poniedziałek, 24 listopada 2014

Nieregularny karnawał blogowy #4

Nieregularnośc karnawałowania ma tę wadę, że czasem jakis temat się nieco zdezaktualizuje.  tutaj nieco przebrzmiała (a raczej przycichła na chwilę) afera związana z dwoma pierwszymi linkami. niemniej, tematy poruszane w nich są ciągle aktualne i jeszcze pewnie długo takie pozostaną. a tymczasem polecam uwadze Drogich czytelników to, co tam ciekawego w sieci znalazłam od poprzedniego razu.:)

Jeśli świat gier komputerowych nie jest waszym światem jak nie jest moim, mogliście jeszcze nie słyszeć o gamergate. Sama afera ma wiele odnóg, poziomów i przejawów, których nawet nie podejmuję się ogarnąć, ale w ogólnym zarysie poszło o to, że vlogerka zaczęła analizować gry z feministycznego punktu widzenia. I od tej pory zaczęto jej grozić śmiercią. Szerzej o sprawie piszą Zwierz Popkuluralny (z pozycji laika) i Misiael (z pozycji osoby obytej w światku, ale subiektywnie).

Kruki, jak się okazuje, mają nie tylko bystry wzrok, ale i świetny słuch, przynajmniej jeśli idzie o muzykę. Pisałam kiedyś o "Księżycu nad Soho", ale to Kruk zebrał ścieżkę dźwiękową do tej powieści i wytyczył kilka dodatkowych ścieżek interpretacji. Jestem pod wrażeniem tego, jak wiele treści "Księżyca..." umyka bez muzyki.

Nie z bloga co prawda, ale taka piękna kompilacja mash-upów z Avengersami, że nie mogę się nie podzielić.:)

Znowu Zwierz, tym razem o pewnym plagiacie. Ostatecznie to bardzo smutna notka.

Sporothrix syzyfowej pracy kolejna odsłona, czyli powtórka z obalania antyszczepionkowej argumentacji. Antyszczepionkowców osobiście uważam za jeden z najbardziej szkodliwych (jeśli nie najbardziej szkodliwy) ruchów powiązanych z medycyną alternatywną, więc każdy głos wykazujący, gdzie się mylą, a gdzie kłamią jest na wagę złota. Poza tym w noci mnóstwo linków do innych noć i kolejnych argumentów.

Szyszka napisała fajny wpis o tym, jak podbijać blogowe statystyki, praktycznie nie zmieniając nic na blogu.:)

Serenity postanowiła napisać, jak to właściwie z tym Vladem Palownikiem było. Tekst ciut przykrótki jak dla mnie, ale każdy miłośnik wampirycznego Draculi powinien się choć trochę zapoznać z historycznym pierwowzorem.:)

Bardzo fajny wywiad z Peterem Wattsem na bardzo fajnym blogu łączącym popkulturę z nauką. Polecam i wywiad, i bloga.:)

Aria pisze o tym strasznym czasie, kiedy zepsuje ci się komputer. Tak strasznie, strasznie prawdziwe - i może się też odnosić do tego jeszcze straszniejszego czasu, kiedy komputer co prawda działa, ale internet nie.

Powstała praca magisterska o blogerach ksiązkowych. Autorka dzieli się nią tutaj.:)

Sporothrix tym razem luxniej, czyli dzień pracy naukowca.

sobota, 22 listopada 2014

Strzyga z upiorem na żmiju ulecą czyli harce po słowiańszczyźnie ku uciesze i nauce - "Bestiariusz słowiański" Paweł Zych, Witold Vargas

Właściwie od samego początku, kiedy tylko usłyszałam o „Bestiariuszu słowiańskim” rozważałam jego nabycie. Po pierwsze dlatego, że jest to jednak właściwie album, a ja lubię albumy, zwłaszcza o tak nietypowej tematyce. Po drugie dlatego, że o typowo słowiańskich stworach trudno znaleźć satysfakcjonujące informacje. I chyba nie powinnam pisać tej notki, bo co prawda książeczka jest piękna, ale zbyt wiele się o niej powiedzieć nie da. Ale uważam, że dobrem trzeba się dzielić, więc się podzielę. Może ktoś zechce sprawdzić na własnej skórze, czy mam rację.

Książka jest skonstruowana jak bogato ilustrowany leksykon, każdemu stworowi poświęcono osobną stronę (a zwykle dwie), gdzie widnieje krótki opis i ilustracja. Same ilustracje podobają mi się różnie, bo styl autora i sposób przedstawienia tematu nie zawsze mi pasuje, ale są naprawdę ciekawe. Za to opisy, mimo że czasem zbyt krótkie, podane są lekko, z humorem i podobają się zawsze. Sporo w nich też przeróżnych ciekawostek. I tylko podczas czytania nasuwają się smutne refleksje.

Bo okazuje się, że słowiańskie obejścia, pola i lasy aż się roiły od fantastycznych stworzeń. Tylko w przeciwieństwie do germańskich czy celtyckich, o nich nikt nie pamięta. W popkulturze praktycznie nie istnieją (jeden wiedźmin wiosny nie czyni), a choć często o nich mówimy (naprawdę zadziwiające, jak wiele z popularnych słów i powiedzonek wywodzi się od nazw duchów i demonów), to nie wiemy, że to słowiańszczyzna. Te ze stworzeń, które przetrwały w języku i tak miały szczęście. Niektórzy co prawda ciągle są rozpoznawalni, ale chrystianizacja całkiem zszargała im opinię, zamieniając w diabły i często pozbawiając przy tym tożsamości. Po największych pechowcach zostało samo imię, którego do niczego nie potrafią dopasować nawet etnografowie. 

