Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Kańtoch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Kańtoch. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 września 2014

Anielski, diabelski, kosmiczny czy ziemski czyli spadkobiercy duchowi Pawełków i Janeczek - "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" Anna Kańtoch

Annę Kańtoch uważam za dobrą pisarkę. Nie tylko ja zresztą, o czym świadczą liczne fandomowe nagrody, jakie otrzymuje. I chociaż konwencja i pewne elementy konstrukcyjne pozostają właściwie niezmienione, to autorka lubi w tę formę wciskać różne tworzywo. „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to tworzywo powieści młodzieżowej. Jak jej się to udało?

Nina miała osiem lat, kiedy z nieba spadły anioły. Było to w czasie, kiedy Polska intensywnie leczyła rany po II wojnie światowej i dla małej Niny, jak i dla większości Polaków, był to znak od samego Boga. Teraz Nina ma trzynaście lat i czasem nachodzą ją wątpliwości, czy anioły rzeczywiście są boskimi posłańcami choć nie wypada takich myśli wypowiadać, ani nawet świadomie formułować. Niemniej, kiedy skrzydlaty z ich kamienicy mówi Ninie, że ma wyjechać do klasztoru w Markotach, dziewczyna wybiera się w drogę. Okazuje się, że na miejscu czeka na nią jeszcze dwanaścioro kolegów i koleżanek oraz splot tajemniczych zdarzeń. A także ukryte niebezpieczeństwo.

Powiem na wstępie, że jako lekka powieść młodzieżowa „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” mnie nie rozczarowała. Spodziewałam się solidnie napisanej, prostej i w pełni rozrywkowej historii i taką dostałam. Co prawda wiem, że Kańtoch jest zdolna do rzeczy daleko lepszych, ale wiedziałam też, że tym razem czeka mnie czysta rozrywka (jakoś tak mam, że po Uroborosie spodziewam się czystej, młodzieżowej rozrywki. Po Powergraphie na przykład już czegoś poważniejszego). Niemniej fakt, że dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam, nie stoi na przeszkodzie, aby trochę o rzeczach fajnych i niedociągnięciach podeliberować.

Zacznijmy od bohaterów. Nina jest postacią bardzo dobrze napisaną – myśląca, bystra dziewczyna, trochę introwertyczna, ale nie jakoś szczególnie. Co prawda akcja toczy się w latach pięćdziesiątych, ale sądzę, że autorce udało się uchwycić wszystkie uniwersalne niezależnie od czasu cechy wczesnonastoletniego charakteru: jest skłonność do przesadnego dramatyzowania, do podważania autorytetów, ale też do podziwiania dorosłych, którzy w oczach bohaterki są tego podziwu godni. Przyznam, że Nina jest jedną z najlepiej skonstruowanych nastoletnich bohaterek, z jaką przyszło mi się spotkać. Niestety, trochę brakuje opisów interakcji z innymi bohaterami. Owszem, wyalienowanie w grupie, kiedy w toku fabuły koledzy odsuwają się od dziewczyny jest bardzo plastycznie opisane, ale problem w tym, że Nina nie nawiązała prawie żadnych relacji, których rozpad moglibyśmy oglądać. Autorka skonstruowała postać lekko aspołeczną, chyba świadomie, to i nie dziwota, że relacje są dość płytkie.

