sobota, 30 listopada 2013

Zmyślenia #6 - 10 ekranizacji książek, które chciałabym kiedyś zobaczyć w kinach

Jakiś czas temu rozmawiałyśmy sobie z Serenity o ekranizacjach (zaczęło się od komiksów Marvela, a skończyło na rozważaniach, jak mogłaby wyglądać hollywodzka wersja "Krzyżaków" - nie pytajcie). Gdzieś po drodze zrodziło się pytanie, przygody jakich książkowych bohaterów chciałybyśmy zobaczyć na srebrnym ekranie, a bezpośrednio z tego pytania wypączkowała niniejsza notka.

Właściwie to nawet dwie notki, bo umówiłyśmy się z Serenity że obie taką przygotujemy (taka niezapowiedziana konfrontacja gustów i tęsknot) - jakby którejś z Waszych ulubionych książek zabrakło na mojej liście, to zawsze możecie próbować szczęścia u niej.;)

Jeśli chodzi o mnie, to kolejność poniższych życzeń jest z grubsza przypadkowa, tak więc nie sugerujcie się nią zbytnio. Zaczynajmy.

A, i na koniec ostrzeżenie: uwaga, tl;dr!

poniedziałek, 25 listopada 2013

Smocza zakładka

Kolejną książkową (i zastosowaniem, i inspiracją) zakładkę zmajstrowałam. Można ją w całej krasie obejrzeć tutaj.


niedziela, 17 listopada 2013

Akcja - reaktywacja: wznowienie akcji "Jak to widzę?"

Na początek słowo wstępu dla tych, którzy przegapili początki akcji - o tym, jak to się zaczęło, można przeczytać tutaj. Akcję zawiesiłam kilka miesięcy temu, bo zmiany w moim życiu sprawiły, że nie miałam czasu na tworzenie tak dużej ilości rysunków. O wznowieniu akurat teraz zdecydował prosty fakt - "Jak to widzę?" miało być katalizatorem ćwiczeń w rysowaniu i w tym charakterze sprawdzało się świetnie. A ostatnio bardzo brakuje mi ćwiczeń i motywacji do nich (za to tryb życia mam już bardziej ustabilizowany)... Toteż powitajmy brawami powrót akcji "Jak to widzę?" - choć na nowych zasadach.

Nowy nagłówek akcji. Który przestał mi się podobać zaraz po skończeniu. Ale nie mam pomysłu na lepszy, to został (jak będę miała pomysł, to go zmienię).
Jak wiadomo (lub nie) akcja polega na tym, że Wy, Drodzy Czytelnicy, zgłaszacie książkowych bohaterów, których ja później rysuję i pokazuję na blogu. Ale żeby nie było zbyt łatwo, zmodyfikowałam zasady akcji. Część z nich dotyczy zgłoszeń, a część rysunków, bo niestety nie wytrzymałabym teraz poprzedniego tempa. Choć mam nadzieję, że będziecie zadowoleni.:) Oto nowe zasady.
  1. Zanim zgłosisz bohatera, sprawdź, czy nie został już sportretowany (lista na dole zakładki).
  2. Jedna osoba zgłasza jednego bohatera tygodniowo w komentarzach pod zakładką dotyczącą akcji. Tam też znajduje się aktualna lista oczekujących. Komentarze będą usuwane raz w tygodniu (w niedzielę wieczorem, ok 22.00), żeby nie robić sztucznego tłoku.
  3. Paranormal romance nie obsługujemy (chyba, że ktoś mnie przekona - nie dotyczy to powieści Stephanie Meyer). Szkolnych lektur z gatunków innych niż fantastyka też nie.
  4. Zgłaszamy tylko postacie z książek, które czytałam, czyli zrecenzowanych na blogu, bądź widniejących na mojej półce na LC.
  5. Każdy głos zostanie dodany do listy oczekujących. Bohaterowie, którzy przekroczą 10 zgłoszeń, uzyskują priorytet.
  6. Przynajmniej raz w miesiącu pojawi się portret bohatera, którego wybiorę z listy zgłoszeń wedle swojego widzimisię. Wyjątek stanowią zgłoszenia "z priorytetem", które mają pierwszeństwo.
  7. Zgłaszać można ludzi, nieludzi, zwierzęta, rośliny, przedmioty - dosłownie wszystko (najbardziej lubię zwierzęta i nieludzi;)).
  8. Można sugerować styl wykonania prac (jeden z trzech: manga, realistyczny, komiksowo-kreskówkowy).
  9. Uwaga dodatkowa: zastrzegam, że nie każda praca, którą zamieszczę w ramach eventu, będzie szczegółowo dopracowanym rysunkiem - mogą się zdarzyć szkice. Ale postaram się, żeby było ich możliwie mało. 
Gdybyście mieli jeszcze jakieś pytania czy wątpliwości, pytajcie w komentarzach pod tą notką. A teraz pozostaje czekać na zgłoszenia i życzyć miłej zabawy.:)

