Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solaris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solaris. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 lutego 2015

"Gdzie dawniej śpiewał ptak" Kate Wilhelm

Solaris ma dryg do wydawania serii, które stają się kultowe. A to „Kroki w nieznane”, a to „Rakietowe szlaki”… ale najbardziej chyba znaną wśród miłośników fantastyki, największą i najbardziej kultową jest, zakończona już, „Klasyka Science Fiction”. Uważam, że zapoznanie się z pozycjami z tych serii (niekoniecznie wszystkimi, bądźmy rozsądni) jest obowiązkiem każdego, kto uważa się za miłośnika fantastyki. Szczerze mówiąc, nigdy nie byłam na tyle ambitna, żeby chcieć przeczytać wszystkie tytuły, które się w niej ukazały (sądzę, że niektóre z nich mogłyby się okazać całkowicie niestrawne), ale co bardziej interesujące sobie nabyłam (w czym pomogła mi pewna olsztyńska tania księgarnia. No i pozostaję nieutulona w żalu po konfrontacji z faktem, że „Wiosna Helikonii” jest już kompletnie nie do zdobycia). Pierwsze na liście było „Gdzie dawniej śpiewał ptak” Kate Wilhelm.

Powieść mimo czterdziestki na karku całkiem zgrabnie wpasowuje się w obecne wydawnicze klimaty (choć rok temu wpasowałaby się jeszcze zgrabniej). Nie wiem, czy bardziej świadczy to o ponadczasowości tematyki, czy o powtarzalności trendów, ale my nie o tym. Otóż powieść Wilhelm traktuje o końcu świata (który sam w sobie nie jest najważniejszy) i to z takich, w których działano wedle zasady dla każdego coś miłego. Mamy więc jednocześnie i zmiany klimatyczne (z bonusem w postaci światowego głodu), i wyczerpywanie paliw kopalnych, i epidemie wyniszczające zarówno ludzi, jak i zwierzęta czy rośliny, i punktowo nawet zagładę nuklearną. A jako ta wisienka na torcie – zanik płodności u wszystkich kręgowców bardziej złożonych od ryb. Brakuje tylko zombie. Niemniej, akcja nie skupia się na szarych Kowalskich (czy Smithach, boć to przeca w Ameryce) rozpaczliwie próbujących przetrwać w ekstremalnych warunkach. Skupia się na grupie naukowców, którzy postanowili zadbać o to, żeby jeśli nie konkretni ludzie, to chociaż ludzkość przetrwała. Jako że należą do zamożnej (i bardzo licznej) rodziny, wybudowali w górach ośrodek, umeblowali sobie laboratorium stosunkowo tanim sprzętem z demobilu i walczą. A nawet w pewnym sensie udaje im się zwyciężyć. O konsekwencjach tego zwycięstwa właśnie najwięcej w powieści napisano.

„Gdzie dawniej śpiewał ptak” nie zdezaktualizowało się ani trochę pod względem czysto technicznym. Wilhelm posługuje się piórem z charakterystycznym dla lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (i sześćdziesiątych troszkę też, jak pokazuje przykład Le Guin) precyzyjnym minimalizmem. Nie rozdrabnia się na opisywanie pomniejszych konfliktów i intryg, portrety psychologiczne buduje tylko najważniejszym bohaterom, pozostałych załatwiając niezbędnymi szkicami z kilku kresek. I to się sprawdza. Z drugiej strony, człowiek od razu wie, że ma do czynienia z powieścią idei, a nie bohaterów. Bohaterowie najwyżej mogą być narzędziami wprawiającymi w ruch idee. I tak mimo śledzenia poczynań istot, które mają imię, nazwisko i osobowość wiemy, że tak naprawdę czytamy o ścieraniu się dwóch modeli społeczeństw, z których "być" jednego oznacza "nie być" drugiego. I z których jedno, moim skromnym zdaniem jest skazane na porażkę nawet jeśli wyeliminuje konkurencję.

