wtorek, 25 października 2016

Classic Book Tag, bo tak

Właściwie ta notka miała pojawić się w piątek, ale miałam ciekawsze zajęcia (kwiczały, nie można tego ignorować), więc pojawi się dopiero dzisiaj. Zwłaszcza, że ja lubię łańcuszki (zabawne, kiedy zaczynałam blogowanie, były to łańcuszki, potem ewoluowały w nagrody i awards, a teraz mamy tagi), ale tylko wtedy, kiedy ktoś mnie do nich zaprasza. A tym razem do Classic Book Tag zaprosiła mnie Serenity. No to nie mogłam jej przecież odmówić.:)

Appa jako Czerwony Kapturek idealnie pasuje na ilustrację tego wpisu.

1) Popularna klasyka, która Ci się nie spodobała:

Pierwsze pytanie i już kłopot. Problem polega na tym, że ja niewiele klasyki ogólnogatunkowej czytuję i jakoś przeważnie mi się podoba (a jak mi się nie podoba, to raczej i popularna nie jest). Przyczepmy się może więc do klasyki gatunku.

A taką popularnie chwaloną klasyką, która kompletnie do mnie nie przemówiła, są "Oczy Nadświata" Jacka Vance'a, wydane u nas w omnibusie z "Umierającą Ziemią". O ile samą "Umierającą Ziemię" cenię za próbę bycia baśniami schyłkowego świata niewyobrażalnie odległej przyszłości, tak "Oczy Nadświata " jedynie mnie irytują. Pomysł obsadzenia w roli główniej wrednego, niesympatycznego trickstera jest nawet według dzisiejszych standardów mocno odważny (jednak autorom zazwyczaj zależy, żeby czytelnicy nie życzyli protagonistom rychłej i bolesnej śmierci), ale niestety, nie potrafię go docenić. Zwłaszcza, że nie idzie za nim... nic właściwie, może poza pięknym językiem (który chyba jednak ginie w drewnianym nieco tłumaczeniu). No jak zachwyca, jeśli nie zachwyca?

2) O którym okresie historycznym lubisz czytać najbardziej

O żadnym. Nie przepadam za książkami historycznymi - ani beletrystyką, ani popularnonaukowymi. Po prostu nie jest to mój krąg zainteresowań.
Z drugiej strony, nie mam też żadnego ulubionego okresu na którym opiera się światy fikcyjne. Wszystkie nasze są, o ile skonstruowano je logicznie, działają na wyobraźnię zawierają interesującą opowieść. Średniowiecze? Proszę bardzo. Dowolnie wybrana kultura starożytna? Bierę. Dziewiętnastowieczna, wiktoriańska Anglia albo pogrążona w walce o wolność Polska? Może być. Jak widać, nie jestem szczególnie wybredna.

3) Ulubiona baśń

Kolejna zagwozdka. Osobiście nigdy nie miałam szczególnego sentymentu do baśni. Znaczy, owszem, doceniam i fascynuje mnie ich ogromne znaczenie dla europejskiego kręgu kulturowego, ale dla wrażliwej, małoletniej Moreni niespecjalnie przyjemne było obcowanie z opowieściami, w których ciągle ktoś kogoś morduje lub okalecza. Z kolei opowieści o najmłodszych braciach, którzy tylko dobrocią serca zdobywali wszystkie laury wydawały jej się strasznie naiwne. Wolała raczej te, w których sprytny bohater okpiwa antagonistów.

I była taka baśń, przeczytana w starej książce bez okładki. Nie pamiętam tytułu ani książki, ani baśni, wiem tylko, że był to jakiś zbiór polskich opowieści. Nie pamiętam całej treści, ale rzecz była o ex-żołnierzu (baśń osiemnasto- lub dziewiętanstowieczna, po opisie żołnierza sądząc), który od żebraka za okazaną dobroć dostał magiczny kostur i dwa inne fanty, a potem zasłynął sztuką wypasania stad zajęcy. Jakby ktoś kojarzył i podał tytuł, będę wdzięczna.

4) Klasyka, której nieznajomości wstydzisz się najbardziej

Nie wstydzę się nieznajomości klasyki! W końcu wszystko jest do nadrobienia.;)


5) Pięć klasycznych powieści, które zamierzasz przeczytać w najbliższym czasie

Mam o tym notkę.

6) Ulubiona współczesna powieść bazująca na klasyce

Kurczę, nie mam. Mało jest udanych (czyli takich, które mi się podobają - przyjmijmy na potrzeby tej notki) rettelingów klasyki, zwłaszcza w Polsce, gdzie w ogóle mieszanie klasyki z popkulturą jest źle widziane. Może parę opowiadań by się znalazło, ale i to raczej baśnie niż klasyka sensu stricte.

7) Ulubiona ekranizacja filmowa / serialowa

He, he... "Władca pierścieni". Biorąc pod uwagę, jak mało filmów ogląam, dobrze, że chociaż to się znalazło (zwłaszcza, że oglądanie ekranizacji klasyki niegatunkowej śmiertelnie mnie nudzi).

8) Najgorsza adaptacja klasyki

W sumie (z powodów wymienionych w poprzednim punkcie) nie mam takiego tytułu. Zwykle nie jestem w stanie dooglądać ekranizacji klasyki tak daleko, żeby stwierdzić, że to szajs czystej wody.

9) Ulubiona szata graficzna, którą chcesz mieć w kolekcji

Hm, ponieważ nikt klasyki fantastyki nie wydaje jakoś szczególnie kolekcjonersko (może z wyjątkiem Tolkiena), pozostaje mi wymienić magową serię Artefaktów. Co prawda nie wiem, czy tytuły z serii można w ogóle uznać za klasykę, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy.

10) Mało znana klasyka, którą chcesz polecić

Znowu polecę klasyką gatunkową i za Andrzejem Sapkowskim polecę "Zgubę smoków" Barbary Hambly.  Nie dość, że nietuzinkowe podejście do smoków i smokobójców, nie dość, że mocno zarysowane wątki feministyczne, to jeszcze bardzo sensowne smoki. A wszystko bardzo fajnie napisane. Aż przeczytałabym to jeszcze raz.

I to tyle.:) Nie nominuję nikogo, ale jeśli ktoś ma ochotę, może dołączyć.

wtorek, 18 października 2016

Cierpienia starego blogera

Przyznam wam się, że od jakiegoś czasu mam problem. I to problem narastający. Chodzi mianowicie o to, że tęsknię za czasami, kiedy nie miałam bloga. Tęsknię za niepisaniem notek. Tak po prostu.

Wydawałoby się, że rozwiązanie jest proste – no to nie pisz, zamknij kramik, podziękuj za uwagę i zajmij się czymś innym. Bo mam się czym zająć: chciałoby się narysować coś więcej, niż tylko szybki szkic, na które sobie pozwalam teraz, bo trzeba przecież napisać notkę, albo przeczytać książkę, bo nie ma o czym napisać notki. Chciałoby się wrócić do rękodzieła, albo poczochrać po prostu własne zwierzaki (tudzież napisać coś na zwierzakowego bloga, bo akurat tu nie odczuwam zmęczenia materiału). Tylko że wbrew pozorom to takie proste nie jest. 

Notkę od czapy ilustrują zdjęcia prosiaków, bo mogę.
Problem polega na tym, że ja wciąż lubię czytać. Ba, nawet czasem przyjemnie mi się pisze o tym, co przeczytałam. Tyle że prowadzenie bloga wymusza pewne tempo, którego już nie chcę i nie mam wewnętrznej potrzeby utrzymywać. Nawet z zakupami ostatnio wyhamowałam, bo potrzeba posiadania pewnych książek we mnie zamiera. Jasne, są tytuły, które pragnę nabyć, ale coraz częściej są to po prostu kolejne tomy jakichś serii czy cykli, albo nowe książki lubianych autorów. Złapałam się na tym, że przeglądając spisy nowości na dany miesiąc, robię to z myślą „co by kiedyś wypożyczyć z biblioteki” a nie „co by tu wziąć do zrecenzowania”. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że dana książka nie jest warta spinania się w celu terminowego doczytania jej (zresztą, najprawdopodobniej i tak mi się to nie uda).