Może właśnie dlatego „Bestiariusz słowiański” jest tak bardzo inspirujący. Nawet jeśli jesteś miłośnikiem fantastyki i tego typu literaturę pochłaniasz tonami, to prawdopodobnie o większości stworów w nim opisanych nigdy nie słyszałeś. Dzięki autorom nie tylko usłyszysz, ale i zobaczysz. Może dzięki temu nasza popkultura wzbogaci się o rodzime elementy, bo jak dotąd udało się wyeksportować tylko wampira, który właśnie ze wschodu przeprowadził inwazję na zachód (wyładniał przy tym nieprzyzwoicie, ale to już inna historia). Trzymam kciuki, aby tak się stało.

Tytuł: Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach
Autor: Paweł Zych, Witold Vargas
Seria: Legendarz
Wydawnictwo: BOSZ
Rok: 2014
Stron: 208

środa, 19 listopada 2014

Jak to widzę? Śmierć Szczurów

Po długiej przerwie, kiedy już chyba wszyscy zapomnieli, że na tym blogu była kiedyś taka akcja, wrzucam kolejny obrazek. Wiecie, tonie jest tak, że porzuciłam pomysł, po prostu ostatnio jakoś ogólnie brakuje mi weny. I nie wiem, kiedy kolejny wenowy zryw nadejdzie, dlatego nie będę Was zachęcać do zgłaszania nowych bohaterów (choć oczywiście zabraniać też nie będę - można to robić tutaj, zgodnie z regulaminem).

Śmierć Szczurów jaki jest, każdy widzi (na żywo widać lepiej, ale nie ogarniam mojego skanera. Następnym razem chyba będę po prostu robić zdjęcia, albo przywiozę sobie z domu ulubionego kilkunastoletniego trupka - jakoś dużo lepiej mi się z nim współpracowało). Kiedyś już portretowałam pratchettowską Śmierć (pratchettowskiego Śmiercia?), cas więc, aby dołączył do niego towarzysz. Całkiem jestem z niego zadowolona.

Można powiększyć kliknięciem.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Subiektywne prasowanie #29 - Nowa Fantastyka 11/2014

Już na dzień dobry listopadowy numer Nowej Fantastyki ucieszył mnie Hellboyem na okładce (wiecie, bardzo lubię Hellobya). W środku straszą, że miał być bardziej horrorowy, ale jakoś tego na szczęście nie odczułam. Ale do rzeczy.

Jerzy Rzymowski we wstępniaku poświęca chwilę na krótką analizę horroru i jego roli w kulturze. Mateusz Wielgosz w swoim popularnonaukowym felietonie odnosi się do zagadnienia sztucznych inteligencji. Jest to podejście bardzo różne od lubiących straszyć twórców SF. Muszę przyznać, że takie zrównoważone zdanie na ten temat jest zaskakująco ożywcze.

Dalej mamy artykuł poniekąd z okładki, bo poświęcony Hellboyowi właśnie. Czytanie go sprawiło mi dużo radości, bo autor skupił się na komiksowej serii, której nie znam. Dzięki temu dostałam przynajmniej pobieżny wgląd w to, co się działo poza filmowym kadrem. Zapowiedziany na okładce tekst o rogatych bohaterach, wbrew pochodzącym z filmów ilustracjom, traktuje o mitologicznej i ogólnie starożytnej roli rogów, a także o pewnym fenomenie medycznym. Niby też ciekawie, poziom treści nie rozczarowuje, ale po co wprowadzać czytelnika w błąd ilustracjami?

Następnie dostajemy artykuł dość zaskakujący. Jego tematem jest krótka historia paryskiego Teatru Wielkiej Lalki. Bardzo pouczająca, zważywszy że (pewnie tak jak i większość czytelników) nawet nie wiedziałam o istnieniu takiego przybytku.

Kolejny jest wywiad z Paulem J. McAuleyem. To już kolejny wywiad z pisarzem w kolejnym numerze i mam nadzieję, że ta tradycja się utrwali (aczkolwiek nie wymagam za każdym razem rozmów z pisarzami, filmowcy czy ludzie od komiksów również są mile widziani). Zaś sama rozmowa bardzo interesująca. Potem dostajemy jeszcze artykuł o wschodnim kinie fantastycznym – zaskakująco bogatym, jak się okazuje. A książką miesiąca jest „Drugie spojrzenie na planetę Ksi”.

Maciej Parowski w swoim felietonie dalej zajmuje się zjawiskiem wzajemnego inspirowania się pisarzy. Zaczyna od Sapkowskiego, a kończy na Zajdlu (znowu!) i Wolskim. Felieton Rafała Kosika tym razem bardo mi się spodobał, a traktuje o znakach diakrytycznych w dobie globalizacji. Ciekawe podejście i wnioski może nie zaskakujące, ale trafne. Robert Ziębiński też jakby lepiej niż poprzednio. Na tapecie cyrografy i proces ich powolnego wymierania w popkulturze. A Łukasz Orbitowski pisze o „Re-animatorze”.

Dział prozy polskiej zdominowały klimaty narodowe, jako iż pora temu sprzyjająca. Szczęściem, nie są nachalne. „Krótka odwilż Szczepana Dracza” Piotra Górskiego, to przyjemny, lekko postmodernistyczny widoczek na PRL z anachronizmami, okraszony odrobiną sensacyjnej akcji. Dobrze napisany i o przyjemnym klimacie, choć mnie nie zachwycił mimo przyjemności z czytania (ale to nie autora wina, po prostu czasy PRL-u nie są moim ulubionym czasem akcji). „Ballada o Bogdanie wyklętym” Huberta Fryca zaczyna się jako groteskowa humoreska, przechodzi przez fazę rojeń chorego umysłu, by zakończyć się podsumowaniem kondycji współczesnych bojowników, którzy nie za bardzo mają z kim walczyć i przez to cierpią. Mimo kilku bardzo wartościowych elementów i niewątpliwie poprawnego warsztatu autora, przyciężki klimat tekstu nie przypadł mi do gustu.