Tutaj chciałabym napisać słów kilka o tych dwóch ideach społecznych. Wilhelm bowiem nie poszła na łatwiznę i nie dokonała podziału na ideę słuszną i niesłuszną, coby czytelnik się nie przemęczał, od razu wiedząc, komu ma kibicować. Jak wygląda nasza organizacja społeczna w swojej najlepszej odsłonie (czyli niewielkiej, zgranej społeczności, w której każdy robi co w jego mocy, żeby wszystkim żyło się lepiej) mniej więcej wiemy, więc autorka tylko sygnalizuje, że właśnie z czymś takim mamy do czynienia, nie siląc się na zbędne opisy, za to dorzucając kilka konfliktów, aby obraz nie okazał się nazbyt sielankowy. Natomiast budując obraz społeczności klonów, znacznie bardziej się przyłożyła, zależało jej bowiem na tym, aby był obcy, ale trójwymiarowy i również nie pozbawiony zalet. W moim przypadku ten zabieg zadziałał perfekcyjnie. Bo oto otrzymaliśmy obraz społeczności połączonej paratelepatyczną siecią, pozwalającą reagować w razie gdyby jednemu jej członkowi działa się krzywda. Grupy również całkowicie odrzucającej przemoc fizyczną, podejmującej wszelkie decyzje demokratycznie i pozbawionej irracjonalnych ograniczeń obyczajowych. To niezaprzeczalne zalety. Jednocześnie ma i ta społeczność, tak jak i nasza, swoje mroczne strony i ułomności (do największych należy traktowanie reproduktorek, czyli płodnych kobiet, które z niewyjaśnionych przyczyn były izolowane od społeczności. Co jest dziwne, bo na dobrą sprawę autorka nie podała żadnych po temu powodów, a do pragmatyki klonów nie pasują proste uprzedzenia czy zabobon. Skoro i tak nie wychowywały dzieci, równie dobrze mogły być izolowane na czas ciąży lub porodu, a później wracać do swoich klonowych rodzin). Umysłowa więź ma ograniczony zasięg, a odłączenie od niej jest doznaniem bardzo nieprzyjemnym, dlatego też ludzie klony bardzo źle znoszą samotność i przebywanie w małych grupach, co skutecznie utrudnia badanie nowych terenów. Przeraża ich też dzika przyroda, choć właściwie nie wiadomo, dlaczego. Z pokolenia na pokolenie coraz bardziej brakuje im kreatywności, a w warunkach niedoboru nieumiejętność rozwiązywania nagłych i nowych problemów to praktycznie wyrok. Czytając o nich miałam wrażenie, że idealnie pasują do zaawansowanej cywilizacji – takiej, jaką mamy teraz, gdzie większość zajęć nie wymaga kreatywności, znoszenie dużego zagęszczenia jest koniecznością a wyeliminowanie przemocy byłoby zbawienne. (Oraz, prawdopodobnie całkiem niezamierzenie, autorka z psychologią późnych pokoleń klonów bardzo ładnie trafiła w to, co obecnie nauka mówi o psychologii neandertalczyków. Tak sobie myślę, że gdyby odjąć te telepatyczne wstawki, mniej więcej tak mogłaby wyglądać ich wysoko rozwinięta cywilizacja - pragmatyczna, pozbawiona wyobraźni i sztuki) Za to kompletnie nie pasowali do warunków postapokaliptycznej rekolonizacji.

Mamy też bohaterów jednostkowych. W każdej części (bo książka dzieli się na trzy) jest nim wizjoner-rewolucjonista: naukowiec, którego przełomowe prace zapewniają nowych członków kolonii nawet wtedy, kiedy wszyscy ludzie stają się bezpłodni. Kobieta, która dzięki dalekiej wyprawie zaczyna znowu doceniać wartość indywidualności. Młodzieniec, pierwszy od wielu pokoleń taki, jak jego przedapokaliptyczni przodkowie. Każde z nich jest na swój sposób tragiczne, każde w końcu odchodzi, bo ostatecznie nie jest w stanie dalej żyć w tym otoczeniu. Pierwszy przegrywa. Drugi ucieka. Ale trzeci zwyciężą.

