Często goszczą tu rożne książki popularnonaukowe. Najczęściej o zwierzętach lub pokrewnych tematach. Jednak uważam się za osobę o szerokich zainteresowaniach i ciekawią mnie nie tylko żyjące współcześnie zwierzęta, ale też i te wymarłe. Niestety, o tych ostatnich pojawia się stosunkowo niewiele książek, a ponieważ najpopularniejsze są dinozaury, to z prehistorycznych gatunków właściwie tylko o nich możemy poczytać. Dlatego nie mam w zwyczaju wybrzydzać i gdy tylko nadarzyła się okazja, w ramach współpracy z księgarnią TaniaKsiazka.pl poprosiłam o „Jak naprawdę żyły dinozaury” Deana R. Lomaxa.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i s-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i s-ka. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 24 marca 2022
piątek, 18 czerwca 2021
"Dinozaury odkryte na nowo" Michael J. Benton
Od jakiegoś czasu uważnie śledzę paleontologiczne nowinki popularnonaukowe (szczególnie te o czasach starszych niż ewolucja hominidów) i staram się być na bieżąco. Dlatego też w wydane w zeszłym roku „Dinozaury odkryte na nowo” Michaela J. Bentona zaraz przykuły moja uwagę. A teraz skończyłam je czytać, więc mogę się podzielić przemyśleniami.
sobota, 20 lutego 2021
"Red, White & Royal Blue" Casey McQuiston
Zasadniczo nie lubię romansów. Ale wychodzę też z założenia, że na cały gatunek nie ma się co zamykać i od czasu do czasu warto sprawdzić, czy ten czy inny tytuł nie jest wart uwagi. Tym razem padło na „Red, White & Royal Blue”, z kilku powodów. Po pierwsze, miał mnóstwo pozytywnych recenzji nawet u tych osób, które same zwykle od romansów stronią. Po drugie, recenzje zapowiadały fluffną historię (czego akurat czasem potrzebuję, a jak się szuka kolejnej lektury po książce o koncepcji drzewa życia i filogenetyce molekularnej to umówmy się, fluff jest pożądany) i trochę wartości dodanych. Po trzecie zaś, jest romansem gejowskim, a to dla gatunku oryginalne (przynajmniej w Polsce). Zabrałam się więc za lekturę.
wtorek, 13 października 2020
"Do boju!" Mary Roach
Kilka lat temu Mary Roach była u nas dość popularna (a przynajmniej w blogosferze wyskakiwała z każdego kąta). Ówczesny wydawca wypuścił chyba trzy czy cztery jej książki, a że miały szeroko zakrojoną kampanię reklamową, można się było na autorkę natknąć wszędzie. Po tym gwałtownym wyrzucie tytułów przez kilka lat nic nowego się nie pojawiało, ale teraz Prószyński wydał „Do boju!”. Czyli książkę o wojsku.
poniedziałek, 16 marca 2020
"Wszystko, co wiemy o UFO" Elizabeth i Mark Neila
W zasadzie to można uznać, że sama jestem sobie winna. Rzadko sięgam po książki z poletka teorii spiskowych i pseudonauk, bo, umówmy się, interesują mnie głównie o tyle, o ile skonfrontuje się je z twardymi faktami. Niemniej czasem czuje pokusę. Zwykle wtedy włączam sobie jakiś odcinek „Starożytnych kosmitów” (bo praktycznie zawsze leci na którymś kanale, trochę jak filmy dokumentalne o III Rzeszy), ale akurat Prószyński i s-ka podesłało maila z taką jedną nowością. Tytuł był szumny i wiele obiecywał, a brzmiał „Wszystko, co wiemy o UFO”. Pomyślałam, że może będzie zawierał jakieś nowe, nieznane mi wątki. I pomimo że niewiele się po nim spodziewałam, to i tak się zawiodłam.
poniedziałek, 17 lutego 2020
"12 sprytnych sposobów jak ocalić nasz świat"
Jak niektórzy może pamiętają, jakiś czas temu znęcałam się nad „F**k plastik”, ekoporadnikiem wypuszczonym przez Prószyńskiego i s-kę. Zaś niedawno w swojej skrzynce mailowej znalazłam link do pobrania recenzenckiego egzemplarza kolejnego ekoporadnika od nich, czyli „12 sprytnych sposobów, jak ocalić nasz świat”. Gdybym powiedziała, że przy ściąganiu go nie towarzyszyła mi małpia, przewrotna złośliwość, to bym skłamała. Niemniej, rekomendacje WWF i obietnica, że to ich eksperci książkę pisali dawała pewne nadzieje.
wtorek, 22 października 2019
"F**k plastik"
„F**k plastik” to malutka, bardzo ładnie wydana (wszystko wygląda jakby było zrobione z szarego, biodegradowalnego i ekologicznego papieru pakowego czy tam ekotorebki) książeczka. Teoretycznie ma zawierać 101 sposobów na to, żeby w swoim życiu codziennym zmniejszyć zużycie plastiku. Nawet się kiedyś zastanawiałam, czy jej nie kupić, ale ostatecznie się nie zdecydowałam. Potem przeczytałam recenzję Agnieszki z Dowolnika i utwierdziłam się w przekonaniu. Ale okazało się, że książeczka jest też na Legimi, więc sobie ściągnęłam. I przeczytałam. I mam odczucia jeszcze bardziej negatywne, niż Agnieszka, choć niektóre uwagi nam się pokrywają.
poniedziałek, 14 stycznia 2019
"Przygody młodego przyrodnika" David Attenborough
Jeśli kogokolwiek zapytać, jakie nazwisko kojarzy mu się z programami przyrodniczymi, to w Polsce padną najprawdopodobniej dwie odpowiedzi: Krystyna Czubówna i David Attenborough. Niemniej, jakkolwiek głos Krystyny Czubówny chyba już zawsze pozostanie pewnym niezmywalnym memem w umysłach mojego pokolenia, to jednak ograniczała się ona do narracji. To samo memiczne miejsce w umysłach brytyjskiej publiczności zajmuje najprawdopodobniej David Attenborough, u nas rozpoznawalny równie dobrze, ale bardziej z bywania na wizji niż jako głos z offu.
środa, 17 października 2018
"Fabryka planet" Elizabeth Tasker
W fantastyce zawsze sobie cenię światotwórstwo, tak w fantasy, jak i SF. Fantasy jest gatunkiem, który wiele wybacza, SF winna być jednak wierna czemuś więcej niż tylko wewnętrznej logice. Dlatego dobrze jeśli autor (ale i fan przecież) jest na bieżąco z odkryciami naukowymi, choćby po to, żeby wiedzieć, co może sobie przenicować i przekłamać.
Tym, czym dla fantasy są neverlandy, dla SF są obce planety. I dlatego też, kiedy Prószyński i s-ka zapowiedziało „Fabrykę planet” Elizabeth Tasker, od razu się nią zainteresowałam. W końcu warto być na bieżąco z odkryciami w tej materii, bo nigdy nie wiadomo, co tam naukowcy odkryli i co jeden z drugim autor-fantasta wymyślił sam, a co oparł o przeczytane artykuły.
I w sumie pierwsza refleksja po zakończeniu lektury była taka, że to raczej naukowcy powinni zaglądać do pisarzy-fantastów, bo okazuje się, że poszukiwanie egzoplanet to taka dziedzina astronomii, która regularnie wywraca do góry nogami swoje własne założenia i postuluje istnienie rzeczy, których jeszcze kilka tygodni wcześniej nikt nie uznałby za prawdopodobne. Co prowadzi do wniosku, że czego by fantaści nie wymyślili, naukowcy pewnie w końcu to znajdą.
Ale do rzeczy, bo miało być o książce popularnonaukowej. Przyznam, że początkowo trochę rozczarowałam się lekturą. Autorka wyszła ze słusznego skądinąd założenia, że najlepiej zacząć od własnego podwórka i na początku raczy czytelnika długą i pełną zwrotów akcji historią formowania się Układu Słonecznego. Jest to niezbędne, abyśmy mogli w pełni docenić ironię losu – oto bowiem coś, co uważaliśmy za wzorcowe i pewne okazuje się być ewenementem, ale nie mogłoby się obejść bez zastrzeżeń. Widzicie, przez ten rozdział brnęło mi się najgorzej, głównie dlatego, że zawiera on ogromną dawkę opisów mechaniki ruchu gazów w próżni. Musimy więc w skupieniu śledzić, co porusza się wolniej, co szybciej, z której strony i jak daleko od gwiazdy, jak to wpływa na obiekty o rożnych masach i co musi przyśpieszyć aby zwolniło coś innego. Mimo, że autorka starała się jak mogła, żeby zrobić to możliwie przystępnie, większa część opisu powstania naszego rodzimego układu gwiezdnego ma ogromny potencjał usypiający.
Jednakowoż dalej jest już znacznie ciekawiej. Poznajemy metody, jakimi tropi się planety oraz historię co głośniejszych i ciekawszych, jakich istnienie udało się potwierdzić (albo spektakularnie się nie udało). Przy okazji autorka spekuluje, jakie warunki mogą na tych planetach panować i opisuje parametry, które na takie spekulacje pozwalają (a także to, jak bardzo zwodnicze potrafią być). Dalej przechodzimy do planet w układach wielokrotnych, a krótkiej opowieści doczekały się też sierotki pozbawione gwiazd. Jest też co nieco o warunkach niezbędnych do powstania życia oraz pewna obrazoburcza myśl (która mnie urzekła z nieznanych powodów): a co jeśli ziemskie warunki wcale nie są najkorzystniejsze do rozwoju życia?
Te rozdziały czyta się już znacznie przyjemniej. Podejmowana tematyka nie jest już tak jednorodna, więc łatwiej o niej interesująco pisać, a zagadnienia bywają wręcz surrealistyczne (miło mnie zaskoczył fakt, że autorka znacznie pogłębia zagadnienia, które wcześniej znałam głównie z programów popularnonaukowych, dość ograniczonych w przekazie, bo ileż można zmieścić w czterdziestominutowym odcinku). Zakończonej lekturze towarzyszy miłe poczucie poszerzenia horyzontów.
Polecam. Książka jest napisana możliwie przystępnie, więc po przebrnięciu przez pierwsze rozdziały każdemu powinna przynieść wiele radości. Jako i mnie przyniosła.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka.