wtorek, 12 listopada 2013

Zmyślenia #5 - Nietypowo: o pokemonach inaczej

Pokemony kojarzy chyba każdy, kto dorastał w latach dziewięćdziesiątych – większość z serialu emitowanego w Polsacie, część szczęśliwców z gry na prawdziwego Game Boya. Sama należałam do tych pierwszych, dopiero niedawno internetowe emulatory pozwoliły mi na zapoznanie się z tym, od czego cała rzecz się zaczęła (uwaga, wciąga!). Gdyby nie odkrycie gry w odmętach sieci, notka ta zapewne by nie powstała.

Na początek krótki rys dla tych, którzy serii nie kojarzą (reszta może spokojnie przejść do następnego akapitu). Otóż w pierwszych odsłonach gry (Red, Blue i Green, serial zaczyna się bodajże od serii Yellow, ale to akurat nie ma znaczenia) wcielamy się w rolę młodego trenera pokemonów, który w wieku lat około 11 wyrusza w świat, aby przeprowadzać walki pokemonów (czyli stworzonek wszelkiego autoramentu, często gęsto ziejących ogniem lub rażących przeciwnika prądem) i w tej dziedzinie osiągnąć mistrzostwo.

Obrazek autorstwa AiWa-sensei
(dzięki dobrej duszy za wskazanie autora:))
I tu zaczyna się powód, dla którego piszę tę notkę. Otóż gra ma swoją specyficzna mechanikę, a co za tym idzie, dostosowany do niej świat przedstawiony. Mechanika powoduje w świecie przedstawionym pewne luki i wynikowe, do których gorliwi fani dorobili teorię spiskową. Teoria nie jest nowa, pisał o niej krótko a węzłowato Misiael już lata temu, ale dla spójności wywodu pozwolę sobie powtórzyć.

Sama teoria mówi, że region Kanto, w którym gracz przeżywa swoje przygody, niedawno, bo najdalej kilkanaście lat temu, dotknęła wyniszczająca wojna. Świadczą o tym liczne dowody, o których może w punktach:
  •  Główny bohater nie ma ojca, a i tak ma lepiej niż jego sąsiad, wychowywany przez starszą siostrę i dziadka – o rodzicach nikt słowem nie wspomina.
  •  Wyrusza z domu w samodzielną wyprawę w bardzo młodym wieku, co absolutnie nie rusza jego matki (nie jest z resztą jedynym dzieciakiem samotnie włóczącym się po bezdrożach).
  •  Drogi są zasadniczo nieprzejezdne, poprzecinane wykrotami, pozarastane trawą i krzakami – dlatego najpewniejszym środkiem transportu, z którego korzystają praktycznie wszyscy, są własne nogi.
  •  W tychże przydrożnych zaroślach czai się mnóstwo dzikich zwierząt, bardzo agresywnych (spontanicznie atakują przechodniów, co z resztą umożliwia chwytanie stworów).
  •  W każdej wiosce, a często w szczerym polu, można natknąć się na szpital.
  •  Bardzo niewiele jest dorosłych postaci, a jeśli już, są to albo kobiety, albo starcy. Nieliczni mężczyźni w sile wieku są członkami grup przestępczych.
  •  Jedno z miasteczek jest cmentarzyskiem pokemonów, które najwyraźniej zginęły nagle i jednocześnie.
  •  Jeden z mistrzów-trenerów, z którymi gracz się mierzy, stwierdza wprost, że elektryczne pokemony podczas wojny uratowały mu życie. W dodatku wygląda na mężczyznę około czterdziestki, więc wiek się zgadza.
Musze przyznać, że ta teoria mnie zafascynowała – jest dość absurdalna, bo jeśli wziąć pod uwagę target gry, to podobna interpretacja z pewnością w głowach twórców nie postała. Jednocześnie tak pięknie wpasowuje się w realia, że trudno o niej zapomnieć. I nie mogłam zapomnieć, toteż w mojej głowie zrodziło się rozwinięcie (pewnie już ktoś na to nieraz wpadł, ale co mi tam;)). Otóż co w przypadku, jeśli pokemony nie są naturalną fauną świata znanego z gry? Co jeśli zostały stworzone w laboratoriach jako broń, która po wojnie uciekła lub została wypuszczona? Dowody wydają się być przekonujące.