I jest tak, że w jakimś stopniu mnie ta powieść rozczarowała, bo renoma serii sprawiła, że spodziewałam się nie wiadomo jakich specjałów, a dostałam „tylko” świetną powieść (chyba liczyłam na fenomenalną i zjawiskową w jednym). Ale z drugiej strony – to jednak jest coś, co wykracza poza ramy literatury czysto rozrywkowej. Coś, co daje do myślenia i pobudza do intelektualnego wysiłku. Coś, co powinno być wspominane i czytane częściej, bo jakoś niepokojąco pasuje do współczesności. Więc przypominam. I czytam.

Tytuł: Gdzie dawniej śpiewał ptak
Autor: Kate Wilhelm
Tytuł oryginalny: Where Late The Sweet Bird Sang
Tłumacz: Jolanta Kozak
Wydawnictwo: Solaris
Seria: Klasyka Science Fiction
Rok: 2007
Stron: 282

sobota, 29 czerwca 2013

Patchwork fabularny - "Gobeliniarze" Andreas Eschbach

W dziedzinie fantastyki królują Anglosasi. Nie chodzi nawet o to, ze w innych krajach się jej nie pisze – chodzi po prostu o skalę i siłę przebicia. Mają więcej pisarzy, więc jest i większe prawdopodobieństwo, ze trafi się ktoś wart eksportu, a i fan przyzwyczajony już do oglądania amerykańsko (lub brytyjsko, rzadziej australijsko) brzmiących nazwisk na okładkach. Czasem trafi się jakiś inny autor, hiszpański, niemiecki, lub z szeroko pojętego bloku wschodniego. Tym razem wpadł mi w ręce autor niemiecki i o ile fantasy zza zachodniej granicy zdarzało mi się czytać, to z science fiction spotkałam się po raz pierwszy. Choć dla ścisłości trzeba dodać, że jest to z pewnością SF o poetyce fantasy.

Gdzieś w odległej galaktyce, na planecie będącej częścią olbrzymiego, międzygalaktycznego cesarstwa, mieszkają i pracują gobeliniarze. Całe swoje życie poświęcają służbie mitycznemu, boskiemu cesarzowi, tkając dla niego kobierce z włosów swoich córek i żon oraz poświęcając swoich synów, gdyż każdy tkacz może mieć tylko jednego dziedzica. Co prawda od dwudziestu lat słychać pogłoski, że władca został obalony, skoro jednak kosmiczni żeglarze ciągle odbierają produkty gobeliniarzy, to ani chybi mamy do czynienia z herezją. Ci wszyscy „rebelianci” z pewnością kłamią. Nawet jeśli widać, że pochodzą z bardzo daleka. W końcu życie tylu rzemieślników i ich dzieci nie mogło pójść na marne, to musi mieć głębszy sens!

Na początek wspomnę może o formie, bo jest dość nietypowa. Kolejne rozdziały autor uczynił całkiem autonomicznymi na pierwszy rzut oka opowiadaniami, które doskonale obroniłyby się na łamach dowolnego czasopisma branżowego. Wszystkie jednak są ze sobą luźno powiązane (podobnie jak w opisywanej kiedyś „Umierającej Ziemii” Jacka Vance’a) losami epizodycznych bohaterów i dopiero po przeczytaniu kilku widać, że tworzą spójną całość, poskładaną jak patchwork z pozornie nieprzystających do siebie elementów. Dodatkowo pan Eschbach lubi się bawić kolejnością zdarzeń, przeskakiwać w czasie i przestrzeni, a nawet (a raczej zwłaszcza) prezentować najpierw skutek, a później przyczynę. Niemniej, cała historia (choć jest opowieścią o gobelinach, a nie o ludziach i choć czytelnikowi zdarza się czasem uwierzyć, że autor robi sobie z niego jaja, nie mając zamiaru niczego wyjaśniać) jest spięta klamrą i potrafi zaskoczyć.