Tytuł: Fabryka planet. Planety pozasłoneczne i poszukiwanie drugiej Ziemi
Autor: Elizabeth Tasker
Tytuł oryginalny: The Planet Factory. Exoplanets and the Search for a Second Earth
Tłumacz: Bogumił Bieniok i Ewa Łokas
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2018
Stron: 432
sobota, 29 września 2018
[Rok z Nebulą] "Świat finansjery" Terry Pratchett
Kiedy czytałam „Piekło pocztowe”, byłam nawet zadowolona z lektury, a bohaterowie wydawali mi się całkiem sympatyczni. Niestety, lektura „Świata finansjery” uświadomiła mi, że przynajmniej po części moja sympatia do bohaterów podcyklu o Moiście brała się z ciepłych uczuć żywionych do ekranizacji. Albo też „Świat finansjery” jest co najmniej o klasę gorszy.
Zanim przejdziemy do meritum, tradycyjnie może kilka słów o treści. Moist von Lipwig, zrehabilitowany oszust i krętacz zdołał już przywrócić utracona chwałę Urzędowi Pocztowemu i choć sam przed sobą jeszcze nie chce tego przyznać, zaczyna się na ciepłej posadce nudzić. Na szczęście lord Vetinari już szykuje dla niego nowe zadanie – Królewski Bank Ankh-Morpork potrzebuje świeżej krwi.
Przez większa część lektury zastanawiałam się, co mnie uwiera. Co jest nie tak, że powieść autora, którego uwielbiam, smakuje raczej jak stara podeszwa niż jak domowe schabowe. I po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że to z powodu braku sympatii do bohaterów. A brak sympatii bierze się po trosze z braku wyzwań dla tychże.
Weźmy takiego Moista. Chłopak należy do jednego z moich ulubionych typów bohaterów - `tych uroczych geniuszy manipulacji i oszustwa, dla których zwinięcie pieniędzy nie jest celem samym w sobie a największa satysfakcja to wykiwanie trudnego przeciwnika (pozdrawiam Locke Lamorę). Tego typu bohaterowie prezentują swój potencjał wyłącznie wtedy, gdy fabuła wymaga od nich stoczenia pojedynku na siłę intelektu z godnym przeciwnikiem. To się dobrze sprawdzało w „Piekle pocztowym”, gdzie Moist musiał wałczyć zarówno z oporem materii, jak i z równym sobie antagonistą. Sprawiało, że opowieść trzymała w napięciu. Tym razem przeciwnicy Moista są, no cóż... żałośni. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie mają z nim szans i jeśli nasz ulubieniec znajdzie się w tarapatach, to raczej przez splot niefortunnych zdarzeń niż knowania wrogów. Z materią też nie bardzo jest o co walczyć – w przeciwieństwie do Urzędu Pocztowego bank jakoś tam działa i wystarczy tylko sprawić a) żeby nie rozdrapali go spadkobiercy i b) żeby działał lepiej (w czym wykonanie punktu „a” znacząco pomoże). W czasie lektury nie czułam, żeby było to dla bohatera jakiekolwiek realne wyzwanie.
Osobnym problemem pozostaje Adora, narzeczona Moista. O ile jako postać drugoplanowa w „Piekle pocztowym” sprawdzała się znakomicie, stanowiąc mroczny kontrast dla lśniącego własnym blaskiem Moista, tak tutaj jest po prostu antypatyczna. Jest tym wszystkim, czym stałaby się babcia Weathetwax, gdyby odebrać jej styl i wyczucie. Idzie przez życie jak buldożer nie przyjmując do wiadomości, że istnieją inne (często skuteczniejsze) rozwiązania niż miażdżąca siła przebicia. Czytając „Świat finansjery” marzyłam o tym, żeby ten jej buldożer rozbił się na jakiejś życiowej skale. Nie doczekałam się, ale przynajmniej odrobinę poprawiła mi humor scena, kiedy mordercze szpilki Adory połamały się na kamiennej stopie funkcjonariusza Detrytusa. Przy czym to nie jest tak, że bohaterka jest tępą, wulgarną dzidą. Ale inteligencja w tym wypadku nie sprawia, że staje się mniej irytująca.
Kolejne tomy Świata Dysku maja to do siebie, że często biorą na tapetę jakieś konkretne zjawisko i przedstawiają je w krzywym zwierciadle, aby obnażyć (i często wyśmiać) pewne cechy. Czasem wychodzi to lepiej, czasem gorzej. Tutaj autorowi zdecydowanie wyszło gorzej. Tak jak zwykle jestem pełna podziwu dla przenikliwości Pratchetta i celności jego pióra, tak spostrzeżenia, jakie zawarł w „Świecie finansjery” wydały mi się oczywiste i przetworzone mało finezyjnie. Wszyscy po ukończeniu szkoły średniej chyba wiedzą, że wartość pieniądza nie jest jakąś stała obiektywną tylko efektem skomplikowanej umowy społecznej, a starych, bogatych finansistów nie od parady po ostatnim kryzysie nazywa się banksterami. Spodziewałabym się, że sir Terry sparodiuje te motywy bardziej kreatywnie. A on tylko wali nimi wprost. Ładnie ubranymi w słowa, ale akurat po nim spodziewałabym się więcej.
Cóż, moim skromnym zdaniem w „Świecie Dysku” jest wiele tytułów, które o wiele bardziej niż „Świat finansjery” zasługiwałyby na nominację do Nebuli. Może ten akurat wstrzelił się w sprzyjający czas, miał szczęście zainteresować odpowiednich ludzi... Ale ostatecznie nagrody nie zgarnął. I mnie to nie dziwi. Pratchett znacznie lepiej wybrzmiewa, kiedy komentuje ludzka naturę, a nie zjawiska otaczającego świata.
Tytuł: Świat finansjery
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: Making Money
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2017
Stron: 236 i 216
środa, 16 sierpnia 2017
[Rok z Nebulą] "Piekło pocztowe" Terry Pratchett
Jak wiecie (lub nie) bardzo lubię Pratchetta. I to szczególnie tego późnego, bo bardziej niż nieskrępowany humor cenię u niego trafność opisów zjawisk znanych z naszej rzeczywistości, wirtuozerię, z jaką uwypukla rzeczy, których w życiu codziennym nie dostrzegamy, mimo że często na nie patrzymy. Dlatego też pomyślałam, że moje nebulowe wyzwanie będzie świetną okazją, żeby przeczytać sobie kolejny tom „Świata Dysku”. Wybrałam „Piekło pocztowe”, po pierwsze dlatego, że to pierwszy tom podcyklu o Moiście von Lipwigu (no a nie będę zaczynać od drugiego), a po drugie, bo mam słabość do ekranizacji.
Moist von Lipwig to prawdziwy oszust, który prowadzi swą działalność nie tyle dla zysku, ile dla sportu. Niestety, po ostatnim numerze został schwytany i skazany. Oraz powieszony. Ale oto Patrycjusz Ankh-Morpork daje mu drugą szansę – wystarczy, że Moist przyjmie posadę poczmistrza (nikt nie musi wiedzieć, że egzekucja była trochę… niedokładna, prawda? A w razie czego, zawsze można to naprawić) i doprowadzi Urząd Pocztowy do dawnej świetności. Zaiste, do rozruszania instytucji praktycznie martwej od kilkudziesięciu lat trzeba specjalnych talentów. A czas już najwyższy, bo sekary zanadto się panoszą.
Dla dyskowego cyklu Pratchetta charakterystyczne jest, że w każdym tomie autor bierze na tapetę jakieś rzeczywiste zjawisko lub element otoczenia. W „Piekle pocztowym” postanowił pochylić się nad mechanizmami monopolizacji rynku i działania korporacji. I szczerze mówiąc, trudno mi wyobrazić sobie innego pisarza, który potrafiłby tak lekko i jednocześnie interesująco pisać na tematy raczej mało nośne fabularnie (znaczy, ja doskonale wiem, że istnieje cały gatunek science fiction poświęcony opisowi świata po tym, jak korporacje zagarną już wszystko i nazywa się cyberpunk, ale w „Piekle pocztowym” Pratchett próbuje nam raczej pokazać mechanizm, który pomaga tworzyć rzeczywistości cyberpunkowe). Pokazuje, jak łatwo ludzie dają się oszukać (po części też jest to bowiem opowieść o oszustwach na różnych poziomach i ich konsekwencjach).
Ale aby te nośne tematy dało się przekazać, potrzebna jest fabuła i bohaterowie. Moist jest nową postacią w cyklu – to typowy bohater chaotyczny dobry (chyba jedyny taki u Partchetta i aż dziwne, że pojawił się dopiero teraz). Niby oszust, który uważa, że ofiary jego przekrętów zasłużyły na wszystko, co ich spotkało (Moist żywi bowiem głębokie przekonanie, że uczciwego człowieka nie da się oszukać i biorąc pod uwagę fakt, że większość jego numerów polega na kuszeniu ofiar, żeby spróbowały oszukać oszusta, trudno dziwić się takiej postawie), ale z drugiej strony brzydzi się bezpośrednią przemocą i potrafi mieć tak zwany gest, o dziwo posiada też pewne poczucie sprawiedliwości. Przyznam, że do tego typu bohaterów mam słabość. Po drugiej stronie barykady, czyli po stronie seraków, mamy Reachera Gilta, który zdaje się być personifikacją drapieżnego kapitalizmu i polityki korporacyjnej. To facet, który nie cofnie się przed niczym, żeby dostać jeszcze trochę więcej pieniędzy, przy czym jest na tyle inteligentny, żeby nie dać się złapać (i eliminuje każdego, kto mógłby go zdemaskować). Paradoksalnie, Gilt jest tym, czym Moist mógłby się za kilka lat stać. A cała fabuła opiera się na pojedynku między nimi dwoma, pomiędzy polityką seraków w duchu „po co poprawiać jakość, skoro można zadbać o bycie jedyną opcją” a konkurowaniem ceną i jakością pocztowych usług.
Wszystko powyższe jest opisane charakterystycznym językiem Pratchetta, choć zdecydowanie bardziej stonowanym niż w początkowych tomach cyklu. Bark tu szalonych metafor i długich dygresji, ale poczucie humoru i pewna doza absurdu pozostaje. Osobiście wolę to stonowanie.
