Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Menażeria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Menażeria. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 kwietnia 2016

"Dwanaście srok za ogon" Stanisław Łubieński

„Dwanaście srok za ogon” Stanisława Łubieńskiego to książka, którą seria Menażeria wybrudziła się z kilkumiesięcznego letargu (stagnacja trwała tak długo, że szczerze mówiąc zaczęłam się obawiać, że to już koniec serii). I to się nazywa wybudzenie z przytupem.

Książka Łubieńskiego to zbiór, a jakże, dwunastu esejów. Rozstrzał tematyczny jest dość szeroki – od osobistych wspomnień zaczynając, przez opowieści o znanych pisarzach i zapomnianych badaczach, a na ochronie środowiska skończywszy. Klamrą łączącą wszystkie teksty i będącą metatematem książki są ptaki.

Czytałam już kiedyś dobre eseje o ptakach, ich zbiór nazywał się „Corvus”. Niezmiennie uważam go za najlepszą książkę zamkniętej już serii Biosfera. „Dwanaście srok za ogon” jakością bardzo zbliża się do „Corvusa”. Eseje Łubieńskiego są napisane ze swadą i wyczuciem. Autora nie można nazwać gawędziarzem – jego opowieści są bardzo konkretne i nawet jeśli wydaje się, że odpływa w dygresje, to ostatecznie wychodzi, że ciągle pozostaje w temacie. W żadnym wypadku to nie wada, po prostu nie należy się spodziewać poruszania kwestii „przy okazji”. Każdy esej jest zaplanowany i autor się tego planu rozsądnie trzyma.

Język Łubieńskiego jest niezwykle elastyczny, ale i przystępny. Autor nie sili się na wyszukane słownictwo, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że odpowiedni dobór prostych słów może zagwarantować jeszcze lepsze efekty. I potrafi odpowiednio te słowa dobierać. Przy tym oko ma bystre (czego po amatorskim obserwatorze ptaków należałoby się spodziewać), wychwytujące szczegóły umykające zwykłym obserwatorom.

Ale tak konkretnie, o czym właściwie autor pisze? Na przykład o tym, kto dał nazwisko Jamesowi Bondowi (i to jest mój zdecydowanie ulubiony tekst, choć za samym 007 nie przepadam). Albo o pisarzu, który tak zapamiętale obserwował sokoły, że w końcu napisał o nich nagradzaną książkę (tu mała dygresja: autor narzeka na brak ptaków w literaturze. Szkoda że autor nie czytuje fantastyki. Czytując, mógłby się odnieść na przykład do symboliki użytkowego imienia Geda Krogulca. Albo do olbrzymich orłów Tolkiena. Albo do tej serii, w której to ptaki są bohaterami opowieści tak jak króliki są bohaterami „Wodnikowego wzgórza”. Nazwy nie pamiętam i gugiel nie chce mi podpowiedzieć. Choć może i dobrze, że nie chce, bo nie sprawdzałam jakości dzieła. W sumie o rudziku z „Tajemniczego ogrodu” autor też zapomniał). Ale kwestie ochrony przyrody też nie są mu obce. Łubieński protestuje przeciwko polskiemu pojęciu rewitalizacji przestrzeni miejskiej, która zakłada pozostawienie w miastach tylko prostych, gładkich drzew i równo przyciętych trawników (to nie są warunki dla ptaków). Pokazuje też, jakie gatunki człowiek przez swoja niefrasobliwość już utracił i jeszcze utracić może.