Zazwyczaj w tym miejscu piszę coś o bohaterach czy świecie przedstawionym, ale w przypadku powieści skonstruowanej tak jak „Gobeliniarze” te tematy są polem minowym. Nie da się powiedzieć czegoś konkretnego nie sadząc pięknego spoilera. Będzie więc trochę ogólnikowo. Jak już wspominałam, głównym bohaterem zbiorowym są włosiane gobeliny i zagadka ich przeznaczenia (po mistrzowsku przez autora rozwiązana, nie powiem). Także świat przedstawiony jest nieco pretekstowy, ale nie płaski czy bezbarwny. Nie znaczy to, że Eschbachowi brak umiejętności – nie raz i nie dwa naturalistycznie obnaża podłości ludzkiego charakteru i możliwość wypaczenia nawet cech, które obiektywnie uznajemy za dobre. Jednocześnie tworzy postacie, które można polubić i którym często współczujemy (wiadomo, jak są podłości i system, to musi być jakaś ofiara), więc element gry na emocjach czytelnika również możemy odhaczyć. Dobrze wykonany dodam, bo nie czuć w tym nachalnej manipulacji.

Styl powieści jest dość drętwy – trudno mi powiedzieć, czy to zasługa autora, czy tłumacza (czy redakcji; książki Solarisu jakoś dziwnie często wykazują się drętwością języka, niezależnie od autora i tematyki), niemniej czyta się go przyjemnie, a całość jest plastyczna i klimatyczna. A jeśli już dotarliśmy do wydawcy, to sobie ponarzekam. Trzy czwarte objętości „Gobeliniarzy” wydrukowano na papierze grubym i sztywnym, co bardzo utrudnia czytanie. Ponadto, im dalej w książkę, tym bardziej wyłażą niedostatni korekty: a to braki w spacjach i interpunkcji, a to błędy gramatyczne, a to wreszcie słowo będące ewidentnym babolem tłumacza, bo zupełnie nie pasują do kontekstu. Zwłaszcza te ostatnie są irytująco częste w niektórych rozdziałach. Na szczęście nie na tyle, żeby skutecznie zabić przyjemność z lektury.

„Gobeliniarze” to powieść nietypowa i już samo to powinno być w jakiejś części rekomendacją. Początek to trochę fantasy (co prawda bez magii, ale za to z boskim, odległym cesarzem), koniec jest już bliższy klasycznemu SF, ale tak naprawdę to opowieść o ludziach, ich słabościach i przywarach. Polecam każdemu, bo nie warto tej powieści zamykać w fantastycznym getcie.

Tytuł: Gobeliniarze
Autor: Andreas Eschbach
Tytuł oryginalny: Die Haarteppichknüpfer
Tłumacz: Joanna Filipek
Wydawnictwo: Solaris
Rok: 2004
Stron: 248

wtorek, 5 marca 2013

Bardziej umierająca niż nadświat - "Umierająca Ziemia. Oczy Nadświata" Jack Vance

Czytanie klasyki to skomplikowana rzecz. Jeśli chodzi o klasykę gatunków, których się nie lubi, ale trafiły do ogólnego (choć nie do końca sprecyzowanego) kanonu lektur, które trzeba znać, mamy problem – to nas zwyczajnie nie interesuje, a wszyscy oczekują, że będziemy znać i wygłaszać opinie/streszczać na zawołanie. Jeśli nawet zdecydujemy się przeczytać, to będziemy (a jeśli nie my, to na pewno znajdzie się ktoś z zewnątrz) się zastanawiać, czy robimy to dla siebie, czy w wyniku presji. Gdy kanon dotyczy gatunku, który lubimy, problemy są nieco inne. Klasyka powinna się z definicji podobać, jak ten Słowacki, który zachwyca, nawet jeśli nie zachwyca. Czytelnicza dusza najbardziej boli, gdy klasyka gatunku zamiast zachwytu czy choć poznawczej satysfakcji przynosi jedynie rozczarowanie i obojętność.


