środa, 9 lutego 2011

Nie zatrzęsło mną - "Tektonika uczuć" Eric-Emmanuel Schmitt

Mało co mnie tak denerwuje w książce, jak bohater, który sobie sam życie komplikuje, a później ma pretensje do wszystkich, że mu się nie układa. Mam ochotę taką osobą mocno potrząsnąć, ewentualnie, w skrajnych przypadkach, porządnie obić tęgim kijem. Na początku myślałam, że to obecność takiego skrajnego przypadku przeszkadza mi w odbiorze „Tektoniki uczuć”. Ale chyba jednak nie o to chodzi.

Richard i Diane są w sobie zakochani. Ona jest twardą kobietą sukcesu, stanowczym politykiem, nawykła raczej do walki niż do miłości, on jest wytrwałym romantykiem, który zdobywał ją latami, aż w końcu dopiął swego. Niby są razem szczęśliwi, ale jedna chwila sprawiła, że szczęście prysło jak bańka mydlana, a w miejsce miłości zaczyna się wkradać nienawiść.

Nie mogłam się oprzeć chęci porównania „Tektoniki uczuć” do „Małych zbrodni małżeńskich”, zapewne dlatego, że zarówno tematyka, jak i forma są podobne. Jednak w „Tektonice…” zdecydowanie zabrakło tego wszystkiego, co mnie zachwyciło w „Małych zbrodniach…”. Przede wszystkim, dramat ten (bo oba wymienione utwory to przedstawienia sceniczne) w ogóle mnie nie zaskoczył. U Schmitta cenię głównie niespodzianki fabularnie, jakie z mniejszym, lub większym powodzeniem wkłada w swoje utwory. Niespodzianki te czasem nie mają większego znaczenia dla fabuły, jednak wywołują specyficzne uczucie miłego zaskoczenia, że jednak autor coś przed nami skrzętnie ukrył i pozwolił szukać w gąszczu tekstu, jako tym amerykańskim dzieciakom wielkanocnych jajek w trawie. Tutaj nic takiego nie miało miejsca. Nie wiem, jak dla innych czytelników, ale dla mnie cała fabuła była jasna niemal od początku do końca, wręcz narzucająca się swoją oczywistością. Może przeczytałam już za dużo tekstów szanownego autora i nie będzie mnie on w stanie niczym zaskoczyć? Oby nie.

Bohaterowie również jakoś nie wzbudzili moich emocji, może poza irytacją osobą wymienioną na wstępie. Niektórzy wydali mi się wprowadzeni do tej sztuki bez większego powodu, ot, dodatkowy ornament a malowidle, żeby zapełnić przestrzeń. A przecież w tej sztuce osoby dramatu można policzyć na palcach jednej ręki. Zabrakło więc tego, co mnie urzekało we wcześniej czytanej twórczości Schmitta: bohaterów, którzy potrafili mnie oczarować swoją osobowością, zaskoczyć charakterem i porwać swoimi poczynaniami.

Nie chcę przez powyższe powiedzieć, że książka jest zła. Język Schmitta, który tak lubię jest tutaj w całkiem niezłej kondycji, więc czyta się przyjemnie i błyskawicznie, i nie wątpię, że ta sztuka oglądana na scenie może być wręcz powalająca. Ale wersją czytaną się rozczarowałam. Bo miała zachwycać, a nie zachwyca. Miała mnie porwać, wzbudzić emocje, a nie wzbudziła. Pozostaje więc tylko stwierdzić, że książka nie jest zła, ale jest jedynie powyżej przeciętnej. Słabo, jak na lubianego przeze mnie autora.

Tytuł: Tektonika uczuć
Autor: Erick-Emmanuel Schmitt
Tłumacz: Barbara Grzegorzewska
Tytuł oryginalny:
La tectonique des sentiments
Rok: 2008
Stron: 148

wtorek, 8 lutego 2011

Nie tylko Ewa i Maria - "Kobiety w Biblii" John Baldock

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona.

Widząc tytuł „Kobiety w Biblii” czytelnik może się spodziewać popularnonaukowej rozprawy na temat kondycji ogólnej kobiety w czasach biblijnych i interpretacji sposobu ich przedstawienia na przestrzeni dziejów, analizy literackiej, historycznej i tak dalej. Czytelnik taki rozczarował by się, nie to bowiem było celem autora, jak sam we wstępie zaznacza. Celem tej książki jest przedstawienie historii kobiet biblijnych zgodnie z informacjami, które ta księga zawiera (jedynie w wyjątkowych przypadkach autor bierze pod uwagę też inne źródła) – mamy więc coś w rodzaju leksykonu postaci. W żadnym wypadku nie sprawia to jednak, że „Kobiety w Biblii” są pozycją mało interesującą.