To jest naprawdę dobra powieść, nie tylko jak na Świat Dysku, ale w ogóle. Nie wiem, czy akurat o tyle lepsza od innych z cyklu, żeby dostać nagrodę (miałabym innych kandydatów; choć tym razem może zaważyła aktualna było nie było tematyka), ale i tak warto przeczytać. Polecam, jak zwykle Pratchetta.
Tytuł: Piekło pocztowe
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: Going Postal
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 476
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: Going Postal
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 476
wtorek, 31 stycznia 2017
"Strażniczka książek" Mechthild Gläser
Lubię książki o książkach. I tu w zasadzie mam dwie możliwości. Mogę wybrać bardziej realistycznie – czyli felietony, eseje, wywiady z autorami. Albo mogę pójść w stronę fantastyki – poszukać autorów, którzy bardzo kreatywnie wykorzystują świat literatury do budowania własnych światów. W tym ostatnim osobliwie przodują Niemcy, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę dziecięca i młodzieżową. „Miasto Śniących Książek” jest niemieckie, „Atramentowe serce” też, wreszcie „Niekończąca się opowieść”. Dlatego nie dziwi mnie, że i kolejna niemiecka autorka sięgnęła po ten motyw. Mechthild Gläser miała teoretycznie całkiem niezły pomysł – chciała wpuścić bohaterów we wszystkie opowieści na raz i pozwolić im ich strzec. A jak wyszło?
W tym miejscu chciałabym ostrzec, że recenzja zawiera śladowe ilości spoilerów.
Ten rok szkolny nie był dobry ani dla Amy, ani dla jej mamy, Alexis. W przypływie frustracji i w myśl hasła „szybko, szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu” postanawiają spędzić wakacje na rodzinnej szkockiej wyspie Stormsday, z której Alexis uciekła, będąc jeszcze w ciąży z siedemnastoletnią obecnie Amy. Nastolatka nie wie, czemu jej matka opuściła dom rodzinny – właściwie zupełnie nie zna swojej rodziny. Nie ma też pojęcia, że wszyscy w jej rodzie dysponują darem: potrafią wnikać do książek. I dlatego podjęli się ochrony ich delikatnego świata.
To jest jedna z tych książek, w których na pierwszy rzut kaprawego oka wszystko gra, ale na kolejny wyłażą problemy. Zresztą, nawet ten pierwszy już niektóre ujawnia, jeśli oko kaprawe nie jest. Większość z nich, mam wrażenie, w prostej linii wynika z tego, że autorka od początku do końca nie za bardzo wiedziała, jaką książkę chce napisać. Na pewno młodzieżową, bo mamy nastoletnią bohaterkę. Mamy też element „magicznej” szkoły, przygotowującej do „magicznych” zawodów. Oczywiście znamy to wszyscy od kiedy wyszła pierwsza powieść Rowling (nie, żeby wcześniej taki motyw się nie pojawiał, ale rozumiecie, wcześniej nie znali go absolutnie wszyscy). Tyle że o ile w Harry Potter czy Percy Jackson ucząc się rzeczywiście poznawali razem z czytelnikiem świat własnej opowieści oraz prawidła nim rządzące, o tyle szkolenie Amy nie daje czytelnikowi nic. O samym zawodzie strażnika książek dowiadujemy się tylko tyle, że pełni się go do 25 roku życia czynnie, potem biernie, bo już do opowieści wnikać nie można (na czym wobec tego polega wtedy zawód strażnika, nie wiadomo). I że trzeba zapobiegać kryzysom. Jakim kryzysom i jak zapobiegać już nikt nie wyjaśnia – nowicjuszka Amy nie dostaje żadnej instrukcji, żadnej listy zakazów i nakazów i żadnych ostrzeżeń (choć wiadomo, że jeśli coś jej się stanie w książce, to stanie się to naprawdę, a nie tylko w opowieści). Czytelnik razem z bohaterka porusza się w świecie, którego zasad nikt mu nie przedstawia. Przez co ten świat zdaje się mieć zasady wymyślane na bieżąco, tak, jak autorkę chwila poniosła.
Pozwólcie, że poznęcam się jeszcze nad szumnie zwaną szkołą strażników i zawodem samym w sobie, bo to jest ten element opowieści, który sprawia, że mi kołek od zawieszania niewiary niebezpiecznie trzeszczy. Bo widzicie – w takiej formie, w jakiej przedstawiła je autorka, to szkolenie i całe stróżowanie nie ma sensu. Nowicjuszce nie wyjaśnia się ograniczeń i możliwości, to raz. Pal sześć, że przez to czytelnik ich nie zna, ale bez tego nie da się wydajnie (i z zachowaniem zasad BHP) wykonywać swoich zadań. Właściwie wygląda na to, że cały motyw szkoły został dodany tylko po to, żeby przedstawić jedno, (kluczowe co prawda dla fabuły, ale możliwe do przedstawienia i bez wątku ciągnącego się przez całą książkę jak smród za pospolitym ruszeniem) wydarzenie z przeszłości, a autorka nie wzięła pod uwagę, że w międzyczasie też dobrze byłoby go wypełnić jakąś treścią. Strażniczenie w książkach też wygląda na mocno nieprzemyślane. Niby ma polegać na zapobieganiu kryzysom, ale okazuje się od razu, że każdy strażnik piastuje tylko jedną opowieść. Zważywszy, że jest ich całych trzech, średnio to wydajne. Zwłaszcza, że w zasadzie jedyną bronią strażnika w walce z kryzysem są… negocjacje. Co może i przydaje się, kiedy trzeba przekonać obrażoną księżniczkę, żeby się jednak przespała na ziarnku grochu, ale w obliczu bardziej krwawego zagrożenia już nie za bardzo.
Wewnętrzny świat literatury też szczególnie spójny nie jest – brak mu zasad łączących go w logiczną całość. Z jednej strony widzimy, że postacie w fabułach swoich opowieści występują jak aktorzy na scenie – najważniejsze to żeby się nie spóźnić i bezbłędnie wypowiedzieć swoją kwestię. Między wystąpieniami można wpaść do miasteczka na ziemi niczyjej na zakupy i drinka, a Amy włóczy się w towarzystwie Wertera i Sheer Khana – bohaterów, którzy nie dożywają końca swoich historii – i jakoś nikt się szczególnie ich losem nie przejmuje. Z drugiej autorka wychodzi ze skóry, żebyśmy strasznie się przejęli faktem, że bohater innej opowieści na jaj końcu ginie. Z jednej strony za żadne skarby nie można zmieniać opowieści, z drugiej chyba nikt tych zmian nie pilnuje, bo liczne spowodowane przez Amy przechodzą bez echa… I tak dalej. Przy czym trochę mnie uwiera też to, że Amy porusza się i fascynuje wyłącznie światami z klasycznej literatury. Rozumiem, że to wszystko przez prawa autorskie do nowszych i popularniejszych światów, ale szczerze mówiąc, będąc współczesną nastolatką ze zdolnością do wnikania w książki pobiegłabym raczej szukać Hogwartu albo Katniss Everdeen niż eksplorować prozę Dickensa. Czyli: rozumiem, ale uwiera.
Przejdźmy może do relacji między bohaterami. I tu też wtopa, bo jedna w pełni zarysowana i ciekawa jest ta pomiędzy Amy a Willem, innym młodym strażnikiem. Wszystko to urocze i interesujące, ale tak bardzo pasuje do kliszy nastoletniej pierwszej miłości, że nie zaskakuje niczym. Aby dodać nieco charakteru Willowi, autorka kreuje go na niezrozumianego wrażliwca o buntowniczych zapędach, ale to też wypada bardzo sztampowo. Druga jest pomiędzy Amy a jej matką i przyznam, że jest to ciepła, zdrowa i podnosząca na duchu relacja matki z córką, całkiem dobrze opisana. Poza tym mamy jeszcze relację Alexis z jej matką a babką Amy – która jest konfliktowa (nastoletnie matki nie uciekają z domu na końcu świata dla kaprysu) i miałaby ciekawy potencjał, ale autorka postanowiła poprzestać na kilku nierozwiązujących niczego pyskówkach i porzuciła temat. W ogóle niewnoszące niczego pyskówki zdają się być główną formą komunikacji dorosłych na Stormsday. No i jest jeszcze Betty. Z którą ma problem najbardziej.
Betty bowiem jest uosobieniem kliszy pustej, zarozumiałej blondi, zainteresowanej przede wszystkim ciuchami i kosmetykami (a chłopakami nie chyba tylko dlatego, że jedyny dostępny na Stormsday jest jej bliskim kuzynem). Mało co mnie tak irytuje, jak wykorzystanie tej kliszy. Autorka co prawda starała się dodać Betty nieco głębi – dziewczyna naprawdę sumiennie wykonuje obowiązki strażniczki i przejmuje się rzeczami, które Amy nawet nie przyszłyby do głowy, ale cóż, widać jak na dłoni, że służy tylko zbudowaniu opozycji między „jedyną taką” Amy, która nie lubi kosmetyków a kiecki nosi wyłącznie, kiedy musi i podobną do tych niewdzięcznych szkolnych koleżaneczek Betty, co to jej głównie własny wygląd w głowie. A była scena, która mogłaby to naprawić, która mogłaby pokazać, że nie szata zdobi człowieka a inni miewają motywacje równie ważne, jak nasze, tylko inaczej je realizują… Kiedy można było pokazać, że subiektywne spojrzenie Amy (bo narratorką jest właśnie ona, przez większość czasu) nie jest jedynie słusznym i że człowiek czasem pewnych rzeczy nie dostrzega… Jednak autorka temat zbyła i zostaliśmy z uroczą kujonką i pustą blondi.
„Strażniczka książek” miała potencjał – ten pomysł mógł wyewoluować w coś interesującego. Jednak autorka nie potrafiła go wykorzystać. Właściwie jedyna interesującą rzeczą w powieści jest zakończenie, w którym wyjątkowo pani Gläsernie poszła po linii najmniejszego oporu. Ale nie wiem, czy warto się dla niego przebijać przez całą powieść.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka
Tytuł: Strażniczka książek
Autor: Mechthild Gläser
Tytuł oryginalny: Die Buchspringer
Tłumacz: Mirosława Sobolewska
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 392
wtorek, 27 grudnia 2016
"Ciemna noc październikowa" Roger Zelazny
![]() |
| Okładka oryginalnej wersji, bo polskiej jakby nie ma |
Właściwie to nie wiem, czy jestem odpowiednią osoba do napisania tej notki. Wiecie, słaba jestem w wykrywaniu nawiązań, zwłaszcza do klasyki. A tutaj pan Zelazny, nie dość, że sam już klasyk gatunku, to jeszcze na takich nawiązaniach oparł był całą fabułę. Ale tak sobie myślę, że gdyby ten tekst nie powstał, to pewien Kruk byłby niepocieszony. Także ten, wszystko, co tu się będzie działo, to jakby co, przez niego.