Sam brak głębi we wzajemnych stosunkach bohaterów byłby zapewne mniej widoczny, gdyby byli oni bardziej trójwymiarowi. I znów, Nina jest dopracowana, natomiast pozostałym dzieciom trochę tego dopracowania brak. Można to wybaczyć w stosunku do bohaterów, z którymi na wakacjach Nina nie trzymała się blisko – jeśli trzynaścioro dzieci spędzić razem i zamknąć na tydzień w jednym budynku, to będzie to zdecydowanie zbyt mało czasu, żeby nawiązały przyjaźnie z więcej niż jedną, dwiema osobami, a narracja prowadzona jest z perspektywy dziewczyny (choć trzecioosobowa) i dlatego pokazuje tylko te więzi, które bezpośrednio jej dotyczą. Niemniej, mamy przecież dwoje bohaterów, którzy zasłużyli na znacznie więcej, niż dostali. Tamara to zadziorna chłopczyca, która nie lubi swojej macochy, choć ta niczym sobie na to nie zasłużyła. I to w zasadzie wszystko, co o niej wiemy. Tej postaci szczególnie mi szkoda, bo aż prosiła się o fascynującą historię, wewnętrzny konflikt i wreszcie khatarsis, a tymczasem nie dostaliśmy nic oprócz obiecującego elementu standardowej youngadultowej trójcy. Podobnie z Jackiem, który przez większość czasu był tak nijaki, ze podświadomie założyłam jakiś zaskakujący zwrot akcji z nim związany czy niespodziewaną tajemnicę, która wyjdzie na jaw. Niestety, nic podobnego nie ma miejsca.

Fabuła za to jest całkiem przyzwoita. Do pewnego momentu trochę przypomina te wszystkie panysamochodziki i inne peerelowskie powieści o młodocianych, domorosłych detektywach, później przechodzi w schemat filmowego slaschera (minus fruwające flaki), żeby ostatecznie doszło do czysto horrorowej konfrontacji ze Złem (oczywiście przyciętej na miarę młodocianych widzów). Jednak bardziej interesujące wydaje mi się to, czego autorka nie napisała. A konkretnie, czego nie napisała o genezie aniołów i ich powodu przybycia na Ziemię. Bardzo chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, a jeszcze bardziej poznać wersję drugiej strony (choć obawiam się, że autorka raczej zrezygnuje z relatywizmu moralnego, który chciałabym tam zobaczyć – w końcu to powieść młodzieżowa. A może jednak mnie zaskoczy?).

Chwil może dla stylu. Po misternym konstruowaniu „Przedksiężycwych” i cyzelowaniu języka w „Czarnem” Kańtoch wraca do stylu podobnego do znanego z opowieści o Domenicu Jordanie. Z tym, że nawet ten w zamierzeniu lekki styl jest już dużo bardziej dopracowany niż w opowiadaniach, przez co opisy stają się bardziej plastyczne i niepokojące kiedy trzeba.

„Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to powieść fajna – szybka i łatwa w czytaniu, wciągająca, z ciekawą bohaterką i intrygą oraz z charakterystycznym kańtochowym, lekko surrealistycznym klimatem. Niestety, nie jest wolna od wad, po usunięciu których niewątpliwie byłaby fajniejsza. Autorka planuje (choć nie obiecuje) drugi tom, o czym mówiła na coperniconowym spotkaniu i z pewnością po niego sięgnę, jeśli się ukaże. A nuż następnym razem uzupełni braki?
 
Tytuł: Tajemnica Diabelskiego Kręgu
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2013
Stron: 510

środa, 10 września 2014

Zabawa znacznie ciekawsza czyli więcej Kańtoch w Kańtoch - "Zabawki diabła" Anna Kańtoch

Na pierwszy tom opowiadań o Domenicu Jordanie narzekałam, bo mnie rozczarował – spodziewałam się czegoś lepszego niż tylko dobry zbiór. Jednak, zwłaszcza w ostatnich opowiadaniach, było już widać poprawę. Ta wzrostowa tendencja utrzymuje się i przyznam, że gdyby „Diabeł na wieży” miał poziom „Zabawek diabła”, to nie narzekałabym. Choć oczywiście zawsze mogłoby być lepiej.

W „Zabawkach diabła” kolejne opowiadania nie są już tak od siebie oderwane, jak w poprzednim tomie. Nie tylko sam Domenic, ale i inne postacie wracają w kolejnych historiach, już to odgrywając małe epizody, już to będąc kluczowymi dla fabuły. Niektóre motywy zapoczątkowane w drugim opowiadaniu, czyli „Nocnym Strażniku”, powracają aż do końca tomu (w drugim, bo pierwsze - „Mandracourt” - jest retrospektywne. Motywy w nim zawarte powracają o tyle, że miały ogromny wpływ na charakter i życie Jordana. Ale o tym może później). Inne przenikają się tylko w pojedynczych historiach, tworząc wątki poboczne. Całość ma klimat bardziej mroczny i ponury niż poprzedni zbiór – wzmiankę o serialu „Z archiwum X” na okładce można potraktować wiążąco, przynajmniej jeśli chodzi o klimat.