Piękna to była lektura, dla mnie dość osobista, bo dorastałam w domu, w którym co roku gnieździły się jaskółki (a ostatnio kosy i szpaki, ku frustracji rodziców). Byłam dzieckiem, które dostawało podloty jaskółek do głaskania i ratowało te wypadnięte z gniazda przed krwiożerczymi dziobami kur. Miałam też możliwość podziwiania samca błotniaka w locie (to był błotniak zbożowy lub łąkowy. Obstawiałabym zbożowego) z odległości dwóch metrów, co byłoby nawet majestatyczne, gdyby biedak akurat nie próbował uniknąć kolizji z głową mojego Taty. Dla ludzi takich jak ja, „Dwanaście srok za ogon” to po trosze sentymentalny powrót do dzieciństwa, po trosze mieszanie tego powrotu z teraźniejszością, już niekoniecznie sentymentalną. Ale nawet jeśli jesteście ludźmi zupełnie innymi, to też możecie z „Dwunastu srok…” czerpać wiele radości. Zwłaszcza wiosną.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne

Tytuł: Dwanaście srok za ogon
Autor: Stanisław Łubieński
Seria: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2016
Stron:206

sobota, 4 października 2014

Rozdziobią nas kruki, czyli drugie życie kupy słonia - "Wieczne zycie" Bernard Heinrich

W serii „Menażeria” mieliśmy już reportaż i książkę przyrodniczo-filozoficzną. Najnowsza pozycja, czyli „Wieczne życie” trochę mnie zaskoczyła – jest chyba najbliższa książce popularnonaukowej (właściwie nawet można ją tak zakwalifikować). Z jakichś intuicyjnych przyczyn byłam przekonana, że seria będzie się skłaniać w stronę literatury wspomnieniowej bądź reportażu właśnie (być może jest to wpływ pierwszego wrażenia). Sprawdźmy więc, co nam pan Heinrich przygotował.

„Wieczne życie” to próba opisu, jak to, co w środowisku naturalnym umiera, zamienia się z powrotem w życie. Próba oczywiście niekompletna, bo dwieście stron to zdecydowanie zbyt mało aby zmierzyć się z tematem. Dlatego też autor wybrał kilka intrygujących przykładów i na nich się skupił. Są to przykłady dobrze ilustrujące najczęściej spotykane procesy. Mamy więc pochówek myszy i pożarcie grubszego zwierza, trochę o ptakach ścierwojadach i o kupie słonia, a wreszcie dużo miejsca poświęconego powolnemu procesowi umierania drzewa.

Bernard Heinrich jest emerytowanym profesorem biologii, nie dziwi więc jego rozległa wiedza na tematy, o których pisze. Za to sprawność, z jaką posługuje się piórem jest już znacznie bardziej zaskakująca (zwłaszcza, jeśli porówna się książki pisywane przez polskich naukowców – u nas niestety standardem jest używanie sztywnego, naukowego języka w książkach przeznaczonych dla szerokiej publiczności). Bo pióro ma precyzyjne, celnie podsumowujące najważniejsze fakty. Jednocześnie nieco gawędziarski styl potrafi sprawić, że nawet o wzajemnych relacjach chrząszczy grabarzy z roztoczami czyta się z fascynacją. I bardzo łatwo do tego, bo „Wieczne życie” wręcz pochłania się przez osmozę – co pozwala mi nadać mu tytuł jednaj z najsprawniej napisanych książek z pretensjami do popularnonaukowości, jaką czytałam.

Miałam napisać, że temat może wydawać się nieciekawy, bo rozkład raczej nie jest tym, co ludzi przyciąga, ale najwyraźniej się myliłam – jak można było przeczytać na facebookowym fanpage'u wydawnictwa, pierwszy nakład rozszedł się w ciągu miesiąca. Cóż, najwyraźniej krążenie materii w przyrodzie jednak interesuje ludzi. O ile rozkład drewna jeszcze można zaobserwować we własnym ogródku, mało komu chce się godzinami patrzeć na martwe myszy w celu ustalenia, co się z nimi dzieje. Autor „Wiecznego życia” nas w tym wyręczył, oferując poręczne okienko do zaglądania w świat przyrody. Właśnie w taki, który właściwie mamy na wyciągnięcie ręki, ale z różnych powodów nie poznajemy bliżej (wyłączając może słonie i to, co po nich zostaje. I sępy, bo u nas to jeno kruki i wrony).