Proza zagraniczna prezentuje się zdecydowanie ciekawiej. „Kimmeria. Ze „Siudrów z antropologii imaginacyjnej” Theodory Gross to na wielu poziomach interesujący tekst. Fabułę generalnie można zamknąć w jednym pytaniu: „Co by było, gdyby wymyślony w ramach zajęć na studiach kraj pewnego dnia okazał się istnieć naprawdę?”, ale nie wyczerpuje to szeregu zagadnień. Dla mnie jest to najbardziej opowieść o odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło i konsekwencjach, jakie musi ponieść w związku z jego powstaniem. Ale interpretacji jest znacznie więcej. „Szybki jak sen, ulotny niczym westchnienie” Johna Barnesa zupełnie do mnie nie trafił. To znaczy tę opowieść o przewrotności losu i psychoterapeutycznych SI czytało mi się całkiem dobrze, ale nie porwała zupełnie. „Kwiaty zła, ciernie dobra” Julii Zonis i Igora Awilczenko dla odmiany podobały mi się bardzo, choć były typowo przygodowym opowiadankiem nie silącym się na głębokie treści – co zdecydowanie wyszło mu na dobre. Prosta historia, epizod z niekończącej się wojny ludzi z rozumnymi roślinami ma jakiś nieprzeparty urok.

sobota, 15 listopada 2014

Wiele twarzy niewolnictwa czyli historia kobiet - "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd

Uwielbiam powieści o kobietach – wydają mi się zawsze ciekawsze niż te o mężczyznach, przynajmniej jeśli poruszamy się w realiach historycznych. Bo wiecie, tak jakoś drzewiej bywało, że kobieta zwykle miała pod górkę i jeśli miała coś osiągnąć, musiała pokonać znacznie więcej trudności. A o pokonywaniu trudności czyta się świetnie i im więcej ich jest, tym mocniej się kibicuje bohaterkom. Bo jeśli im może się udać, to nam przecież też.

W Karolinie Południowej, w pewnym domu mieszkają dwie dziewczynki. Jedna z nich jest drobna i ma problemy z mówieniem. Ale przynajmniej jest ulubienicą ojca, któremu jej wywrotowe poglądy wydają się zabawnie urocze. Druga staje się własnością tej pierwszej. Wbrew pozorom łączy je wiele wspólnego – w Karolinie Południowej nie traktuj się kobiet poważnie, białych czy czarnych, bez różnicy. Białe są tylko droższe, bo pan mąż musi poważnie zainwestować w nabycie żony.

Zainteresowałam się Sue Monk Kidd, kiedy ktoś gdzieś napisał, że to pisarka zbliżona do Fannie Flagg, bo podobną tematykę porusza w podobny sposób. Flagg lubiłam (nie wiem, czy lubię nadal; „Smażone zielone pomidory” na pewno, ale czy nowsze powieści też podobałyby mi się jak kiedyś, trudno powiedzieć), więc pomyślałam, że i Kidd spróbuję. Nie powiem, że się rozczarowałam, bo nie byłaby to prawda, jednak porównanie tych autorek uznaję za nietrafione. Flagg opowiada zupełnie inaczej – trochę jak babcia opowiadająca wnukom historie ze swojego życia i wygładzająca pewne szczegóły, choć starsze latorośle bez trudu mogą się domyślić mrocznych szczegółów. Kidd nie owija w bawełnę. Co prawda nie lubuje się w naturalistycznych opisach, ale też jej styl jest przejrzysty. Nie ma w nim niedopowiedzeń, zawoalowanych sugestii czy półsłówek, ale za to jest równowaga niezbędna, aby nie zniesmaczyć czytelnika (nie jest to autorka lubiąca szokować. Może dlatego, ze szok często wywołuje wyparcie, a Kidd chce, żebyśmy dokładnie przyjrzeli się życiu jej bohaterek). Czysty i klarowny, choć nie pozbawiony odrobiny poetyki przekaz.

Tym przekazem w „Czarnych skrzydłach” jest historia buntu. Każdy buntuj się w taki sposób, na jaki go stać. Matka Szelmy kradnie i niszczy drobne przedmioty należące do swoich panów, bo innej możliwości nie ma. Jej córka pod nieobecność państwa korzysta z przynależnych im luksusów, żeby udowodnić chyba przede wszystkim sobie, że jest takim samym człowiekiem, choć ma skórę innego koloru. To drobne rzeczy, a wybór metody nie wynika z wrodzonej subtelności, tylko z prostego faktu, że innej możliwości nie ma. Jest w tym coś strasznie smutnego.

Białe dziewczęta mogą buntować się inaczej. Ale dopiero wtedy, gdy z panien na wydaniu staną się starymi pannami. Wtedy dławiąca ręka dobrego obyczaju i honoru rodziny staje się trochę lżejsza i można się wyrwać. Zacząć się oddawać męskim zajęciom, jak na przykład publiczne wygłaszanie odczytów na polityczne tematy. Można próbować pomóc tym, których prawo ustawia na gorszej pozycji.

