan Mehemd II i jego kochanek Radu Piękny, który tylko na początku wydaje się irytującą mimozą, niebezpiecznie zbliżającą się do najgorszych tradycji uke. W ogóle cały homoseksualny romans jest bardzo ciekawie przedstawiony, głównie od strony erotycznej, bo emocjonalności mi troszkę zabrakło (w zasadzie w tym miejscu powinien się pojawić długaśny wywód, ale nie chcę spoilować). Niemniej, w polskiej literaturze (fantastycznej w szczególności)  opisywanie relacji homoseksualnych, zwłaszcza męskich, ciągle wymaga pewnej odwagi, więc autorowi należy się za to dodatkowy plus.

Słów jeszcze kilka o warsztacie. Pióro Domagalski ma bardzo sprawne, talent do opisów również, więc tym bardziej szkoda, ze fabuła trochę kuleje. Niemniej, niektóre opisy mogą być nie do przejścia dla czytelników o nerwach delikatnych, bo obok malowniczych opisów krajobrazu czy interesujących obrazów kobiecego ciała (w ogóle we „Vladzie Draculi” jest sporo scen erotycznych, więc jeśli ktoś nie lubi, niech się czuje ostrzeżony), znajdziemy bardzo naturalistyczne opisy obrzydliwych tortur.

Jeszcze dwa słowa o wydaniu. Korekta nie dopilnowała swoich obowiązków, bo nie raz i nie dwa w książce brakuje nie tylko przecinków i literek, ale całych wyrazów. Papier też mógłby być cieńszy, nie groziłoby wtedy książce złamanie grzbietu. O okładce może już nie będę się wypowiadać.

Podsumowując, czuję się rozdarta. Książka ma i plusy, i minusy, trudno wypowiedzieć się jakoś jednoznacznie. Jedyne, czego jestem pewna, to że „Vlad Dracula” spodoba się fanom powieści historycznych, którym nie straszne krwawe opisy. Reszta niech eksperymentuje na własną odpowiedzialność.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik.

Tytuł: Vlad Dracula
Autor: Dariusz Domagalski
Wydawnictwo: Runa, Bellona
Rok: 2011
Stron: 340

wtorek, 14 sierpnia 2012

Alicja w krainie kwantów - "Drzwi o trzech zamkach" Sonia Fernandez-Vidal

„Popularyzacja nauki” to ostatnio taki modny zwrot. Uczelnie stawiają sobie popularyzację nauki za cel i tym amerykańskim nawet całkiem nieźle idzie osiąganie go. Powstają więc filmy i książki popularnonaukowe. „Drzwi o trzech zamkach” są bardzo specyficznym rodzajem książki popularnonaukowej, mianowicie powieścią popularnonaukową. Dla młodszych czytelników, dodajmy.

Niko nie jest zbyt popularnym uczniem. W dodatku nauczyciel fizyki najwyraźniej go nie lubi, bo ciągle się o coś czepia. Pewnego dnia nad łóżkiem chłopca pojawia się tajemniczy napis, a zaraz potem Niko znajduje dziwne drzwi z trzema zamkami. Szybko okazuje się, że prowadzą one do świata kwantowego, gdzie wszystkie założenia fizyki kwantowej mają zastosowanie w życiu codziennym. Spotyka tam elfa Eldrena (takiego z warsztatu Świętego Mikołaja, nie od Tolkiena) i wróżkę Kionę, po czym rusza przeżyć największą przygodę swego życia.

Powieści popularnonaukowe mają to do siebie, że pod względem fabularnym nieco kuleją. Nie inaczej jest w przypadku „Drzwi o trzech zamkach”. W zasadzie nie bardzo wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi i do czego to zmierza, przez co czytelnikowi nieco trudno odnaleźć się w świecie powieści. Z budowaniem napięcia też bywa różnie: czasem wychodzi autorce bardzo sprawnie, a czasem wręcz przeciwnie, co zwłaszcza młodszemu czytelnikowi może przeszkadzać w zaangażowaniu się w lekturę. Gdybym miała wystawić szkolną cenzurkę, fabuła „Drzwi o trzech zamkach” dostałaby jedynie tróję. Ale przecież w tego typu powieściach warstwa fabularna to jedynie połowa.