Człowiek, który nie zadał sobie trudu przeczytania całej Biblii (a śmiem twierdzić, że takie osoby stanowią większość), zazwyczaj biblijne niewiasty kojarzy z trzema postaciami: Ewa, Maria (matka Jezusa) i Maria Magdalena (któż by o niej po boomie na historie typu „Kod Leonarda da Vinci” nie słyszał). Taki czytelnik może się szczerze zdziwić ilością żeńskich postaci, wspominanych na kartach świętych ksiąg. Mamy tu bowiem nie tylko matriarchinie starego testamentu, którym poświęcono całe księgi, ale również kobiety wymienione tylko z imienia, albo nawet wspomniane jeno jako czyjaś żona lub córka. 

Warto przy tym wspomnieć, że autor korzystał zarówno z katolickich, jak i protestanckich wersji Biblii. Polskie tłumaczenie uwzględnia nie tylko różnie między przekładami angielskim i polskim, ale również różnice między najpopularniejszymi przekładami polskimi. Wszelkie ewentualne rozbieżności są zasygnalizowane i krótko omówione.

Opisy bohaterek zawierają nie tylko streszczenie ich dziejów. Autor informuje nas, jakie jest znaczenie imienia (jeśli jest znane) i gdzie w Biblii należy jej szukać (podając dokładnie księgi, rozdziały i wersy). Opisy są zwięzłe i zazwyczaj krótkie, ale mają dwie niezbywalne zalety: przystępny język, oraz fakt, że mamy w jednym miejscu zwięźle opisane historie, które w Biblii nierzadko są rozrzucone na kilka ksiąg. Dodatkowo możemy się też dowiedzieć co nieco na temat wykorzystania „damskich” motywów w sztuce chrześcijańskiej. Do każdej bowiem pani, którą artyści upodobali sobie na temat dzieła, autor dodał stosowną notkę, na obrazach jakich twórców można ją (kobietę, nie notkę) znaleźć i dlaczego. W samej książce znajdziemy mnóstwo ilustracji, potwierdzających popularność tych motywów w sztuce.

Ilustracje to niewątpliwy plus „Kobiet w Biblii”. Są to reprodukcje dzieł przedstawiających omawiane bohaterki. Reprodukcje te są wprawdzie czarno-białe, ale jakość przedruku jest na tyle wysoka, aby nie stanowiło to większego problemu. Jedynym, czego mi przy nich zabrakło, to podanie od razu pod reprodukcją tytułu i autora. Informacje te są co prawda w końcowym spisie ilustracji, jednak grzebanie w nim jest nieco uciążliwe. Za to każdy obraz posiada krótki, najczęściej jednozdaniowy opis przedstawianej sceny, więc mimo braku tytułu czytelnik jest informowany, która niewiasta na obrazie wystąpiła.

Co do zaznaczonego we wstępie braku analizy historycznej, to nie jest to taki całkowity brak. Książka jest podzielona na rozdziały zgodne z chronologią biblijną (choć z oczywistych względów nie odpowiadające biblijnym rozdziałom) i pierwsze z nich kończą się niejakim podsumowaniem, dotyczącym zmiany na przestrzeni dziejów pozycji, jaką zajmowały kobiety w społeczeństwie żydowskim. Są to lakoniczne notatki, jednak na końcu książki autor zamieścił całkiem obszerną bibliografię, z której dociekliwy i bardziej zainteresowany czytelnik może dowiedzieć się więcej. Gorzej, że bibliografia ta obejmuje wyłącznie pozycje w języku angielskim; nie zamieszczono informacji co do ich ewentualnych polskich przekładów. Utrudnieniem jest też brak indeksu – każdej bohaterki trzeba szukać ręcznie.

„Kobiety w Biblii” polecam pasjonatom tematyki biblijnej oraz poszukiwaczom ciekawostek z nią związanych, chociaż raczej tym początkującym, niż obeznanym w temacie. Polecam też osobom, które lubią mieć określonego typu informacje ładnie i przystępnie zebrane w jednym miejscu. Ale przede wszystkim polecam tą książkę maturzystom: taka synteza materiału jest wręcz nieocenioną pomocą przy pisaniu pracy maturalnej, a i odpowiednim dziełem sztuki będzie można komisję olśnić.

Tytuł: Kobiety w Biblii
Autor: John Baldock
Tłumacz: Karolina Lossman
Tytuł oryginalny:
Women in the Bible. Miracle Births, Heroic Deeds, Bloodlust and Jealousy
Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2011
Stron: 270

niedziela, 6 lutego 2011

Entomologicznych przygód ciąg dalszy - "Hołd dla mroku" Adrian Tchaikovsky

Recenzja dla portalu Oblicza Kultury.

Na początek apel do wszystkich, którzy chcieliby przeczytać nie tylko „Hołd dla mroku”, ale cykl w ogóle: dla własnego dobra nie czytajcie opisów na czwartej stronie okładki (przy okazji: pierwszą stronę okładki uważam za jedną z najładniejszych). Co prawda zazwyczaj nie zdradzają elementów kluczowych dla fabuły, ale ujawniają wiele smaczków, które urozmaicają lekturę i czynią ją mile zaskakującą. To tyle tytułem ostrzeżenia. Teraz przejdźmy do powieści.