Przy okazji – nie wiem jak innym, ale mnie jeśli coś w książce zainteresuje na tyle, żeby to narysować, to najlepiej mi się rysuje w trakcie czytania (mówiąc precyzyjniej, przerywam wtedy czytanie na rzecz rysowania), a nie po przeczytaniu i napisaniu recki. Co potrafi ogólny czas czytania znacznie wydłużyć, jeśli takich „cosiów” zdarzy się kilka. A ze jednak terminy gonią, to zwykle rezygnuję z rysowania. Nie chcę już rezygnować. 


Przy tym wszystkim ja ciągle blogowanie lubię – choć akurat najmniej te jego część związaną z pisaniem notek.;) Poza tym włożyłam w to miejsce zbyt wiele pracy, czasu i uczucia, żeby tak po prostu je porzucić (nie wiem, czy kiedykolwiek byłabym w stanie to zrobić, bo mam w sobie ogromną niechęć do zmian). Ale coraz bliższa jest mi idea, nazwijmy to, slow readingu (wiem, koszmarek) – czytam kiedy chcę, ile chcę i co chcę. Bez maratonów i narzucania tempa, bo notkę napisać trzeba.

Podsumowania nie będzie, bo nie wiem, o w związku z powyższym. Mam zamiar zastanowić się do końca roku. Bo jeśli chcę (a chcę) dalej prowadzić bloga, to nie bardzo mogę sobie pozwolić na pójście na żywioł i pisanie spontaniczne. Z tego względu, że wtedy powstawałaby jedna notka na miesiąc i większość z nich to byłyby stosiki, a nie to było celem założenia tego bloga. Na chwilę obecną możecie się spodziewać, że czasem notki może nie być. Tak po prostu.

piątek, 14 października 2016

"Spalić wiedźmę" Magdalena Kubasiewicz

Czasem zdarza się tak, że książka wygląda na taką, która powinna ci się spodobać. Wydawnictwo z tych zaufanych (autorki co prawda nie znasz, bo to jej debiut, ale c’mon, nie można czytać tylko autorów, których się już zna. Pula szybki się skończy), blurb zachęcający, nawet fragment wygląda niczego sobie, choć widać, że mamy do czynienia z pozycją czysto rozrywkową. W necie recenzje też raczej pozytywne, więc sięgasz bez większych obaw. I się rozczarowujesz.

Stanowisko Pierwszej Czarownicy Polanii wymaga oczywiście potężnej mocy, ale również pewnego dyplomatycznego obycia, taktu i biegłości w poruszaniu się wśród dworskich intryg. Dlatego też jedną z największych tajemnic pozostaje, dlaczego stanowisko to otrzymała Sara Weronika Sokołowska, która z powyższych cech ma tylko pierwszą. Dzika, żywiołowa, arogancka i nielicząca się z opinią innych nie zjednuje sobie sympatii dworzan ani kolegów po fachu. Tymczasem w mieście stołecznym Krakowie zaczynają się dziać bardzo niepokojące rzeczy. Czy Sara sobie z nimi poradzi?

Cóż, mój główny problem z tą książką polega na tym, że szczerze nie cierpię głównej bohaterki. Sara Sokołowska należy do tego typu bohaterek, którym dość szybko zaczynam życzyć wszystkiego najgorszego. Do króla, który co prawda jest od niej młodszy, ale jednak jest jej przełożonym, zwraca się zawsze z lekceważeniem – to takie fanfikowe podejście, kojarzące mi się z super fajnymi (niestety, tylko w mniemaniu autorek) bohaterkami, którym nikt nie podskoczy, bo chroni je aura imperatywu narracyjnego. W ogóle Sara będąc kobietą dorosłą i, jak mamy zasugerowane w treści, po przejściach, zachowuje się jak rozwydrzona nastolatka (żeby było zabawniej, ubiera się też jak nastoletnia metalówa, a obserwatorzy często biorą ją za młodszą, niż jest w rzeczywistości. Tak bardzo kojarzy mi się to z kolejnymi pytaniami w przeróżnych testach na Mary Sue), co nawet w pewnym momencie wytyka jej jedna z postaci. Oczywiście autorka próbuje nam to jakoś racjonalizować, że niby bohaterka taka po przejściach i odpycha wszystkich, bo jak się nie daj boże do kogoś przywiąże, to… no właśnie jeszcze nie wiadomo, co. Być może byłoby wiadomo po kolejnych tomach, ale na chwilę obecną ta świadomość jakoś nie pomaga mi przejmować się losami wiedźmy. Bo tu i teraz to mamy postać, która chyba miała być typową antybohaterką, niezrozumianą, samotną, o trudnym charakterze, ale wykonującą swoją pracę sumiennie i czasem metodami, które ogółowi mogłyby się nie spodobać. A wyszedł nam arogancki babsztyl przekonany o swojej nieomylności. To zdecydowanie nie jest mój ulubiony typ protagonisty, cóż poradzę.

Dobrze, wyżaliłam się, możemy przejść dalej. Najciekawszym moim zdaniem aspektem książki jest świat przedstawiony. Wizja współczesnego w gruncie rzeczy świata, w którym magia jest elementem codzienności od zawsze bardzo do mnie przemawia. Zwłaszcza, że autorka włożyła sporo pracy, aby swój świat zróżnicować. I tak wiemy na przykład, że mimo szacunku i piastowania przez magów wysokich stanowisk, ciągle istnieje groźba, że niemagiczna część społeczeństwa zareaguje zbyt nerwowo na ten czy inny rodzaj magii. I że wcześniej już takie rzeczy się zdarzały. Fajna jest taka dywersyfikacja, pokazywanie, że nawet magiczny świat nie jest wolny od fobii i uprzedzeń. Tym bardziej żal, że tak naprawdę niewiele z niego autorka pokazała, bo skupiając się na jednych aspektach, nieco zaniedbała inne. Chętnie poczytałabym o tym, jak magia wpłynęła na życie codzienne mieszkańców chociażby. Cóż, może innym razem.

Postacie drugo- i dalszoplanowe wypadają raczej pozytywnie. Sam król Polanii, Julian (miałam trakcie lektury dojmujące wrażenie, że ktoś jest wielkim fanem „Pingwinów z Madagaskaru”), to całkiem sensowny facet, koronowany w młodym wieku i mimo upływu lat ciągle jeszcze niepewnie się czujący w pewnych aspektach sprawowania władzy. Poza nim interesującą (choć ledwie zarysowaną) postacią jest nie-mentorka Sary oraz grono innych potężnych magów, zajętych oczywiście wewnętrznymi intrygami. No i jest Smok Wawelski. Niemniej, nie da się ukryć, że „Spalić wiedźmę” to przedstawienie jednej aktorki.

Właściwie, to gdyby nie irytująca bohaterka, „Spalić wiedźmę” byłoby przyjemną lekturą. Zwłaszcza, że autorka wplotła w intrygę wiele nawiązań do baśni, słowiańskich wierzeń i krakowskich legend, a wszystko napisała całkiem strawnym językiem. Pewnie po tom drugi też bym sięgnęła, gdyby się pojawił, ale raczej z ciekawości, czy głównej bohaterce zmienił się charakter i czy zobaczę więcej świata przedstawionego. Podsumowując: nie polecam i nie odradzam, bo książka uwiera mnie w sposób mocno subiektywny. Zdecydujcie sami, czy was też będzie uwierać.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations

Tytuł: Spalić wiedźmę
Autor: Magdalena Kubasiewicz
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2015
Stron: 284

wtorek, 11 października 2016

"Rój" Laline Paull

Animal fantasy nie jest w Polsce gatunkiem szczególnie popularnym (jeśli będę kiedyś pisać notkę o najmniej popularnych gatunkach fantastyki, to pewnie znajdzie się w ścisłej czołówce). Mimo tego od czasu do czasu coś się u nas wydaje, nierzadko unikając zręcznie etykiety „fantastyka” na książce. Przy czym opowieści o pszczołach czy mrówkach zawsze mają jakby łatwiej, bo można a priori do nich przypiąć etykietkę „metafora totalitaryzmu” i raczej nikt się nie przyczepi. Przy czym ja animal fantasy bardzo lubię i trochę ubolewam nad faktem, że u nas wydawcy albo wcale nie porywają się na gatunek, albo muszą kombinować z klasyfikacją. Ale z „Rojem” mam problem.