Poprzednio narzekałam też na samego Domenica, który jawił mi się bohaterem zanadto niedostępnym. Należę do czytelników, którzy lubią babrać się w psychicznych bebechach, dlatego ograniczone informacje, którymi mnie autorka uraczyła dość mocno uwierały. Tutaj nie mam już tego problemu. W „Mandracourt” mamy okazję poznać mroczny sekret z przeszłości Domenica, który nie tyle sprawił, że wtedy jeszcze chłopiec stał się mężczyzną, którego mieliśmy okazje obserwować, ile odsłonił nam jego podstawowe cechy i motywacje, przejawiane od zawsze. To, co poprzednio autorka dawała do zrozumienia epitetami, teraz nabrało głębi i zyskało podłoże, pozwalając nam wejrzeć głębiej. Nie jest to może obraz szczególnie oryginalny, zwłaszcza w świetle panującej ostatnio mody na popkulturalnych bohaterów aspergeropodobnych (Zwierz popkulturalny miała o tym bardzo fajną notkę), ale spójny i przekonujący.

Ciekawą postacią jest też brat Domenica - dziedzic Mandracourt. Autorka przewidziała dla ich relacji ciekawy obrót (choć w momencie, kiedy rozgrywa się lwia część akcji, główny tor braterskich uczuć jest już ustalony i tylko eskaluje), szkoda tylko, ze postanowiła poprowadzić fabułę w taki sposób, że rozwój tych relacji z konieczności śledzimy fragmentarycznie. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, w ten układ wmieszana jest Alais – kuzynka i żona starszego Jordana, która wychowywała się razem z braćmi. Nie jest to trójkąt miłosny (tak naprawdę, mimo różnych silnych uczuć żywionych do Alais, żaden z braci jej nie kocha; mam szczere wątpliwości, czy Domenic w ogóle jest zdolny do uczuć głębszych niż fascynacja), raczej relacja oparta na trójstronnej mieszance fascynacji, cierpienia, nienawiści i urazy, z pewną dozą nieuświadomionego masochizmu. Myślę, że gdyby autorka zdecydowała się teraz przekuć swoje opowiadania na powieść, mógłby jej wyjść jeden z najlepszych dramatów psychologicznych w polskiej fantastyce.

Nie wyszedł w opowiadaniach, bo sama ich forma nie bardzo temu sprzyja. Autorka ciągle trzyma się akcji rodem z serialowych procedurali (tak sobie myślę że gdyby te opowiadania przerobić na serial z porządnym scenariuszem, to mogłoby wyjść coś naprawdę świetnego), co ma swoje dobre strony, ale zdecydowanie nie sprzyja pogłębianiu relacji między postaciami. Wspomnianą dobrą stroną jest fakt, że Kańtoch ma naprawdę świetne pomyły na kolejne zagadki podsuwane Domenicowi, które szkoda zmarnować, a które trudno (lub w ogóle) byłoby ująć w formie bardziej spójnej fabularnie. Moim faworytem jest „Cień w słońcu”, będący najbardziej niepokojącym tekstem w zbiorze (naprawdę, radzę nie czytać wieczorem przy jednej lampce). Tytułowe „Zabawki diabła” niewiele mu ustępują, a dodatkowo zawierają największy chyba ładunek informacji o pogmatwanych relacjach bohaterów. „Ciernie” uważam za nieco słabsze – fabule co prawda nie można wiele zarzucić, ale brakuje im klimatu, tak jak i „Nocnemu Strażnikowi” czy „Karnawałowi we krwi”. Ten ostatni rekompensuje braki kilkoma dobrymi scenami i fajnym pomysłem na znane fantastyczne stworzenia.