Ta druga połowa, czyli warstwa edukacyjna, wypada znacznie lepiej. Sonia Fernandez-Vidal potrafi w bardzo prosty i obrazowy sposób wyjaśnić podstawowe prawa kwantowego świata (jak chociażby superpozycja) i przedstawić jego mieszkańców (np. kwarki). Wszystko to razem formie zabawy, a dla uczniów, którzy mają trudności z wychwytywaniem wiedzy z tekstu lub chcieliby sobie to i owo powtórzyć, z tyłu dodano przystępny słowniczek. Rodzice, którzy chcieliby się podszkolić, ale jakoś do bardziej naukowych dzieł nie mają odwagi sięgnąć, też powinni być zadowoleni.

Bohaterowie książki również powinni przypaść młodym czytelnikom do gustu (zwłaszcza takim, którzy mają około 10 lat). Sympatyczni, zabawni, generalnie tacy, z którymi można się utożsamiać. Nieco kojarzą się z postaciami z „Alicji w Krainie Czarów” – mamy kota, z którego co prawda nie zostaje uśmiech, ale za to potrafi znikać, mamy bliźnięta i mamy cały lekko absurdalny i surrealistyczny klimat. Może i powieść nie jest dziełem tej samej klasy, co „Alicja…”, ale na pewno bardziej niż ona przyczyni się do poszerzenia wiedzy czytelnika.

Czas przejść do aspektów bardziej fizycznych książki. Okładka co prawda odpowiada treści, ale nie za bardzo wskazuje na książkę dla dzieci. W środku jest pod tym względem lepiej – przeróżne wyróżnienia tekstu, wiele obrazków (przepraszam, ale tych clipartów raczej nie mogę nazwać ilustracjami – za to ich liczba oraz dość pomysłowe i adekwatne wykorzystanie powinny młodych czytelników zadowolić), zagadki. Problemem jest za to słaba redakcja. Niezręczności językowe trafiają się często, język jest dość chropawy, a gdzieniegdzie brak słowa całkiem zmienia sens zdania. Naprawdę, przydałoby się więcej uwagi i finezji.

Mimo mankamentów, raczej polecam. Na rynku jest tak mało książek, dzięki którym dzieci mogą w formie rozrywki nabywać konkretną wiedzę, że aż żal nie skorzystać. A nuż jakiś mały Einstein wyrośnie?

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona.


Tytuł: Drzwi o trzech zamkach
Autor: Sonia Fernandez-Vidal
Tłumacz: Agata Zyznowska
Tytuł oryginalny:
La Puerta de los Tres Cerrojos
Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2012
Stron: 182

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Nienudno? - "Historia nudy" Peter Toohey


W zasadzie już samo słowo „nuda” odrzuca. Jako hasło marketingowe najwyraźniej też się nie sprawdza, bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć żadnego sloganu z nudą (pomijając wszystkie wariacje spod znaku „Z nami nie będziesz się nudzić!”). Z tytułami książek też nie jest lepiej. Tym bardziej nie mogłam zignorować tytułu tak przewrotnego, jak „Historia nudy” – ktoś wreszcie odważył się przełamać schematy i sprawdzić, czy czytelnik jest gotów z czystej przekory zaryzykować znajomość z taką książką. Pomijając oczywisty fakt, że komuś chciało się pisać o nudzie.

Kimś, komu się chciało, jest Peter Toohey. Stworzył on swego rodzaju podsumowanie informacji o tej nieprzyjemnej emocji. Zaraz, emocji? Jak w ogóle można opisywać historię czegoś tak pierwotnego, jak emocje? Czy one w ogóle mają historię? Okazuje się, że nawet jeśli nie one same, to z pewnością badania nad nimi. I tak w „Historii nudy”, po zapoznaniu się z odpowiednimi pojęciami i rodzajami wyżej wymienionej, możemy wędrować z nudą przez wieki.