Co jakiś czas w Halloween wypada pełnia księżyca. Dla większości jest to po prostu dodatkowy efekt specjalny, ot, dekoracje fajniej wyglądają z okrągłym księżycem w tle. Ale niektórzy wiedza, ze w tym dniu odbywa się finał Gry. Gry, która toczy się cały październik i jest dostępna tylko dla wybranych. I która toczy się o najwyższą stawkę.
Przyznam, że niebagatelną rolę w zwabieniu mnie do tej lektury odegrał fakt, że narratorem jest pies o wdzięcznym imieniu Niuch (bo widzicie, w Grę gra się parami ludzko-zwierzęcymi). To sprawia, że właściwie „Ciemna noc październikową” możnaby zaliczyć do animal fantasy (w końcu spełnia wszystkie kryteria). Jednocześnie bardzo zgrabnie poza ramy gatunku wykracza (jeśli możemy mówić o ramach gatunku, który definiuje się rasą głównych bohaterów). A ja akurat animal fantasy bardzo lubię.
Sama narracja też na wyborze narratora bardzo zyskuje. Nową perspektywę na przykład. Nie wiemy na dobrą sprawę, co konkretnie robi pan Niucha (choć, znając jego legendę, możemy sobie poniekąd wyobrazić), ale wiemy, że zbiera rzeczy niezbędne do rytuału. Cała rozgrywka zyskuje zupełnie inny wymiar. taki, który można zobaczyć z perspektywy czterech łap. Ale także poziomu oczy węża czy wiewiórczej grzędy. lub kogoś, kto godzi spojrzenie ludzkie i zwierzęce.
Nie narracja jest jednak najmocniejszą stroną książki (o ile mogę się tak wyrazić o publikacji, która nigdy nie zyskała u nas samodzielnego wydania). Są nią nawiązania. Widzicie, każdemu miłośnikowi literatury (a właściwie nawet ogólniej – kultury) postacie graczy powinny wydać się znajome. W końcu występują tu same gwiazdy horroru i powieści gotyckiej. Mnie niektóre udało się rozpoznać, co do innych mam tylko przypuszczenia. Ale nie będę się nimi dzielić, żeby nie psuć wam zabawy.
Sama fabuła prowadzona jest dość nierównomiernie. Całość podzielona jest na rozdziały odpowiadające kolejnym październikowym dniom. Na początku niewiele się dzieje (co nie znaczy, że jest nudno), ale z upływem czasu, kiedy finał Gry nadchodzi, akcja nabiera tempa. Niektórzy mogą taki brak równowagi uznać za wadę, ale dla mnie to jeszcze jeden dowód na mistrzostwo pióra Zelaznego. Potrafi przecież rosnącą temperaturę rozgrywki przenieść na tempo narracji. Przecież to logiczne, że im bliżej finału, tym działania graczy będą intensywniejsze i tym więcej uwagi trzeba im będzie poświęcić w opisie. Przy czym piórem autor posługuje się po mistrzowsku – choć nie używa przesadnie wyszukanego słownictwa i fraz, tekst jest niezwykle żywy.
Co jakiś czas w Halloween wypada pełnia księżyca. Dla większości jest to po prostu dodatkowy efekt specjalny, ot, dekoracje fajniej wyglądają z okrągłym księżycem w tle. Ale niektórzy wiedza, ze w tym dniu odbywa się finał Gry. Gry, która toczy się cały październik i jest dostępna tylko dla wybranych. I która toczy się o najwyższą stawkę.
Przyznam, że niebagatelną rolę w zwabieniu mnie do tej lektury odegrał fakt, że narratorem jest pies o wdzięcznym imieniu Niuch (bo widzicie, w Grę gra się parami ludzko-zwierzęcymi). To sprawia, że właściwie „Ciemna noc październikową” możnaby zaliczyć do animal fantasy (w końcu spełnia wszystkie kryteria). Jednocześnie bardzo zgrabnie poza ramy gatunku wykracza (jeśli możemy mówić o ramach gatunku, który definiuje się rasą głównych bohaterów). A ja akurat animal fantasy bardzo lubię.
Sama narracja też na wyborze narratora bardzo zyskuje. Nową perspektywę na przykład. Nie wiemy na dobrą sprawę, co konkretnie robi pan Niucha (choć, znając jego legendę, możemy sobie poniekąd wyobrazić), ale wiemy, że zbiera rzeczy niezbędne do rytuału. Cała rozgrywka zyskuje zupełnie inny wymiar. taki, który można zobaczyć z perspektywy czterech łap. Ale także poziomu oczy węża czy wiewiórczej grzędy. lub kogoś, kto godzi spojrzenie ludzkie i zwierzęce.
Nie narracja jest jednak najmocniejszą stroną książki (o ile mogę się tak wyrazić o publikacji, która nigdy nie zyskała u nas samodzielnego wydania). Są nią nawiązania. Widzicie, każdemu miłośnikowi literatury (a właściwie nawet ogólniej – kultury) postacie graczy powinny wydać się znajome. W końcu występują tu same gwiazdy horroru i powieści gotyckiej. Mnie niektóre udało się rozpoznać, co do innych mam tylko przypuszczenia. Ale nie będę się nimi dzielić, żeby nie psuć wam zabawy.
Sama fabuła prowadzona jest dość nierównomiernie. Całość podzielona jest na rozdziały odpowiadające kolejnym październikowym dniom. Na początku niewiele się dzieje (co nie znaczy, że jest nudno), ale z upływem czasu, kiedy finał Gry nadchodzi, akcja nabiera tempa. Niektórzy mogą taki brak równowagi uznać za wadę, ale dla mnie to jeszcze jeden dowód na mistrzostwo pióra Zelaznego. Potrafi przecież rosnącą temperaturę rozgrywki przenieść na tempo narracji. Przecież to logiczne, że im bliżej finału, tym działania graczy będą intensywniejsze i tym więcej uwagi trzeba im będzie poświęcić w opisie. Przy czym piórem autor posługuje się po mistrzowsku – choć nie używa przesadnie wyszukanego słownictwa i fraz, tekst jest niezwykle żywy.
I tak oto dotarliśmy do miejsca, w którym należałoby zakończyć tę moją drętwą notkę o bardzo dobrym tekście. Nie umiem pisać o tekstach dobrych, więc możemy się umówić, że im bardziej niezbornie próbuję jakąś powieść zachwalać, tym lepszą ocenę jej wystawiam. A w ogóle to idźcie poczytać notkę Kruka, jest lepsza.
Tytuł: Ciemna nmoc październikowa
Autor: Roger Zelazny
Tytuł oryginalny: Night in the Lonesome October
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Prószyński Media
Rok: 2013
Stron: ok. 200
Autor: Roger Zelazny
Tytuł oryginalny: Night in the Lonesome October
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Prószyński Media
Rok: 2013
Stron: ok. 200
wtorek, 11 października 2016
"Rój" Laline Paull
Animal fantasy nie jest w Polsce gatunkiem szczególnie popularnym (jeśli będę kiedyś pisać notkę o najmniej popularnych gatunkach fantastyki, to pewnie znajdzie się w ścisłej czołówce). Mimo tego od czasu do czasu coś się u nas wydaje, nierzadko unikając zręcznie etykiety „fantastyka” na książce. Przy czym opowieści o pszczołach czy mrówkach zawsze mają jakby łatwiej, bo można a priori do nich przypiąć etykietkę „metafora totalitaryzmu” i raczej nikt się nie przyczepi. Przy czym ja animal fantasy bardzo lubię i trochę ubolewam nad faktem, że u nas wydawcy albo wcale nie porywają się na gatunek, albo muszą kombinować z klasyfikacją. Ale z „Rojem” mam problem.
W ulu właśnie wykluwa się pszczoła. Flora 717 wygryzła się ze swojej komórki i stawia pierwsze kroki, chłonąc informacje czułkami i nogami, wprost z plastra, którego dotyka. Choć urodziła się w najniższym rodzie sprzątaczek, ma przed sobą niezwykła przyszłość – będzie mogła pełnić funkcje, do których zazwyczaj pszczoły z jej rodu nie są dopuszczane, pozna tajemnice intryg i ula, a także piękno kwiatów poza nim. Oraz coś, na co nigdy nie zdobyłaby się żadna robotnica – piękno macierzyństwa.
Wiecie, wobec animal fantasy (definiowanej ogólnie jako książki o zwierzętach z perspektywy zwierząt, zawierające pewne elementy uczłowieczania, ale nie będące oczywistą metaforą) mam bardzo konkretne oczekiwania. Oczekuję mianowicie, że autor napisze mi coś w rodzaju fanfika do rzeczywistości: wypełni fantastyczną opowieścią to, co już opisała biologia. Richard Adams na przykład zwykłą migrację młodych króliczych samców w poszukiwaniu nowego terytorium wypełnił questem o wszystkich znamionach rasowego fantasy, pozostając przy tym w zgodzie z przyrodniczymi podstawami. To dla mnie bardzo istotne, bo w przeciwnym razie pęka mi kołek niewiary i nie mam jej na czym zawiesić.
I przy „Roju” pękł. Już na samym początku. Bo widzicie, autorka wymyśliła sobie społeczeństwo skrajnie kastowe, w którym to urodzenie w danym rodzie definiuje, co pszczoła przez całe życie będzie robić. Tymczasem rzeczywistość jest nieco inna. Bo pszczeli rój jest co prawda ściśle kastowy, ale jest to kastowość bardzo liberalna – status i zajęcie wykonywane przez robotnicę definiuje jedynie… jej wiek. Z tą wiedzą bardzo kiepsko czytało mi się o kaście opiekunek przez całe życie nadzorujących larwy czy sprzątaczkach nic innego nigdy nie robiących, tylko czyszczących ul. Zwłaszcza, że gdyby autorka trzymała się faktów, to właściwie większość intrygi z powieści nie miałaby racji bytu. A poza tym królowa, która kopuluje tylko z jednym samcem raczej nie jest w stanie stworzyć roju, który przetrwa zimę.