W ulu właśnie wykluwa się pszczoła. Flora 717 wygryzła się ze swojej komórki i stawia pierwsze kroki, chłonąc informacje czułkami i nogami, wprost z plastra, którego dotyka. Choć urodziła się w najniższym rodzie sprzątaczek, ma przed sobą niezwykła przyszłość – będzie mogła pełnić funkcje, do których zazwyczaj pszczoły z jej rodu nie są dopuszczane, pozna tajemnice intryg i ula, a także piękno kwiatów poza nim. Oraz coś, na co nigdy nie zdobyłaby się żadna robotnica – piękno macierzyństwa.

Wiecie, wobec animal fantasy (definiowanej ogólnie jako książki o zwierzętach z perspektywy zwierząt, zawierające pewne elementy uczłowieczania, ale nie będące oczywistą metaforą) mam bardzo konkretne oczekiwania. Oczekuję mianowicie, że autor napisze mi coś w rodzaju fanfika do rzeczywistości: wypełni fantastyczną opowieścią to, co już opisała biologia. Richard Adams na przykład zwykłą migrację młodych króliczych samców w poszukiwaniu nowego terytorium wypełnił questem o wszystkich znamionach rasowego fantasy, pozostając przy tym w zgodzie z przyrodniczymi podstawami. To dla mnie bardzo istotne, bo w przeciwnym razie pęka mi kołek niewiary i nie mam jej na czym zawiesić.

I przy „Roju” pękł. Już na samym początku. Bo widzicie, autorka wymyśliła sobie społeczeństwo skrajnie kastowe, w którym to urodzenie w danym rodzie definiuje, co pszczoła przez całe życie będzie robić. Tymczasem rzeczywistość jest nieco inna. Bo pszczeli rój jest co prawda ściśle kastowy, ale jest to kastowość bardzo liberalna – status i zajęcie wykonywane przez robotnicę definiuje jedynie… jej wiek. Z tą wiedzą bardzo kiepsko czytało mi się o kaście opiekunek przez całe życie nadzorujących larwy czy sprzątaczkach nic innego nigdy nie robiących, tylko czyszczących ul. Zwłaszcza, że gdyby autorka trzymała się faktów, to właściwie większość intrygi z powieści nie miałaby racji bytu. A poza tym królowa, która kopuluje tylko z jednym samcem raczej nie jest w stanie stworzyć roju, który przetrwa zimę.

Poza tym, szczerze mówiąc, Flora 717 jest bohaterką tak wyjątkową, że aż niedobrze się robi. Jest większa i silniejsza od innych pszczół, ma nietypowy wygląd i pochodzenie, potrafi wytwarzać wosk i mleczko, chociaż nie powinna i oczywiście składa jaja. Jasne, to jest postać sympatyczna i interesująco napisana, czytelnik bardzo się angażuje w jej historię, ale kiedy autorka odkrywa kolejną nietypową cechę, to w pewnym momencie pozostaje już tylko przewrócić oczami.

Tyle że przy tych wszystkich wadach (umówmy się, że to jest jednak literatura piękna i niezgodność ze stanem naukowej wiedzy to nie jest obiektywna wada) „Rój” jest naprawdę dobrze napisaną książką. Widać, że tam, gdzie jej to pasowało do wizji, autorka starała się jak najwierniej podążać za pszczelą biologią, wzbogacając ją dodatkowymi elementami. Na przykład bardzo podoba mi się pomysł opisania więzi łączącej robotnice z królową jako głębokiej religijnej wiary – wypadło to bardzo wiarygodnie, zwłaszcza, że i w przekładzie tłumacz starał się wzmocnić ten przekaz. Ogólnie, jeśli chodzi o warstwę fabularną, to nie mam zastrzeżeń.

„Rój” nieco mnie rozczarował – co tym bardziej boli, że jest to rozczarowanie czysto subiektywne i obiektywnie oraz warsztatowo do książki nie można się przyczepić. Z pewnością, jeśli autorka jeszcze coś napisze, pochylę się nad tym z zainteresowaniem. Tymczasem jednak polecam, bo to dobrze napisana powieść jest. Nie dajcie się tylko nabrać na hasła reklamowe typu „połączenie „Folwarku zwierzęcego” z „Rokiem 1984””, bo to nie jest żadna metafora niczego moim zdaniem. To po prostu opowieść o społeczności, w której każdy osobnik musi działać jak komórka w organizmie – ściśle według wyznaczonych zadań. Bo inaczej wszyscy umrą.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka.

Tytuł: Rój
Autor: Laline Paull
Tytuł oryginalny: The Bees
Tłumacz: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 384

sobota, 8 października 2016

Na co poluje Moreni: październik 2016

Październik jest kolejnym miesiącem, w którym nie ma żadnego tytułu, który koniecznie chciałabym sobie kupić. Za to jest sporo ciekawych pozycji, które chciałabym przeczytać.

Ale zanim do rzeczy, jeszcze słowo o spadkowiczu. "Gamedec: Granica rzeczywistości" Marcina Przybyłka ukazał się 4 października.

Chcę przeczytać

"Czerwony prorok" Orson Scott Card
4 październik

Jeszcze co prawda nie czytałam tego cyklu, ale raz, że pierwszy tom też wylądował w tym cyklu notek, a dwa, że naprawdę mam zamiar to kiedyś przeczytać.

Nie wszystko jest takie, jakim się wydaje w alternatywnej Ameryce, gdzie ludowa magia naprawdę działa. I z pewnością wiele kryje w sobie Lolla-Wossiky, wiecznie pijany Shaw-Nee. W wieku jedenastu lat był świadkiem, jak biali ludzie mordują jego ojca. To przeżycie sprawiło, że stał się żałosnym pijakiem, który nie potrafi się wyrwać z uzależnienia od whisky. Kiedy jednak wyrusza na północ w poszukiwaniu swej bestii snów, wędrówka może uleczyć go z „czarnego szumu”, który od czasu śmierci ojca przenika jego umysł.
Podróż i przeżycia na Terytorium Wobbish na zawsze odmienią życie Lolli-Wossiky. Zapity Czerwony stanie się mądrym i potężnym Czerwonym Prorokiem, który wraz ze swym bratem, Ta-Kumsawem, jednoczy plemiona Indian, zagrożonych ekspansją Białych

"Dzieci Norwegii" Maciej Czarnecki
5 październik

Temat norweskiej opieki społecznej zabierającej dzieci rodzicom był swego czasu sensacją w mediach. Przydałby się jakiś zrównoważony głos, który naświetliłby go z różnych perspektyw, możliwie całościowo. Mam nadzieję, że ta książka właśnie tak go przedstawia.

Choć pięciomilionowa Norwegia przyciąga Polaków wysokimi zarobkami i poziomem życia, na idealnym obrazie tego kraju jest rysa. Barnevernet – instytucja siejąca postrach, przed którą imigranci z Europy Wschodniej ostrzegają się na forach internetowych: zabiera dzieci, rozdziela rodziny, posądza rodziców o niestabilność psychiczną, podburza małoletnich do zeznawania przeciwko bliskim.
Czy jednak na pewno wszystko jest czarno-białe? Jaki związek z Barnevernet miał Anders Breivik? I dlaczego detektyw Rutkowski w norweskiej prasie nazywany jest Rambo? Maciej Czarnecki przedstawia obie strony medalu, zamiast czerni i bieli ukazując całą gamę szarości i oddając głos norweskim pracownikom społecznym, rodzicom zastępczym, ekspertom. Przede wszystkim jednak słucha uważnie i dokumentuje dzieje rodziców i odebranych dzieci. Jego książka to wstrząsający reportaż o tym, jak cienka potrafi być granica między rajem a piekłem.