Autor nie skupił się na jednej dziedzinie, ale przedstawił swoisty miszmasz. Mamy wiec najnowsze badania psychologiczne i neurologiczne mniej lub bardziej związane z nudą, analizę dzieł literackich, które najwięcej miejsca jej poświęcają i odpowiednich obrazów, na których malarze postanowili uwiecznić nudzące się postacie. Toohey wnikliwie przygląda się wynikom badań, drobiazgowo analizuje emocje powieściowych postaci i dogłębnie wnika w aspekty malarskiej symboliki. Braku rozmachu nie można mu zarzucić, chociaż taka forma wprowadza jednak pewną dozę chaosu.

Peter Toohej pisze przystępnie, i czyta się go całkiem gładko, chociaż nie zawsze porywa (i nie bardzo wiem, czy winić za to jego warsztat, czy też tematykę). Z książki można wyłuskać sporo ciekawostek (mi najbardziej przypadły do gustu opisy badań psychologicznych), a maturzyści z pewnością zainteresują się analizami dzieł literackich, jeśli będą mieli odpowiedni temat. I właśnie tu dochodzimy do sedna: książkę polecam osobom zainteresowanym tematem. Tym, którzy poszukują losowego czytadła na lato, raczej nie przypadnie do gustu.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona. Dziękuję!

Tytuł: Hisoria nudy
Autor: Peter Toohey
Tytuł oryginalny: Boredom: A Lively History
Tłumacz: Katarzyna Ciarcińska
Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2012
Stron: 192

czwartek, 9 lutego 2012

Sztywna ta zbroja... - "Templariusz" Paul Doherty

Generalnie niezbyt lubię powieści historyczne. Jestem jednak otwarta i co jakiś czas próbuję zmienić swoje nastawienie, zwłaszcza, jeśli na horyzoncie pojawi się coś w realiach średniowiecznych. Kiedy więc usłyszałam o „Templariuszu” Paula Doherty, byłam szczerze zainteresowana. Przecież to taki wdzięczny temat – zakon ma w popkulturze wizerunek dość romantyczny, bo i spiski, i tajemnice, i potęga, i pociąganie zza kulis za sznurki mogą wchodzić w grę. Dodatkowo wiedza o nim wśród niehobbystów jest dość niewielka, istniała więc możliwość zarówno jej poszerzenia, jak i wygrywania na niej przeróżnych, niesamowitych melodii. Jak wyszło?

Mamy rok 1097. Papież Urban II właśnie wezwał wiernych do odbicia Jerozolimy z rąk niewiernych. Wśród rzeszy odpowiadającej na wezwanie znajdują się Eleonora de Payens wraz z bratem Hugonem i jego bliskim przyjacielem, Gotfrydem z St. Omer. Eleonora chce odbyć pielgrzymkę i, być może, rozliczyć się z przeszłością, jej bratu zaś przyświecają wielkie idee. Wszyscy jednak przeżyją szok w starciu z rzeczywistością – nikomu bowiem nie przyszło do głowy, że Bóg zechce wystawić swoją armię na tyle ciężkich prób…

Zamysł autora był ze wszech miar szlachetny. Miała powstać powieść stylizowana na oryginalną kronikę autorstwa Eleonory, możliwie jak najwierniej oddająca realia tamtego okresu i specyficzność pierwszej krucjaty. Te cele udało mu się osiągnąć. Książka jest napisana jak jedenastowieczna kronika, bez zbędnych zabiegów upiększających. Jest też niezwykle wierna realiom, jakie panowały w obozie krzyżowców, którzy czasem cierpią głód, bywają napadani przez bandytów, wyczerpani po bitwie albo bombardowani przepowiedniami samozwańczych proroków. Nie umknął też opis żadnej ważniejszej bitwy. Jest tylko jeden problem: produktu finalnego nie da się czytać, a w każdym razie nie jak powieści.

„Templariusz” to w założeniu powieść, niestety, widywałam książki popularnonaukowe (ba, nawet podręczniki akademickie) napisane żywszym językiem. Powieść jest strasznie statyczna, relacje z najdramatyczniejszych nawet wydarzeń chłodne jak raport podatkowy, a bohaterowie zdają się glinianymi pacynkami. Wszystkie postacie są opisane mniej więcej tak, jak w podręcznikach do historii: w roku tym i tym dowodził oblężeniem miasta X podejmując następujące działania. Nie ma najmniejszych szans, aby poczuć do kogokolwiek odrobinkę sympatii, o utożsamianiu się nie wspominając.