Tak więc mimo tego, że cykl o Domenicu Jordanie raczej nie dorasta do swoich następców, polecam. Zwłaszcza, ze jeśli ktoś się uprze, właściwie nie ma przeszkód, aby sięgnąć tylko po drugi, lepszy tom. A Kańtoch zawsze dobra.


Tytuł: Zabawki diabła
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009
Stron: 472

poniedziałek, 8 września 2014

Diabeł tkwi w szczegółach czyli rozczarowanie na wieży - "Diabeł na wieży" Anna Kańtoch

Czasami zdarzają się autorzy, którzy z każdą kolejną książką znacząco rozwijają swój warsztat. I wtedy powstaje problem. Bo taka Moreni na przykład sięga po najnowszą książkę i się zachwyca. Zdaje sobie sprawę z tego, że ponieważ autorka się rozwija, jej poprzednie książki prawdopodobnie nie będą aż tak dobre. (A przynajmniej przyjmuje do wiadomości ten fakt w jakiś powierzchowny sposób; gdzieś tam, na poziomie podświadomości, tli się jeszcze nadzieja). I potem czuje się trochę rozczarowana, choć książka była przecież całkiem dobra.

„Diabeł na wieży”
, czyli pierwszy tom opowiadań o Domenicu Jordanie nie jest co prawda debiutem, ale dopiero drugą książka autorki. Ponieważ opowiadania osadzone są w tym samym uniwersum (a nawet w tym samym kraju) i dotyczą tych samych bohaterów, pozwolę sobie zrezygnować ze schematu, według którego zwykle omawiam zbiory opowiadań i omówić „Diabła…” jako spójny utwór. Zważywszy na to, że schematy poszczególnych historii są do siebie raczej podobne (każda opisuje próbę rozwiązania przez Domenica zagadki o magicznej proweniencji).

Zbiory opowiadań o jednym bohaterze, rozgrywające się w tym samym świecie były swego czasu bardzo popularne – można było opowiedzieć fantastyczną historię bez konieczności konstruowania spójnego neverlandu. Kiedyś bardzo mi to odpowiadało, bo średnio interesowała mnie sytuacja geopolityczna, jakieś opisy czy spójność świata przedstawionego, liczyła się tylko wartka akcja i fascynujący główny bohater. Teraz bardziej cenię rozbudowane tło, dlatego czytając „Diabła na wieży”, czułam pewien niedosyt. Tym większy, że momentami widać było, że autorka potrafi ładnie zakreślić tło, bo kreślenie małych widoczków przychodzi jej łatwo i wychodzi świetnie. Tylko że wszystkie te oderwane krajobrazy i miasta nie tworzą całości. Po trosze można to tłumaczyć formą, wszak w opowiadaniach trudno skonstruować spójny świat, ale nie jest to niemożliwe (Wegnerowi się przecież udało). W „Diable…” mamy tylko przerzucanie bohatera z jednego bliżej nieokreślonego miejsca w inne. Dodatkowo warstwa kulturowo-mitologiczna również pozostaje fragmentaryczna. Wiemy co nieco o religii (w tym momencie mogłabym się zacząć wyzłośliwiać, że autorka działała według zasady „chrześcijaństwo w każdym uniwersum”, ale wyszło jej to tak naturalnie i z dodatkowym lokalnym kolorytem, że pozostaje mi raczej przyklasnąć i stawiać za wzór. Choć wolałabym, żeby religia w neverlandach nie była zaczerpnięta z naszego podwórka), docierają do nas jakieś okruchy o magii, mamy jedno święto, ale to właściwie tyle. Co boli tym bardziej, że w układzie sił… nazwijmy je „magicznych”, jaki obmyśliła autorka, tkwi olbrzymi potencjał. Cóż, może trochę go wykorzysta w następnym tomie.