"Prawdodziejka" Susan Dennard
12 październik

Niby nic szczególnego, ale wygląda na sensowne i przyjemne młodzieżowe fantasy. Lubię czasem takie poczytać. Choć przyznam, że wzmianki o szukaniu wolności sprawiają, że wizualizuję sobie bohaterki a'la księżniczki Disneya z lat dziewięćdziesiątych.

Safiya i Iseult, młode czarodziejki, znów wpadły w tarapaty. Muszą uciekać. Natychmiast.
Safi jest jedyną w Czaroziemiach prawdodziejką, zdolną zdemaskować każde kłamstwo. Swój dar trzyma w sekrecie, inaczej zostanie wykorzystana w konflikcie między imperiami. Z kolei prawdziwe moce Iseult są tajemnicą nawet dla niej samej. I lepiej, żeby tak zostało.
Safi i Iseult pragną jedynie wolności. Niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem. Zbliżają się niespokojne czasy, wojna wisi w powietrzu i nawet sojusznicy nie grają fair. Przyjaciółki będą walczyć z władcami i ich najemnikami. Niektórzy posuną się do ostateczności, by dopaść prawdodziejkę.

"Harry Potter i przeklęte dziecko" - Joanne K. Rowling
22 październik

Lubię cykl o Harrym Potterze, więc z chęcią poznam jego bardziej dojrzałą odsłonę. A ponieważ nie przepadam za czytaniem dramatów, to nie znalazł się w sekcji "must have".

Ósma historia. Dziewiętnaście lat później.
"Harry Potter i Przeklęte Dziecko Część Pierwsza i Druga", nowa historia autorstwa J.K. Rowling, Jacka Thorne’a i Johna Tiffany’ego, w adaptacji scenicznej Jacka Thorne’a, to pierwsza autoryzowana sztuka teatralna ze świata Harry’ego Pottera. Światowa premiera spektaklu odbędzie się na londyńskim West Endzie 30 lipca 2016.
Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym.
Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.

"Opowiadania zebrane" t. 2 Frank Herbert
 25 październik

Skoro interesował mnie pierwszy tom opowiadań, to i drugi umieszczam w zestawieniu.

Opowiadania zebrane Franka Herberta to pierwsze w naszym kraju tak obszerne wydanie krótkich form prozatorskich autora Diuny.
Zgromadzone w dwóch tomach utwory – aż czterdzieści! – są, można śmiało powiedzieć, bezcenne. To właściwie przekrój zainteresowań pisarza, które znalazły później odzwierciedlenie w jego najwybitniejszym dziele – „Kronikach Diuny”. Polski czytelnik ma dzięki temu wyjątkową szansę poznać najważniejsze tematy twórczości Herberta, obserwować, jak się one zmieniały, śledzić rozwój jego stylu i przyglądać się ewolucji jako pisarza – jednego z największych mistrzów fantastyki naukowej, gatunku sięgającego czasów Lukiana z Samosat.
„Wytrwać w tej pracy pomagało mi przeświadczenie, że mój trud może być przydatny dla innych osób, które pragną się poświęcić pisarstwu”.
- ze Wstępu

"Rozjemca" Brandon Sanderson
26 październik

Dawniej znany jako "Siewca wojny", czyli kolejny nowy-stary Sanderson. Niektórzy uważają, że to jego najgorsza książka, ale w sumie chętnie się przekonam, czy mają rację.

"Rozjemca" to opowieść o dwóch siostrach, które urodziły się księżniczkami, o Królu-Bogu, który ma poślubić jedną z nich, pomniejszym bóstwie, które nie wierzy w siebie, i o nieśmiertelnym człowieku starającym się naprawić błędy, jakich dopuścił się setki lat temu. W ich świecie ci, którzy zginęli w chwalebny sposób, powracają jako bogowie i żyją w zamknięciu w stolicy Hallandren. W tym samym świecie o potędze magii stanowi moc zwana Biochromą, oparta na Oddechach, które można zbierać jedynie pojedynczo od konkretnych osób. Dzięki Oddechom i czerpaniu koloru z nieożywionych przedmiotów Rozbudzający są w stanie zarówno dopuszczać się nikczemności, jak i tworzyć cuda. Siri i Vivenna, księżniczki Idris; Dar Pieśni, zniechęcony bóg odwagi, Król-Bóg Susebron i tajemniczy Vasher - Rozjemca, zetkną się z jednymi i drugimi

"Bóg pośród ruin" Kate Atkinson
26 październik

Jest to powieść, że tak powiem, osadzona w uniwersum książki "Jej wszystkie życia" (bo trudno powiedzieć, żeby powieść będąca opowieścią o życiu młodszego o kilka lat brata bohaterki była "kontynuacją", jak chce wydawca). Co prawda "Bóg pośród ruin" niekoniecznie porusza tematy, które mnie interesują, ale z sentymentu do poprzedniej ksiązki, chciałabym go przeczytać.

Czy mamy prawo decydować o swojej śmierci?
Bóg pośród ruin to kontynuacja powieści Jej wszystkie życia. Bohaterem jest młodszy brat Ursuli, Teddy – niedoszły poeta, pilot bombowca RAF-u, mąż, ojciec i dziadek. Mężczyzna musi stawić czoła niebezpieczeństwom i wyzwaniom XX wieku. Szuka odpowiedzi na pytania: jak ułożyć sobie życie, którego nie spodziewał się przeżyć? Co zrobić z przyszłością, na którą nie liczył?
Z prawdziwie epickim rozmachem, na przestrzeni niemal stu lat, Atkinson analizuje emocjonalne skutki działań wojennych. Opisuje ostateczny upadek człowieka i wpływ wojny na tych, którzy w niej nie uczestniczyli. Rozprawia się z trudnymi moralnie kwestiami, takimi jak decyzja o śmierci, eutanazja i sens wojny.
To wzruszający zapis zmagań z losem zwykłego człowieka, którego przeznaczeniem było żyć w niezwykłych czasach.
W 2015 roku powieść Bóg pośród ruin została nagrodzona Costa Book Award.
Powieść o wojnie i o długich cieniach rzucanych przez nią na pokolenia, które jej nie doświadczyły … Najlepsza w dotychczasowym dorobku autorki
The Guardian


Dodatkowo

"Harry Potter i Komnata Tajemnic" J. K. Rowling
5 pażdziernik

Mam ogromny sentyment do serii potterowskiej, więc chciałabym zwrócić waszą uwagę na fakt, że właśnie wyszedł drugi tom kolekcjonerskiego, ilustrowanego wydania.;)

Po znakomitym przyjęciu ilustrowanej wersji Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego przyszedł czas na kolejną odsłonę przygód młodego czarodzieja z ilustracjami Jima Kaya.
W Hogwarcie niczego nie można brać za pewnik. To, co było uważane za mroczną, ale nieszkodliwą legendę, staje się źródłem zagrożenia. Ten, który wydawał się przyjacielem, staje się wrogiem. Taki los spotkał czterech założycieli Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Od tamtego czasu minęło wiele lat, jednak pamięć o Komnacie Tajemnic stworzonej przez Salazara Slytherina nie zginęła.
To zupełnie tak jak w naszym wydawnictwie. Nie zapominając o poprzednim wydaniu drugiej części przygód Harry’ego Pottera, postanowiliśmy pokazać fanom historię tego nadzwyczajnego chłopca w zupełnie nowej szacie graficznej – z ilustracjami doskonale znanego potteromaniakom Jima Kaya. Wydanie zostało przejrzane i poprawione przez tłumacza, Andrzeja Polkowskiego


"Wodnikowe Wzgórze" Richard Adams
13 października

Uwielbiam tę książkę, nawet mam stare wydanie Muzy (borze szumiący, jak ja się cieszyłam, kiedy wygrzebałam je w supermarkecie za dyszkę). Na blogu, u zarania jego dziejów pojawiła się nawet nocia. Ale ilustrowane wydanie w twardej oprawie to ogromna pokusa. Wiecie, postawić na półce takie coś... A i przeczytać ponownie by się przydało, bo zastanawiam się, czy mi się przez te z górką dziesięć lat zdanie o książce nie zmieniło... Cóż, idą święta, zbliżają się urodziny, będzie okazja.;)