Fabuła również przypomina wywód wycięty z podręcznika. Owszem, są opisane wszelkie najważniejsze wydarzenie, które miały miejsce w drodze z Francji do Jerozolimy, ale znowu nie wiemy nic ani o relacjach w obozie (prócz tego, że dowódcy czasem kłócą się o wpływy). Jakiekolwiek oznaki tego, że mamy do czynienia z żywymi ludźmi, a nie papierowymi figurkami, zostały przez autora ograniczone do kilku suchych wzmianek, że ten i ów miewali romanse. Wszystko razem sprawia, że powieść przypomina zasuszoną mumię – brak krwi emocji, żeby uczynić to suche próchno odrobinę soczystszym.

Jeśli chodzi o styl autora, to również nie jest lepiej. Środków artystycznych czy poetyckości opisów można ze świecą szukać (z resztą, trudno znaleźć jakiś opis w ogóle, o ile nie dotyczy on fortyfikacji obleganego akurat miasta). Dialogi są króciutkie i beznamiętne, a autor niezbyt sobie radzi z tworzeniem jakiegokolwiek klimatu.

„Templariusz” wbrew zapewnieniom na okładce nie jest powieścią historyczną. To fabularyzowany podręcznik. Polecić go mogę jedynie fanom epoki i zakonów rycerskich. Inni raczej nie będą się przy nim dobrze bawić.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona. Dziękuję!

Tytuł: Templariusz
Autor: Paul Doherty
Tytuł oryginalny: The Templar
Tłumacz: Paulina Maksymowicz
Cykl: Templariusz
Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2011
Stron: 343

sobota, 3 września 2011

Burn witch, burn! - "Historia czarów i czarownic" Jesus Callejo

Co przychodzi wam na myśl, kiedy słyszycie słowo „czarownica”? Mi osobiście babcia Weatherwax, ale ja jestem wypaczona fantastyką. Sporo osób pomyśli pewnie o Babie Jadze, o Salem, lub o jakiejś bohaterce jakże poczytnych romansów paranormalnych. Ale czym właściwie jest czarownictwo i skąd się wzięło, mało kto się zastanawia. Nieco światła na to zagadnienie stara się rzucić pan Callejo, w swojej książce „Historia czarów i czarownic”.

Autor ściśle łączy terminy „czarownica” i „czarostwo” z herezją, jaką przypisał im Kościół Katolicki. To, co było wcześniej i czego nie wiązano z oddawaniem kultu Szatanowi, jest określane jako „czarodziejstwo” i „magia”. Autor dość długi (i bardzo przekonująco, trzeba przyznać) uzasadnia taki podział, aby potem przejść do historii. Nie powinno dziwić, że historia czarownic w tej książce szczególnie mocno skupia się na okresie działania Inkwizycji. A wielu ciekawostek można się dowiedzieć.

Wbrew obiegowym opiniom, prawdziwe, wspomagane przez papieży polowanie na czarownice przypadło na okres renesansu, nie zaś średniowiecza – w wiekach średnich inkwizytorzy zajmowali się głównie ściganiem heretyków i dopiero jak takowych zaczęło brakować, przerzuciła się na czarownice. Pan Callejo zaskoczył mnie swoim podejściem do tej instytucji, stara się bowiem obalać mity o rzekomej krwiożerczości inkwizycji względem niewinnych kobiet, jednak nie pozostawia wątpliwości, co myśli o całym zjawisku. A myśli mianowicie, że był to objaw przerażającej, masowej histerii, zasługującej na najwyższe potępienie.

Mocną stroną książki jest rzeczowe podejście autora do tematu. Nie stara się on ugrać czegoś stereotypami czy wyjątkowo chwytliwymi mitami, ale próbuje ukazać prawdę taką, jaką ona jest w świetle najnowszych badań historyków. Jednocześnie robi to w sposób przyjazny czytelnikowi, używając gawędziarskiego, choć precyzyjnego języka, z dodatkiem humoru i odwołań do współczesnej kultury masowej (nie obraziłabym się, gdyby tych odwołań było więcej, ale nie będę narzekać).

