Zasadniczo nie lubię romansów. Ale wychodzę też z założenia, że na cały gatunek nie ma się co zamykać i od czasu do czasu warto sprawdzić, czy ten czy inny tytuł nie jest wart uwagi. Tym razem padło na „Red, White & Royal Blue”, z kilku powodów. Po pierwsze, miał mnóstwo pozytywnych recenzji nawet u tych osób, które same zwykle od romansów stronią. Po drugie, recenzje zapowiadały fluffną historię (czego akurat czasem potrzebuję, a jak się szuka kolejnej lektury po książce o koncepcji drzewa życia i filogenetyce molekularnej to umówmy się, fluff jest pożądany) i trochę wartości dodanych. Po trzecie zaś, jest romansem gejowskim, a to dla gatunku oryginalne (przynajmniej w Polsce). Zabrałam się więc za lekturę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romansowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romansowo. Pokaż wszystkie posty
sobota, 20 lutego 2021
poniedziałek, 26 listopada 2012
Troszkę mniej wyśmienicie, milordzie - "Bezzmienna" Gail Carriger
Recenzja sponsorowana przez Arię, która pożyczyła mi książeczkę.:) Dzięki!:)
„Bezzmienna” jest drugą częścią
cyklu Gail Carriger znanego (bądź nie) pod nazwą „Protektorat Parasola”.
Pierwsza część mnie urzekła, zapewniając najlepszą od dłuższego czasu rozrywkę.
Jak powszechnie wiadomo, drugie tomy są najsłabsze. Czy w tym przypadku tak
było? Ach, od razu ostrzegam, że o tomie drugim nie da się jednak pisać nie
zdradzając pewnych zdarzeń z zakończenia tomu pierwszego, więc czujcie się
ostrzeżeni.
Alexia jest szczęśliwa w swojej
nowej sytuacji. Ma stanowisko i odpowiedniego mężczyznę przy boku (matko, jak
to brzmi – takiej zagorzałej przeciwniczce romansu, jak ja aż zęby zgrzytają).
Jednak nie dane jej cieszyć się tym w spokoju. Londyn nawiedza fala masowej
humanizacji, w związku z czym w okolicach Tamizy duchy zostają
wyegzorcyzmowane, wilkołaki nagle otrząsają się na bruku z obtłuczonymi
kolanami, bo mają znowu dwie, a nie cztery nogi, a wampiry w kulminacyjnym
momencie orientują się, że straciły swoje kły. Dodatkowa na trawniku ląduje
pułk wojska, a mężczyzna życia zadarł ogon i nie mówiąc nic nikomu, pobiegł do
Szkocji. Takie sensacje wymagają zdecydowanych działań.
Muszę przyznać, że tym razem
jeśli chodzi o humor, trochę się zawiodłam. Nie ma już tylu zabawnych wstawek
odnośnie wiktoriańskiej etykiety (w rzeczy samej, zachowanie bohaterów jest
jakby mniej na tę etykietę podatne, co po części wynika z fabuły), niewiele
jest też celnych przemyśleń samej Alexii, zaś jej utarczki słowne z siostrą
jakoś mnie nie bawią. Niemniej, lekkość pióra autorka zachowała, więc
zmniejszenie dawki humoru aż tak nie boli.
Sama fabuła – w sensie, że tak to
ujmę, „zagadki odcinka” – nie jest tak porywająca, jak poprzednio. Na plus
można policzyć fakt, że wątków ściśle romansowych jest znacznie mniej i dotyczą
one w głównej mierze postaci pobocznych. Zwroty akcji i pomniejsze zagadki
zdarzało mi się często odgadywać z irytująco dużą liczbą trafień na dość
wczesnym etapie, ale ostatnio często mi się to zdarza, więc chyba we mnie tkwi
problem. Za to zakończenie mnie zaskoczyło na wiele sposobów i muszę przyznać,
że autorka pokazała pazur. A liczyłam na kolejne zabawne i kanonicznie mdłe
romansidło…
Poza tym wielu zmian czy to w
konstrukcji światem, czy bohaterów nie odnotowałam. Warto zwrócić uwagę, że
pani Carriger wszystko sobie ładnie zaplanowała i żeby pisać kolejne
interesujące tomy swojej opowieści nie musi wprowadzać niewiadomo skąd wziętych
dziwadeł, a jedynie rozwija wątki wcześniej sygnalizowane. Stara się też utykać
pomiędzy zabawne sytuacje jakieś ważniejsze przesłania, ale jak dotąd stara się
za słabo i niewiele widać. Zobaczymy później.
Na koniec dam wam radę.
„Bezduszną” możecie sobie bez obaw kupować osobno. Historia się tam ładnie
zamyka i tylko za bohaterami człowiek tęskni. Natomiast jeśli już pójdziecie do
księgarni po „Bezzmienną”, od razu zainwestujcie w kolejny tom. Akcja urywa się
w takim momencie, że gdybym go nie miała pod ręką, wyłabym do księżyca niczym
zraniony wilkołak. Czujcie się ostrzeżeni (znowu).