Uniwersalna opowieść o odwadze i woli przetrwania
Klasyka porównywana i stawiana na półkach obok Hobbita Tolkiena i cyklu o Narnii Lewisa
Bez dzieła Adamsa nie byłoby Harry’ego Pottera
Źle się dzieje w królikarni Sandleford. W miejscu, w którym króliki wiodą spokojny żywot, ma powstać nowe osiedle. Wygodne nory i zielone łąki zostaną unicestwione.
Nie jest łatwo opuścić swój dom. Stado kłapouchów pod wodzą dwóch niezłomnych braci – Piątka i Leszczynka – musi jednak wyruszyć w podróż w poszukiwaniu nowego miejsca na ziemi. Tak rozpoczyna się królicza epopeja. Nie trzeba dodawać, że po drodze naszych bohaterów czeka  mnóstwo przygód i jeszcze więcej niebezpieczeństw.
Wodnikowe Wzgórze to książka, którą pokochały miliony czytelników na całym świecie. Richard Adams stworzył dzieło uniwersalne, trafiające do serc wszystkich czytelników, bez względu na wiek. W świecie Adamsa króliki mają imiona, zorganizowaną społeczność, obyczaje, własną mitologię, język, a nawet poezję. Mają też coś absolutnie wyjątkowego – dar przewidywania przyszłości.
Andrzej Sapkowski wymienia Wodnikowe Wzgórze jako jedną ze 100 najważniejszych powieści fantastycznych wszech czasów. Do miłośników tej książki należą również Stephen King i J. K. Rowling. Dzieło Adamsa zostało zekranizowane, przeniesione na deski teatralne, przerobione na grę komputerową i słuchowiska radiowe. Ponadto prace nad nowym serialem opartym na Wodnikowym Wzgórzu rozpoczęły Netflix i BBC.
Nowe wydanie Wodnikowego Wzgórza w Wydawnictwie Literackim zdobią piękne ilustracje włoskiego artysty Alda Gallego.
„Jeżeli w księgarni nie ma miejsca dla Wodnikowego Wzgórza, to znaczy, że literatura dla dzieci umarła” „The Economist”
„Kreując idealnie osobną rzeczywistość, autor z niespotykaną głębią, jakby mimochodem, komentuje relacje międzyludzkie” „The Guardian”


"Świat Dysku Terry'ego Pratchetta do kolorowania" Paul Kidby, Terry Pratchet
25 pażdziernik

Jakkolwiek do kolorowanek nie mam stosunku szczególnie entuzjastycznego (fajne, ale bez przesady), tak czasem ukazuje się coś wielce interesującego. Taki Świat Dysku widzę wielce interesującym. Kolorowałabym.

Paul Kidby, doborowy grafik sir Terry'ego Pratchetta, stworzył ilustracje do „Ostatniego bohatera”, od roku 2002 projektował okładki powieści ze świata Dysku, a także jest autorem znakomitego albumu „Sztuka Świata Dysku”. Jeśli pióro Terry'ego Pratchetta powołało jego postaci do życia, to pędzel Paula Kidby'ego pozwolił im je przeżywać.
„Świat Dysku Terry’ego Pratchetta do kolorowania” zawiera czarno-białe rysunki oparte na jego niezwykle popularnych obrazach, a także oryginalne prace, stworzone wyłącznie dla tej książki. Pojawiają się tu takie ikoniczne dyskowe osobowości jak babcia Weatherwax, Sam Vimes, nadrektor Ridcully, Rincewind, Tiffany Obolała i oczywiście ŚMIERĆ. „Świat Dysku Terry’ego Pratchetta do kolorowania” to obowiązkowa lektura (?) dla wszystkich fanów Świata Dysku.

wtorek, 4 października 2016

Stosik #84


Wrześniowy stosik nie jest szczególnie imponujący. Ale, szczerze mówiąc, jakoś mi to nie przeszkadza. Zdecydowanie przestawiam się ostatnio na minimalizm.


Cztery sztuki. Na górze jedyny ebook i jedyny egzemplarz recenzencki w zestawieniu, od Prószyńskiego i s-ki - "Rój" Laline Paull. Będę go w najbliższym czasie czytać.

Dalej mamy coś, co przytargałam z biblioteki. "Przystań wiatrów" niedawno wznawiał Zysk, a tu proszę, znalazłam stare, ale jare wydanie w bibliotece. To recenzowanie nowości, czy jednak staroci?;)

A na koniec dwa tomy "Świata Dysku" z pratchettowej kolekcji. Zarówno "Piramidy", jaki i "Pomniejsze bóstwa" już czytałam.

I tyle tym razem. Za miesiąc będzie więcej.

piątek, 30 września 2016

"Triumf owiec" Leonie Swann

Nigdy nie ukrywałam, że lubię książki o zwierzętach. Zarówno te non-fiction, jak i te z gatunku nazywanego na zachodzie bodajże animal fantasy (pośrednie, czyli zwykła zmyślona beletrystyka interesuje mnie nieszczególnie). Dlatego też pierwszą powieść Leonie Swann o detektywistycznych owcach przeczytałam, jak tylko wpadła mi w łapki i po lekturze postanowiłam przeczytać też drugą, która mi jednak w łapki nie chciała wpaść. No ale w końcu ją zdobyłam i przeczytałam. I niestety, nie trzyma poziomu pierwszej.

Zgodnie z testamentem ojca, Rebeka zabrała owce na wycieczkę do Europy. Jednak owcom Europa nie za bardzo się podoba. Zwłaszcza teraz, kiedy wszędzie leży śnieg, jest zimno i nigdzie nie widać świeżej trawy. Górujący nad pastwiskiem zamek też im się nie podoba, ani towarzystwo kóz (śmierdzą i chyba nie mają wszystkich klepek). Ale najbardziej im się nie podoba nocne wycie. I te rozszarpane sarny, znajdowane w lesie zaraz obok pastwiska. I legendy o wilkołaku. To wszystko jest jakieś podejrzane.

Wiecie, co jest największym problemem tej książki? Że nie zaczyna się od trupa. Poprzednia część właśnie tak się zaczynała i akcja od razu jako tako toczyła się do przodu, coś się działo. „Triumf owiec” natomiast zaczyna się jakieś dwieście stron zanim pojawi się pierwszy trup. Te dwieście stron jest niepotrzebne. Wróć, może inaczej – tylko niewielka część z tych dwustu stron w jakikolwiek sposób popycha akcję do przodu. Reszta niby ma budować napięcie, ale tak naprawdę jedynym, co buduje, jest bolesna nuda czytelnika.

Być może jest to wina samych owiec. Bo mam wrażenie, że autorka chciała (być może w odpowiedzi na sugestie czytelników) pokazać więcej z ich życia. I o ile owce zostały sportretowane przez Swann bardzo celnie, to jednak, nie oszukujmy się, na co dzień nie są szczególnie ekscytującymi zwierzętami. I czytanie przez dwieście stron de facto o ich życiu na pastwisku też szczególnie ekscytujące nie jest.

Acz sama kreacja owczych bohaterów jest bardzo przyjemnie poprowadzona. Owce (przynajmniej niektóre) mają własne charaktery i choć większość z nich według ludzkich standardów rozumem nie grzeszy, to nie da się ich nie lubić. Bohaterowie ludzcy zaś… są nieco irytujący. Ale sądzę, że to celowy zabieg – w końcu wiele z ludzkich działań wydaje się owcom zbędne, niezrozumiałe i irytujące właśnie.

Cóż, jeśli Leonie Swann napisze jeszcze jakąś książkę o owcach, to zapewne ją przeczytam. Pod dwoma warunkami. Po pierwsze: możliwie szybko musi się pojawić trup. A po drugie: całość nie może mieć więcej niż czterysta stron.