Profesor Oak, będący autorytetem w sprawach pokemonów, nie wie nawet, w jaki sposób one się rozmnażają, za to zna dokładną liczbę gatunków (która swoją drogą jest dziwnie niska w porównaniu do znanych ekosystemów). W przypadku cywilizacji, która potrafi zmieniać materię w przekaz cyfrowy i na odwrót (przecież nadprogramowe pokemony gracz przechowuje w… komputerze, a i leczenie odbywa się „cyfrowo”), tak mała wiedza o lokalnej faunie bardzo zaskakuje, jest wręcz nieprawdopodobna. Można to prosto uzasadnić – pokemony nigdy nie miały rozmnażać się same ani funkcjonować w środowisku naturalnym, miały być jedynie produkowane w laboratoriach na potrzeby armii. Jednak w czasie działań wojennych część z nich uciekła i w pewnym momencie okazało się, że system nie jest tak szczelny i coraz łatwiej o dzikiego pokemona (możliwe też, że po zakończeniu działań nikt nie przejmował się pozostałymi w ośrodkach badawczych osobnikami, które uwolniły się same lub zostały wypuszczone, jak to często bywa ze zwierzątkami futerkowymi na likwidowanych fermach). 

Fragment grafiki arvalis. Całość i więcej tutaj.
Tajne laboratoria-fermy ładnie też wpasowują się w nagłe przyrosty liczby znanych gatunków o kilkadziesiąt, skokowo. Ot, po prostu stopniowo ujawniane są listy osiągnięć kolejnych tajnych labów. Dodatkowo syntetycznych tworów, jakimi są pokemony, nie musza obejmować bariery międzygatunkowe, stąd łatwość tworzenia nowych form.

Sztuczna geneza ładnie tłumaczyłaby tez niektóre absurdalne dla zwierząt zachowania pokemonów. Bo kto to widział, żeby dziki, samotny szczur czy gołąb (nawet jeśli jeden jest wielkości kota, a drugi sporego kurczaka) atakował człowieka (napomknę, że człowiek jest istotą, przed którą spora część zwierząt odczuwa instynktowny lęk i często ucieka nawet wtedy, gdy różnica rozmiarów nie jest tak wielka)? Chyba tylko w wypadku, gdy jest na takie zachowanie warunkowany. Dziwi też fakt, że po pokonaniu bez szemrania podporządkowuje się rozkazom człowieka, zamiast odczuwać lęk wobec tego, który je de facto skrzywdził. Trochę to pasuje do wojskowej potrzeby szybkiego podporządkowania nowego rekruta i związania go z dowódcą.

Łatwo też wytłumaczyć, dlaczego w takim razie nie spotykamy gdzieś pierwotnej fauny (z tego co można zaobserwować w serialu, bo w grze nawet to nie, zostało tylko trochę ryb). Jak zwykłe zwierze ma walczyć z wysoce agresywnym konkurentem, często rażącym prądem, ziejącym ogniem lub posiadającym inne skuteczne metody eksterminacji przeciwnika? Tym szybciej też zostają wytrzebieni naturalni roślinożercy, pozbawieni podobnych umiejętności – po prostu łatwiej na nich polować.

A syntetyczny Mewtwo? Cóż, nie jest eksperymentem, tylko ukoronowaniem wielu lat działań – wreszcie udało się stworzyć pokemona – żołnierza doskonałego.

