Przyznam, że kiedy pierwszy raz usłyszałam o „25 gramach szczęścia”, wykazałam pewien taki niezdrowy entuzjazm. Nic w sumie dziwnego, względem każdej książki należącej do szeroko pojętej ekoliteratury, a nie traktującej o kotach, psach lub ptakach wykazuję daleko posunięty entuzjazm, bo najzwyczajniej w świecie zwiastują powiew świeżości. Oprócz entuzjazmu towarzyszyły mi jednak pewne obawy. Widzicie, w książkach o zwierzętach cenię podejście reportersko-edukacyjne zamiast sentymentalno-obyczajowego, a to pierwsze jest rozczarowująco rzadkie. Obawiałam się więc, że książka ostatecznie okaże się utworem grającym na emocjach w najtańszy i najbardziej oklepany sposób. Mimo tego, postanowiłam przeczytać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włoski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włoski. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 maja 2019
środa, 14 listopada 2012
Kapłanka śmierci - "Accabadora" Michela Murgia
Jestem osobą, która gustuje
głównie w książkach fantastycznych. Jednak jest coś czego być może po mnie nie
widać (nawet dwie rzeczy) – nie mam zamiaru zamykać się w getcie jednego
gatunku i mam pewną słabość do realizmu magicznego. Realizmu magicznego, który
definiuję według własnych, wysoce subiektywnych kryteriów. Po „Accabadorze”
spodziewałam się, że te kryteria spełni. Pomyliłam się jednak.
Fabuła tej króciutkiej powieści
to w zasadzie opis kilku lat życia sardyńskiego miasteczka. Kilku lat widzianych
z perspektywy Marii Listru, dziewczynki, a później młodej kobiety, będącej
duchowym dzieckiem Bonarii Uraii. Czytelnik ma okazję zanurzyć się w sennej
atmosferze powojennego miasteczka, poznać typowe dla Sardynii zwyczaje.
Zwyczaje często magiczne, gdyż, jeśli wierzyć autorce, w tamtym czasie Sardynia
była miejscem, gdzie sąsiedzi wciąż rzucali klątwy, aby przesunąć granice
działek, ludzie zaś przychodzili na świat przy pomocy akuszerki, a odchodzili
często przy pomocy tajemniczej, budzącej strach i szacunek accabadory…
Jak już mówiłam, spodziewałam się
po książce specyficznego klimatu, którym według mnie winny się charakteryzować
powieści z gatunku realizm magiczny. Jako że jestem osobą, która realizm
magiczny Marquezem poznawała, ten nurt jest nierozerwalnie związany z pewnym
surrealistycznym klimatem. „Accabadora” go nie posiada. Ma swoją własną,
zupełnie inną aurę.
W powieści czuć bowiem klimat
małego miasteczka, w którym wszyscy się znają. Nie jest to jednak mieścina,
jakich wiele – specyfiki nadaje jej sardyńskie otoczenie i ludzie, jacy je
zamieszkują. Ludzie, którzy w drugiej połowie XX wieku ciągle rzucają klątwy na
sąsiadów i w których społeczności jest miejsce zarówno dla księdza, jak i dla
tej, która pomaga odejść, accabadory, kogoś pośredniego między wiedźmą i
ostatnią instancją zaufania publicznego. Oraz dla duchowych dzieci.
W zasadzie to relacje Bonarii z
jej duchową córką są, poza sardyńskimi zwyczajami, które autorka utrwaliła w
powieści niczym na dagerotypie, głównym
tematem tej historii. Mamy tutaj opowieść o zrozumieniu i o dojrzewaniu, z tym
że to drugie nie dotyczy samej Marii, rozlewa się na całe miasteczko. Autorka
zarysowała tutaj relację dziewczynki posiadającej coś na kształt dwóch matek i
nie umiejącej się pogodzić z naturą jednej z nich. To, co mogłoby być
największym plusem książki, moim zdaniem zostało jednak zbyt słabo zarysowane.
Gdyby autorka zechciała nam ten wątek przybliżyć, pogłębić psychologiczną więź
bohaterek, powieść wiele by zyskała. A tak pierwsze skrzypce pozostają jednak w
rękach ludu Sardynii. Trochę szkoda.