Wydawałoby się, że tego typu książka nie ma bohaterów, ale to złudne wrażenie. Głównym bohaterem jest narrator, czyli autor – poznajemy jego wspomnienia, jego przemyślenia i czytamy opowieści o jego badaniach terenowych w Afryce. Ale jest jeszcze kruk Goliat i jego partnerka Białopiórka (chętnie poczytałabym o nich więcej, kruki to fascynujące zwierzęta) i cała rzesza anonimowych chrząszczy, much i sępów. Świetnie się czyta o ich losach.

„Wieczne życie” to kolejna świetna pozycja w „Menażerii”. Temat ciekawy, wykonanie piękne – czegóż chcieć więcej? Pozostaje mi tylko polecić.

Książke otrzymałam od Wydawnictwa Czarne

Tytuł: Wieczne życie. O zwierzęcej formie smierci
Autor: Bernd Heinrich
Tytuł oryginalny: Life Everlasting. The Animal Way of Death
Tłumacz: Michał Szczubiałka
Cykl: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 220

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

PAJĄKI. PAJĄKI SĄ MIŁE czyli arachnofilozofia dla początujących - "Pająki pana Roberta" Robert Pucek

Po roku doczekałam się drugiej książki w serii Menażeria. Szok, szczerze mówiąc bałam się, że projekt umarł. Szkoda by było, bo uwielbiam „zwierzęce” serie. Tymczasem wydawca na tym nie poprzestał i dołożył jeszcze jeden szok – książka jest polskiego autorstwa. Niby nic takiego, bo Czarne często Polaków wydaje. Problem w tym, że Polacy, poza kilkoma nazwiskami będącymi marką samą w sobie, rzadko piszą o zwierzętach – i najczęściej jeśli już to robią, to w lukrowo-sentymentalnym klimacie (swego czasu „Biuro kotów znalezionych” też mnie zaskoczyło brakiem lukru, no ale tam były koty czyli przynajmniej odpowiednio popularna tematyka). Pan Pucek zaś postanowił stworzyć książkę na kilku poziomach niepopularną: raz, że polskiego autorstwa, dwa, że lekko filozoficzną, a trzy… o pająkach. Takiej dozy planowanej niepopularności nie mogłam minąć obojętnie.

O czym właściwie są „Pająki pana Roberta”? No… o pająkach. Z tym, że pan Robert nie jest arachnonerdem, poświęcającym życie i karierę naukową tym ośmionogim stworzeniom (znam ten typ, potrafi trzymać pięćdziesiąt pająków w terrarium w akademiku), tylko filozofem. I filozoficznie właśnie do pająków podchodzi – zamiast fascynować się najnowszymi odkryciami z dziedziny arachnologii, czyta oczarowany zakurzone stare woluminy o naszych rodzimych stawonogach, po czym cytuje je i porównuje z czynionymi własnoręcznie (własnoocznie?) obserwacjami. Trochę przy tym filozofując.

Książka jest więc filozoficznym atlasem przyrody. Są tam opisane obyczaje pająków, jakie każdy z nas spotyka w swoim otoczeniu, z dodatkiem zdecydowanie nienaukowego komentarza. Każdy rozdział opowiada o innym pająku i czasem mocniejsza stroną jest przyroda, a czasem filozofia, więc każdy znajdzie coś dla siebie (no, może poza zatwardziałymi racjonalistami. Osobiście wyrażam pogląd konsultantki naukowej dzieła, która odżegnuje się jednoznacznie od „herezji, jakie autor wypisywał na temat ewolucji” [125]).

„Pająki pana Roberta” mają też pewien nieokreślony urok. Sam autor-narrator (przy takiej zbieżności skojarzenia są nieuniknione) jest bardzo podobny do herbertowskiego pana Cogito. Z resztą, Herbertowi już w przedmowie oberwało się za pomylenie łątki z jętką i autor w tym momencie podbił moje serce (tak, należę do osób, które niesamowicie się irytują takimi drobiazgami. Zawsze to miło znaleźć z autorem jakąś wspólna płaszczone porozumienia). Poza tym narrator obserwuje świat z dziecięcym zachwytem dla całkiem prozaicznych zjawisk, potrafiąc przy tym wciągać dojrzałe wnioski (z tym, że zgoła nienaukowe). Bardzo przyjemnie się to czyta, zwłaszcza, że podane jest przystępnie. Nawet ulotne wrażenie, że autor musiał momentami poskramiał swą naukową manierę pisarską (czysto subiektywne z resztą) nie przeszkadza w delektowaniu się pajęczymi opowieściami.