Bardzo fajna teoria, prawda? Znacie jeszcze jakieś pop kulturalne teorie spiskowe, ukryte pod oficjalną fabułą? Podzielicie się?:)

piątek, 1 listopada 2013

Stosik #49

Tym razem znowu stosik niezbyt duży, ale i nie mały. Ot, taki w sam raz jak na moje blogowe standardy. Na początek to, co w mojej biblioteczce nowe:


Na górze "Cienioryt" Piskorskiego do recenzji od Wydawnictwa Literackiego. Wiecie, jak prześlicznie wydana jest ta książka? Obrazki w internecie zdecydowanie nie oddają uroku. Już ni mogę się doczekać, kiedy się w nią wgryzę. Niżej zdecydowanie mniej urodziwy prebook "Dziwnych" - do recenzji od Insimilionu. A jeszcze niżej najnowsza powieść Carrolla, czyli "Kąpiąc lwa" od Rebisu. Moje relacje z Carrollem zawsze były dość burzliwe, ale ponieważ ten nowy ma podobno stosunkowo dużo fantastyki, więc liczę, że tym razem spotkanie przebiegnie w miłej atmosferze. I nowa Norton, czyli "Troje przeciw Światu Czarownic", znowu od Insimilionu, bo ten cykl jakoś tak mnie rozczula czytelniczo.

"Beatrycze i Wergili" Martela, to zakup, który kusił mnie od jakiegoś czasu - niecała dycha w Carefourze, a twarda oprawa z przepiękną obwolutą. A na półce w tym samym markecie stało nowsze wydanie w miękkiej oprawie za około 30 zł.;)

No i na dole egzemplarz recenzencki wzięty w ramach eksperymentu od wydawnictwa Szafa. "Droga artysty" to poradnik dotyczący rozwijania kreatywności. Jak poradnikom nie ufam, tak rozwijanie kreatywności żywotnie mnie interesuje, więc postanowiłam przebadać na własnej skórze. Zobaczymy, jaki będzie wynik eksperymentu.

A tu jeszcze dwa egzemplarze finalne od Fabryki Słów (przez Insimilion, dla którego recenzowałam książki):


Recenzja "2312" pojawi się wkrótce (wrażenia bardzo pozytywne, mimo że zasadniczo książka nie powinna mi się podobać), a "Elfy" już recenzowałam, o tutaj. Przy okazji zobaczcie, jaką fajną mapkę mają w środku:


wtorek, 29 października 2013

Znowu zakładkę zrobiłam...

...nie pierwszą i nie ostatnią, ale tym razem nawiązującą do motywu książkowego (komiksowego?) więc wam o niej powiem i tutaj.:) Ofiarą padł kot Simona, do którego mam słabość i zawsze chciałam mieć zakładkę z tym motywem. I mam, o:


Można ją sobie dokładnie obejrzeć na moim drugim blogu - klik!

niedziela, 27 października 2013

Dojrzewający owoc - "Persymona" Katarzyna Maicher

Współczesna polska literatura głównego nurtu nie jest tym, co czytam na co dzień. Jak bywalcy tego bloga wiedzą, wolę fantastykę, więc nie śledzę trendów tak zwanej wysokiej literatury. Niemniej, nie ma się co zamykać we własnym getcie, warto od czasu do czasu sprawdzić, co się dzieje poza wyimaginowanymi murami oddzielającymi gatunki, zwłaszcza, gdy pojawia się jakieś nowe, ciekawe nazwisko. Tym razem zainteresowała mnie Katarzyna Maicher. Od razu was ostrzegę, że to, co tutaj przeczytacie, będzie bardzo osobistą interpretacją historii napisanej przez panią Maicher, bo to książka przeznaczona do bardzo zindywidualizowanej interpretacji. Trudno o niej pisać obiektywnie, zwłaszcza, że każda kolejna lektura może doprowadzić do nowych wniosków.

Jak pisze sama autorka, jest to opowieść o zawodnej pamięci, dojrzewaniu i nienazwanej przemocy psychicznej. Opowiada nam ją dziewczyna (młoda kobieta? Nie znamy jej obecnego wieku), której imienia nie poznajemy. Relacje dziewczyny przeplatane są krótkimi fragmentami z chaotycznego dziennika jej matki. Narratorka obserwuje skomplikowane i trudne relacje między swoimi rodzicami, wspomina je i próbuje zbadać wpływ, jaki na nią wywarły.