Jak na czwarty tom cyklu przystało, „Hołd dla mroku” konturuje wątki z poprzedniej części. Wojna z Imperium trwa w najlepsze, armie opuściły swoje zimowe leża i kontynuują podboje, a wzdłuż granic powstają nowe punkty zapalne. Sami bohaterowie zaś nareszcie przestali się li tylko przemieszczać z punktu A do punktu B. Podejmują działania: niekiedy logiczne, choć desperackie, niekiedy całkiem nielogiczne, a czasem wręcz szalone. Najważniejsze jest jednak to, że tymi działaniami potrafią czytelnika nieźle zaskoczyć. I że wreszcie coś zaczyna się dziać.

Zaiste, pan Tchaikovsky postarał się tym razem, aby czytelnik co jakiś czas otwierał buzię w szczerym zdumieniu. Pierwszym do niego powodem jest fakt, że bohaterowie są dużo bardziej wyraziści, niż we wszystkich poprzednich tomach. Kiedy Tisamon, wiedziony obłąkańczą chęcią odpokutowania za swoje domniemane błędy, zaczyna się zachowywać wbrew własnej naturze, pisarz potrafi nam to ukazać w taki sposób, że możemy się wczuć w pokrętne ścieżki umysłu modliszkowca. Były major Thalryk odkrywa zaś przed nami swoją nieznaną do tej pory stronę, ukazując nam swoistą głębię swojej oficerskiej psychiki. Osobiście Thalryka uważam za najlepiej przedstawionego bohatera w „Hołdzie dla mroku”. Dlaczego? Przeczytajcie, a z pewnością się dowiecie.

Drugim powodem jest wartka fabuła. Po nieco nudnawej „Krwi modliszki” (czyli poprzednim tomie), straciłam nadzieję na powrót autora do formy. A tutaj taka miła niespodzianka! Od lektury, zwłaszcza pod koniec, nie sposób się oderwać tym bardziej, że pisarz zadał kłam niektórym z zasad, jakimi  kierował się wcześniej odnośnie bohaterów. Gwałtowność zadawania kłamu jak dla mnie jest jednak nieco zbyt duża, ale ze względu na wartką akcję, jestem skłonna to wybaczyć. Inna rzecz, że gdyby podział tekstu był bardziej równomierny, akcja byłaby jeszcze bardziej porywająca. No ale jeśli muszę nierzadko czekać 100 stron na zakończenie wątku, zawieszonego w najciekawszym momencie, to nie ma się co dziwić, że cierpi na tym dynamika. 

Na osobną pochwałę zasługuje świat przedstawiony w powieści. Lubię krainy budowane z rozmachem, gdzie spod przecudnego w założeniu pejzażu nie wystają elementy kiepsko skleconej dekoracji. Pan Tchaikovsky ma do konstruowania świata smykałkę i to widać: mamy multum ras, a każda wypracowała sobie osobne zwyczaje, system władzy i mentalność. Każda prowadzi też własne knowania. Nie dorównują one co prawda tym serwowanym nam przez pana Martina, ale trudno oczekiwać, żeby polowe spiski agentur dorównywały subtelnością dworskim intrygom. Na tych, co spisków nie lubią, czeka duża porcja wzajemnego mordowania się, czy to masowo na polu bitwy, czy też bardziej indywidualnie, na arenach. I całkiem ładnie to wszystko jest opisane, moim skromnym zdaniem.

Tłumaczowi zaś należy się pochwała za umiejętność uczenia się na własnych błędach. Nazwy poszczególnych ras są dużo zgrabniejsze niż poprzednio, zniknęły też wcześniejsze błędy w przekładzie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma sensu polecanie czwartego tomu cyklu. Nie polecam więc czwartego tomu cyklu. Polecam szczerze cały cykl, którego czwarty tom jest chyba najlepszy: pozostawia czytelnika w niedosycie i z niecierpliwym oczekiwaniem na więcej.

Tytuł: Hołd dla mroku
Autor: Adrian Tchaikovsky
Tłumacz: Andrzej Sawicki
Tytuł oryginalny:
Salute the Dark
Cykl: Cienie Pojętnych
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2010
Stron: 464


P.S. A tutaj jest długi, choć już troszkę stary, wywiad z autorem.:)

piątek, 4 lutego 2011

Stosik lutowy

Postanowiłam sobie poprawić humor wizytą w bibliotece, a że to także świetny bodziec do poprawienia oglądalności bloga, to zamieszczam stosik. Część tych książek powinna się była pojawić w poprzedniej stercie, ale nie stawiły się na sesje zdjęciową z różnych powodów, więc będą teraz zawyżały frekwencję.;) Swoją drogą te książki to się chyba przez pączkowanie rozmnażają, bo człowiek niby się ogranicza, a potem nagle coś takiego mu na półce zalega... A najśmieszniejsze jest to, że nie złamałam przy tym stosie swoich postanowień noworocznych.;D