Poza tym, szczerze mówiąc, Flora 717 jest bohaterką tak wyjątkową, że aż niedobrze się robi. Jest większa i silniejsza od innych pszczół, ma nietypowy wygląd i pochodzenie, potrafi wytwarzać wosk i mleczko, chociaż nie powinna i oczywiście składa jaja. Jasne, to jest postać sympatyczna i interesująco napisana, czytelnik bardzo się angażuje w jej historię, ale kiedy autorka odkrywa kolejną nietypową cechę, to w pewnym momencie pozostaje już tylko przewrócić oczami.
Tyle że przy tych wszystkich wadach (umówmy się, że to jest jednak literatura piękna i niezgodność ze stanem naukowej wiedzy to nie jest obiektywna wada) „Rój” jest naprawdę dobrze napisaną książką. Widać, że tam, gdzie jej to pasowało do wizji, autorka starała się jak najwierniej podążać za pszczelą biologią, wzbogacając ją dodatkowymi elementami. Na przykład bardzo podoba mi się pomysł opisania więzi łączącej robotnice z królową jako głębokiej religijnej wiary – wypadło to bardzo wiarygodnie, zwłaszcza, że i w przekładzie tłumacz starał się wzmocnić ten przekaz. Ogólnie, jeśli chodzi o warstwę fabularną, to nie mam zastrzeżeń.
„Rój” nieco mnie rozczarował – co tym bardziej boli, że jest to rozczarowanie czysto subiektywne i obiektywnie oraz warsztatowo do książki nie można się przyczepić. Z pewnością, jeśli autorka jeszcze coś napisze, pochylę się nad tym z zainteresowaniem. Tymczasem jednak polecam, bo to dobrze napisana powieść jest. Nie dajcie się tylko nabrać na hasła reklamowe typu „połączenie „Folwarku zwierzęcego” z „Rokiem 1984””, bo to nie jest żadna metafora niczego moim zdaniem. To po prostu opowieść o społeczności, w której każdy osobnik musi działać jak komórka w organizmie – ściśle według wyznaczonych zadań. Bo inaczej wszyscy umrą.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka.
Autor: Laline Paull
Tytuł oryginalny: The Bees
Tłumacz: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 384
wtorek, 30 sierpnia 2016
"Stanie się czas" Poul Anderson
Tak sobie ostatnio chodzę po internetach i zaglądając w niektóre miejsca oraz czytając niektóre dyskusje można dojść do wniosku, że Dobra Fantastyka to była pisana najpóźniej trzydzieści lat temu, a od tamtego czasu to już tylko postępująca degrengolada. Czytając to wszystko można czasem odnieść wrażenie, że absolutnie wszystko, co fantaści pisywali kiedyś to literatura najwyższych lotów i, prawdaż, książki przeciętne czy wręcz kiepskie nie zdarzały się wcale, więc po wszystko, co ma datę wydania starszą niż trzydzieści lat można sięgać bez obawy i szykować się na intelektualną ucztę. Oczywiście jest to nieprawda, ale szczerze mówiąc i na mnie ta aura rzekomej wspaniałości czasów minionych wywarła pewien wpływ – podświadomie oczekuję od książek starszych więcej. I czasem się zawodzę.
„Stanie się czas” jest właśnie jedną z takich książek, od których oczekiwałam więcej – bo i wiek odpowiedni, i nazwisko autora „z dorobkiem”. Tymczasem mamy tutaj dość klasyczną opowieść o podróżowaniu w czasie, narrator relacjonuje nam swoją znajomość z „naturalnym” podróżnikiem w czasie – Jackiem Havingiem. Jack urodził się z taką umiejętnością i na przestrzeni lat starał się poznać innych obdarzonych nią ludzi (oraz jakoś sobie radzić w życiu codziennym). Nawet mu się udało, jednak nie wszyscy podróżnicy okazali się być takimi, jakimi by sobie życzył.
No i teraz tak: z jednej strony to nie jest zła książka. Opowieść jest rozplanowana wzorowo, czytelnik raczej się nie nudzi, przejmuje się losem bohaterów. Ale z drugiej, no jednak spodziewałam się czegoś więcej niż mocnej czwórki, a właśnie na tyle w szkolnej skali ocen oceniłabym „Stanie się czas”. Bo powieść (umówmy się, że powieść, bo tak naprawdę to raczej duże opowiadanie jest) niczym nie zaskakuje, odgrzewa w mało nowatorski sposób znane motywy i właściwie cały czas miałam wrażenie, że to już było i zrobione lepiej (choć być może kiedy książka powstawała, było w niej jakieś nowatorstwo – w końcu to już ponad czterdzieści lat). Literacko też dość przeciętnie wypada – język prosty, powiedziałabym nawet, że nudny. Co prawa forma narracji rzadka i mająca pewien urok (pierwszoosobowa relacja z drugiej ręki), ale to tyle.
Za to postacie wyszły autorowi ciekawie. Jack Having to, można powiedzieć, uosobienie ufnego humanitaryzmu z lat siedemdziesiątych (ogólnie z powieści promieniuje pełne dobrych chęci przeświadczenie, że chociaż najpierw jako ludzkość wszystko spieprzymy, to potem jest dla nas nadzieja na dokonanie rzeczy wielkich. W obecnych czasach bardzo niemodne). Patrzy, podziwia, poznaje inne epoki i stara się chłonąć z nich to, co najlepsze. Podróżnicy w czasie z innych epok nie mają już tak otwartych umysłów. Autor, mam wrażenie, na ich przykładzie pragnął pokazać, że człowiek jest w dużej mierze wypadkową czasów w jakich żyje i choćby mu dać szansę na zbudowanie czegoś od podstaw, poza swoje doświadczenia nie wyjdzie (a wielu znajdzie się i takich, którzy będą wszystko zrównywać do poziomu swoich doświadczeń).
I tak oto okazało się, że mamy tutaj (mikro)powieść całkiem sympatyczną, ale ostatecznie dość przeciętną. Nie, żebym się poczuła zniechęcona do autora, ale jednak spodziewałam się odrobinę więcej.
„Stanie się czas” jest właśnie jedną z takich książek, od których oczekiwałam więcej – bo i wiek odpowiedni, i nazwisko autora „z dorobkiem”. Tymczasem mamy tutaj dość klasyczną opowieść o podróżowaniu w czasie, narrator relacjonuje nam swoją znajomość z „naturalnym” podróżnikiem w czasie – Jackiem Havingiem. Jack urodził się z taką umiejętnością i na przestrzeni lat starał się poznać innych obdarzonych nią ludzi (oraz jakoś sobie radzić w życiu codziennym). Nawet mu się udało, jednak nie wszyscy podróżnicy okazali się być takimi, jakimi by sobie życzył.
No i teraz tak: z jednej strony to nie jest zła książka. Opowieść jest rozplanowana wzorowo, czytelnik raczej się nie nudzi, przejmuje się losem bohaterów. Ale z drugiej, no jednak spodziewałam się czegoś więcej niż mocnej czwórki, a właśnie na tyle w szkolnej skali ocen oceniłabym „Stanie się czas”. Bo powieść (umówmy się, że powieść, bo tak naprawdę to raczej duże opowiadanie jest) niczym nie zaskakuje, odgrzewa w mało nowatorski sposób znane motywy i właściwie cały czas miałam wrażenie, że to już było i zrobione lepiej (choć być może kiedy książka powstawała, było w niej jakieś nowatorstwo – w końcu to już ponad czterdzieści lat). Literacko też dość przeciętnie wypada – język prosty, powiedziałabym nawet, że nudny. Co prawa forma narracji rzadka i mająca pewien urok (pierwszoosobowa relacja z drugiej ręki), ale to tyle.
Za to postacie wyszły autorowi ciekawie. Jack Having to, można powiedzieć, uosobienie ufnego humanitaryzmu z lat siedemdziesiątych (ogólnie z powieści promieniuje pełne dobrych chęci przeświadczenie, że chociaż najpierw jako ludzkość wszystko spieprzymy, to potem jest dla nas nadzieja na dokonanie rzeczy wielkich. W obecnych czasach bardzo niemodne). Patrzy, podziwia, poznaje inne epoki i stara się chłonąć z nich to, co najlepsze. Podróżnicy w czasie z innych epok nie mają już tak otwartych umysłów. Autor, mam wrażenie, na ich przykładzie pragnął pokazać, że człowiek jest w dużej mierze wypadkową czasów w jakich żyje i choćby mu dać szansę na zbudowanie czegoś od podstaw, poza swoje doświadczenia nie wyjdzie (a wielu znajdzie się i takich, którzy będą wszystko zrównywać do poziomu swoich doświadczeń).
I tak oto okazało się, że mamy tutaj (mikro)powieść całkiem sympatyczną, ale ostatecznie dość przeciętną. Nie, żebym się poczuła zniechęcona do autora, ale jednak spodziewałam się odrobinę więcej.
Autor: Poul Anderson
Tytuł oryginalny: There Will Be Time
Tłumacz: Tadeusz Markowski
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2010
Stron: 232
wtorek, 31 maja 2016
"Pasterska korona" Terry Pratchett
To nie jest dla mnie ostatnia książka Terry’ego Pratchetta. Zostało mi jeszcze do przeczytania sporo Świata Dysku, cztery tomu „Długiej Ziemi” no i koniecznie „Nacja” (nie mam parcia, żeby czytać absolutnie wszystko, co napisał. Choć może i tak wypaść). Jak więc widzicie, dla mnie to nie koniec. Niestety, koniec dla sir Terry’ego. I trochę to w „Pasterskiej koronie” widać. Nie poprzez spadek kondycji pisarskiej, bynajmniej.
Coś się zmienia. Bariery pomiędzy Dyskiem a Światem Baśni stają się coraz cieńsze, a elfy to wyczuwają i chcą wykorzystać. Tymczasem młoda Tiffany Obolała musi zmagać się z zupełnie nowymi obowiązkami i odpowiedzialnością. Czy będzie dość mądra, żeby sobie poradzić? No i co z młodym człowiekiem, który chce zostać czarownicem? Oraz jego kozłem, jeśli o tym mowa.