Śliczne pan Robert ma pająki. Kocha je i szanuje, choć tak naprawdę do niego nie należą. Może z resztą są częścią czegoś większego? Może pan Robert używa ich tylko jako przykładów, okruszków, za pomocą których zadaje nam pytania o obraz całości? Ja wam nie powiem, zgadnijcie sami.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne.


Tytuł: Pająki pana Roberta
Autor: Robert Pucek
Seria: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 126

sobota, 13 lipca 2013

W imię nauki? - "Szympansy z azylu Fauna" Andrew Westoll

Już kilkukrotnie zdarzało mi się pisać, że uwielbiam czytać o ludziach z pasją. Czasem są to podróżnicy, czasem facet, który postanowiła mieszkać przez rok z dzikimi wilkami. Niedawno wydawnictwo Czarne ruszyło z nową serią o wdzięcznym tytule „Menażeria” (czy już wspominałam, że zawsze popieram inicjatywy wydawania książek poruszających tematykę interakcji świata ludzi i zwierząt?) i od razu oddało do rąk czytelników kolejną opowieść o pasji i poświęceniu. Poświęceniu pewnej kobiety, która postanowiła weteranom eksperymentów medycznych zapewnić spokojną starość.

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądają procedury dopuszczania do stosowania nowej terapii czy leku? Większość z nich obejmuje etap badań na zwierzętach (wcześniej dotyczyło to również badań nad nowymi kosmetykami, ale obecnie w Europie taka procedura jest zakazana, obowiązuje również zakaz stosowania komponentów testowanych na zwierzętach). Zazwyczaj zwierzętami tymi są gryzonie – łatwo i tanio można zapewnić im przyzwoite warunki do życia, szybko się rozmnażają i, jakkolwiek brutalnie by to zabrzmiało, żyją krótko, więc odpada problem, co zrobić ze zwierzętami po zakończeniu eksperymentów. Niemniej, zwłaszcza w latach 1950-1980 częstymi pensjonariuszami laboratoriów były małpy człekokształtne, ze szczególnym uwzględnieniem szympansów, jako gatunku najbliższego genetycznie człowiekowi. Obecnie większość krajów Unii Europejskiej zakazuje inwazyjnych (lub jakichkolwiek) eksperymentów na małpach człekokształtnych (a i tam, gdzie zakaz nie obowiązuje, odchodzi się od takich metod badań), ale w USA proceder kwitnie mimo wątpliwej wartości medycznej. Niemniej są ludzie, którym zależy na wprowadzeniu zakazu przeprowadzania inwazyjnych badań na małpach człekokształtnych i którzy aktywnie o to zabiegają. Jedną z takich osób jest Gloria Grow. Nie tylko wygłasza prelekcje przed Kongresem, ale też założyła azyl dla szympansów, które są zbyt stare lub chore, aby dłużej brać udział w eksperymentach. Andrew Wesoll na kilka miesięcy został wolontariuszem w tym azylu, aby zebrać materiał do książki.

„Szympansy z azylu Fauna” (zabawne – przez większość czasu byłam przekonana, że nazwa schroniska pochodzi od koźlonogich bożków, a tu niespodzianka: jednak od ogółu królestwa zwierząt) to opowieść z takich, jakie najbladziej lubię. Jest po trosze pamiętnikiem z wolontariatu (a było… no cóż, ciekawie), po trosze historią powstania ośrodka, portretem jego założycielki, dywagacjami na temat historii badań na małpach człekokształtnych i ich praw. Jednak najwięcej miejsca poświęcono pensjonariuszom ośrodka.