Tym razem od dołu:

1. John Baldock "Kobiety w Biblii" - od wydawnictwa Bellona.

2. Janusz L. Wiśniewski "Bikini" - przyznam z podniesionym czołem, że "S@motność w sieci" mi się podobała, ale jakoś nie miałam później na tego autora ochoty. Jakiś czas temu ktoś "Bikini bardzo na swoim blogu chwalił, to się skusiłam.;)

3. Al-Tajjib Salih "Sezon migracji na północ" - nie miałam jeszcze do czynienia z arabską literaturą, a że tę powieść swego czasu na blogach chwalono, to postanowiłam zaryzykować. Zwłaszcza, że jest dość cienka.

4. Nick Trout "Miłość to najlepsze lekarstwo" - po pierwszej książce tego pana z niecierpliwością wyczekiwałam drugiej. I mimo, że okładka, jak i tytuł budzą we mnie złe przeczucia, to nabyłam. Zobaczymy, czy dobrze na tym wyjdę.;)

5. Eric-Emmanuel Schmitt "Przypadek Adolfa H." - polowałam, polowałam i wreszcie upolowałam.;)

6. Eric-Emmanuel Schmitt "Kiedy byłem dziełem sztuki" - przy okazji upolowania, zgarnęłam jeszcze prawie wszystkie książki autora, których jeszcze nie znam.;)

7. Eric-Emmanuel Schmitt "Tektonika uczuć"

8. Majgull Axelsson "Lód i woda, woda i lód" - po "Domu Augusty" będzie to druga odsłona twórczości tej pani.

9. Maja Lidia Kossakowska "Zakon Krańca Świata" t.1 - tropiony od kilku lat i nareszcie dopadnięty.;)

10. Andre Norton "Korona z jelenich rogów" - czyli troszkę klasyki gatunku.;)

11. Fannie Flagg "Dogonić tęczę" - to jedna z tych autorek (i autorów), którzy nieodmiennie wprawiają mnie w dobry nastrój.

12. Geoffrey Miller "Umysł w zalotach" - nie wiem, czy zdążę ją przeczytać. To pozostałość po pracy zaliczeniowej z anatomii - co prawda w pracy nie bardzo okazała się pomocna, ale na tyle mnie zaintrygowała, że dam jej szansę.;)

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Ankieta grudniowa - podsumowanie

Okres przedsesyjny i sesyjny sprawił, że moja blogowa aktywność znacznie zmalała. Stan ten jeszcze przez jakiś czas się utrzyma, ale jest przejściowy i jak wszystko, kiedyś się skończy. Jednak jego bardziej dalekosiężną konsekwencją jest to, że nie udało mi się przeczytać w styczniu wystarczająco wielu książek, aby utworzenie z nich ankiety miało jakikolwiek sens. W związku z tym luty pozostanie miesiącem bezankietkowym. Mam nadzieję, że następna ankieta pojawi się w marcu.

A teraz przejdźmy do podsumowania bieżącej ankiety. Tym razem zagłosowało 31 osób, oddając tyle samo głosów, gdyż ze względu na dość niewielką liczbę książek, postanowiłam wyłączyć opcję głosowania na kilka książek jednocześnie. Największą ilość głosów uzyskały:

1. "Krew modliszki" Adrian Tchaikovsky - (ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, ale również zadowoleniu) 32% (10 głosów)
2. "Odette i inne historie miłosne" E. E. Schmitt - 22% (7 głosów)
3. "Dom tysiąca nocy" Maja Wolny i "Atramentowa śmierć" Cornelia Funke - po 19% (6 głosów)

Następnie:
"Między kłamstwem a ironią" Umberto Eco
"Zwycięzca jest sam" Paulo Coelho (tutaj 0 głosów)

Dziękuję wszystkim za udział.:)

czwartek, 27 stycznia 2011

Demony Japonii wedłóg Kerra - "Psy i demony. Ciemne strony Japonii" Alex Kerr

Uwaga, to nie jest recenzja! To jest zbiór moich własnych przemyśleń i wrażeń po lekturze książki. Więc proszę nie zarzucać mi nieprofesjonalności (jakbym kiedykolwiek była profesjonalistką:P).