Kilka słów o wydaniu. Jego mocną stroną jest niewątpliwie ciekawa okładka, spora czcionka i bogactwo ilustracji, jednak korekta była nieco niechlujna. Nie aż tak jednak, żeby wystąpiły rażące błędy, więc raczej nie przeszkadza w lekturze.

Szczerze mówiąc, to jedna z ciekawszych książek popularnonaukowych, jakie moim zdaniem wydała ostatnio Bellona. Polecam każdemu miłośnikowi fantastyki i historii, bo każdy znajdzie w niej coś miłego dla siebie.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona, za co bardzo dziękuję.

Tytuł: Historia czarów i czarownic
Autor: Jesus Callejo
Tytuł oryginalny: Breve Historia de la Brujeria
Tłumacz: Magdalena Adamczyk
Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2011

Stron: 277

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Co na nas czeka po drugiej stronie zycia, według starożytnych, oczywiście? - "Encyklopedia duchów i demonów" Ernest Abel


„Encyklopedia duchów i demonów” Ernesta Abela jest leksykonem pojęć rodem z przeróżnych mitologii, a związanych ze śmiercią i życiem pozagrobowym, ze szczególnym uwzględnieniem tego, co po śmierci czeka grzeszników. Uważam pomysł stworzenia takiego spisu za świetny.

Książka Abla jest przede wszystkim skonstruowana bardzo przystępnie. Hasła są uszeregowanie alfabetycznie i wyjaśnione przystępnie, bez zbędnego, naukowego żargonu, co sprawia, że nawet skrajnie nieobyty w temacie czytelnik nie ma problemu z przyswojeniem treści. Dodatkowo autor zaopatrzył encyklopedię w alfabetyczny spis haseł (który nie wiem, czemu właściwie miał służyć, skoro przy owych hasłach nie podano ani ewentualnych odnośników, pod którymi można ich szukać, ani numeru strony) oraz – co uważam za świetne rozwiązanie – tematyczny spis haseł, które są pogrupowane wedle ścisłej tematyki (światy podziemne, demony, bogowie podziemi itp.) oraz wedle regionu, z jakiego pochodzą. Bardzo ułatwia to poszukiwania, jeśli potrzebny jest zbiór pojęć na zadany temat.

O ile treść „Encyklopedii duchów i demonów” jest ze wszech miar godna pochwały, o tyle forma już niekoniecznie. Często spotyka się literówki i błędy gramatyczne, zdarza się też niechlujny układ tekstu. Co nie jest jeszcze najgorsze, bo do rzadkości nie należy powielanie haseł (przez dodawanie definicji zamiast odnośników do synonimów danej nazwy; przy najpopularniejszej nazwie mamy wyczerpujący opis, przy pozostałych – jego streszczenia). Zdarzają się tez pomyłki w układzie alfabetycznym czy powtórzenie hasła. Mam nadzieję, że jeśli kędykolwiek wydawnictwo zdecyduje się na wydanie II, to zespół bardziej przyłoży się do pracy nad książką – ładna okładka nie załatwi wszystkiego.

Mimo oczywistych mankamentów, książkę polecam. Myślę, że będzie ona nieocenioną pomocą naukową zwłaszcza dla maturzystów, ale i fanom fantastyki może oddać spore usługi. Żałuję, że nie miałam jej podczas czytania „Amerykańskich bogów” Gaimana czy „Kłamcy” Ćwieka – należę do tej staroświeckiej grupy osób, które w poszukiwaniu wiedzy wolą sięgnąć po książkę, niż zajrzeć do Internetu i „Encyklopedia duchów i demonów” bardzo by mi się w owym czasie przydała. 

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona.