„Umierająca Ziemia. Oczy Nadświata” to właśnie jeden z takich kłopotliwych klasyków. Jack Vance już w latach pięćdziesiątych napisał garść historii ze starej Ziemi pod starym, czerwonym i coraz zimniejszym Słońcem. Całość składa się z czterech tomów, zaś w Polsce opublikowano tylko dwa pierwsze (w omnibusie). Z samą „Umierającą Ziemią” nie mam żadnych problemów, gorzej z „Oczami Nadświata”. Ale może po kolei.

„Umierająca Ziemia” to zbiorek opowiadań, łączących się poprzez bohaterów (najczęściej w ten sposób, że epizodyczna postać z jednego tekstu jest głównym bohaterem innego). Muszę przyznać, że niektóre z nich bardzo przypadły mi do gustu, a pomysły w nich wykorzystane ciągle wydają się oryginalne. „Turian z zamku Miir” to historia czarnoksiężnika, który pragnął w swych magicznych kadziach wyhodować człowieka. Ponieważ mimo prób nie udała mu się ta sztuka, postanowił zasięgnąć rady jeszcze potężniejszego, legendarnego wręcz maga. Ten jednak nie udziela rad za darmo. Cała konstrukcja tekstu przypominała mi baśniową wyprawę po artefakt przeniesioną miliardy lat wprzód i ten klimat właśnie jest najmocniejszą stroną nie tylko tego jednego tekstu, ale całego zbioru. 

„Czarnoksiężnik Mazirian” to z kolei opowieść o człowieku, który pojmał bohatera poprzedniego opowiadania, aby wydobyć z niego sekret tworzenia ludzi. Na ratunek Turianowi wyrusza jego ukochana. Tutaj również mamy pięknie wykorzystany motyw baśniowy, lecz tym razem jest to „pościg z przeszkodami” (zazwyczaj przedstawiany jako magiczny pojedynek przemian, tu przyjął trochę inną formę). 

„T’sais” również opiera się na baśniowym motywie, poszukiwania wiedzy (o sobie) tym razem. Tytułową bohaterkę stworzono bowiem z wadą – nie umie postrzegać piękna, a jej mózg nawet najurodziwsze rzeczy interpretuje jako wstrętne i obmierzłe. Zatem T’sais podejmuje wędrówkę w celu nauczenia się, czym jest piękno. Dla mnie najprzyjemniejszy tekst, bo mam słabość do prostych, archetypicznych niemalże historii (gdyby nie to, że pisana była w jakiejś prehistorii, pewnie nazwałabym ją lekko kiczowatą, ale prawo pierwszeństwa mi nie pozwala).

W „Liane Wędrowcu” najbardziej podobał mi się świetny plot twist na zakończenie opowiadania. „Ulan Dhor” i „Guyal ze Sfere” to wykorzystanie motywów baśniowych obecnych i we wcześniejszych opowiadaniach: odpowiednio quest w celu zdobycia artefaktu (w stylu nieco conanowskim) i w celu zdobycia wiedzy. Przyjemne.

Tutaj kończy się „Umierająca Ziemia”, a zaczynają „Oczy Nadświata” i moje problemy. Bohaterem tej, niewielkiej skądinąd, powieści jest Cugel, oszust i krętacz. Przyłapany przez czarodzieja Iucounu na próbie kradzieży artefaktów, zostaje wbrew swojej woli wysłany na daleką północ z pewną misją. No i fabuła jest w sumie taka sobie, przewidywalna, ale nie boleśnie – ot, Cugel wraca do domu, obmyślając przy okazji zemstę na wrednym magu. Język też nie jest problemem, choć tłumaczenie (bądź język oryginału – nie potrafię określić) wydaje się dość archaiczne na tle obecnych standardów. Problemem jest główny bohater.