„Persymona”, mimo kilku pojawiających się postaci pobocznych, ma tylko troje bohaterów – matkę, ojca i córkę. To w tym rodzinnym trójkącie rozgrywa się historia. Opowiadająca nam ją dziewczynka jest o tyle ważna, że to z jej perspektywy poznajemy wydarzenia. Utrwaliły się w niej jak na kliszy fotograficznej, wywołały emocje, zaciążyły na całym dalszym życiu. Autorka bardzo się stara, aby narrator nie był wiarygodny – dziewczyna często powtarza, że pamięć ją zawodzi albo niektórych rzeczy nie potrafi nazwać po imieniu. Zasiewa wątpliwości, czy wydarzenia, którymi dzieli się z czytelnikiem, naprawdę miały miejsce. Może tylko wyolbrzymiała je dziecięca wyobraźnia, a później nastoletni bunt? Ten narracyjny eksperyment sprawia, że liczba możliwych interpretacji tekstu znacznie wzrasta. Jeszcze wszystkich nie odkryłam.

Osobą, która miała największy wpływ na życie dziewczyny, był niewątpliwie ojciec i jego toksyczna relacja z matką. To, co poniżej przeczytacie będzie jedynie moim odczytaniem tej relacji - jak już kilkukrotnie podkreślałam, tylko jednym z możliwych. Otóż nie widzę w ich związku przemocy, jaką zwykliśmy kojarzyć z gazet. Ojciec nikogo nie bił, nie wpadał w szał, nie poniżał matki ani córki. Natomiast wykonywany zawód sprawił, że mógł być mistrzem manipulacji. Nigdy się nie dowiemy, czy użył swojej wiedzy w tym zakresie, żeby uzależnić od siebie żonę, czy też ona, wrażliwa, często zagubiona i wyraźnie potrzebująca w kimś oparcia, zrobiła to nieświadomie i bez niczyjej pomocy. Ostatecznie jednak nie potrafiła żyć bez męża, który wręcz przeciwnie – chciał się od niej uwolnić. Przy tym był neurotycznym egocentrykiem, więc jedyna ucieczka, na jaką się zdobył, to milczenie i szorstkość na granicy brutalności w stosunku do bliskich. Jednocześnie ojciec miał ogromną potrzebę kontroli nad bliskimi, a taką najłatwiej uzyskać poprzez uzależnienie...

To oczywiście tylko część splątanych zależności między bohaterami, ale odkrywanie reszty pozostawię czytelnikom. Teraz przejdę do języka, jakim autorka się posługuje. Jest on bliski kategorii „nie wiem, o czym czytam, ale jakie to piękne!”. Z tym że tu jednak wiadomo, co autorka miała na myśli, co znacznie zwiększa przyjemność obcowania z klasycznie pięknym językiem emocji, barw i obrazów. Dzięki temu narzędziu autorka prezentuje na wskroś kobiece postrzeganie świata, a czytelnik przewrotnie zastanawia się, czy pod tymi estetycznymi frazami nie kryją się aby jakieś okropieństwa.

Pozostaje mi polecić „Persymnę” jako kawał doskonałej literatury. Wielopoziomowa na mnóstwo sposobów, pięknie napisana, pełna emocji i doskonale, choć subiektywnie i niejednoznacznie nakreślonych postaci, zaspokoi gusta nawet najbardziej wymagającego czytelnika. Mocna rzecz – nawet dla tych, którzy nie lubią mocnych rzeczy.

Ksiązke otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.


Tytuł:
Persymona
Autor: Katarzyna Maicher
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2013
Stron: 260

środa, 23 października 2013

Dzień 10 - Pierwsza książka przeczytana przez ciebie

Nie mam stuprocentowej pewności, czy "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren były pierwszą książką, jaką przeczytałam samodzielnie, choć jeśli pominąć wszystkie książeczki Disneya, w których było więcej obrazków niż treści, jest to wielce prawdopodobne. Poza tym lubę tak myśleć.