Tytuł: Encyklopedia duchów i demonów
Autor: Ernest Abel
Tytuł oryginalny:  Death Gods: An Encyclopedia of the Rulers, Evil Spirits, and Geographies of the Dead
Tłumacz:  Krzysztof Kurek
Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2011
Stron: 240

czwartek, 24 marca 2011

W alkowach pałaców, w kuchniach domostw - "Życie prywatne i erotyczne w starożytnej Grecji i Rzymie" Sławomir Koper

W szkole nigdy nie przepadałam za historią. Przyczyną tego był fakt, że zajmowaliśmy się głównie omawianiem nudnych dat i bitew, roztrząsając ciągle kto i z kim, ale bardzo rzadko dlaczego. Nie poświęcaliśmy natomiast czasu zagadnieniu najbardziej (moim subiektywnym zdaniem) interesującemu, jakim było życie codzienne danej epoki, realia czy to, jakie obyczaje akurat obowiązywały. „Życie prywatne i erotyczne w starożytnej Grecji i Rzymie” jest książką, która daje doskonałą okazję do nadrobienia tych zaległości, przynajmniej jeśli chodzi o starożytność.

Autor w tej popularnonaukowej publikacji poruszył trzy zagadnienia, osobno dla Grecji (wraz z Macedonią za czasów Aleksandra Wielkiego) i osobno dla Imperium Rzymskiego (począwszy od czasów, kiedy jeszcze żadno imperium wokół miasta nie narosło). Pierwszym są oczywiście wszelkie obyczaje związane z życiem rodzinnym. Osobiście uważam rozdziały temu tematowi poświęcone za najciekawsze w książce – były jednak zdecydowanie za krótkie, chętnie przeczytałabym i trzy razy więcej. W każdym razie, można się dowiedzieć, że starożytne żony greckie traktowano gorzej niż obecnie muzułmanki w krajach islamskich (i nie mówię tu o iberalnych państwach). Przebywały wyłącznie w wyznaczonej części domu i nie mogły wychodzi bez zawoju na twarzy i przyzwoitki… Ale, co najciekawsze, w takiej Sparcie dziewczęta na wydaniu miały obowiązek przechadzania się po ulicach… nago. Zaiste, greckie miasta-państwa różniły się w kwestii obyczajowej niekiedy diametralnie. Co innego Rzym, gdzie w porównaniu z Helladą panowała istna emancypacja. Autor porusza też kwestię umiejscowienia homoseksualizmu w kulturze greckiej i rzymskiej. Co ciekawe, źródła nigdy nie wspominają o lesbijkach.

Drugą kategorią zagadnień jest, że użyję takiego sformułowania, przekaz literacki. Autor opisuje odpowiednio rodzinno-alkowiano-domowe aspekty „Iliady” i „Eneidy” w odniesieniu do ówczesnych realiów w omawianej dziedzinie życia. Jest to niewątpliwie ciekawostka dla tych, którzy się z powyższymi utworami nie mieli okazji w całości zapoznać, ale koneserom literatury antycznej może wydać się nieco nużący.

Trzecim aspektem jest wpływ życia rodzinnego władców na politykę Grecji i Rzymu. Autor świetnie sobie radzi z omawianiem koligacji rodzinnych i skomplikowanych relacji, jakie łączyły członków królewskich i cesarskich rodów. Szczególnie historia Rzymu jest bogata w różne niuanse i skandale (także seksualne; autor mówi również o dewiacjach władców i ich mocno kontrowersyjnych upodobaniach), do tego stopnia, że twórcy najbardziej zawiłych wenezuelskich seriali mogą się schować.  Mimo skomplikowania i dość sporej objętości rozdział ten czyta się jednym tchem.