Autor umyślił sobie bowiem stworzenie koncertowego sukinsyna, nie jakieś szalone Zło na modłę Saurona, tylko małą szuję na miarę naszych potrzeb i możliwości. Udało mu się – czytelnik dostał popisowego psycho(socjo?)patę, który ma głęboko w poważaniu wszystkich i wszystko i zdecydowany jest narażać cudze życie, powodować śmierć, zarazę i klątwy, byle tylko jemu żyło się wygodniej. A to wszystko bez szczególnej złośliwości, ot tak, samo wychodzi. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że Cugel jest postacią źle skonstruowaną, wręcz przeciwnie. W opowiadaniu albo dwóch mógłby być nawet ciekawym eksperymentem – takie małe badanie, jak czytelnik zareaguje na bohatera kompletnie nieatrakcyjnego. Ale w powieści po prostu męczy. Cugel bowiem, poza swoją małostkową psychopatią, jest postacią nijaką. Zbyt racjonalny i przyziemny, aby wzbudzić negatywną fascynację, pozbawiony też kompletnie uroku osobistego, którym czarują czytelników różni niecni dżentelmeni, brak mu też wyższego motywu, który mógłby okazać się interesujący. Babranie się w miałkości ludzkiego charakteru to naprawdę trochę zbyt mało w tym przypadku.

Podejrzewam, że inaczej byłoby, gdyby w powieści istniał jakiś stały punkt zaczepienia poza Cugelem – drugoplanowa postać, motyw poboczny, rozbudowany wizerunek świata. Narracja ma jednak charakter epizodyczny (kolejne rozdziały są właściwie osobnymi opowiadaniami, ukazującymi migawki z podróży), a wredne numery, jakie Cugel wykręca napotkanym ludziom dla własnej wygody przestają zajmować uwagę czytelnika już po drugim rozdziale. Jeśli chodzi o mnie, na początku przynajmniej pałałam niechęcią do bohatera i życzyłam mu długiej i bolesnej śmierci. Później nawet to mi przeszło. Lubię się przywiązywać do bohatera, a sytuację, kiedy staje mi się on całkowicie obojętny uważam za jedną z najcięższych pisarskich porażek.

Ostatecznie polecę książkę Vance’a miłośnikom fantastyki, tym bardziej zagorzałym. Autor miewa bowiem ciekawe pomysły i prezentuje oryginalny styl, ale jeśli ktoś nie gustuje w wyjątkowo bezbarwnych antybohaterach, nie będzie zadowolony.
Tytuł: Umierająca Ziemia. Oczy Nadświata
Autor: Jack Vance
Tytuł oryginalny: The Dying Earth. The Eyes of the Overworld
Tłumacz: Jolanta Pers
Wydawnictwo: Solaris
Rok: 2010
Stron: 450
Książka przeczytana w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane".

środa, 21 września 2011

Pokaż mi swą twarz, a powiem ci, kim jesteś - "Fizjonomika" Jeffrey Ford

„Fizjonomika – pseudonauka utrzymująca, że wygląd twarzy, jej cech charakterystycznych, decyduje u człowieka o jego przynależności do określonej grupy charakterologicznej, a nawet może decydować o powodzeniu w życiu i całym losie."
Powtórzę za Wikipedią. W naszej historii fizjonomika stała się pseudonauką – obecnie znajduje się gdzieś pomiędzy astrologią i chiromancją, a towarzystwo z wróżbiarskimi ciągotami umila sobie nią wieczory. Ale co by się stało, gdyby fizjonomika została uznana za prawdziwą, a do tego najważniejszą i jedynie słuszną naukę? Jeffrey Ford postanowił odpowiedzieć na to pytanie. W tym celu napisał własną „Fizjonomikę”.