Podsumowując, „Accabadora” jest
niewątpliwie powieścią ciekawą i bardzo klimatyczną, jednak spodziewałam się po
tej krótkiej historii czegoś więcej. Z całego serca mogę ją polecić fanom
śródziemnomorskich klimatów - z pewnością będą zachwyceni. Pozostałym też
pewnie się spodoba, ale już nie aż tak.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.
Tytuł: Accabadora. Ta, która pomaga odejść
Autor: Michela Murgia
Tłumacz: Hanna Borkowska
Tytuł oryginalny: Accabadora
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012
Stron: 192
Tłumacz: Hanna Borkowska
Tytuł oryginalny: Accabadora
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012
Stron: 192
wtorek, 23 sierpnia 2011
Czterdziestolatek w kancelarii prawniczej - "Świadek mimo woli" Gianrico Carofiglio
Książki, jakie czytam na okoliczność DKK bywają różne. Czasem dokonuję dzięki nim małych odkryć, zdarza się nawet, że któraś mnie zachwyci. Większość jednak oscyluje gdzieś w granicach umiarkowanej przyjemności z czytania. Nie zdarzyło się jeszcze tak, żeby książka była klapą. Przynajmniej do tej pory, bo „Świadek mimo woli” śmiertelnie mnie znudził.
Mecenas Guido Guerrieri, przystojny mężczyzna przed czterdziestką, przechodzi ciężki okres: po niezbyt ostatnimi czasy udanym małżeństwie jego żona wystąpiła o separację. Na domiar złego adwokat traci wiarę i zapał w kwestii własnego zawodu. Powoli usuwa się w depresję, kiedy w jego kancelarii zjawia się pewna Afrykanka. Prosi o obronę jej przyjaciela, Senegalczyka, którego włoski wymiar sprawiedliwości oskarża o porwanie i zamordowanie dziewięcioletniego chłopca. Guido przyjmuje zlecenie, mimo, że sprawa wydaje się beznadziejnie trudna: oskarżonego obciążają zeznania świadków i mocne poszlaki. On sam jednak zapewnia, że jest niewinny. Mecenas również szybko nabiera wątpliwości, jeśli chodzi o siłę i wiarygodność dowodów. Ale czy uda mu się uzyskać uniewinnienie klienta i czy ta sprawa przywróci równowagę w jego życiu, zarówno zawodowym, jak i prywatnym?
To było moje pierwsze spotkanie z thrillerem prawniczym i obawiam się, że jednak ostatnie – po prostu nie mój klimat. Walka włoskiego mecenasa o dobro jego klienta, mimo, że zważywszy na powód rozprawy miała ogromny potencjał emocjonalny była sucha niczym papier, na którym ją wydrukowano. Guido przychodził rozmawiać z klientem, prowadził przesłuchania światków i przemawiał tak, że czytelnik tracił całkowicie zainteresowanie wątkiem kryminalnym. Zero życia, zero emocji, zero jakiegokolwiek poruszenia. Oskarżony ze swoim dramatem pozostaje gdzieś daleko w tle całej opowieści.
Na pierwszy plan wynurzają się za to dramaty osobiste faceta tuż przed czterdziestką – jak sobie (nie)radzi po rozstaniu z żoną, jak przeżywa kryzys dotychczasowych wartości, jak prawie wpada w depresję i jak powoli wszystko wraca do normy, a nawet nasz bohater wychodzi ze swoich kłopotów mądrzejszy i dojrzalszy, niż w nie wpadał. Wbrew pozorom, kreacja psychologiczna mężczyzny w czwartej dekadzie życia jest najmocniejszą stroną powieści. Carofiglio dał czytelnikom (a zwłaszcza czytelniczkom, bo panowie to trochę z autopsji znają) świetny wgląd w to, co się dzieje w męskiej duszy z dużym naciskiem na wiarygodność tejże duszy. Niemniej jednak do ukazania tego motywu przewodniego nie było koniecznym ubieranie go w kostiumik thrillera prawniczego, zwłaszcza, że ten kiepsko leży. Można by go było z całą pewnością wydać jako samodzielną powieść współczesną o kryzysie wieku średniego, a jeżeli autor już zdecydował się na przybranie z danego gatunku powieściowego, to trzeba się było do tworzenia tego przybrania bardziej przyłożyć.