Nie należałam do tych dzieciaków, które w wieku czterech lat już płynnie składały literki - nauczyłam się czytać dopiero w przedszkolu, a szczyt umiejętności osiągnęłam w drugiej klasie. Wtedy też, jako nagrodę na koniec roku szkolnego otrzymałam rzeczoną książeczkę (kompletną - sprzedawanie pojedynczych rozdziałów jako osobnych książek, te wszystkie "Boże Narodzenia..." i "Wielkanoce w Bullerbyn" zawsze budziły moją głęboką niechęć). A ponieważ była to moja pierwsza książka, w której było więcej tekstu niż obrazków (i były czarnobiałe - wydawało mi się to wtedy takie dorosła;)), postanowiłam w wakacje ją przeczytać. I wsiąkłam kompletnie. Do dziś mam na półce ten szkolny egzemplarz.^^

poniedziałek, 21 października 2013

Dzień 9 - Książka wielokrotnie przez ciebie czytana

Jest sporo książkę, do których zaglądałam więcej niż raz. Chociażby powieści o smokach Novik (tak, mimochodem będę wspominać o nich w prawie każdym punkcie, powinniście się z resztą już przyzwyczaić;)), opowiadania wiedźmińskie czy weterynaryjna proza Nika Trouta. Ale ostatecznie doszłam do wniosku, ze książkami, które najczęściej podczytuję bądź to fragmentami, bądź to w całości, są te o przygodach małego czarodzieja.

Gdy w Polsce wyszedł "Harry Potter i kamień filozoficzny", byłam akurat w czwartej klasie - czyli miałam mniej więcej tyle samo lat, co bohater powieści. Przeczytałam dość szybko - kolega pożyczył. Niemniej, na własny egzemplarz musiałam poczekać ponad dziesięć lat. Dotąd nie mam jeszcze wszystkich tomów (choć już zgromadziłam "większą połowę"), dlatego podczytuję a to tom pierwszy, a to fragmenty czwartego, do piątego też zajrzę. Kompletna relektura po zebraniu całości.:)

sobota, 19 października 2013

Trolowanie historii - "W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka" Mark Hodder

Recenzję sponsoruje Serenity, która pożyczyła mi książkę. Dziękuję.:)

Fabryka Słów od jakiegoś czasu wydaje znacznie więcej pisarzy zagranicznych niż polskich. Nic dziwnego – starzy wyjadacze już dawno opróżnili swoje szuflady, a żeby debiutant przyniósł zysk, trzeba go najpierw wypromować… Dlatego wydawnictwo sięga po autorów zagranicznych. Ich los jest często dość smutny, bo po wydaniu pierwszego tomu serii najczęściej znikają. Nieliczna garstka doczekuje się takiego zbioru fanów, żeby opłacało się wydawać ciąg dalszy. Z cyklu o Burtonie i Swinburne’ie wyszły jak dotąd trzy tomy (przyszłość czwartego, będącego początkiem nowej trylogii, jest jak dotąd nieznana), co można uznać za sukces, bo steampunk się podobno u nas nie sprzedaje. Co w tej powieści jest i czy coś w ogóle?

Sir Richard Francis Burton właśnie zastanawia się nad rozwojem swojej kariery. Po aferze, jaką jego przyjaciel i współpracownik rozpętał w związku z wyprawą do źródeł Nilu, rozdział podróżniczy trzeba zamknąć. Może zostanie pisarzem? Albo ambasadorem? Albo tajnym agentem korony?... Zaraz, zaraz, co!? Ano tak, propozycja od samego premiera. Warto ją rozważyć, bo co prawda same sprawy są dość osobliwe (ściganie postaci z folkloru ludowego? Burton wyśmiałby taki rozkaz, gdyby rzeczona postać nie przefasonowała mu akurat twarzy) a historia o jego zasługach nie wspomni, ale za to jakież wyzwanie! No i może udałoby się jakoś pomóc Swinburne’owi, bo się poecina zapije na śmierć, jak tak dalej pójdzie. A na upadek przyjaciela bezczynnie patrzeć nie można.

Wiele jest elementów, na które warto w tej książce zwrócić uwagę. Zacznijmy może od najważniejszego duetu bohaterów. Burton to outsider (co autor moim zdaniem trochę zbyt często powtarza, zwłaszcza na początku - czytelnik raczej zapamięta po pierwszym razie) o bardzo egzotycznej jak na Brytyjskiego dżentelmena urodzie – śniada cera, chmurne spojrzenie ciemnych oczu i szeroka szczęka bandyty raczej nie pasują do typowego wizerunku, ale bardzo podobają się paniom. Swinburne za to jest drobny, blady i rudy – mimo iż ma dwadzieścia cztery lata, łatwo pomylić go z wyrośniętym dwunastolatkiem. Przypadła mu rola pomagiera głównego bohatera i trochę komicznego ozdobnika (znaczy: trochę ozdobnika, nie trochę komicznego), w których to rolach jest tak wtłoczony w schemat, że aż przykro. Najważniejszy jest oczywiście Burton, dla dobra imperium tropiący afery zbyt dziwne, żeby zwyczajne służby sobie z nimi poradziły. Robi to za pomocą ostrego umysłu i często twardej pięści. Z czymś się kojarzy, prawda? Tak jak nerwowy, niestabilny Swinburne niezbyt przypomina Watsona, tak skojarzenie Burtona z Holmesem nasuwa się samo (zwłaszcza, jeśli ktoś kojarzy Sherlocka głownie z nowych filmowych produkcji, a nie z prozy Doyle’a).