Przejdźmy do drugiego elementu, czyli głównego bohatera. Domenic Jordan jest centrum wszelkich wydarzeń – czasem wysuniętym na pierwszy plan, innym razem będącym jedynie siłą sprawczą, ale zawsze niezbędnym. Jest typowym bohaterem w typie wiedźmińskim, jakich całkiem sporo można znaleźć na kartach polskiej fantastyki z lat dwutysięcznych: włada magią, mieczem, oraz bystrym umysłem, jeździ po świecie i rozwiązuje zagadki magicznej proweniencji, a poza tym posiada niepokojąca powierzchowność. No i mam problem, bo z jednej strony strasznie lubię bohaterów w typie wiedźmińskim, zwłaszcza jeśli autor nie podszył ich sukinsyństwem. Z drugiej, Domenic nie podbije serca czytelnika poczuciem humoru czy ostrym językiem, jego mroczna przeszłość (właściwie w ogóle przeszłość, pochodzenie i cokolwiek, co wydarzyło się przed akcją opowiadań) pozostaje w sferze domysłów, a sposób bycia raczej odstręcza. Nie byłaby to wada (w końcu bohater nie musi być misiem przytulinkiem o ciepłym, puchatym serduszku, żebym go lubiła; właściwie wolę tych chaotycznych dobrych;)), ale na tym etapie o Domenicu wiemy zbyt mało, żeby zapałać do niego jakimkolwiek czytelniczym uczuciem (to się zmienia w kolejnym tomie, ale na razie o nim nie mówimy). Trudno fascynować się kimś, kto pozostaje w cieniu. (Z drugiej strony, im dalej w opowiadania, tym bardziej z tego cienia wypełza; mam wrażenie, że dopiero z pisaniem kolejnych historii obraz Domenica się autorce wykrystalizowywał. Zobaczymy, co ostatecznie wykwitnie).

„Diabeł na wieży”
to z pewnością nie jest zły zbiór – powiedziałabym, że jest co najmniej dobry. Kolejne historie to intrygujące zagadki kryminalne i całkiem fajnie się je czyta. Jednak czuję się rozczarowana – oczekiwałam po autorce, że to, co zaczyna się pokazywać w ostatnich tekstach zbioru - nietuzinkowość, planowość i charakterystyczny styl, będzie już w całym. Poza tym, chyba wyrosłam już ze zbiorów w typie wiedźmińskim. Wolę poczytać powieść napisana z epicki rozmachem bądź niesamowitym stylem i klimatem, albo misternie złożone opowiadania, które nie udają powieści. Więc to nie wina autorki. Ale i tak po kolejny tom sięgnę – może tam to, co lubię u Kańtoch będzie już wyraźniej widoczne.

Tytuł: Diabeł na wieży
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009

Stron: 368

środa, 28 maja 2014

Przedpowieść - "Przedksiężycowi tom I" Anna Kańtoch

„Przedksiężycowi” to bodajże najgłośniejsza powieść Anny Kańtoch. Rozgłosu nadały jej najpierw problemy wydawnicze, a później mnóstwo pozytywnych opinii. Przyznam, że przeglądając ten strumień entuzjazmu stworzyłam sobie bardzo wysokie wymagania i chyba pierwszy tom nie zdołał wszystkich spełnić. Głównie dlatego, że do zakończenia historii jeszcze daleko.

Mały statek kosmiczny przypadkowo trafia w okolice wymarłej planety ze śladami cywilizacji. Część załogi postanawia zejść na ziemię aby zbadać sprawę. Niestety, planeta okazuje się zdecydowanie mniej przyjazna, niż można by się spodziewać po martwym kawałku skały. Jaka tajemnica się za tym kryje?

Tymczasem ludność Lunapolis przygotowuje się do kolejnego Skoku. Finnen, młody, choć nie wybitny artysta, również. Podczas oczekiwani na placu jego uwagę zwraca niecodziennie jak na tę okazję ubrana dziewczyna. Kim jest Kaira i co tu robi sama? A najważniejsze: czy coś zmieni w życiu Finnena?