Bunt ma jednak swoją cenę. Czasem trzeba za niego zapłacić krwią, czasem odrzuceniem miłości, która nas krępuje. Zawsze będzie trzeba znosić ostracyzm społeczny i liczyć się z tym, że jeśli bunt będzie w jakimś stopniu udany, staniemy się w najlepszym wypadku osobliwością, którą ludzie będą przychodzili oglądać jak dziwowisko, a w najgorszym – osobą niepożądaną, której grozi się aresztowaniem i pobiciem. W idealnym świecie nic takiego nie miałoby miejsca. Ale świat (zwłaszcza ten dziewiętnastowiecznej Ameryki) nie jest idealny. W idealnym świecie nie trzeba się buntować.

Poza opowieścią o buncie Kidd postanowiła napisać po swojemu kawałek historii. Sara Grimke i jej siostra Angelina istniały naprawdę i naprawdę prowadziły swoją abolicjonistyczną działalność. Historia lubi zapominać o takich przypadkach i tutaj jest miejsce dla literatury. Archiwalne damy bowiem w „Czarnych skrzydłach” dostają nowy głos (nie tylko one zresztą). Zyskują też życie, które w historycznych dokumentach słabo się przechowuje. A jest to opowieść fascynująca, bo rozgrywająca się w świecie dla nas na szczęście zupełnie nieznanym. Nieznanym właśnie dzięki takim kobietom jak siostry Grimke.

Nie zawiodłam się „Czarnymi skrzydłami”, bo to powieść, w której kilka kobiet pokonuje wiele trudności, część z nich w walce o lepsze jutro dla wszystkich. Udowadnia też, że nie tylko mężczyzny walczyli o słuszną sprawę (nie zawsze trzeba przecież walczyć zbrojnie). Jednak taka walka nigdy nie obywa się bez poświęceń. Cena często jest wysoka, jak to cena marzeń. Dlatego warto przeczytać tę książkę – udowadnia, że czasem i taką cenę warto zapłacić. Jeśli nie dla siebie, to dla innych.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł: Czarne skrzydła
Autor: Sue Monk Kidd
Tytuł oryginalny: The Invention of Wings
Tłumacz: Marta Kisiel-Małecka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 485

poniedziałek, 10 listopada 2014

Film ostatnio widziałam #7 - "Interstellar"

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, to jestem skrajnie niewymagającym widzem. Żeby film mi się podobał, wystarczy, żeby był odpowiednio ładny (co w praktyce oznacza, że spodoba mi się każdy film z odpowiednio wysokim budżetem). Schematy fabularne mi nie przeszkadzają, bo jestem z tych widzów, którzy lubią oglądać to, co znają, choć nie mam też nic przeciwko zaskakiwaniu mnie. Czasem jednak trafi się film, w którym wszystkiego jest za mało – i ładności, i schematów, i zaskoczeń. Dla mnie takim filmem jest „Interstellar”.

Zanim przejdę do konkretów, może kilka zdań o tym, z czym właściwie mamy do czynienia. Otóż Ziemia umiera, nękana przez suszę i burze pyłowe. Ale oto tuż za Saturnem odkryto WARPa, prowadzącego wprost do odległej galaktyki, i to w miejsce, gdzie znajduje się kilka potencjalnie dogodnych do kolonizacji planet. Wyrusza więc misja w celu określenia, gdzie najlepiej byłoby założyć kolonie. W tle mamy konflikt ojca z dorastającą córką. Wydawać by się mogło, że takiego scenariusza nie da się zepsuć.

Dla mnie największym problemem „Interstellar” jest to, że nie potrafię zawiesić niewiary. Kiedy już, już mam uwierzyć w historię, którą mi reżyser ze scenarzystą opowiada, zaraz wyskakuje coś (jakiś drobny detal najczęściej), co wszystko psuje. Ot, choćby ten wielki głód, z którym ze wszystkich sił Ameryka walczy. A walczy tak, że wszystkich, których się da, kształci na farmerów. Nie na botaników, nie na technologów rolnictwa, nie na inżynierów rolnictwa, nie na genetyków, tylko na farmerów. Bo wiecie, taki farmer na pewno więcej wynajdzie w dziedzinie usprawniania technologii uprawy i zwiększania plonów, niż genetyk specjalista od tworzenia nowych odmian roślin. Na pewno też lepiej zaprojektuje maszyny niż jakiś tam inżynier. To ja się wcale nie dziwię, że oni tam głód cierpią, skoro najwyraźniej w drugiej połowie XXI wieku ta najważniejsza z gałęzi przemysłu ciągle stoi na obecnym (a może nawet jeszcze niższym) poziomie.

Nie wspominałam jeszcze, że świat tradycyjnie składa się tylko z USA (mamy co prawda wspomnienie o tym, że gdzieś tam są Indie, które dziesięć lat temu zamknęły swój program wojskowy). To mnie akurat mniej uwierało, bo już się przyzwyczaiłam, że w absolutnie każdym hollywoodzkim blockbusterze musi się znaleźć odpowiednia liczba ujęć powiewającej amerykańskiej flagi, ale na litość, mówimy o przedsięwzięciu w założeniu mającym uratować ludzkość. Nawet w „2012”, który był durny ponad miarę i wyobrażenie (ale za to całkiem ładny), mieliśmy do czynienia ze światowym projektem. Tutaj, mam wrażenie, Amerykanie ratują Amerykanów. To może świadczyć o pewnej zmianie w mentalności społecznej. Ale nie musi. Za to jest mocno irytujące dla widza spoza USA.