Przy tym spodziewałam się bardziej szczegółowej psychologii. Wiem, że to powieść rozrywkowa, ale bohaterowie wydają mi się jacyś niedookreśleni – a właściwie określeni przez kilka podstawowych cech. Burton jest piekielnie inteligentnym buntownikiem, poszukującym swojego miejsca. Swinburne – nerwowym młodzieńcem uzależnionym od adrenaliny i skłonnym do autodestrukcji. I to w zasadzie wszystko. Najbardziej na plus wyróżnia się tytułowy Skaczący Jack, będący postacią skądinąd tragiczną. Pozostaje mieć nadzieję, ze autor rozwinie trochę kwestię psychologii – odnosiłam wrażenie, ze brak głębi nie jest skutkiem braku umiejętności, a zbytniej destylacji testu.

Jeszcze chwilę zostańmy przy bohaterach, pan Hodder postanowił bowiem wpleść w swoją opowieść postacie historyczne. A że historia u niego alternatywna, to i postacie nieco się różnią od tych znanych. Mamy więc Karola Darwina i Florence Nightingale , monarchów, polityków i sirów służących za tło oraz wiele postaci znanych jedynie Anglikom lub anglofilom. Nawet Oscar Wilde się załapał. Aby nie utrudniać lektury, autor opatrzył powieść małym sprostowaniem, wyjaśniającym, jakichż to zbrodni na historii się dopuścił. Bardzo miło z jego strony, porównanie wypada dość fascynująco.

Świat przedstawiony wywołał u mnie uczucia nieco sprzeczne. Z jednej strony mamy wspaniale odmalowany dziewiętnastowieczny Londyn, który przemawia do wyobraźni i od razu wciąga czytelnik w swoje trzewia (autor ten efekt uzyskuje głównie dzięki operowaniu detalami, co osobiście bardzo lubię), z drugiej średnio przystający poziomem element steampunkowy. Nie zrozumcie mnie źle, autor odrobił lekcje – parowe maszyny na ulicach opisuje czasem bardzo szczegółowo. Za moje wrażenie odpowiada chyba fakt, że „biologiczna” część postępu technologicznego jest potraktowana niewspółmiernie. Podczas gdy technologia to dziedzina „na poważnie”, megakonie czy charty kurierskie są raczej kopalnią elementów komicznych i to dość pośledniej jakości. Westerfeld zrobił to lepiej.

Co jest najmocniejszą strona powieści? Oczywiście linia fabularna. Można powiedzieć, że „W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka” jest kryminałem i to bardzo dobrze skonstruowanym. Autorowi udało się czytelnika skołować (a właściwie ustawić go w takim otoczeniu, ze nie za bardzo miał możliwość domyślenia się czegokolwiek do samego końca) i dzięki temu zaskakuje go na każdym kroku. Warto też zwrócić uwagę na pewien element zaczerpnięty prosto z kanonu motywów SF, ale to już każdy we własnym zakresie, bo nie chce zdradzić zbyt wiele.

Ostatecznie polecam, bo to kawałek bardzo dobrej prozy rozrywkowej. Spodoba się i miłośnikom Londynu, i fanom steampunku, i wreszcie tym, którzy lubią kryminały. Mamy tu ciekawych (choć mm nadzieję, że w drugim tomie lepiej dopracowanych) bohaterów, wielowarstwową intrygę i zabawy z historią. Czego chcieć więcej?

Tytuł: W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka
Autor: Mark Hodder
Tytuł oryginalny: The Strange Affair of Spring Heeled Jack
Tłumacz: Krzysztof Sokołowski
Cykl: Burton i Swinburne
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2012
Stron: 516
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...