Zacznijmy może od tego, co mnie w pierwszym tomie „Przedksiężycowych” rozczarowało. Głównie to, że nie tworzy on żadnej zamkniętej historii. Oczywiście, po części większej całości należy się tego spodziewać, ale pierwszy tom powieści Kańtoch jest nie tyle tworzącym osobną całość fragmentem większej historii, co wstępem. Po prostu. Nawet zaczyna się trzy razy. Niczego nie wyjaśnia (wręcz przeciwnie, liczba pytań wzrasta wraz z ilością przeczytanych stron), zamiast rozstrzygać wątpliwości tylko pozostawia nowe, a pytania bez odpowiedzi mnożą się jak króliki. Nie wiem, jak ci, którzy czytali pierwsze wydanie dali radę czekać na kontynuację tak długo.

Niemniej, mimo że tom pierwszy „Przedksiężycowych” kompletnie nie sprawdza się jako osobna powieść, ma niezaprzeczalne zalety. Przede wszystkim język, jakim został napisany. Nie jest to może jeszcze ten oniryczny, wysublimowany styl, który autorka pokazała w „Czarnem” (aczkolwiek specyfika tamtej powieści wymagała innego sposobu opowiadania niż „Przedksiężycowi”), ale widać na nim indywidualny rys i zapowiedź tego, co przyjdzie później. Z jednej strony lekkość i cień oniryczności (w istocie część odrzuconych miast wygląda jak tło koszmaru, a wstęp dla mnie jest mistrzowsko opowiedzianym ziszczeniem złego snu), z drugiej prostota i klarowność przekazu. Idealne połączenie dla opowiedzenia fabuły.

Z bohaterami sprawa ma się dość niejednoznacznie. Z jednej strony nie można im niczego zarzucić – mają indywidualne charaktery, zgodne zresztą ze środowiskiem, które ich ukształtowało, są różni i niewątpliwie dobrze skonstruowani, ale zabrakło mi postaci, z którą mogłabym stworzyć jakąś głębszą relację. Taki na przykład Daniel Pantaleksis jest dość oryginalnym indywiduum jak na fantastyczne standardy – oportunista i egoista, który dzięki wrodzonemu szczęściu dobrze radzi sobie w całkiem obcym świecie, choć tego świata w ogóle nie rozumie. Niestety, dzięki charakterowi raczej nie ma szans na sympatię czytelników. Sama patrzyłam na niego jak na wielce osobliwego robaka – fascynujący, ale niezbyt przyjemny. Finnen z kolei, który jest jednym z narratorów opowieści, jak dotąd niczym się nie wyróżnił, tak samo jak Kaira, która przynajmniej ma dość ciekawą historię. Widać, że autorka coś dla tej trójki przewidziała, ale w pierwszym tomie głównie ich czytelnikom przedstawiła. Liczę na rozwinięcie.

Trudno ocenić początek „Przedksiężycowych” – dla fanów Kańtoch pozycja obowiązkowa. Przed lekturą zaleca się zaopatrzenie w kolejne tomy, bo jakkolwiek ten to tylko wstęp, tak świat przedstawiony jest niezwykle ciekawy i kryje tyle zagadek, że czytelnik nie spocznie, póki ich nie rozwiąże. Ale to nie w tej książce.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Powergraph.
 
Tytuł: Przedksiężycowi tom I
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2013
Stron: 424

piątek, 15 marca 2013

Fantasmagoria - "Czarne" Anna Kańtoch

Recenzję sponsoruje Serenity, która pożyczyła mi książkę.:)

Anna Kańtoch to autorka znana dość w polskim światku fantastycznym. Uważa się ją za autorkę dobrej prozy, która co prawda nie pisze wiele, ale za to solidnie. I choć czasem trudno było powiedzieć, do jakiego podgatunku fantastyki należy jej twórczość, zawsze była to niewątpliwie fantastyka. Pani Anna postanowiła niedawno nieco wyłamać się z konwencji – stworzyła powieść, która nie tylko nie mieści się w którymkolwiek podgatunku fantastyki, ale sama jej przynależność do tej frakcji jest dyskusyjna. Porozmawiajmy więc o „Czarnem” („Czarnym”?).