Przyznam, że z cyklu o Tiffany Obolałej jak dotąd znałam tylko pierwszą część (dlatego zabieranie się od razu o ostatniej może nie było najrozsądniejsze z mojej strony. Ale przecież nie samym rozsądkiem człowiek żyje) i to w starszym tłumaczeniu Doroty Malinowskiej, więc przesiadka była trochę trudna. Niemniej, co Cholewa, to Cholewa. Fik Mik Figli trochę szkoda, ale przynajmniej mówią gwarą, jak powinni. Trochę kluczowych punktów rozwoju głównej bohaterki też mnie ominęło. Okazało się, że cykl o Tiffany jest tym, który stosunkowo kiepsko znosi czytanie na wyrywki (chyba najgorzej z dotąd mi znanych podcykli dyskowych), ale z drugiej strony nie aż tak, żeby czytelnik nie był w stanie czerpać radości z lektury.
Najmocniejszą stroną jest oczywiście sama Tiffany. Będąc już młodą dziewczyną (a nie dzieckiem, jak wtedy, gdy ją poznaliśmy) musi podjąć zupełnie nowe obowiązki i przyjąć na siebie zupełnie nową odpowiedzialność. Próbuje szukać własnej drogi w tym wszystkim (przecież jest czarownicą, nie może podążyć szlakiem wytyczonym przez kogoś innego, musi przecierać własny) Tiff przeżywa wszystkie wątpliwości młodego człowieka – choć nigdy by się do tego nie przyznała, boi się, że może zawieść pokładane w niej nadzieje, że może wykonywać rzeczy niewłaściwie. Że wybierając swoje miejsce, dokona błędnego wyboru, którego pożałuje nie tylko ona, ale też wszyscy, którym pomaga i chroni. Niemniej, w końcu musi podjąć wszystkie decyzje. Na tym polega dojrzewanie.
Poza Tiffany, ważną postacią jest Geoffrey, wspomniany wyżej chłopak, który chce zostać czarownicem. Jakaż to jest piękna klamra całej opowieści! W „Równoumagicznieniu” mieliśmy dziewczynę, która pragnęła zostać magiem i była jedyną na Dysku właściwą kobietą do tego zadania. Z Geoffreyem jest podobnie. Mam wrażenie, że ten chłopak jest nie tylko przeciwwagą dla kobiety-maga (pamiętamy, że u Pratchetta kobieta-mag to nie to samo, co czarownica). Jest też zwiastunem tego, że świat się zmienia. A stare niekoniecznie musi być zastępowane nowym. Może być przez nowe wzbogacane, aby ostatecznie stać się lepszym. Tak jak ogólna społeczność czarownic Lancre stanie się lepsza, jeśli wzbogaci się o młodego chłopaka (i jego kozła).
Z drugiej strony, dla niektórych starych rzeczy zmiana, dostosowanie i pozwolenie na wzbogacenie nowymi ideami to jedyna szansa na przetrwanie. Tego nie rozumieją elfy. Dysk stał się światem żelaza i stali, w którym na elfie rajdy nie ma już miejsca. Ale chwała dawno minionych dni jest tak nęcąca, że rozsądne argumenty nie docierają do elfów. A kiedy ktoś wyciąga do nich rękę, proponując nowe możliwości (ale zupełnie inne niż stare przyzwyczajenia. Elfy u Pratchetta to jedne z tych, na których oferta, na przykład, nowych możliwości zadawania bólu z pewnością zrobiłaby ogromne wrażenie), odcinają ją. Autor dobitnie pokazuje, że, przynajmniej dla nich, to najgorsze z możliwych rozwiązań.
W posłowiu stoi, że co prawda sir Terry książkę napisać zdążył, ale z ostateczną redakcją już nie. Szkoda, bo niektóre drobne wątki rzeczywiście wydają się niedokończone. Niemniej, „Pasterska korona” to godne zamknięcie bram. Ale w każdej bramie jest furtka, więc każdy, kto chciałby wybrać się na wycieczkę po Świecie Dysku, zawsze będzie miał taką możliwość. Korzystajcie.
Książkę otrzymałam o wydawnictwa Prószyński i s-ka.
Tytuł: Pasterska korona
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: The Shepherd's Crown
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 240
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Gdy kot jest, szczury z nim knują, czyli o deratyzacji słów kilka - "Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie" Terry Pratchett
Wszyscy chyba kiedyś mieliście taką sytuację. Jest sobie książka autora, którego lubicie. Często słyszycie, że to jedna z jego najlepszych książek. W końcu trafia się okazja, żeby po nią sięgnąć, więc czytacie. I... czujecie się rozczarowani, bo jednak to nie to.
Tak miałam z „Zadziwiającym Maurycym i jego edukowanymi gryzoniami”. Jest to historia stada szczurów i kota (tytułowego Maurycego), którzy w wyniku żerowania na odpadach z Niewidocznego Uniwersytetu nabawili się inteligencji. Jednak wraz z inteligencją przyszły nowe potrzeby, a te wymagają finansowania. Skąd jednak szczury (i kot) mają wziąć pieniądze? Rozwiązania są dwa – cyrk albo ścieżka zbrodni. Jako że żaden szanujący się kot nie zechce występować na arenie, pozostaje oszustwo. Nie ma przecież nic prostszego niż sfingowanie inwazji. Potrzeba jeszcze jakiegoś niezbyt rozgarniętego dzieciaka z fujarką i można ruszać na podbój świata. Wszystko idzie dobrze, dopóki nie docierają do Blintzowych Łaźni. Jest to miasteczko, w którym dzieją się rzeczy straszne.
Nie jest to powieść kiepska, wręcz przeciwnie – jak to u Pratchetta, bardzo mądra, pełna humoru i rzeczy ważnych. Jednak nie mogę podzielić ogólnego zachwytu. Troszkę tu wszystko zbyt proste, troszkę zbyt łopatologiczne. Zdaję sobie sprawę, że jest to pierwsza książka dla dzieci ze Świata Dysku i nie dość że pewne rzeczy trzeba było nieco uprościć, to jeszcze autor nie miał tej konwencji przetrenowanej i mogło wyjść trochę poniżej oczekiwanego poziomu. Nie znaczy to, że nie warto jej jednak poznać.
Bo sama koncepcja jest z pewnością warta uwagi. Zostawmy może chwilowo Maurycego (wrócimy do niego później) i przyjrzyjmy się szczurom. Dzięki nim autor bowiem pokazuje niektóre mechanizmy rządzące świeżo powstałą społecznością (oczywiście lekko i z odpowiednim humorem). Mamy więc Groźną Fasolkę jako wizjonera, Mielonkę jako starego, sprawdzonego przywódcę, który jednak nie potrafi podołać zmianom i Ciemnybrąza, który jest dość elastyczny i inteligentny, żeby poprowadzić swoje szczury w przyszłość. Groźna Fasolka jest też strażnikiem „Przygód Pana Królisia”, które stają się szczurzą Biblią (dla reszty świata są po prostu zbiorem dziecięcych bajek). Najsmutniejsza w książce była chyba chwila, w której szczury (a przynajmniej niektóre z nich) zaczynają rozumieć, że to, co opisano w ich książce jest zdecydowanie zbyt idylliczne w porównaniu z rzeczywistością. To przeżył chyba w którymś momencie życia każdy z nas.
Ogólnie szczury jako bohater zbiorowy sprawują się świetnie, ale jako indywidualności jakoś nie podbiły mojego serca. Inaczej jest z Maurycym. Pratchett potrafi pisać świetne koty i już kilka razy to udowodnił (myślę, że za tą umiejętnością kryje się doskonały zmysł obserwacji i sympatia, jaką autor darzy te zwierzęta). Maurycy jest więc koci, ale wraz ze wzrostem inteligencji (a więc i refleksyjności – w końcu zaczyna coraz więcej myśleć, co przed przemianą nie zdarzało mu się nigdy) traci nieco z kotowatości. I nad tym ubolewa. Bo nie może już bezmyślnie pożreć każdego, kto mu się sprzeciwia. Co gorsza, pojawiają się u niego przejawy bohaterskiego wręcz altruizmu, co przecież nie przystoi prawdziwemu kotu. Z jednej strony to zabawne, ale z drugiej mocno wzruszające.
Jak już pisałam, „Zadziwiający Maurycy...” mnie rozczarował. Nie oznacza to jednak, że jest książką złą – raczej średnią dla autora, czyli i tak całkiem dobrą. I zdecydowanie warta przeczytania. Zwłaszcza jeśli lubicie koty i/lub szczury.
Tak miałam z „Zadziwiającym Maurycym i jego edukowanymi gryzoniami”. Jest to historia stada szczurów i kota (tytułowego Maurycego), którzy w wyniku żerowania na odpadach z Niewidocznego Uniwersytetu nabawili się inteligencji. Jednak wraz z inteligencją przyszły nowe potrzeby, a te wymagają finansowania. Skąd jednak szczury (i kot) mają wziąć pieniądze? Rozwiązania są dwa – cyrk albo ścieżka zbrodni. Jako że żaden szanujący się kot nie zechce występować na arenie, pozostaje oszustwo. Nie ma przecież nic prostszego niż sfingowanie inwazji. Potrzeba jeszcze jakiegoś niezbyt rozgarniętego dzieciaka z fujarką i można ruszać na podbój świata. Wszystko idzie dobrze, dopóki nie docierają do Blintzowych Łaźni. Jest to miasteczko, w którym dzieją się rzeczy straszne.
Nie jest to powieść kiepska, wręcz przeciwnie – jak to u Pratchetta, bardzo mądra, pełna humoru i rzeczy ważnych. Jednak nie mogę podzielić ogólnego zachwytu. Troszkę tu wszystko zbyt proste, troszkę zbyt łopatologiczne. Zdaję sobie sprawę, że jest to pierwsza książka dla dzieci ze Świata Dysku i nie dość że pewne rzeczy trzeba było nieco uprościć, to jeszcze autor nie miał tej konwencji przetrenowanej i mogło wyjść trochę poniżej oczekiwanego poziomu. Nie znaczy to, że nie warto jej jednak poznać.