A jakby tego było mało w miejscach, gdzie przydałoby się starcie charakterów i ożywiona dyskusja na racjonalne argumenty, mamy rzewny monolog o atomowej sile miłości, która pokonuje czas i przestrzeń i oświetla drogę do poznania. Wygłaszany przez naukowca na misji badawczej, który w ten właśnie sposób próbuje przeforsować swoją koncepcję dalszego prowadzenia tej wyprawy. I nawet nie wiem, czy bardziej irytujący jest fakt, że rzeczonym naukowcem jest kobieta (w tonie narracji, że kobiety to zawsze te bardziej emocjonalne, a mniej racjonalne) czy to, że jej rozmówca zdaje się równie emocjonalnie, ale mniej otwarcie przemycać własną małą zemstę za racjonalnymi argumentami.

Czarna dziura była w filmie najpiękniejsza w całym kinie i tv.
Przejdźmy może do fabuły. Nie wiem, po co właściwie „Interstellar” trwa prawie trzy godziny – fabuły wystarcza na mniej więcej połowę tego, resztę wypełniają powtórki wcześniejszych fragmentów i długie ujęcia na krajobraz. Pół biedy, gdyby były to wizje krajobrazu odległych planet, ale jednak częściej oglądamy zapylone ulice miasteczek i pola kukurydzy. A nawet jak już dostajemy odległą planetę, to nie ma w tym nic spektakularnego, a naprawdę nie oczekiwałam bujnej dżungli z Pandory rodem. Kiedy jakimś cudem nie podziwiamy krajobrazu, właściwie niewiele się dzieje. Fajny motyw konfliktu ojca z córką został przedstawiony zbyt wycinkowo, badanie obcych planet, mimo kilku naprawdę ciekawych pomysłów, koniec końców wypada strasznie nudno, a ta odrobina akcji, którą w końcu dostajemy, jest zupełnie wyrwana z kontekstu i przychodzi zdecydowanie za późno, żeby znudzony widz się nią przejął.
Film mogliby ratować bohaterowie, bo scenarzyści najwyraźniej mieli na nich pomysł. Tylko z jakichś przyczyn strasznie go poszatkowali (może to właśnie była przyczyna – za dużo pomysłów na raz). Główny bohater, czyli grany przez Mattew Conaugheya Cooper nie ma widzom do zaoferowania nic poza swoją relacją z córką (zaś jego syn okazuje się postacią tak kuriozalną, że szkoda gadać. W sumie w ogóle nic o nim nie wiemy, ale mimo wszystko). Murphy za to miała potencjał. To jest naprawdę ciekawa postać kobieca, najpierw dziewczynka ślepo zapatrzona w ojca, potem pełna żalu do niego kobieta. Szkoda tylko, że cały jej wątek jest taki pofragmentowany: właściwie wiemy tylko, jak przedstawiały się jej relacje jako córki (prawdziwej i „przybranej”). Nie wiemy, jakie ma stosunki z bratem (co ostatecznie w pewnym momencie robi wielką krzywdę logice filmu), a facet pretendujący do miana miłości jej życia jest dla widza totalnym randomem. Wszystko to sprawia, że Murphy jest strasznie jednowymiarowa. I to jest bolączka chyba wszystkich bohaterów filmu – mimo ogromnego potencjału wyszli płascy jak naleśniki.

Ale są też plusy. Na przykład w „Interstellar” mają najpiękniejszą czarną dziurę, jaką zdarzyło mi się oglądać na ekranie. W ogóle ujęcia w przestrzeni kosmicznej robią wrażenie, tym bardziej boli fakt, że jest ich tak niewiele. Kilka fabularnych pomysłów też się udało – gdyby je zagęścić, film może nie miałby więcej sensu, ale z pewnością byłby mniej nudny. No i roboty, które były chyba najlepszymi postaciami drugoplanowymi (nie żeby akurat tu było i jednych, i drugich jakoś specjalnie dużo, ale mimo wszystko).

Nie oglądałam nolanowskich Batmanów, dlatego nie mam do tego reżysera absolutnie żadnego stosunku. Ale powiem wam, że gdybym miała go oceniać po „Interstellar”, to zaczęłabym się głęboko zastanawiać, co też te wszystkie rzesze fanów w nim widzą. A filmu nie polecam i wybieram się pod koniec miesiąca na „Big Hero 6”, żeby zatrzeć nieprzyjemne wrażenia.

Fajne roboty są zawsze fajne:)
(autorem obrazka jest Andrew Kwan)
"Interstellar"
reż. Christopher Nolan
Legendary i in.
2014

środa, 5 listopada 2014

Młody wilczek w wielkim mieście czyli las taki piękny wow - "Dar wilka" Anne Rice

Moja przygoda z Rice zaczęła się od „Wampira Lestata”. Podobał mi się, więc sięgnęłam po „Królową Potępionych” i przeżyłam rozczarowanie – książka tak mnie wynudziła, że porzuciłam ją w połowie. Niezrażona, sięgnęłam po serię o Śpiącej Królewnie. Tym razem nieustające porno znudziło mnie po jednym rozdziale (nie macie pojęcia, jak bardzo książka polegająca na epatowaniu tylko i wyłącznie erotyką potrafi być nudna). Chyba w tym momencie powinnam porzucić wszelka nadzieję, że Królowa Wampirów napisze coś strawnego, ale na horyzoncie pojawiła się trylogia o wilkołakach. Doszłam do wniosku, że skoro z pierwszym elementem klasycznego tandemu poszło całkiem nieźle, to i z drugim się uda. Nie myliłam się. W pewnym sensie.

Kiedy Reuben jechał pisać artykuł o wystawionej właśnie na sprzedaż rezydencji po zaginionym Feliksie Nidecku (lokalnej znakomitości), nie przypuszczał, że to małe wydarzenie tak bardzo zmieni jego życie. Nie wiedział, że ukąszenie tajemniczej bestii zmieni go w coś, co nie jest ani człowiekiem, ani zwierzęciem. Czy ta przemiana to błogosławieństwo czy klątwa?