Tytuł: Triumf owiec. Thriller... a zarazem komedia filozoficzna
Autor: Leonie Swann
Tytuł oryginalny: Garou: Ein Schaf-Thriller
Tłumacz: Maciej Nowak-Kreyer
Cykl: Sprawiedliwość owiec
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2010
Stron: 464

wtorek, 27 września 2016

Zmyślenia #34: Irytujące praktyki pisarzy

Jakiś czas temu narzekałam na irytujące praktyki wydawnictw. Dość naturalne wydaje się pociągnięcie tematu (miałam to zrobić dawno temu oczywiście, ale jestem ciężkim przypadkiem nieogaru). Bo przecież nie tylko wydawcy irytują czytelników – równie często, jeśli nie częściej, robią to autorzy.

Przy czym, jak zwykle, pragnę zauważyć, że jest to całkiem subiektywny wybór praktyk irytujących mnie. Innych może irytować coś zupełnie innego, więc jak ktoś ma coś do dodania, to jak najbardziej jestem otwarta na dyskusję. Tymczasem lecimy.

1. Niekończenie serii
Ja wszystko rozumiem. Wiem, że po kilkunastu niekiedy latach pisania jakiegoś cyklu można kompletnie stracić o niego zapał i sympatię. Wiem, że w pewnym momencie można się po prostu znudzić, a w polskich realiach zaliczki wydawców nie zachęcają do łupania kolejnych tomów. No i w końcu pisanie to jednak rodzaj sztuki (a przynajmniej tzw. zajęcia kreatywnego) i wymaga głębszego zaangażowania niż, powiedzmy, układanie kostki brukowej. 

Notkę będą ilustrować losowe fotki moich książkowych glacjałów.
Ale to wszystko nie zmienia faktu, że niekończenie cykli pozostaje irytujące. Bo widzicie, wychodzę z założenia, że autor, pisząc tom pierwszy jakiejś większej całości, coś mi, jako czytelnikowi obiecuje. Jasne, płacę tylko za pierwszy tom i pierwszy (czy tam kolejny, który akurat wychodzi) dostaję, ale istnieje obietnica dalszej opowieści, która być może jest jednym z silniejszych przesłanek, aby w ogóle dokonać zakupu poprzednich części. Więc nie dostając zakończenia, czuję się oszukana kłamliwą reklamą.

I pół biedy jeszcze, kiedy każdy tom cyklu stanowi zamkniętą całość – wtedy autorowi łatwiej wybaczyć. Ale z mojego doświadczenia wynika, że tendencję do porzucania swoich opowieści mają właśnie autorzy, którzy rozbijają ją równomiernie na wszystkie planowane tomy. Wstyd.

2. Lobotomia imperatywem
Czasami autor ma pomysł na świetną scenę czy wątek. No po prostu super plot twist, myśli sobie autor. Problem polega na tym, że żaden z jego bohaterów nie nadaje się, aby w takiej scenie wziąć udział. Żaden bowiem nie ma odpowiedniego charakteru, żeby wypaść w niej naturalnie. Rozsądny autor w tym momencie ciężko wzdycha i odkłada pomysł do wykorzystania w jakimś innym dziele. Niestety, nie wszyscy są rozsądni. Niektórzy są tak oczarowani swoim geniuszem, że wolą rozwalić budowaną niekiedy przez kilka tomów konstrukcję postaci, żeby tylko daną scenę napisać. A to zawsze jest strzał w kolano.

Przyznam szczerze, że taka dezynwoltura charakterologiczna jest charakterystyczna głównie dla fanfików. Niestety, zdarza się też uznanym autorom. Na przykład takiej Mai Lidii Kossakowskiej. Która jednej z bohaterek swojego cyklu anielskiego kazała zmienić się z rozgarniętej, zdolnej i empatycznej, choć z racji izolacji niedoinformowanej dziewczyny w bezwolną, głupiutką lalę, która wszystko, co jej powiedzą łyka jak młody pelikan. A to wszystko po to, żeby wykorzystać ją w jednej scenie, która w ostatecznym rozrachunku niewiele wnosiła. 


3. Seryjna nekromancja
Nie chodzi tu bynajmniej o wskrzeszanie bohaterów – to czasem da się zrobić sensownie. Chodzi o dopisywanie kolejnych tomów do tych serii, których definitywne zakończenie wcześniej się deklarowało. To nigdy nie kończy się dobrze (a przynajmniej ja nie znam takiego przypadku).

Widzicie, rozumiem eksploatowanie świata. To czasem nawet fajnie wychodzi, zwłaszcza, jeśli autor w jakiś tam sposób planował dalsze wykorzystanie świata. To poszerza możliwości opowiadanych historii i pozwala fanom dowiedzieć się więcej o obiekcie fanostwa.

Żal mam raczej do tych autorów, którzy po kilkunastu latach postanawiają dopisać kolejny tom to historii, w której zakończenie nie za bardzo pozostawiało jakiekolwiek pole manewru. Takie rzeczy nigdy nie prezentują literackiego poziomu co najmniej zbliżonego do oryginalnej serii. A ponieważ często są gorsze i kalają wspomnienia czytelników… Cóż, boli. 


4. Branie czytelnika za idiotę
Może przybierać różne formy. Albo autor przypomina nam po pięć razy na rozdział jakąś informację, albo tłumaczy rzeczy najprostsze. W każdym razie ja zawsze mam ochotę zakląć szpetnie, kiedy autor na przestrzeni dwóch akapitów pięć razy powtarza informację, że na padoku śmierdzi (tak, zrozumiałam za pierwszym razem. Nie, powtarzanie tego w kółko nie wzmacnia efektu) a któryś z bohaterów jest dowódcą jednostki (nie mam pamięci złotej rybki, nie zapomnę przez pół stroy). Nie lubię, kiedy traktować mnie jak durnia.

Po części mam wrażenie, za taką manierę pisarska odpowiedzialne są te wszystkie kursy kreatywnego pisania. Tam bowiem uczy się, że zdania mają być krótkie, słownictwo proste, a kluczowe informacje należy od czasu do czasu powtarzać. Niestety, często przybiera to formy niestrawne dla czytelnika bardziej wyrobionego. 


5. Niekonsekwencja światotwórcza
Coś jak w punkcie o lobotomii imperatywem, tylko w odniesieniu do tworzonego świata. I spotykane zwłaszcza w cyklach.

Widzicie, zdarza się czasem, że autor opisze sposób działania jakichś rzeczy, aby w następnym tomie wyjaśnić go zupełnie inaczej. Wiecie, ja rozumiem, że być może autor w międzyczasie wpadł na sensowniejszy pomysł i chciał go wprowadzić (a w kolejnym wydaniu wszystko zostanie ujednolicone), ale przydałoby się chociaż w przedmowie wyjaśnić taką decyzję. Bo w przeciwnym razie fani serii, którzy są z nią od samego początku, poczują niesmak. A już zupełnie żenujące są sytuacje, kiedy autor zmienił jakieś prawidła świata tylko dlatego, że zapomniał, jak je wcześniej opisał…

Szczerze mówiąc, znalazłoby się jeszcze parę irytujących rzeczy. Ale najczęściej są związane z niedostatkami warsztatu pisarskiego i myślę, że nie ma sensu się nad nimi rozwodzić. Niedostatki warsztatu bowiem mówią same za siebie. No, chyba że macie ochotę jednak się porozwodzić w komentarzach, to nie krępujcie się.

piątek, 23 września 2016

"Asystent czarodziejki" Aleksandra Janusz

Aleksandrę Janusz jako autorkę poznałam przy okazji jej powieściowego debiutu. Debiut jak debiut, całkiem przyzwoity, choć bez zachwytów – ogólnie czekałam raczej na dalszy rozwój autorki. Niestety, „Dom Wschodzącego Słońca” został wydany pod auspicjami Runy i być może z powodu upadku wydawnictwa, a być może z powodu wolnego tempa pisania (choć w międzyczasie pojawiło się kilka opowiadań) autorka zniknęła z radaru na dziesięć lat. Dopiero w tym roku powróciła ze swoją druga powieścią, rozpoczynająca kompletnie nową serię.