Fizjonomista Pierwszej Klasy to ranga o niemal najwyższym statusie społecznym w Dobrze Skonstruowanym Mieście. Takiemu specjaliście wystarczy jeden rzut oka na człowieka, aby wiedzieć wszystko nie tylko o jego charakterze, ale także odczytać przeszłość, przyszłość i pragnienia delikwenta. Daje to władzy niesamowite możliwości walki z przestępczością można bowiem nie tylko z łatwością odszukać sprawców już popełnionych zbrodni, ale nawet zapobiec popełnieniu kolejnych (nasuwa się uporczywe skojarzenie z „Raportem mniejszości”).

Niemniej jednak biegłych fizjonomistów jest niewielu i trudno oczekiwać, że będą badać każdego obywatela, toteż najczęściej występują w roli śledczych. Taka rola przypadła Fizjonomiście Pierwszej Klasy Clay’owi. Ma on pojechać do miasteczka na Rubieżach, aby wykryć sprawcę kradzieży rajskiego owocu, przechowywanego w tamtejszym kościele. Clay’owi wyjazd z Dobrze Skonstruowanego Miasta nie jest na rękę, w końcu jest najlepszym specjalistą i nie ma w zwyczaju włóczenia się po imperialnych zadupiach. Nie może jednak odmówić. Cała misja jest bowiem „klapsem”, jaki niepokornemu (ale ulubionemu; zazwyczaj nie bawiono się w takie subtelności) pracownikowi wymierzył Drachton Nadolny, imperator i niepodzielny władca, a przy tym założyciel Dobrze Skonstruowanego Miasta. Oprócz niekwestionowanego geniuszu cechuje go olbrzymia apodyktyczność , zaś Kim Dzong Il wydaje się przy nim władcą światłym i w skupieniu pochylającym się nad niedolami podwładnych. Clay więc, chcąc, nie chcąc przejmuje sprawę, która całkowicie odmieni jego życie.

Zdarza się czasem, że autor kreuje postać denerwującą i ogólnie niesympatyczną, jednak zawsze jest w niej coś, co sprawia, że czytelnika zaczyna łączyć z nią jakaś więź. Jedyna więź, jaka połączyła mnie z Clay’em przybrała postać przemożnej chęci wydłubania mu oka ołówkiem. Takiego buca (świadomie stworzonego!) jako głównego bohatera w życiu nie widziałam. Jednocześnie Clay jest w tym swoim bucerstwie niesamowicie autentyczny. Autentyczne i świetnie napisani są tutaj wszyscy bohaterowie i trzeba przyznać, że autor unika w ich kwestiach (jak i we wszystkich innych) tanich i przewidywalnych rozwiązań. Krótko mówiąc, nawet jeśli bohaterowie denerwują, to i tak wypadają olśniewająco.

Powieść otrzymała bodaj w 1998 roku World Fantasy Award. I rzeczywiście, jest to powieść fantasy, jednak, co nietypowe, porusza zagadnienia charakterystyczne raczej dla SF (z SF kojarzy mi się również lekko surrealistyczny klimat powieści, ale to tylko moje osobiste skojarzenie). Autor dotyka tematu nauki (cóż z tego, że z naszego punktu widzenia niedorzecznej?) będącej na usługach reżimu. Próbuje nam ukazać, jak ona sama dziwaczeje i jak wypacza ludzi się nią parających, jeśli łączy się z władzą. Występuje tutaj też topos szalonego naukowca-dyktatora, który ma dwojakiego rodzaju finał. Ogólnie, dla miłośników wynajdywania smaczków przesłaniowych idealna pozycja.

Ford pokazał, że nawet w fantasy można jeszcze zrobić coś w sposób nowatorski i nietypowy, a jednocześnie dopracowany i przemyślany. I że nie trzeba w tym celu marnować ośmiuset stron, bo treść można przecież umiejętnie zagęścić i zmieścić na dwustu pięćdziesięciu. Chcę więcej takiego nowatorstwa. A wam, szanowni czytelnicy, oczywiście gorąco polecam.

Tytuł: Fizjonomika
Autor: Jeffrey Ford
Tytuł oryginalny: The Phyziognomy
Tłumacz: Iwona Michałowska
Wydawnictwo: Solaris
Rok: 2007
Stron: 250
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...