Przyznam szczerze, że styl Anne Rice chyba nie jest dla mnie. Długie, rozwlekłe opisy nieistotnych szczegółów tylko w niewielkim stopniu budują nastrój. Najdobitniej to widać na samym początku, kiedy to dwójka bohaterów włóczy się po rezydencji, podziwiając las, las, las, trochę detali architektonicznych i las. Doprawdy, mogli sobie tę wycieczkę krajoznawczą skrócić przynajmniej o połowę lasu. Poza tym autorka lubi wracać do kwestii, które już poruszała. I tak Reuben przynajmniej raz na dwa rozdziały myśli, jak bardzo rezydencja pasowałaby do jego ojca i jak szczęśliwy byłby, mogąc w niej pisać. Z taką samą częstotliwością (i bardzo podobnymi frazami) opiewa urodę sekwojowych lasów i niezwykłość Feliksa Nidecka. Naprawdę autorko, wiemy. Nie trzeba nam o tym ciągle przypominać.

Inna rzecz, że jeśli autorka akurat nie powtarza fraz, opisy wychodzą jej bardzo plastycznie. Zwłaszcza te dotyczące stanów po przemianie bohatera w wilkołaka. Rice świetnie oddaje zarówno przeżycia bestii (nie tak całkiem potwornej, choć, jak to bestia, brutalnej), jak i Reubena w ludzkiej postaci, który zdaje sobie sprawę, że nawet jeśli akurat nie porasta sierścią, to stał się zupełnie innym człowiekiem. Fajnie też wychodzą opisy scen erotycznych, mimo że czasem trochę kiczowate (zwłaszcza pierwsza z nich. Przy jej czytaniu miałam nie dające się odpędzić skojarzenia z furries, a nie są to skojarzenia dobre i do tego jeszcze psują nastrój. Jeśli zechcecie sobie wyguglać, kim właściwie furries są, to ostrzegam, że większość tego, co wam wyskoczy będzie 18+) i jest ich na mój gust trochę za dużo.

Ale tym, co najbardziej mi odpowiada jest kreacja obrazu wilkołaka. Nie jest to może nic odkrywczego, właściwie wilkołaki Rice są takie, jak wampiry Rice (i może dlatego sprawiają całkiem przyzwoite wrażenie) – potwory w ludzkiej skórze, które mimo ludzkich uczuć i pewnej szlachetności, ciągle pozostają zabójczymi bestiami (albo odwrotnie). Oczywiście są piękne jako ten Jacob ze „Zmierzchu”, ale zdecydowanie nie przypominają tamtejszych puchatych wilczków. Z drugiej strony, nie są też bezrozumnymi monstrami w szale zabijania, jak przedstawiał je choćby Stephen King.

Fabuła jest... trochę rozczarowująca. Skupia się na odkrywaniu przez Reubena nowego siebie, a inny wątek pojawia się dopiero pod koniec i w taki sposób, że miałam nieprzyjemne wrażenie, jakby autorka dopiero po dwóch trzecich powieści zorientowała się, że przydałby się wzbogacić akcję. Zupełnie niepotrzebnie, moim zdaniem, bo przez to całość wydaje się niespójna. W ogóle mam wrażenie, że Rice, pisząc swoich bohaterów, idzie trochę na łatwiznę. Wszyscy są piękni i bogaci, nie muszą się martwić o to, co będzie z ich pracą, skoro w nocy biegają na czterech łapach a kiedyś trzeba spać. Z jednej strony rozumiem, że to taka konwencja gatunku z rodzaju tych, co bogaty amant w harlequinach. Z drugiej, o ileż ciekawiej by było, gdyby przemiana powodowała trochę więcej problemów.

Możecie odnieść wrażenie, że ta notka to jedna wielka litania zażaleń. Być może, ale większość z nich wynika z faktu, że trochę nie po drodze mi ze stylem akurat tej autorki. O bohaterach czyta się przyjemnie, choć poznajemy ich głównie przez pryzmat reubenowego wilkołactwa, poza irytującymi detalami jest też sporo bardzo fajnych (dla mnie osobiście był nim pierwszy z „momentów”, kiedy to Reuben-wilkołak praktycznie modli się, żeby jego partnerka nie rozmyśliła się w ostatniej chwili, bo musiałby zrezygnować z planów. Jeszcze nie zdarzyło mi się trafić na scenę, gdzie męskiemu bohaterowi postałaby w głowie taka myśl. Może posypią się zarzuty, że to nierealistyczne, myśleć o tym w trakcie uniesień, ale kurczę, myślę, że postawę wilkołaka należałoby jednak propagować). Ale najważniejsze, że ta książka po prostu „się czyta”. I sięgnę po część drugą, może będzie miała więcej spójnej fabuły.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Dar wilka
Autor: Anne Rice
Tytuł oryginalny: The Wolf Gift
Tłumacz: Maciej Szymański
Cykl: Kroniki Wilczego Daru
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2012
Stron: 520

poniedziałek, 3 listopada 2014

Stosik #61

Jak zapewne zauważyliście, ostatnio na blogu było trochę ciszej niż zwykle. Powód jest taki, że się przeprowadzam do lokum, które mam zamiar zajmować bardzo długo, jeśli nie na stałe, a to wymaga załatwienia pewnych spraw i sprawia, że nie mam głowy do pisania notek. Dlatego jeszcze przez jakieś dwa tygodnie notki mogą pojawiać się rzadziej niż powinny. Ale postaram się temu zapobiec.:) W ramach rekompensaty pokażę wam moją biblioteczkę, kiedy ją już przywiozę.;)

A teraz przejdźmy do rzeczy, czyli do prezentacji nowych nabytków. O dziwo, w tym miesiącu nie ma ani jednego egzemplarza do recenzji.