Z czym kojarzy nam się Japonia? Z kwitnącą wiśnią, pod którą, w delikatnej zasłonie upadających płatków medytuje mnich? Z wojowniczymi samurajami? A może przeciwnie, z najnowszymi technologiami i zadziwiającymi wynalazkami? Ci, którzy interesują się tym krajem, na pewno mają dużo więcej skojarzeń. Alex Kerr również należy do sympatyków Japonii. Właśnie dlatego postanowił napisać książkę, która oślepionym życzeniowymi obrazami Japonii obcokrajowcom pokarze to, co w tym kraju jest najgorszego: „Nigdy nie twierdziłem, że cudzoziemiec znający Japonię ma prawo ją krytykować czy atakować. Ale twierdzę, że musimy zdjąć różowe okulary i ujrzeć dzisiejszą Japonię taką, jaka naprawdę jest. Jeśli tego nie uczynimy, będzie to oznaczało, że nie tylko pochwalamy, ale też przyśpieszamy nadchodzącą katastrofę.”[17] Nie chodzi bynajmniej o jakieś mroczne zbrodnie, raczej o robaka, toczącego państwo od środka. Książka pochodzi sprzed 10 lat (moje wydanie pochodzi co prawda z 2008 roku, jednak jest to tylko nieuzupełniony przedruk), więc nie wiem, jak ma się do obecnie sytuacji. Jednak mechanizmy, które opisał Kerr pozwalają sądzić, że niewiele się zmieniło.

W piętnastu poświęconych różnym zagadnieniom rozdziałach autor opisuje bolączki współczesnej Japonii. Jednak te piętnaście rozdziałów można w zasadzie podzielić na cztery kategorie: finanse, budownictwo, ochrona środowiska, kultura i przekaz informacji.

Dowiadujemy się więc, że kraj, który przez długi czas uważany był za potęgę gospodarczą, w latach dziewięćdziesiątych przeszedł kryzys. Autor wyjaśnia nam wszystkie zawiłości, jakie sprawiły, że do tego doszło,  a jednocześnie opisuje mechanizmy, dzięki którym ów kryzys praktycznie nie odbił się echem na świecie. Zaiste, dziwny to kraj, w którym na giełdzie tylko sprzedaje się akcje, oszczędności w bankach nie dają odsetek, a kapitał firmy wylicza się na podstawie cen zakupu jej majątku (nie zwracając uwagi na ewentualne zmiany cen np. gruntów czy budynków). Tym dziwniejszy, że beztrosko korzysta z pieniędzy na szeroko pojęte cele socjalne, aby dotować przemysł ciężki i budowlany. Opieka zdrowotna już za to zapłaciła – lekceważenie badań medycznych sprawiło, że ta gałąź japońskiej nauki przestała się liczyć na świecie, a leki są jednymi z najdroższych i jednocześnie najniższej jakości. Tylko czekać, aż cały system się załamie pod wpływem wciąż rosnącej liczby emerytów…

Każdy chyba pamięta piękne obrazki japońskich krajobrazów, jakimi czasopisma podróżnicze czy biura turystyczne lubią ozdabiać swoje strony czy ulotki. Kerr uświadamia nam za to, ile pracy trzeba włożyć w to, aby zdjęcia były tak kuszące. Wiele zachodu bowiem kosztuje retuszowanie majaczących w tle industrialno – urbanizacyjnych koszmarków lub takie kadrowanie obrazu, aby np. nie było na nim widać odległej o kilkaset metrów elektrowni atomowej. Bo Japonia niestety (raczej podświadomie, niż w złej wierze) w swoim środowisku naturalnym widzi nieustanne zagrożenie, które trzeba wyeliminować. Co w połączeniu z brakiem norm emisji zanieczyszczeń (a co za tym idzie, technologii ich stosowania – który bowiem przedsiębiorca będzie wykładał fundusze na utylizację i badania nad nią, kiedy bezkarnie może swoje odpady spuszczać do najbliższej rzeki?) doprowadza nie tylko do betonowania rzek i plaż (w 2000 roku – 55% długości wybrzeża była już „sztucznie umocniona”), ale i do częstych przypadków masowych zatruć wśród ludności. I każdemu pewnie wydałby się zabawny fakt, że w 1997 roku Japonia wysłała to walki z potężnym wyciekiem ropy… żołnierzy z wiaderkami. Wydałby się, gdyby nie był straszny. A państwowa biurokracja zamiast inwestować w nowe technologie, pompuje grube pieniądze w budowę nikomu niepotrzebnych monstrualnych konstrukcji. Z resztą, również przestarzałymi technologiami.