Vincent Thorpe od ponad dwudziestu lat pracuje jako asystent czarodziejki. Sam miałby pewne szanse zostać czarodziejem, gdyby jego talent nie okazał się wadliwy – powiedzmy, że ma czym przewodzić magiczną moc, ale nie ma skąd. Ot, bywa. Tymczasem jest całkiem zadowolony ze swojej pracy, zwłaszcza, że do końca kontraktu zostało mu już tylko kilka miesięcy. Powoli zaczyna sobie planować resztę życia, kiedy pewna misja z Czarną Meg, jego pracodawczynią, burzy poukładaną, zdawałoby się, przyszłość. Na domiar złego sama czarodziejka znika w niewyjaśnionych (acz podejrzanych) okolicznościach, związanych z utraconym po Wojnie Rozdarcia kontynentem. Teraz ktoś będzie musiał to wszystko odkręcić…

Na początek może odpowiem na pytanie, czy warsztat pisarski przez te dziesięć lat się rozwinął. Otóż tak, zdecydowanie. Na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z autorka dojrzałą, a nie z niepewną debiutantką. Widać to zarówno na poziomie frazy – przemyślanej, dopasowanej o postaci – jak i konstrukcji świata przedstawionego oraz bohaterów. 

Szczerze mówiąc, nie jestem przekonana do określania „Asystenta czarodziejki” mianem fantasy humorystycznej. A to dlatego, że w wykreowanej przez autorkę opowieści humor nie gra istotnej roli – nie jest kluczowy dla narracji, niekoniecznie wynika z prawideł rządzących światem. Ot, po prostu uprzyjemnia lekturę. Na swoje potrzeby nazywam ten typ literatury fantastyką napisaną z humorem (tak, wiem, mało odkrywcze).

W ogóle konwencja, jaką autorka przyjęła przy tworzeniu świata, po prostu mnie zachwyca. Taka magia na przykład. Widzicie, w Arborii do rzucania zaklęć niezbędna jest biegła znajomość prawideł wyższej matematyki. I naprawdę, znacznie więcej podziwu wzbudza we mnie mag, który różniczkuje w pamięci niż taki, który medytuje i odprawia jakieś tajemnicze rytuały (choć to może dlatego, że taka statystyczna Moreni jest w stanie ocenić wysiłek intelektualny towarzyscy różniczkowaniu, zaś takiego towarzyszącego tajemniczym rytuałom jako żywo do niczego odnieść nie potrafi). Ogólnie całe magiczne społeczeństwo Arborii jest społeczeństwem akademickim, więc nowe odkrycia finansuje się z uczelnianych grantów, a prestiż odbytych misji mierzy się jakością i ilością monografii, które można napisać po ich ukończeniu. Sam pomysł, aby magów upchnąć na uniwersytecie nowy nie jest (można powiedzieć, że magowie w fantasy występują tylko w dwóch postaciach: albo samotne, zazdrośnie strzegące sekretów wyspy, albo zorganizowani w systemie nauczania akademicy), ale Janusz wykorzystuje go w sposób przeuroczy – każdy, kto kiedykolwiek studiował znajdzie go swojskim, bez karykaturalnego przerysowania.

Z drugiej strony mamy (Utraconą) Bretanię, która może być podręcznikowym przykładem klasycznego settingu dla średniowiecznego fantasy (dla mnie dodatkowym atutem jest zderzenie kultur). I to takiego naturalistycznego wręcz, z brudem, smrodem, ubóstwem i czyrakami. Tak że dla każdego coś miłego.

Urzekło mnie też, jak autorka poczyna sobie ze swoimi bohaterami. Bo cóż my tu mamy… ano mamy sporo bardzo sensownych kobiet. Na początek dwie czarodziejki Margueritte i Belinde. Kojarzą mi się trochę z czarodziejkami Sapkowskiego – są ambitne, silne i kompetentne, a w sytuacji zagrożenia nie czekają na rycerza z białym koniem, tylko starają się w miarę możliwości same dać sobie radę. Przy tym nie są jakimiś cyborgami, ale zwykłymi, myślącymi dziewczynami (i dzięki dowolnie wybranemu bogu, autorka nie każe im w celu ratowania tyłka nikogo uwodzić). Właściwie, „Asystent czarodziejki” to opowieść kobiet. Tak, głównym bohaterem jest mężczyzna, ale poza tym wszystkie najważniejsze stanowiska obsadzają kobiety. I przedstawiają pełne spektrum charakterów i ról, nie będąc jednocześnie wytartymi kliszami. Pani generał ma szpecące blizny, wieloletnie doświadczenie bojowe oraz twardy charakter, ale ładnymi kieckami zachwycić się potrafi. Kathryn, bystra studentka u progu czarodziejskich egzaminów zawodowych, jest geniuszem nie pozbawionym słabości. Skrzywdzone dziecko okazuje się mimo przeżytej traumy mieć osobowość twardą, ale wrażliwą. A narzeczona głównego bohatera nie jest tylko emocjonalnym tłem, ale filarem drużyny z własną osobowością. Oby więcej takich bohaterek w rodzimej fantastyce.

Przyznam, że na takim tle sam Vincent wypada dość blado. Z drugiej strony, kto powiedział, że dzień ma zawsze ratować, charyzmatyczny, przystojny, młody blondyn. Dlaczego nie może to być zwykły, sympatyczny facet przed czterdziestką, ze sprecyzowanym w pewnym stopniu planem założenia rodziny i większym powinowactwem do badań botanicznych niż wojaczki? Myślę, że to jest ten typ bohatera, którego polskiej fantastyce brakuje. Natychmiast trzeba to naprawić.

Miałam sarkać w tym momencie na autorkę, że przerwała opowieść w TAKIM momencie, ale doczytałam, że to nie ona, tylko wydawca. No więc droga Nasza Księgarnio, tak się nie robi. Całe szczęście, że kolejny tom już się ukazał i tylko dlatego wam wybaczam (oraz dlatego, że zapowiadają się sensowne smoki). Kupujcie oba, moi drodzy, bo bardzo mi zależy, aby ukazał się trzeci, a jak nie będziecie kupować, to się nie ukaże. Przy czym od razu mówię, że nie powinniście żałować zakupu. Warto.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Nasza Księgarnia

Tytuł: Asystent czarodziejki
Autor: Aleksandra Janusz
Cykl: Kroniki Rozdartego Świata
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2016
Stron: 358

wtorek, 20 września 2016

Na Coperniconie 2016 byłam!

To, że pojawiam się na Coptniconie jest powoli staje się taka małą, świecką tradycją. W ogóle konwent toruński ewoluuje do rangi mojego ulubionego - nie za duży, nie za mały, w sam raz taki. No i znajomi bywają.


Skład ekipy konwentowej ten sam, co zawsze, tylko niestety Luby tym razem nie mógł z nami jechać. Jak nigdy do Torunia dotarłam dość wcześnie, bo już w okolicach południa. Poczekaliśmy więc grzecznie na Serenity i Turela (i Salantora), w międzyczasie kwaterując się w hostelu. Jak już wszyscy dotarli, poszliśmy się zaakredytować.

I tu pierwszy zonk, bo akredytacje znaleźć było dość trudno. Co prawda na stronie była informacja, że rejestracja uczestników odbywa się gdzie indziej niż w zeszłym roku, ale namiot akredytacji był bardzo słabo oznakowany. Wyglądało to tak, jakby organizatorzy zapomnieli o tak drobnym fakcie i na chybcika przykleili do namiotu odpowiednia karteczkę, jak zobaczyli kręcących się bez ładu i składu przyszłych konwentowiczów. Kiedy namiot wreszcie udało się znaleźć, sama akredytacja poszła nam bardzo szybko, ale później były spore kolejki.