Trylogia "Lewa Ręka Boga" na górze to wygrana w konkursie NF. Pewnie nieprędko po nią sięgnę, ale satysfakcja jest.^^ Dalej mamy dwie książki wygrzebane w carrefourowym koszyku z tanią książką. "Mroczną genezę" chciałam przeczytać, odkąd zobaczyłam w zapowiedziach, ale umiarkowanie pozytywne recenzje jakoś powstrzymywały mnie od zakupu. Teraz uznałam, że tej dychy nie będę żałować nawet, jeśli książkami się nie spodoba. Tyle samo zapłaciłam za "Młot", żeby "Składany nóż" nie czuł się na półce samotny.

"Szpital Babylon" też kupiłam w promocji, tyle że matrasowej. No i na początku trochę się rozczarowałam, bo okazało się, że ma tak wielką czcionkę i interlinie, że przy ściśnięciu tekst zająłby tylko połowę książki. Mam nadzieję, że chociaż treść jakoś mi to wynagrodzi. "Rogi" też z Matrasa. Co prawda działka trochę nie moja, ale zainteresowałam się przy okazji filmu. A że akurat mogłam kupić za piętnaście złotych wydanie niefilmowe sprzed czterech lat, to czemu nie (tylko okładkę ma paskudną; to jeden z nielicznych przypadków, kiedy okładka filmowa jest o niebo ładniejsza od niefilmowej). A bohater już zawsze będzie miał dla mnie twarz Daniela Radcliffa - jakoś tak idealnie mi pasuje. "Wyścig śmierci" kupiłam spontanicznie w Biedronce, bo kiedyś spodobała mi się okładka. Wygląda jak młodzieżowa powieść o szkółce jeździeckiej w realiach dystopii.

PS. W przyszłym tygodniu planuję się wybrać do kina na "Interstellar" lub "Big Hero 6" (albo na oba). Chcielibyście nocię?

poniedziałek, 20 października 2014

Wyssij mój saksofon czyli zdecydowanie preludium - "Księżyc nad Soho" Ben Aaronovitch

Okazuje się, że mam słabość do czarodziejskich detektywów w wielkim mieście, a oni to bezczelnie wykorzystują – Grant z Dresdenem regularnie mijają się w drzwiach, a pod progiem czai się Swift (choć nie znam go jeszcze, może tylko udaje detektywa). Niedawno byłam na wycieczce w Chicago (choć Harry nie jest najlepszym przewodnikiem. Na szczęście i tak nie można się przy nim nudzić), czas więc znowu odwiedzić Londyn. Jeśli chodzi o oprowadzanie po mieście, to Peter Grant jest zdecydowanie lepszym towarzyszem.

Po wydarzeniach z „Rzek Londynu” Peter wciąż rozwija swoje umiejętności magiczne - potrafi już nie wysadzić w powietrze biurka, przy którym trenuje. Niestety, Lesley z wiosennych wydarzeń nie wyszła bez szwanku i ciągle zmaga się z ich konsekwencjami. Tymczasem umiera jazzman. Facet w średnim wieku, praca dość stresująca, to i nic dziwnego, że na zawał kojfnął zaraz po stresującym jak każdy koncercie. Nikt by na niego nie zwrócił uwagi, gdyby nie unosząca się nad denatem woń magii. Prędko okazuje się, że jazzamn nie był jedynym pachnącym magią muzycznym trupem. Na dodatek znowu zaczyna grasować pewna penisożerna piękność. W ogóle coś dziwnego dzieje się w mieście i tym razem miejscowe bóstwa nie mają z tym nic wspólnego.

Mam problem z tą książką, a właściwie nawet nie z nią samą tylko z pisaniem o niej notki. Bo widzicie, „Księżyc nad Soho” jest tak naprawdę bardzo podobny do „Rzek Londynu”, może ciut lepiej skonstruowany. Opiera się na podobnym schemacie i pomyśle (czyli wciągnięciu wątku (pop)kulturowego w zagadkę kryminalno-magiczną), bohaterowie trochę się rozwijają, a i język ciut lepszy, ale to w sumie wszystko. Niemniej, jest parę detali, na których chcę się skupić i trochę pomarudzić.

Na początek pomarudzę nad Grantem. On sam ciągle jest fajny, właściwie jako postać został tam, gdzie był. Autor postanowił jednak podkreślić te jego cechy, które w poprzednim tomie nie miały okazji dobrze się zaprezentować. I tak Peter nie porzucił swoich eksperymentów z magią (które przypominają ogólnie szkolne eksperymenty chemiczne, minus szkodliwe substancje), co może w końcu zaowocuje oświeceniem czytelnika w kwestii, jak ta magia właściwie działa. Z gorszych wiadomości, zubożały nam relacje młodego posterunkowego z otoczeniem. Lesley została z konieczności zepchnięta w cień – po wydarzeniach z poprzedniego tomu nie może pełnić czynnej służby i przechodzi długotrwałą rekonwalescencję, więc trzyma się obrzeży fabuły. Ta sytuacja byłaby świetną okazją do pokazania bardziej skomplikowanej niż „czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie” więzi (nie zrozumcie mnie źle, tego typu układ też można ciekawie przedstawić. Ale ogólnie, razem z „ich dwóch, ona jedna” to chyba najbardziej wyświechtany schemat), jednak autor nie do końca ją wykorzystał. Pokazał co prawda, że jest ciężko, ale większość zbył milczeniem. Szkoda. Tak samo jak szkoda, że nikt u boku Granta nie zastąpił Lesley (co prawda są dwie pretendentki, ale rola jednej sprowadza się właściwie do płomiennego romansowania, a druga jest tak starą policyjną wyjadaczką, że wciągnęłaby posterunkowego nosem, toteż asymetria we wzajemnych relacjach całkowicie je przytłacza. Choć kandydatka numer dwa ma potencjał).