Pan Koper ma bardzo płynny styl. Potrafi podać czytelnikowi swoją wiedzę w sposób nie tylko atrakcyjny i przejrzysty, ale także zrozumiały i zachęcający. Wszystko to dzięki przystępności języka i dynamice opisu. Jednakowoż znalazły się drobne szczegóły, które mnie irytowały. Myślę, że wynikają one z pewnej maniery stylistycznej. Pierwszym było częste używanie słowa „pederastia”. Podkreślam, że tutaj moja irytacja jest czysto subiektywna, gdyż autor chciał unikną nadmiernych powtórzeń, a homoseksualizm nie ma chyba w języku polskim mniej pejoratywnych synonimów. Niemniej jednak pewien negatywny wydźwięk pozostaje. Drugim szczegółem był nieco dziwny sposób wywoływania emocji u czytelnika. Mianowicie autor, poruszając temat mordowania najbliższej rodziny z pobudek czysto politycznych stwierdził, iż był to naonczas jeden z powszechnie przyjętych sposobów sprawowania władzy, więc nie ma się czym oburzać. Następne zaś, przy omawianiu pań z ambicjami politycznymi nie omieszkał często podkreślać, jakież to nie na miejscu było z ich strony mordowanie najbliższej rodziny. Nie popieram żadnej formy mordu i w ogóle uważam ten sposób zaspokajania politycznych ambicji za godny najwyższego potępienia, ale wytykanie go jednej tylko płci przy wcześniejszym stwierdzeniu, że w życiu politycznym była to powszechna praktyka, wydaje mi się po prostu niesmaczne. Niemniej jednak, jeśli nie jesteście takimi wrażliwcami (na pewne kwestie), jak ja, to nawet powyższych szczegółów nie zauważycie.

Jeśli chodzi o jakoś wydania, to miałam napisać, że jest najwyższa, jednak ten sielski obrazek nieco psuje sposób klejenia książki – nie da się jej czytać bez złamania grzbietu. Poza tym, wszystko jak najlepsze: piękna okładka w stonowanych barwach sepii, świetnie z nią skomponowany i oryginalny, bo czekoladowy, kolor czcionki oraz liczne ilustracje bardzo uprzyjemniają lekturę. Nawet literówkę znalazłam tylko jedną.

Podsumowując, książkę polecam wszystkim, którzy lubią, jak i tym, którzy nie lubią historii. Jednak wydaje mi się, że osoby na co dzień pracujące z tą dziedziną nauki (do tej grupy zaliczam również zagorzałych hobbystów z długim stażem) nie znajdą wielu odkrywczych ciekawostek. Natomiast jeśli ktoś dopiero zaczyna się dziejami dawno minionymi interesować, lubo chce poszerzyć sobie nieco horyzonty przed przeczytaniem „Quo vadis?”, jest to lektura idealna.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona, za co serdecznie dziękuję.

Tytuł: Życie prywatne i erotyczne w starożytnej Grecji i Rzymie
Autor: Sławomir Koper

Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2011
Stron: 336


***
Problemy z internetem niniejszym zostały zażegnane. Co prawda cięgle natykam się na różne dziwne kwiatki, w postaci niemożności dodawania komentarzy na Bloggerze, ale mam nadzieję, że po pomajstrowaniu przy przeglądarce problemy miną. Tymczasem zaczynam nadrabia zaległości.:) 

wtorek, 8 lutego 2011

Nie tylko Ewa i Maria - "Kobiety w Biblii" John Baldock

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona.

Widząc tytuł „Kobiety w Biblii” czytelnik może się spodziewać popularnonaukowej rozprawy na temat kondycji ogólnej kobiety w czasach biblijnych i interpretacji sposobu ich przedstawienia na przestrzeni dziejów, analizy literackiej, historycznej i tak dalej. Czytelnik taki rozczarował by się, nie to bowiem było celem autora, jak sam we wstępie zaznacza. Celem tej książki jest przedstawienie historii kobiet biblijnych zgodnie z informacjami, które ta księga zawiera (jedynie w wyjątkowych przypadkach autor bierze pod uwagę też inne źródła) – mamy więc coś w rodzaju leksykonu postaci. W żadnym wypadku nie sprawia to jednak, że „Kobiety w Biblii” są pozycją mało interesującą.

Człowiek, który nie zadał sobie trudu przeczytania całej Biblii (a śmiem twierdzić, że takie osoby stanowią większość), zazwyczaj biblijne niewiasty kojarzy z trzema postaciami: Ewa, Maria (matka Jezusa) i Maria Magdalena (któż by o niej po boomie na historie typu „Kod Leonarda da Vinci” nie słyszał). Taki czytelnik może się szczerze zdziwić ilością żeńskich postaci, wspominanych na kartach świętych ksiąg. Mamy tu bowiem nie tylko matriarchinie starego testamentu, którym poświęcono całe księgi, ale również kobiety wymienione tylko z imienia, albo nawet wspomniane jeno jako czyjaś żona lub córka. 