Kolejka z piątkowego wieczoru.
Dla mnie osobiście dodatkową przykrością był fakt, że skrócony program był dla mnie kompletnie nieczytelny. Litery były tak małe, że nawet zsuwając okulary (do czytania, bo do chodzenia mam zupełnie inne) na czubek nosa nie bardzo byłam w stanie je przeczytać. Stanęło na tym, że żeby w ogóle korzystać ze skróconego programu, musiałam mieć człowieka do czytania. Dzięki, Turel.:)

Konwentowy starter.
Dodam jeszcze na marginesie, że w tym roku konwent odbywał się na większej powierzchni - do Colegium Maius i Minus doszedł jeszcze budynek wydziału matematyki. Co było dobrym posunięciem, bo w zeszłym roku w dwóch budynkach było zdecydowanie za ciasno, ale z drugiej strony musiałam się więcej nachodzić.

Najpierw z Turelem (Serenity prowadziła akurat konkurs tolkienowski) poszliśmy na prelekcję "Dlaczego tak rzadko zapraszamy logikę do fantastycznych światów?". Był dość fajny, ale niestety mocno powierzchowny - autor skupiał się głównie na tym, że w zasadzie fantatsyczne miasta handlowe nie wiadomo czym handlują (bo z ich położenia nie wynika, aby miały do zaoferowania cokolwiek) a ich mieszkańcy nie wiadomo co jedzą, bo wiadomo, ze w typowym fantasylandzie są wyłącznie duże miasta i małe, pojedyncze farmy. No i miał rację, ale towarzyszyło mi wrażenie, że zdecydowanie zabrakło czasu na pogłębienie tematu, że o banalnym poruszeniu przez prelegenta wszystkich przygotowanych aspektów nie wspomnę.
Prelegent wyszedł z siebie i stanął obok.
Zaraz potem poszliśmy na spotkanie autorskie z Robertem M. Wegnerem. Niestety, autografu nie dostałam, bo zwyczajnie nie mam już na czym - wszystkie książki mi podpisał. Ale jak zwykle warto było posłuchać, co autor mówił, bo ma zwyczaj mówić bardzo ciekawie. No i w przyszłym roku ma być kolejny tom Meekhanu. Podobno. Serenity jeszcze tylko złapała brakujący autograf i na tym skończyliśmy pierwszy dzień konwentwych atrakcji.
Spotkanie z Robertem Wegnerem.
Moim pierwszym punktem sobotniego programu były zakupy, ale niestety, o tej porze (rano było) nie dało się jeszcze za wiele zobaczyć (pomijając fakt, że targowisko było czynne dopiero od 10.00). Nieco spóźnione poszłyśmy więc z Serenity na panel "Po co mi nauka, skoro mogę to wymyślić". Szkoda, że nie byłyśmy na nim od początku. Dyskutantów było wielu (z prowadzącym sześcioro), ale i czasu było sporo (bo dwie godziny) więc dyskusja naprawdę ciekawie się rozwijała i można się z niej było dowiedzieć na przykład, dlaczego wielka bitwa w "Niebie ze stali" Wegnera rozegrała się we właśnie tym, a nie jakimś innym miejscu. Ogólnie mam wrażenie, ze większość polskich autorów podchodzi raczej zdroworozsądkowo do kwestii logiki i naukowości (rozumianej jako zgodność z obecnym stanem nauki) swoich dzieł. Że luźno zacytuję Roberta Wegnera: jeśli chcesz być przemaglowany pod względem naukowości i realistyczności swoich dzieł, pisz fantasy. Nikt cie nie zapyta, jak dokładnie działają karabiny plazmowe w twoim opowiadaniu SF, ale wszelkie aspekty twojej powieści fantasy zostaną skrupulatnie sprawdzone.


Po panelu złapałam jeszcze Aleksandrę Janusz, żeby zdobyć autograf, bo niestety dyżuru autografowego autorki w programie imprezy nie było (być może był w erracie, ale ją dość szybko zgubiłam. W ogóle co to za pomysł, żeby mapki budynków dawać na jednej broszurce, skrócony program na drugiej, a erratę na kolejnej?). Dopiero dużo później (i za późno) okazało się, że dyżur był, o godzinie 18.00. Szkoda, że dowiedziałam się po niewczasie, bo przyszłabym pogadać z autorką - bardzo miła z niej osoba.:)

Moreni po lewe,j Aleksandra Janusz po prawej.:)
Później zostaliśmy na panel "W Polsce to się nie sprzeda" i... szczerze mówiąc, dość mocno mnie rozczarował. Spodziewałam się raczej dyskusji na temat "jakie gatunki nie mają w Polsce powodzenia, dlaczego i jak można zmienić ten stan rzeczy", a dostałam coś, co można zamknąć w pytaniu do dyskutantów "jak to się stało, że w Polsce udało wam się sprzedać cokolwiek, co zrobiliście". Poza tym Aneta Jadowska bardzo zdominowała całą dyskusję - co ostatecznie wyszło w sumie na dobre, bo przynajmniej częściowo jej wypowiedzi pokrywały się z deklarowanym tematem panelu.

Po przerwie obiadowej, jaką sobie zorganizowaliśmy poszliśmy na prelekcję Pawła Opydo o Złych Książkach (głównie dlatego, że Serenity chciała, bo ja osobiście względem prelegenta mam uczucia cokolwiek mieszane). Musze jednak przyznać, ze cokolwiek by o nim nie mówić, to gadane ma i prowadzenie prelekcji wychodzi mu bardzo dobrze.

Po tym Serenity poszła prowadzić swój konkurs o kadrach filmowych, a ja zostałam na panelu "Fantastyczne lektury obowiązkowe". Mówiąc wprost: rozczarował mnie. Pomijając fakt, że z dwóch panelistów stawił się tylko jeden, w związku z czym całość przypominała bardziej wywiad-rzekę, to pomysł organizowania takiego panelu jedynie z dwoma dyskutantami IMO mija się trochę z celem. I, jak mam wiele sympatii do Domoniki Oramus jako prelegentki (jej coperniconowa prelekcja sprzed dwóch lat należała do najlepszych, na jakich wtedy byłam), to... no cóż, powiem tylko, że po zareklamowaniu przez nią "Non stop" Aldissa mam ujemną chęć przeczytania powieści. W końcu wszystko mi o niej już opowiedziano.

Następny był panel o życiu freelancera, który cztery prelegentki bardzo sprawnie poprowadziły sobie same. I przyznam, ze jeśli by oceniać motoryczność wypowiedzi, zgodność z tematem i karność dyskutantów, to byłby to najlepszy panel konwentu. A wniosek z niego taki, że freelans nie jest drogą dla każdego.

Dzień (po dłuższej przerwie na szoping) zakończyliśmy prelekcją o sztuce płatnej miłości w średniowieczu, którą przygotowała Serenity. Prelekcja cieszyła się sporym powodzeniem, sala praktyczni pełna, a prelegentka świetnie sobie poradziła (i akurat zmieściła się w przeznaczonym czasie). Miejmy nadzieję, że wrzuci notkę z prelekcji na swojego bloga, to sobie poczytacie, co was ominęło (może przy okazji wrzuci też notkę z zeszłorocznej prelekcji...).

Serenity na tle listy bardzo wymownych nazw ulic.;)
A potem to już odbywała się integracja.;) W niedzielę jeszcze tylko kupiłam sobie torbę w kształcie głowy kota (choć trochę żałuję, że nie wybrałam jednak buldożka francuskiego. Świnek morskich nie mieli). I pożałowałam, że nie będę mogła być na konkursie wiedzy o smokach, ale musiałam w miarę wcześnie wrócić do domu, żeby spakować siebie i świnie na poniedziałkowy wyjazd.

To bardzo fajny konwent był. Polecam. A tu macie jeszcze fotki zdobyczy i inne takie.:)

Zakupowe zdobycze. Liczyłam, ze będzie stoisko Solarisu (choć zdaje się, że Sedeńko pisał kiedyś, że się nie wybierają), bo chciałam kupić jedną konkretną pozycję, która jest dostępna tylko u nich. No cóż, będę musiała zamówić. No i pluszowy eevee, zgodnie z planem. Głęboko wierzę, że z następnego konwentu uda mi się przywieźć samiczkę nidorana.;)
Autograf Aleksandry Janusz
...i Kate Griffin
Trochę cospalyu raz
i dwa :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...