Lesley zresztą nie daje czytelnikowi o sobie zapomnieć, choć autor pokazuje ją tak oszczędnie. Trauma jej nie złamała, choć znacząco nadwątliła pewność siebie. Ale to twarda dziewczyna i pretenduje do miana jednej z moich ulubionych postaci kobiecych, o ile oczywiście autor będzie dalej podążał tą drogą. Nawet ten straszliwie odczapisty wątek, jaki Aaronovitch zaserwował nam na ostatniej stronie ma możliwość przekształcenia się w coś fajnego. Wiem, że autora na to stać.

A skoro już przy wątkach jesteśmy, to poza standardową zagadką odcinka zaczyna się wykluwać coś większego. Oczywiście to dopiero preludium, ale mam wrażenie, że wydarzenia i postacie wprowadzone w „Księżycu…” będą się powtarzać jak uporczywy refren w kolejnych tomach. Na myśl o czym już się cieszę, gdyż są bardzo barwne i zdecydowanie ciekawsze od standardowych zagadek. A poza tym, dzięki nim poznajemy jakieś okruchy z przeszłości Nightingale’a i brytyjskich czarodziejów. W poprzednim tomie autor sugerował, że policyjny mag jest wszystkim, co pozostało z brytyjskiej magii, teraz jednak jakby zauważył, ze zamyka sobie bardzo kuszące drzwi i postanowił zmienić front.

Właściwie, to bardzo przyjemna książka – autor zadbał nawet o podkład muzyczny, bo każdy rozdział nosi tytuł jednego z jazzowych standardów. Niemniej, jestem trochę rozczarowana. Czytałam opinie, że „Księżyc…” jest znacznie lepszy od „Rzek…”. Lepszy jest, czy znacznie, nie powiedziałabym. Raczej troszkę. Ale Granta polubiłam już wcześniej i jeśli tylko będzie chciał mnie jeszcze raz oprowadzić po Londynie, to chętnie na tę wycieczkę pójdę. To towarzysz, z którym nie można się nudzić. 

Tytuł: Księżyc nad Soho
Autor: Ben Aaronovitch
Tytuł oryginalny: Moon Over Soho
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Peter Grant
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2014
Stron: 384

sobota, 11 października 2014

Nieregularny karnawał blogowy #3

Postanowiłam sprawić, aby nieregularny karnawał był bardziej regularny. Nie w sensie czasowym, bo idea wyszukiwania ciekawych linków co ściśle określony czas pozostaje mi obmierzła. Będę bardziej regularna w gromadzeniu tychże linków - trzeba je łapać, póki są świeżutkie, nawet jeśli trochę w klatce posiedzą, zanim się je publiczności pokaże. A że się nazbierało, to pokazuję:


Nie wiem jak wam, ale mnie zawsze jakoś tak przyjemniej się oglądało, gdy postać w filmie czytała książkę. Zwierz stworzyła zestawienie swoich ulubionych książek w filmach.

Fabulitas podaje miażdżące odpowiedzi na najpopularniejsze antyfeministyczne zagrywki w dyskusjach o popkulturze. Dla mnie bomba, bo sama często ubolewam nad kiepsko skonstruowanymi postaciami kobiecymi i się nad tym rozwodzę. Na szczęście rzadko udzielam się w tych fragmentach internetu, gdzie mógłby mnie spotkać ostrzał odczapistymi argumentami, o których pisze Fabulitas, ale jeszcze wszystko przede mną.

Na Kaczej zupie bardzo fajna notka o tym, dlaczego nie ma co się oburzać, że blogerzy popkulturowi czasem dostają jakieś fanty do zrecenzowania. Zgadzam się w całej rozciągłości.

A Grendella pisze o "Czarnoksiężniku z Archipelagu" tak, jak ja bym chyba nigdy nie potrafiła. Choć przekaz miałybyśmy podobny.;)

Tu z kolei Drakainy garść luźnych refleksji o literaturze współczesnej, zwłaszcza polskiej. Nie, żebym się szczególnie (czy nawet nieszczególnie) na takowej znała, ale jakoś bliskimi mi się widzą poglądy autorki notki.

W Tramwaju nr 4 można przeczytać trochę inną notkę o współpracy z wydawnictwami. konkretnie o jej mrocznej stronie.;)

Znowu Zwierz, tym razem o tym, czego nie lubi w książkach. Dyskusja na 150 komentarzy gratis (a ja się czuję jak ostatnia osoba w internecie, która znalazła ten wpis).

Kasjeusz jak zwykle pięknie, tym razem o smokach. Notka o smokach musiała się tu znaleźć.;)

Coś, co powinni przeczytać wszyscy, którym marzy się wydanie własnej książki, czyli krótki eksperyment na temat tego, czy firmy wydawnicze interesują się jakością nadsyłanych tekstów.

Zwierz ponownie, tym razem z wpisem noszącym pewne znamiona popularnonaukowości (o ile można odnieść ten termin do historii kina). Rzecz o Hollywood sprzed czasów kodeksu Haysa.

Padma o byciu oczytanym. Krótko i celnie, jak zawsze.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...