Warto przy tym wspomnieć, że autor korzystał zarówno z katolickich, jak i protestanckich wersji Biblii. Polskie tłumaczenie uwzględnia nie tylko różnie między przekładami angielskim i polskim, ale również różnice między najpopularniejszymi przekładami polskimi. Wszelkie ewentualne rozbieżności są zasygnalizowane i krótko omówione.

Opisy bohaterek zawierają nie tylko streszczenie ich dziejów. Autor informuje nas, jakie jest znaczenie imienia (jeśli jest znane) i gdzie w Biblii należy jej szukać (podając dokładnie księgi, rozdziały i wersy). Opisy są zwięzłe i zazwyczaj krótkie, ale mają dwie niezbywalne zalety: przystępny język, oraz fakt, że mamy w jednym miejscu zwięźle opisane historie, które w Biblii nierzadko są rozrzucone na kilka ksiąg. Dodatkowo możemy się też dowiedzieć co nieco na temat wykorzystania „damskich” motywów w sztuce chrześcijańskiej. Do każdej bowiem pani, którą artyści upodobali sobie na temat dzieła, autor dodał stosowną notkę, na obrazach jakich twórców można ją (kobietę, nie notkę) znaleźć i dlaczego. W samej książce znajdziemy mnóstwo ilustracji, potwierdzających popularność tych motywów w sztuce.

Ilustracje to niewątpliwy plus „Kobiet w Biblii”. Są to reprodukcje dzieł przedstawiających omawiane bohaterki. Reprodukcje te są wprawdzie czarno-białe, ale jakość przedruku jest na tyle wysoka, aby nie stanowiło to większego problemu. Jedynym, czego mi przy nich zabrakło, to podanie od razu pod reprodukcją tytułu i autora. Informacje te są co prawda w końcowym spisie ilustracji, jednak grzebanie w nim jest nieco uciążliwe. Za to każdy obraz posiada krótki, najczęściej jednozdaniowy opis przedstawianej sceny, więc mimo braku tytułu czytelnik jest informowany, która niewiasta na obrazie wystąpiła.

Co do zaznaczonego we wstępie braku analizy historycznej, to nie jest to taki całkowity brak. Książka jest podzielona na rozdziały zgodne z chronologią biblijną (choć z oczywistych względów nie odpowiadające biblijnym rozdziałom) i pierwsze z nich kończą się niejakim podsumowaniem, dotyczącym zmiany na przestrzeni dziejów pozycji, jaką zajmowały kobiety w społeczeństwie żydowskim. Są to lakoniczne notatki, jednak na końcu książki autor zamieścił całkiem obszerną bibliografię, z której dociekliwy i bardziej zainteresowany czytelnik może dowiedzieć się więcej. Gorzej, że bibliografia ta obejmuje wyłącznie pozycje w języku angielskim; nie zamieszczono informacji co do ich ewentualnych polskich przekładów. Utrudnieniem jest też brak indeksu – każdej bohaterki trzeba szukać ręcznie.

„Kobiety w Biblii” polecam pasjonatom tematyki biblijnej oraz poszukiwaczom ciekawostek z nią związanych, chociaż raczej tym początkującym, niż obeznanym w temacie. Polecam też osobom, które lubią mieć określonego typu informacje ładnie i przystępnie zebrane w jednym miejscu. Ale przede wszystkim polecam tą książkę maturzystom: taka synteza materiału jest wręcz nieocenioną pomocą przy pisaniu pracy maturalnej, a i odpowiednim dziełem sztuki będzie można komisję olśnić.

Tytuł: Kobiety w Biblii
Autor: John Baldock
Tłumacz: Karolina Lossman
Tytuł oryginalny:
Women in the Bible. Miracle Births, Heroic Deeds, Bloodlust and Jealousy
Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2011
Stron: 270
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...