Cóż więc dostaje czytelnik? Zacytuję może z okładki, bo wydawca bardzo ładny blurb stworzył, nic dodać, nic ująć:
Czarne to letnisko, gdzie spędza wakacje rodzina bohaterki książki. Opowieść, w którą wplatają się dramatyczne losy Jadwigi Rathe – muzy ojca narratorki, rozgrywa się w letnie miesiące lat: 1893, 1914 i 1935. Warszawskie kawiarnie, spotkania w Towarzystwie Spirytystycznym, leniwa atmosfera podwieczorku w starym dworku i budzący się erotyzm nastolatki tworzą niepowtarzalny klimat powieści. Czytelnik powoli odkrywa, czym tak naprawdę są wspomnienia narratorki i jaką tajemnicę skrywa rok 1863, rok Powstania.”
Ładnie powiedziane, prawda? Sporo i jednocześnie nic.

Zacznijmy może od bohaterów, bo są oni najważniejszym elementem historii. Główna bohaterka, kobieta zdawałoby się po trzydziestce, ale najwyraźniej wyglądająca dużo młodziej, jest osobą o niezwykłej wrażliwości. Ciągle otaczają ją dziwne zjawiska, czas ulega nietypowym zawirowaniom, a wspomnienia i rzeczywistość często występuje równolegle. Jednocześnie wiadomo, że w młodości przeżyła tragedię, która odcisnęła się głęboko w psychice – poznajemy ją w (nie pierwszym z odwiedzonych) sanatoriów dla nerwowo chorych. Dodatkowo całą opowieść poznajemy z jej ust, nie może więc być mowy o jakimkolwiek obiektywizmie. I co ma biedny czytelnik z tym fantem zrobić? Uwierzyć narratorce, że jest osobą o niezwykłej, choć bardzo kłopotliwych zdolnościach i że podobne zdolności nie są niczym rzadkim, choć ich posiadacze nieczęsto zdają sobie z nich sprawę? Czy przyjąć, że trauma z dzieciństwa na zawsze zniszczyła jej umysł i czytać „Czarne” jako zapis majaków chorego mózgu? 

Nie wiem, jak inni, ale mnie takim wyborem narratora autorka na dzień dobry kupiła. Co prawda w epickiej fantastyce z wieloma wątkami cenię raczej narratora konkretnego, nie bawiącego się w kalanie własnej wiarygodności, ale od czasu do czasu wątpliwości są mile widziane. Zwłaszcza w książkach, których akcja odgrywana jest w raczej kameralnym gronie postaci i które mają ambicję wymknąć się sztywnym ramom gatunku (dowolnego, nie zawężajmy do fantastyki). „Czarne” jest właśnie taką powieścią – niejednoznaczną, zagmatwaną, nie podsuwającą łatwych rozwiązań i brak wiarygodnego narratora bardzo dobrze współgra z resztą.

Pozostali bohaterowie zdają się odgrywać rolę statystów w opowieści panny Rec. Pojawiający się we wspomnieniach rodzice są tylko częścią dekoracji. Bracia o niezwykłych zdolnościach to główna część wspomnień z dzieciństwa, ale obecnie mogliby w zasadzie nie istnieć. Reszcie bohaterów dostały się tylko jakieś mniej ważne epizody – poza Jadwigą Rathe. Ona odgrywa rolę nemezis narratorki. Panna Rec próbuje nie tylko rozgryźć zagadkę tajemniczej śmierci aktorki, ale także dotrzeć do natury własnych z nią relacji. To drugi jest znacznie bardziej fascynujące.

Klimat całej opowieści jest oniryczny, język zaś, jakim autorka nam ją opowiedziała jest lekki, poetycki, choć nie do przesady. Mam wrażenie, że „Czarne” pasowałoby nie tylko do serii „Kontrapunkty”, ale także do „Archipelagów” wydawanych przez zupełnie niefantastyczne wydawnictwo. Powieść jawi mi się raczej jako realizm magiczny, niźli fantastyka.

Cóż, polecam – zarówno fanom fantastyki nietypowej, jak i tym, którzy za gatunkiem w ogóle nie przepadają. Warto poznać.

Tytuł: Czarne
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2012
Stron: 264

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Od A do Z". 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...