Do tej pory zgadzałam się z autorem w każdej kwestii (chociaż, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że nie mam wiedzy z innych źródeł na podnoszone tematy, lepiej pasowałoby wydarzenie „wierzyłam na słowo”). Oburzały mnie poczynania rządowej biurokracji i opisywana dewastacja środowiska naturalnego. Smucił fakt, że przy obecnym systemie, zarówno polityki, jak i edukacji, samo społeczeństwo nie ma wiele do powiedzenia. Przy podejściu do kinematografii (a także, chociaż mniej bezpośrednio, do literatury), zauważyłam jednak u autora postawę, z którą absolutnie nie mogę się zgodzić. Mianowicie, autor zdaje się uważać pewne formy sztuki za z gruntu mniej wartościowe od innych. I tak, użalając się nad upadkiem japońskiego kina aktorskiego (skądinąd tu mu przyznaję rację – zdarzyło mi się oglądać parę tamtejszych filmów akcji i chyba jedynym uczuciem, jakie mi przy tum towarzyszyło, było zażenowanie i niesmak), serwuje nam odrobinę pocieszenia „Jest jasny punkt w tym skądinąd ponurym obrazie: anime. Innowacyjne i wizualnie uderzające[…]. Podnoszą tematy tabu, które rzadko widuje się w filmach głównego nurtu, takie jak na przykład zbrodnie wojenne i nieetyczne zachowania w biznesie.”[322] Zaraz jednak wylewa nam na głowy kubeł zimnej wody, uderzając przy tym w ton niepokojąco protekcjonalny: „Anime to medium dziecięce”[323], a w dodatku zacofane, bo Amerykanie to już animację 3D wymyślili. Po czym (i przed czym z resztą też) opisuje nam, jakie to sukcesy odniosły Pokemony czy „Czarodziejka z księżyca”. I że to źle, oj źle bardzo, że takie właśnie produkcje są sztandarowymi produkcjami japońskiej kinematografii. (Dygresja: swoją drogą, dziwne to trochę, że jako kasowe przeboje przedstawia właśnie „Pokemona”, który był jednorazowym hitem, a kolejne części już poniosły spektakularną klapę. Za to ni słówka nie piśnie o takim choćby „Grobowcu świetlików”, uznamym przez światowych krytyków za równy „Liście Schindlera”… Czyżby pan Kerr nieco naginał fakty, żeby mu lepiej pasowały do argumentacji?) Może i wyłazi tu ze mnie moja infantylność, ale nie podzielam tego zdania. Chociażby dlatego, że musiałabym postawić taką choćby „Hannah Montana” ponad „Grobowcem świetlików”. I co z tego, że to pierwsze to durnowaty, ale aktorski serial dla młodzieży a to drugie to dogłębnie poruszająca, chociaż animowana, opowieść o wojennych losach dzieci, której w żadnym wypadku nie pozwoliłabym oglądać dziecku (nie polecam nawet co bardziej wrażliwym osobom dorosłym, chyba, że akurat mają ochotę załapać głębokiego doła)? W końcu filmy autorskie są z gruntu lepsze i poważniejsze.

No to już napisałam, co mnie boli. Teraz pora na odrobinę obiektywizmu, czyli odpowiedź na pytanie, czy komuś książkę polecam. Chociaż odrobinę się na niej zawiodłam (spodziewałam się, że waga będzie położona na zagadnienia kuturalno - społeczne, tymczasem najwięcej miejsca autor poświęcił opisywaniu przeróżnych finansowych machlojek i ich mechanizmów), to polecam gorąco, szczególnie tym, których Japonia fascynuje. Jeśli książka jest wciąż aktualna, dowiedzą się ciekawych rzeczy, a jeśli już się trochę przeterminowała, będą mieli pogląd na to, z czym się ten kraj musiał do niedawna zmagać. Dla nich – lektura obowiązkowa;) Co do innych czytelników, polecam tym, którzy lubią czytać o dalekich krajach i poszerzać swoje horyzonty. Można się wielu rzeczy dowiedzieć.:)

Tytuł: Psy i demony. Ciemne strony Japonii
Autor: Alex Kerr
Tłumacz: Tadeusz Stanek
Tytuł oryginalny: Dogs and Demons. Tales from the Dark Side of Japan
Wydawnictwo: Universitas
Rok: 2008
Stron: 421

środa, 19 stycznia 2011

A jednak Polak potrafi - "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe" Robert M. Wegner


Czytałam już tyle pochwalnych recenzji tej książki, że wymagania miałam bardzo wysokie. Spodziewałam się mianowicie, że pan Wegner strąci z mojego osobistego piedestału pana Sapkowskiego i sam zajmie jego (tzn. pisarza, nie piedestału) miejsce. Oczekiwania moje podszyte jednak były obawami, bo „Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe” to zbiór opowiadań, a dobrych, bardzo dobrych i chwalonych opowiadań z polskiego podwórka czytałam całkiem sporo. Jednak żadne nie dorównywało „wiedźmińskim”. Wzięłam więc „Opowieści…” do ręki i byłam światkiem ciężkiego boju między oboma autorami o wymieniony wyżej piedestał. Po 200 stronach doszłam do wniosku, że stary AS wrósł w swoje miejsce tak bardzo, że nie da się od niego oderwać. Pan Wegner widocznie doszedł do takiego samego wniosku, bo zniknął na moment i wrócił z… własnym piedestałem. Ustawił go obok starszego kolegi, wlazł na ten swój słupek i tam już pozostał do końca lektury. Jeżeli druga z jego książek jest równie dobra, to ma duże szanse pozostania na stałe.

„Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe” jest, jak wskazuje tytuł, podzielone na dwie części. Pierwsza z nich, „Północ. Topór i skała”, jak sama nazwa wskazuje, rozgrywa się wśród północnych gór Meekhanu, zamieszkanych przez twardych i mało towarzyskich górali. Nad bezpieczeństwem tego miejsca czuwa Straż Górska. I właśnie dowódca jednego z jej oddziałów, porucznik Kenneth-lyw-Darawyt jest głównym bohaterem czterech opowiadań z północy. Służba w Straży jest bardzo niebezpieczna, bo teren niezwykle wymagający, warunki trudne, a i mieszkańcy zwykle nie są skorzy do współpracy. Na domiar złego Kenneth bardzo młodo został dowódcą, co nie wszystkim jego podwładnym się podoba. W miarę wykonywania kolejnych zadań jednak przekonają się, ile jest wart. A zadania to niebłahe: trzeba odnaleźć i wyeliminować niebezpieczny klan górski, kiedy indziej znowu strzec dyplomatów w trasie lub dowiedzieć się kto dokonał masakry w wiosce, gdzie diabeł nie mówi dobranoc tylko dlatego, że jeszcze nie wie, gdzie to jest. A przy okazji możemy poznać lokalne wierzenia, zwyczaje i historię najnowszą regionu. Historie tutaj zawarte fabularnie są związane dość luźno (tak jak np. opowiadania o wiedźminie).

„Południe. Miecz i żar” (też cztery opowiadania) to historia młodego wojownika z gór (innych, niż poprzednie), który przystał na służbę do arystokraty z nizin. Skończyło się to tragicznie, dla wszystkich. Po tym tragicznym końcu następuje wędrówka owego wojownika, uwieńczona spotkaniem przedziwnej ciemnowłosej dziewczyny. Nie zdradzę z fabuły więcej, gdyż w tej części opowiadania są dużo ściślej ze sobą powiązane (jak w „Tkaczu Iluzji”). Powiem tylko, że znalazłam tu jedną z najlepszych w polskim fantasy historii miłosnych, na jakie udało mi się trafić. W innym z kolei dostałam ciekawy, wyczerpujący i zgrabnie wpleciony w fabułę opis kultury plemienia górskich wojowników, z którego pochodził nasz bohater. I chociaż „Południe” pod względem fabularnym wypada gorzej od „Północy”, to pod względem wzbudzanych emocji bije ją na głowę.

Autorowi udało się coś, co sprawia niemałą trudność większości polskich fantastów. Mianowicie stworzył świat niezwykle rozbudowany, niezwykle dopracowany, a momentami przytłaczający wręcz mnogością szczegółów. Nie są one jednak podane na tacy: czytelnik musi sam zbierać te małe, kolorowe szkiełka, żeby powstał z nich barwny świat Meekhanu i okolic. A mimo zachwytu, po pierwszym tomie obraz ten ma jeszcze sporo dziur…

O bohaterach słów tylko kilka: są świetnie skonstruowani, a ich dylematy przedstawiono od strony psychologicznej wiarygodnie, choć niezbyt obszernie. Widać różnice między dyplomatą, żołnierzem czy szpiegiem, może nie w warstwie językowej, ale na pewno pod względem zachowania. A jeśli już mowa o względach językowych, to bardzo mi się podoba styl autora. Wegner pisze podobnie do Sapkowskiego, wkłada w swoje opowieści jedynie mniej humoru (co sprawiło, że nie udało mu się zdetronizować starszego kolegi). Nie są to jednak opowiadania przesadnie poważne, można się przy nich czasem uśmiechnąć. Kolejną kwestią jest tworzenie języka Meekhanu. Mamy tu sporo wtrąceń z miejscowego narzecza, a niektóre nazwiska północnych górali są trudne do wymówienia. Ani trochę mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, wydawało mi się dziwnie na miejscu: wszystko było dopracowane i spójne fonetycznie, a do tego niesamowicie dodawało kolorytu. Nawet jeśli nie dowiedziałam się, co oznacza część z nich.

Polecić „Opowieści…” mogę właściwie wszystkim, bo można tam wszystko znaleźć: sceny walk (tego to akurat dużo), szczyptę polityki, zagadkę kryminalną i dobrą historię miłosną, a przede wszystkim świetny i ładnie wydany kawał fantasy (bardzo podoba mi się okładka: minimalistyczna, ale pięknie wykonana grafika na prostym czarnym tle; jakość papieru i klejenie taż są niczego sobie). I tylko przyplątała się do mnie złośliwa myśl, że gdyby pana Wegnera wydała Fabryka Słów, mielibyśmy nie jeden tom za 32zł, ale dwa tomy za 31,99zł każdy. Ale to pewnie przez tego złośliwego „Zbieracza Burz”, który na mnie z półki spogląda…