W czasie, gdy Westoll odbywał wolontariat, w Faunie przebywało trzynaście szympansów. Każdy z nich miał za sobą długie lata eksperymentów medycznych (szympansy żyją prawie tak długo jak ludzie), nieraz brutalnych i bolesnych. Wszystkie cierpią na schorzenia fizyczne i zaburzenia psychiczne, często bardzo głębokie. Nic w tym dziwnego, te małpy są przecież zwierzętami stadnymi, a w laboratoriach trzyma się je pojedynczo w bardzo małych klatkach, w dodatku odbiera matkom zaraz po urodzeniu, co bardzo utrudnia lub wręcz uniemożliwia prawidłowy dla gatunku rozwój. Pensjonariusze Fauny byli ponadto przez lata (lub dziesiątki lat) poddawani bolesnym zabiegom chirurgicznym (pod narkozą co prawda, ale bez podania później środków przeciwbólowych, bo mogłoby to zafałszować wyniki), zarażani ciężkimi chorobami i traktowani z pogwałceniem praw zwierząt. Tragiczny los małp uderza tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę, że szympansy dorównują inteligencją trzyletniemu dziecku, a niektóre z nich były wcześniej uczone języka migowego (co prawda akurat te nie przebywają w ośrodku pani Grow), więc mogłyby opowiedzieć o swoich cierpieniach, gdyby nie zaburzenia psychiczne (o takich samych objawach, jakie występują u ludzi).

Panu Westollowi natura nie poskąpiła talentu pisarskiego, więc codzienność i historię Fauny potrafi przedstawić w sposób potoczysty i dynamiczny. W tej smutnej skądinąd opowieści nie brak humoru (co jest główną zasługą samych szympansów, które mają własne poczucie humoru – dość małpie, trzeba przyznać), jak i chwytających za serce momentów, czy dynamicznych akcji. Autor z nimi wszystkimi poraził sobie świetnie, a czytelnikowi pozostawało tylko pochłaniać kolejne strony. Choć dla co bardziej wrażliwych miłośników zwierząt „Szympansy z azylu Fauna” mogą być bardzo trudną lekturą.

Jeszcze kilka słów o jakości wydania. Szkoda, że oprawa nie ma skrzydełek (w skrytości ducha na to właśnie liczyłam), ale to moje prywatne marudzenie. Bardziej obiektywnymi wadami są sztywne kartki (nieuważny czy energiczny czytelnik może przez to złamać książce grzbiet) i drobna czcionka. Co prawda jako rekompensatę do tej drugiej wydawca zastosował szerokie i przejrzyste interlinie, ale to trochę mało. Nagminne jest też stosowanie anglosaskiej numeracji pięter – żaden budynek nie ma parteru, za to do wszystkich wchodzi się od razu najpierwsze piętro (na zamieszczonym w książce zdjęciu widać wyraźnie, że budynki Fauny nie wiszą w powietrzu, tylko mają normalne partery, a jedynie tłumacz o tym zapomniał). Raz zdarzyło się wspomnieć o badaniach nad wolno żyjącymi szympansami prowadzonymi w Tajlandii, ale to już drobiazg. Plus należy się za umieszczenie w książce czarnobiałych fotografii zarówno wszystkich pensjonariuszy, jak i samego ośrodka.

Komu poleciłabym tę książkę? Miłośnikom literatury faktu i przyrody oraz tym wszystkim, którym los zwierząt nie jest obojętny (może z wyłączeniem osób szczególnie wrażliwych na cierpienie naszych braci mniejszych – niektóre fakty przytoczone w „Szympansach…” nie są przeznaczone dla delikatnego czytelnika). Ale generalnie poleciłabym każdemu, kto lubi poczytać dobrą książkę. Nie tylko dla poobcowania z dobrym pisarstwem, ale dla poszerzenia horyzontów. Tego nigdy za wiele.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Czarne.

Tytuł:Szympansy z azylu Fauna. O przetrwaniu i woli życia
Autor: Andrew Westoll
Tytuł oryginalny: The Chimps of Fauna Sanctuary: A True Story of Resilience and Recovery
Tłumacz: Maria Zawadzka
Cykl: Menażeria
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2013
Stron: 311
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...