Bo sama koncepcja jest z pewnością warta uwagi. Zostawmy może chwilowo Maurycego (wrócimy do niego później) i przyjrzyjmy się szczurom. Dzięki nim autor bowiem pokazuje niektóre mechanizmy rządzące świeżo powstałą społecznością (oczywiście lekko i z odpowiednim humorem). Mamy więc Groźną Fasolkę jako wizjonera, Mielonkę jako starego, sprawdzonego przywódcę, który jednak nie potrafi podołać zmianom i Ciemnybrąza, który jest dość elastyczny i inteligentny, żeby poprowadzić swoje szczury w przyszłość. Groźna Fasolka jest też strażnikiem „Przygód Pana Królisia”, które stają się szczurzą Biblią (dla reszty świata są po prostu zbiorem dziecięcych bajek). Najsmutniejsza w książce była chyba chwila, w której szczury (a przynajmniej niektóre z nich) zaczynają rozumieć, że to, co opisano w ich książce jest zdecydowanie zbyt idylliczne w porównaniu z rzeczywistością. To przeżył chyba w którymś momencie życia każdy z nas.
Ogólnie szczury jako bohater zbiorowy sprawują się świetnie, ale jako indywidualności jakoś nie podbiły mojego serca. Inaczej jest z Maurycym. Pratchett potrafi pisać świetne koty i już kilka razy to udowodnił (myślę, że za tą umiejętnością kryje się doskonały zmysł obserwacji i sympatia, jaką autor darzy te zwierzęta). Maurycy jest więc koci, ale wraz ze wzrostem inteligencji (a więc i refleksyjności – w końcu zaczyna coraz więcej myśleć, co przed przemianą nie zdarzało mu się nigdy) traci nieco z kotowatości. I nad tym ubolewa. Bo nie może już bezmyślnie pożreć każdego, kto mu się sprzeciwia. Co gorsza, pojawiają się u niego przejawy bohaterskiego wręcz altruizmu, co przecież nie przystoi prawdziwemu kotu. Z jednej strony to zabawne, ale z drugiej mocno wzruszające.
Jak już pisałam, „Zadziwiający Maurycy...” mnie rozczarował. Nie oznacza to jednak, że jest książką złą – raczej średnią dla autora, czyli i tak całkiem dobrą. I zdecydowanie warta przeczytania. Zwłaszcza jeśli lubicie koty i/lub szczury.
Tytuł: Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: The Amazing Maurice and his Educated Rodents
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 212
poniedziałek, 7 lipca 2014
Maggus w kręgu przywołania, czyli piekielne reformy - "Eryk" Terry Pratchett
Po dłuższej przerwie postanowiłam znowu uraczyć się Pratchettem. Jako że „Eryk” czekał na swoją kolej już od dłuższego czasu i był mikrej postury, padło na niego. Co prawda podcykl o Rincewindzie to najmniej przeze mnie lubiana część Świata Dysku, ale sir Terry potrafi osłodzić nawet nielubianych bohaterów.
Kiedy ostatni raz widzieliśmy Rincewinda, ten właśnie znikał w portalu prowadzącym do piekielnych wymiarów. Nie jest to okolica, w której człowiek chciałby pozostać na dłużej, to i nie dziwota, że mag chciał się wydostać. I tak oto budzi się w kręgu przywołania młodocianego demonologa – w końcu jeśli coś przybyło z otchłani, to musi być demonem, prawda? Potem standard: trzy życzenia i takie tam. Tylko oczywiście przy wypowiadaniu życzeń trzeba być bardzo, bardzo konkretnym…
W „Eryku” Pratchett trochę parodiował Fausta, ale nie jest to szczególnie widoczne. Fabuła jest oparta raczej na zabawie konwencją trzech życzeń, które, jak wie każdy kto przeczytał odpowiednią ilość powieści fantasy, trzeba wypowiadać bardzo ostrożnie. Jak wiadomo siły zła chętnie spełnią prośby, ale dostaniesz dokładnie to, o co prosisz, a nie to, czego potrzebujesz. Sam motyw do tej pory już się mocno zużył i gdyby nie pratchettowski styl, tę niewielką powieść trzeba by było określić nudną. Ale z tym autorem nudzić się nie można.
Jak to w Świecie Dysku, mamy więc mnóstwo nawiązań do kultury i rzeczywistości, wszystko odbite w krzywym zwierciadle humoru. Fani serii znajdą tu też mnóstwo znajomych postaci, choć nie aż tyle, ilu się spodziewałam. Zdecydowanie jednak nie polecam „Eryka” na początek znajomości z autorem – nie jest co prawda tomem słabym czy zbyt hermetycznym, ale Pratchett pisywał już zdecydowanie lepiej.
Co jest mocną stroną? Obraz piekła. Żaden porządny świat nie może obyć się bez własnej krainy tortur i Dysk nie jest wyjątkiem. Jednak w piekle zmieniło się kierownictwo i od jakiegoś czasu interes funkcjonuje według korporacyjnych zasad. Oczywiście Pratchett nie pisze niczego odkrywczego – wielu przed nim zauważyło już, że rozgrzane obcęgi duszom niestraszne, bo brak ciała uniemożliwia odczuwanie bólu, za to nuda zawsze budzi grozę. Ale Pratchett to Pratchett, żartuje sobie z tego truizmu i ładnie go wyolbrzymia – generalnie podaje w takiej formie, że nie dość iż czytelnik chichocze jak głupi, to jeszcze ma wrażenie, że podano mu pomysł całkiem świeży. Przy czym jest to zdecydowanie Dysk w starym stylu - nastawiony na parodię i groteskę, gdzie śmiech nigdy nie bywa gorzki. Osobiście wolę nowsze powieści, bardziej refleksyjne. Ale "Eryk" i tak daje radę.
Rozpisywać się nie będę, bo książeczka króciutka, jak na możliwości sir Terry’ego raczej przeciętna i nie chcę spoilerować. Fanom autora oczywiście polecam. Tym, którzy go nie znają radzę zacząć od czegoś innego i wrócić do „Eryka”, kiedy już zostaną fanami. Wtedy na pewno bardziej im się spodoba.
Tytuł: Eryk
Autor: Terry PratchettTłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny:
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 1997
Stron: 116
Ksiązka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.
niedziela, 12 maja 2013
Wśród obcych czy wśród swoich? - "Miasto złudzeń" Ursula K. Le Guin
Uwaga, recenzja zawiera drobne spoilery.
Twórczość Ursuli K. Le Guin nieodmiennie mnie fascynuje – zwłaszcza ta wcześniejsza, pełna nieposkromionego romantyzmu (bynajmniej nie w znaczeniu tandetnych związków miłosnych), ciekawie przedstawionych klasycznych motywów sci-fi i zwięzłego, choć niepozbawionego baśniowej magii stylu. Tym razem zabrałam się za trzecią (i w pierwotnych zamierzeniach ostatnią) część cyklu „Ekumena”, bo czekała na odrobinę uwagi nieprzyzwoicie długo. Oczywiście nie zawiodłam się.
Obejmująca kiedyś tysiące planet Liga Wszystkich Światów rozpadła się za sprawą najeźdźców już ponad tysiąc lat temu. Ziemia znajduje się pod okupacją – choć jest to okupacja osobliwa, bo Shinga nie zabijają. W takim razie czy aby na pewno są okupantami? Może tylko pilnują dziedzictwa pozostawionego przez Ligę przed zakusami jej byłych, krwiożerczych członków? Falk, który nie pamięta niczego sprzed przygarnięcia go przez Dom Zove (co miało miejsce kilka lat temu) będzie musiał na to pytanie odpowiedzieć. Jak również na pytania bardziej fundamentalne: skąd przybył? Po co? I najważniejsze: kim właściwie jest? Odpowiedzi może znaleźć jedynie w Es Toch, zwanym Miastem Kłamstwa. Czy jednak Shinga zechcą powiedzieć mu prawdę?
W poprzednich tomach pani Le Guin poruszała głównie problem kontaktu z obcym (w „Świecie Rocannona”) i procesu, w wyniku którego obcy przestaje być obcy (w „Planecie wygnania”). Tym razem zadaje pytanie: co się stanie, gdy sami dla siebie staniemy się obcy? Jak bardzo Falk sprzed utraty pamięci jest Falkiem obecnym? I czy odzyskanie tamtej osobowości jest warte utraty obecnej? Trudno znaleźć dobre wyjście z sytuacji, w której nieuchronnie umiera któreś z nas. Tym bardziej, że jeśli któreś umrze, to drugie może sprowadzić zagładę na miliony niewinnych istot. I to zupełnie nieświadomie. Zwłaszcza, gdy nie wiemy, czy ci, którzy nas otaczają to przyjaciele czy wrogowie.
W tym miejscu wspomnę, że choć pani Le Guin nigdy nie miała problemów z konstruowaniem postaci ciekawych, to Falk/Rammaren wyszedł jej wręcz wspaniale. Po mistrzowsku ukazała z jednej strony poczucie obowiązku i (w mniejszym stopniu) ciekawość, którymi kierował się Falk w swojej wędrówce ku paszczy lwa oraz jego poczucie zdrady, osamotnienie, przerażenie i nieufność, z drugiej zaś gorączkowe rozterki Rammarena, który na początku przeczuwa, a potem już wie, że jest okłamywany, ale nie potrafi znaleźć wyjścia z sytuacji. Niemniej, obie osobowości głównego bohatera (łowca, rolnik i wędrowiec Falk oraz uczony i mąż stanu Rammaren) potrafią dojść do porozumienia.
Powieści Le Guin, zwłaszcza te wcześniejsze, to historie jednego bohatera i w tym przypadku nie jest inaczej. To bynajmniej nie wada, po prostu należy liczyć się z tym, że bohaterowie drugoplanowi i poboczni będą bliżsi mitycznym archetypom (mądrego starca, dobrego ojca, zdradzieckiej nieznajomej), niż pełnokrwistym postaciom, do jakich przyzwyczaiła nas najnowsza fantastyka. Dzięki temu cała historia nabiera wyrazistości, jak estradowy artysta oświetlony silnym, punktowym reflektorem.
Ale to nie wszystko, bo autorka postanowiła też pobawić się problematyką kłamstwa i manipulacji. W dobie internetu gdy istnienie w wynikach wyszukiwania Google to być albo nie być wielu inicjatyw, siła informacji jest dla nas oczywista. Łatwo więc sobie wyobrazić podbój bez przelewu krwi – wystarczy odpowiednie manipulowanie danymi. A jeśli wróg posiada przełomowe umiejętności w tym zakresie, o których istnieniu nie wiemy? Cóż, wtedy przegrana jest tylko kwestią czasu, i to krótkiego. W tym świetle „Miasto złudzeń” przywodzi na myśl cyberpunkowe lęki przed monopolizacją, manipulacją i brakiem kontroli w przepływie i handlu danymi – a trudno mi wyobrazić sobie powieść, której do cyberpunkowego sztafażu byłoby dalej. To chyba świadczy o wielkości powieści, bo im bardziej się ją czyta, im intensywniej myśli, tym więcej znaczeń odsłania.