Tytuł: Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe
Autor: Robert M. Wegner
Cykl:
Opowieści z meekhańskiego pogranicza.
Wydawnictwo: Powergraph
Rok: 2009
Stron: 569

poniedziałek, 10 stycznia 2011

I szybko zniknął jak sen jaki złoty... - "Sen" Lisa McMann

Nie miałam w planach czytania tej książki. Nawet nie wiedziałam o jej istnieniu, szczerze mówiąc. Ale traf chciał, że akurat Siostra Lubego była świeżo po lekturze, a jeszcze do biblioteki szkolnej nie odniosła. Przy okazji, warty odnotowania jest sposób, w jaki książka ta trafiła do szkolnej biblioteki. Wiadomo, że żadnej bibliotece się raczej nie przelewa, na nowości ciągle brak funduszy, a w szkolnych bibliotekach to już całkiem. Wpadła tedy miejscowa pani bibliotekarka na pomysł, żeby u wydawców pomocy poszukać i rozesłała do nich pisma z prośbą o wsparcie księgozbioru. Największy odzew pochodził od wydawnictwa Amber, które szkolnej bibliotece podarowało mały zbiorek literatury młodzieżowej (i nie tylko) o wartości około 1000 zł. Piszę o tym dlatego, że bardzo podoba mi się prospołeczna postawa wydawnictwa i uważam, że należy takie postawy propagować. Ale wróćmy już do meritum.

Janie życie nigdy nie rozpieszczało. Nie wie, kto jest jej ojcem, a matka, mimo, że nad dziewczynką się nie znęca, ma wystarczająco dużo własnych, alkoholowych problemów, żeby jeszcze do tego przejmować się córką. Do tego Janie musi sobie radzić z męczącą i całkowicie dezorganizującą jej życie przypadłością: gdy tylko ktoś w pobliżu zasypia, dziewczyna zostaje natychmiast wciągnięta w jego sny, co w skrajnych przypadkach objawia się napadami drgawkowymi. Nastolatka mimo tego ciuła na studia każdy grosz i stara się żyć normalnie. W pewnym momencie na horyzoncie pojawia się niejaki Cabel…

Znacie serię „Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty”? Pisała w niej pewna autorka, nazwiska niestety nie pomnę, która swoje książki tworzyła pod jeden schemat. I to tak ordynarnie pod niego, że w kolejnych dziełach zmieniała tylko imiona bohaterów i „dekoracje”. (Nawiasem mówiąc, spotkania z prozą tej pani było główną przyczyną znielubienia przeze mnie romansów wszelakich.) Schemat zaś był mniej więcej taki: ona spotyka jego -> wpadają sobie w oko -> dobrze się im układa -> fatalne nieporozumienie -> ona nie chce go znać -> nieporozumienie w mniej lub bardziej spektakularny sposób się wyjaśnia -> godzą się i żyją długo i szczęśliwie. „Sen” idealnie się w ten schemat wpasowuje. Szczegóły jednak sprawiają, że stawiam go wyżej od książek zapomnianej autorki.

Pierwszym z nich jest język i styl powieści. Bardzo młodzieżowy, młodzieżowością nieco nazbyt amerykańską momentami, ale jednak bliską sercu każdego nastolatka. Mamy więc zwroty akcji i wypowiedzi typowe dla tego przedziału wiekowego i to wstawione w taki sposób, że wydają się być naturalnie na miejscu. Pisanie krótkimi, nieraz jednozdaniowymi akapitami może starszego czytelnika nieco irytować, ale idealnie oddaje charakter rozdartej nastolatki, co jest wielkim plusem książki (wolę już rozchwiane emocjonalnie i rzucające urywkami myśli panny od tych uładzonych, o wypowiedziach zawierających niemal wyłącznie zdania złożone. Jakieś to bliższe sercu i rzeczywistości). I tylko towarzyszy mi uporczywie nieprzyjemne wrażenie, że ta cała heca ze snami jest doklejona tylko po to, żeby wypłynąć na pozmierzchowej fali paranormal romance…

Drugi zaś to wydanie. Książeczka jest wydrukowana dużą, przejrzystą czcionką i z szerokimi (chociaż bez przesady) interliniami, co wraz z niewielkimi gabarytami sprawia, że idealnie nadaje się do czytania pod ławką (zwłaszcza, że czyta się błyskawicznie).;)

Podsumowując, nic fenomenalnego. Ale jako odmóżdżacz świetnie się sprawdza; do tych celów polecam ją szczególnie czytelniczkom w wieku 13 – 17 lat. U starszych nie będzie się sprawdzał tak dobrze, ale też powinien sobie poradzić.

Tytuł: Sen
Autor: Lisa McMann
Tłumacz: Agnieszka Kabala
Tytuł oryginalny: Wake
Cykl: Sen
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2010 (wyd. II)
Stron: 232


P.S. Natrafiłam dziś na You Tube na filmiki, które tak mnie rozbawiły, że aż postanowiłam się nimi z Wami podzielić. Pierwszy z nich powinien być bliski sercu każdego fana fantasy, a już w szczególności tym, którzy swego czasu brali udział w sporze, czy lepszy jest Harry Potter, czy może Frodo Baggins. Tutaj bohaterowie mają okazję sami udowodnić swoją ewentualną wyższość.;)
A ten filmik dedykuję wszystkim którzy mieli wątpliwą przyjemność bliższego zapoznania się z systemem Windows Vista. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...