Język powieści pozwala się od razu domyślić, że autorem jest mężczyzna: jest prosty, konkretny i precyzyjny, bez dodatkowych ozdobników czy poetyckich fraz. Minimum formy w porównaniu z treścią, można by powiedzieć. Dodatkowo cechą dość charakterystyczną jest częste używanie mowy zależnej w miejsce dialogów – co uważam za rozwiązanie ciekawe i oryginalne.
Hm, trudno mi napisać coś w podsumowaniu – nie wiem, jak oceniają książkę koneserzy gatunku, więc trudno mi ją im polecić. Za to ci, którzy tego typu literatury nie lubią i tak „Świadka mimo woli” nie przeczytają. Napiszę więc tak, jak swego czasu Magda: nie odradzam.
Tytuł: Świadek mimo woli
Autor: Gianrico Carofiglio
Tytuł oryginalny: Testimone inconsapevole
Tłumacz: Joanna Ugniewska
Wydawnictwo: W.A.B.Rok: 2008
Stron: 260
sobota, 4 grudnia 2010
Dla zaawansowanych - "Między kłamstwem a ironią" Umberto Eco
Umberto Eco jest znany wszystkim jako niezwykły erudyta i znawca literatury. Będąc nastolatką jeszcze, przeczytałam „Imię róży” i chociaż męczyłam powieść baaaardzo długo, lekturę zaliczyłam w końcu do udanych. Pomyślałam więc, że dobrze będzie zapoznać się z esejami człowieka, którego styl tak bardzo mi się spodobał. Bałam się jednak, że mogę tego wielkiego umysłu nie zrozumieć, wiec na pierwszy ogień poszło „O bibliotece”, która to króciutka książeczka sprawiła mi wiele radości. Ośmielona nieco tym sukcesem, postanowiłam zabrać się za „Między kłamstwem a ironią”, jako iż niewielkie gabaryty dawały pewność ukończenia lektury nawet w przypadku całkowitego niepodobania się. No i ukończyłam, chociaż niepodobanie się nie było aż takie całkowite…
Może na początek powiem, że nie całkiem o niepodobanie się chodzi. Eco pisze świetnym stylem, zaryzykuję stwierdzenia, że jest takim gawędziarzem, który nie opowiada nam bajek, ale mówi o rzeczach przeróżnych, choć fabuły pozbawionych (przynajmniej w tych esejach). Swada, z jaką się wypowiada była właściwie jedynym powodem ukończenia lektury. Bo książkę czytało się świetnie, tyle że… nic z niej nie zrozumiałam.
Wszystkie cztery zamieszczone tutaj eseje dotyczą dzieł z klasyki literatury włoskiej. A ja niestety, nie tylko omawianych dzieł nie znałam, ale w ogóle nie mam pojęcia o klasyce literatury włoskiej, ergo moja ignorancja w tym temacie uniemożliwiła mi cieszenie się lekturą w takim stopniu, w jakim powinnam. Jedyna refleksja, jaka mnie w trakcie czytania naszła, była mało związana z tematem. Mianowicie przyszło mi do głowy, że jeśli recenzent – zwykły czytelnik (czyli taki jak większość blogerskiej braci) znajdzie w książce błąd rzeczowy, wytyka go autorowi jako błąd rzeczowy. Jeśli zaś na tego typu zaburzenie natknie się naukowiec – literaturoznawca pokroju pana Eco, zamiast wytknąć błąd, doszukuje się ukrytych jego konotacji, analizując jako celowe działanie autora i zastanawiając się, co też biedny twórca chciał w ten sposób zakomunikować. Czasami z tych rozważań nawet cały esej wyjdzie. I trudno powiedzieć, która z tych postaw jest bliższa prawdy.
Widać, że zamiast recenzji mi tym razem wyszedł zbiór ogólnych i subiektywnych do tego uwag. Trudno. Pozostaje mi tylko polecić książkę osobom, które znają się na literaturze włoskiej…
Autor: Umberto Eco
Tłumacz: Monika Woźniak
Tytuł oryginalny: Tra menzoga e ironia
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Rok: 2008
Stron: 133
Subskrybuj:
Posty (Atom)