Cóż, mogłabym jeszcze długo analizować, ale chcę uniknąć spoilerów (dość ich już tu, choć niewielkie są) oraz stworzenia kolejnego post z cyklu tl;dr. Najlepiej Le Guin odkrywać samemu. Kto wie, co każdy z nas mógłby w tych powieściach wyczytać? Ja na pewno nie mam zamiaru Wam tego mówić – sprawdźcie sami.
Obejmująca kiedyś tysiące planet Liga Wszystkich Światów rozpadła się za sprawą najeźdźców już ponad tysiąc lat temu. Ziemia znajduje się pod okupacją – choć jest to okupacja osobliwa, bo Shinga nie zabijają. W takim razie czy aby na pewno są okupantami? Może tylko pilnują dziedzictwa pozostawionego przez Ligę przed zakusami jej byłych, krwiożerczych członków? Falk, który nie pamięta niczego sprzed przygarnięcia go przez Dom Zove (co miało miejsce kilka lat temu) będzie musiał na to pytanie odpowiedzieć. Jak również na pytania bardziej fundamentalne: skąd przybył? Po co? I najważniejsze: kim właściwie jest? Odpowiedzi może znaleźć jedynie w Es Toch, zwanym Miastem Kłamstwa. Czy jednak Shinga zechcą powiedzieć mu prawdę?
W poprzednich tomach pani Le Guin poruszała głównie problem kontaktu z obcym (w „Świecie Rocannona”) i procesu, w wyniku którego obcy przestaje być obcy (w „Planecie wygnania”). Tym razem zadaje pytanie: co się stanie, gdy sami dla siebie staniemy się obcy? Jak bardzo Falk sprzed utraty pamięci jest Falkiem obecnym? I czy odzyskanie tamtej osobowości jest warte utraty obecnej? Trudno znaleźć dobre wyjście z sytuacji, w której nieuchronnie umiera któreś z nas. Tym bardziej, że jeśli któreś umrze, to drugie może sprowadzić zagładę na miliony niewinnych istot. I to zupełnie nieświadomie. Zwłaszcza, gdy nie wiemy, czy ci, którzy nas otaczają to przyjaciele czy wrogowie.
W tym miejscu wspomnę, że choć pani Le Guin nigdy nie miała problemów z konstruowaniem postaci ciekawych, to Falk/Rammaren wyszedł jej wręcz wspaniale. Po mistrzowsku ukazała z jednej strony poczucie obowiązku i (w mniejszym stopniu) ciekawość, którymi kierował się Falk w swojej wędrówce ku paszczy lwa oraz jego poczucie zdrady, osamotnienie, przerażenie i nieufność, z drugiej zaś gorączkowe rozterki Rammarena, który na początku przeczuwa, a potem już wie, że jest okłamywany, ale nie potrafi znaleźć wyjścia z sytuacji. Niemniej, obie osobowości głównego bohatera (łowca, rolnik i wędrowiec Falk oraz uczony i mąż stanu Rammaren) potrafią dojść do porozumienia.
Powieści Le Guin, zwłaszcza te wcześniejsze, to historie jednego bohatera i w tym przypadku nie jest inaczej. To bynajmniej nie wada, po prostu należy liczyć się z tym, że bohaterowie drugoplanowi i poboczni będą bliżsi mitycznym archetypom (mądrego starca, dobrego ojca, zdradzieckiej nieznajomej), niż pełnokrwistym postaciom, do jakich przyzwyczaiła nas najnowsza fantastyka. Dzięki temu cała historia nabiera wyrazistości, jak estradowy artysta oświetlony silnym, punktowym reflektorem.
Ale to nie wszystko, bo autorka postanowiła też pobawić się problematyką kłamstwa i manipulacji. W dobie internetu gdy istnienie w wynikach wyszukiwania Google to być albo nie być wielu inicjatyw, siła informacji jest dla nas oczywista. Łatwo więc sobie wyobrazić podbój bez przelewu krwi – wystarczy odpowiednie manipulowanie danymi. A jeśli wróg posiada przełomowe umiejętności w tym zakresie, o których istnieniu nie wiemy? Cóż, wtedy przegrana jest tylko kwestią czasu, i to krótkiego. W tym świetle „Miasto złudzeń” przywodzi na myśl cyberpunkowe lęki przed monopolizacją, manipulacją i brakiem kontroli w przepływie i handlu danymi – a trudno mi wyobrazić sobie powieść, której do cyberpunkowego sztafażu byłoby dalej. To chyba świadczy o wielkości powieści, bo im bardziej się ją czyta, im intensywniej myśli, tym więcej znaczeń odsłania.
Cóż, mogłabym jeszcze długo analizować, ale chcę uniknąć spoilerów (dość ich już tu, choć niewielkie są) oraz stworzenia kolejnego post z cyklu tl;dr. Najlepiej Le Guin odkrywać samemu. Kto wie, co każdy z nas mógłby w tych powieściach wyczytać? Ja na pewno nie mam zamiaru Wam tego mówić – sprawdźcie sami.
Tytuł: Miasto złudzeń
Autor: Ursula K. Le Guin
Tytuł oryginalny: City of Illusions
Tłumacz: Jacek Kozerski
Cykl: Ekumena (Hain)
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 1995
Stron: 192
Książka przeczytana w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane".
niedziela, 17 marca 2013
Glina ambasadorem - "Piąty elefant" Terry Pratchett
O „Świecie Dysku” Pratchetta
zdarzyło mi się na tym blogu pisać kilka razy, zazwyczaj bardzo pochlebnie. Ci,
którzy te wpisy śledzili, mogli łatwo dojść do wniosku, że moim ulubionym
bohaterem jest Śmierć, a ulubionym podcyklem ten o nim właśnie. I w sumie nic
się nie zmieniło. Tylko im więcej czytam o straży, tym bardziej staje się ona
moim ulubionym bohaterem zbiorowym. Ale o tym za chwilę, najpierw o sprawach bieżących.
Po pierwsze, krótki opis na
tylnej stronie okładki „Piątego elefanta” to jeden wielki spoiler. Może nie z
tych, co mordują najlepszą tajemnicę fabuły (po przeczytaniu kilku pierwszych
stron staje się raczej oczywisty), ale z drugiej strony, niewiele o fabule mówi
taki zupełnie wyrwany z kontekstu. Otóż bowiem krasnoludy wybierają króla (a w
Ankh-Morpork z tej okazji wybuchają zamieszki), wypadałoby więc wysłać jakiegoś
oficjalnego ambasadora do Überwaldu, żeby bronił interesów miasta i przy okazji
dowiedział się, co się stało z poprzednikiem, bo od jakiegoś czasu nie przysyła
wiadomości. Tę funkcję musi pełnić ktoś wysoko postawiony, na przykład diuk
Ankh-Morpork… sir Sam Vimes (całym sercem będący oficerem Straży). Zważywszy na
kłopoty z lokalizacją pewnego ważnego artefaktu, glina na placówce
dyplomatycznej może przynieść nieoczekiwane korzyści.
Sam Vimes to jedna z tych
postaci, które najbardziej lubię. Człowiek dobry i na swój sposób honorowy, ale
zbyt wiele już w życiu widział, żeby pozostać idealistą. Określiłabym go jako
przepuszczony przez dyskowy filtr archetyp dobrego, ale twardego stróża prawa (takiego z filmów o
najciemniejszych zaułkach, który walczy raczej z lokalnymi nożownikami, niż z
przestępczością zorganizowaną). Jednocześnie nie brak mu charyzmy i
elastyczności, więc w przeciwieństwie do Neda Starka, wie, kiedy trzeba zagrać
nieczysto, żeby nie stracić głowy własnej i kogoś bliskiego. W parze z żoną, do
szpiku kości arystokratyczną (ale raczej na sposób buzia w ciup i rączki w
małdrzyk, niż hajduczkowania z szabelką) Sybil, tworzą ciekawy duet. Pratchett
umie rozpisywać ciekawe pary, choć często ciężar opowieści przenosi tylko na
jedno z partnerów. A skoro już przy parach jesteśmy…
…to przejdźmy do dwójki
bohaterów, którzy urastają ostatnio do rangi jednej z moich ulubionych par (co
prawda już przy „Zbrojnych” było im blisko, ale autor bardzo ładnie ten związek
rozwija i to przeważyło szalę). Chodzi o kapitana Marchewę i Anguę oczywiście.
Jest to związek bardzo zgodny i widać w nim prawdziwe uczucie, ale Pratchett
nie poszedł na łatwiznę, kreatywnie rozwijając frazę „żyli długi i szczęśliwie”.
Główną przyczyną zakłóceń w szczęśliwości jest fakt, że Angua jest wilkołakiem.
W „Piątym elefancie” dowiadujemy się, jak wielki to może być problem i
dlaczego. Ale ostatecznie i tak najważniejsze, żeby znalazła się kochająca
osoba, która w razie wścieklizny skróci cierpienia, prawda?
Poza tym, książki o straży mają
jeszcze jedną zaletę – jeśli szukacie naprawdę wartkiej akcji i spójnej fabuły
w dyskowym uniwersum, to możecie mieć pewność, że właśnie w nich ją
znajdziecie. Żadnych przestojów, przynudzania czy dodawania akapitu dla pustego
dowcipu. No i miłośnikom kryminałów na pewno się spodoba, w końcu to, było nie
było, powieść o detektywach, choć po prawdzie zagadka kryminalna w „Piątym
elefancie” wydała mi się najmniej ważnym elementem fabuły.
Nie powiem, że polecam, bo „Świat
Dysku” zawsze polecam (może poza tym niebywale nudnym Rincewindem, ale w końcu
nawet on ma swoich fanów – ja lubię tylko Bagaż). Te o straży polecam bardziej,
ale i tak warto zacząć od początku.
Tytuł: Piąty elefant
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: The Fifth Elephant
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2006
Stron: 336
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: The Fifth Elephant
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2006
Stron: 336
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