Tytuł: Bezzmienna
Autor: Gail Carriger
Tłumacz: Magdalena Moltzan-Małkowska
Tytuł oryginalny: Changeless
Cykl: Protektorat Parasola
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 320
Tłumacz: Magdalena Moltzan-Małkowska
Tytuł oryginalny: Changeless
Cykl: Protektorat Parasola
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 320
sobota, 24 listopada 2012
Wyśmienite milordzie! - "Bezduszna" Gail Carriger
Recenzja sponsorowana przez Arię, która pożyczyła mi książeczkę.:) Dzięki!:)
Czasami czytelnik potrzebuje się
rozerwać. Tak zwyczajnie, bez zobowiązań czy ambicji literackich, ot, zabawić
się przy niegłupiej książce. Ja wam teraz opowiem o takiej książce. Postaram
się zrobić to szybko, bo nie wiem, jak długo dam radę powstrzymywać się przed
pożarciem kolejnego tomu.
Alexia Tarabotti jest starą
panną. Co prawda ma dopiero 26 lat, no ale w dziewiętnastowiecznym Londynie
jest to wiek matuzalemowy, jeśli nie ma się męża. Odpowiedzialny za ten stan
rzeczy jest nie tyle śródziemnomorski typ urody, co trudny charakter. Kto to
widział, żeby panna miała własne zdanie i bezceremonialnie je światu
komunikowała! Poza tym Alexia nie posiada duszy, ale to już mniejszy problem.
Wszystko powyższe sprawia, że młoda kobieta bale zwykła spędzać w bibliotekach
organizatorów – nie, żeby jej to szczególnie przeszkadzało, bo książki też są
dobrym towarzystwem. Pewnego wieczoru zdarzyło się, że w takiej cudzej
bibliotece zaatakował ją wampir. Nawet nie spytał, czy można skosztować, też
coś. Wynik szamotaniny jest taki, że nie można się obejść bez odpowiednich
służb, które pojawiają się w osobie samców alfa i beta miejscowej watahy
wilkołaków. Ten alfa bardzo interesujący, chociaż nie do wytrzymania. Teraz
pozostaje tylko wyjaśnić, skąd się wziął nierejestrowany wampir, gdzie się
podziały niezrzeszone rejestrowany i kto u diabła poluje na Alexię.
Jestem pełna podziwu dla pani
Carriger. Sprzedała mi bowiem fantastyczny kryminał pożeniony z romansem
paranormalny i gęsto obsypany humorem, a ja go kupiłam. I to jeszcze jak
kupiłam! Prawie tak, jak najlepsze powieści Pratchetta. Terry Pratchett co
prawda nie jest kobietą i wątki romantyczne
go raczej nie interesują, ale gdyby był i gdyby go zainteresowały, to
powstałaby właśnie „Bezduszna”.
Pora chyba wyjaśnić, co mnie tak
ujęło w tej książce, bo jak dotąd wybełkotałam tylko kilka bezładnych
zachwytów. Po pierwsze fakt, że ktoś mi umiał sprzedać historie romansu,
których raczej nie znoszę. Fakt, że wątek romansowy, mimo iż zajmuje sporo
miejsca, nie spycha fabuły właściwej do kąta też wart jest pochwały. Z resztą,
już samo to, że wreszcie na widelcu mamy wilkołaka, a nie wampira, jest u mnie
punktowane. Osobiście jestem w stanie zrozumieć fascynację ciepłym, puchatym i
nieco dzikim dziwadłem, ale sztywnym, zębatym i bladym sztywniakiem już nie.
Romans jest więc wiarygodny i poprowadzony zgodnie z wielce temperamentnymi
charakterami bohaterów, a do tego z założenia humorystyczny – to ostatnie
sprawiło, że autorka zdobyła moje czytelnicze serce. Dobrze napisana,
humorystyczna historia miłosna to jest coś, z czym nawet Terry P., dla mnie od
zawsze i na zawsze król humoru, sobie nie poradził.
Po drugie – fabuła, która
znacznie wykracza poza romans i potrafi szalenie czytelnika wciągnąć. Poprowadzona
z brawurą godną Dana Browna (tylko znacznie lepiej) akcja zabierze nas zarówno
na londyńskie salony, jak i do podziemia, a nawet do wilczego leża. A przy tym
czytelnik (no dobrze – czytelniczka, bo jakkolwiek uważam, że to książka jest
świetna niezależnie od płci odbiorcy, nie wiem, czy panowie będą w stanie w
pełni docenić jej walory) cały czas chichocze, rozbawiony żarcikami, jakie co
rusz pani Carriger raczy utykać na stronach. Nie bez znaczenia jest
wykorzystanie w tej materii konwenansów etykiety wiktoriańskiej czy całego
ambarasu związanego z ówczesnymi realiami, co wychodzi fenomenalnie.
A skoro już o opisach mowa, to
jestem pod wrażeniem. Autorka co prawda dała sobie spokój z topografią miasta
czy opisem zaułków, ale przecież panna z dobrego domu, jaką niewątpliwie jest
Alexia Tarabotti, nie ma prawa wiedzieć, jak one wyglądają. Zamiast tego
dostajemy opisy spacerowiczów z Hyde Parku, wieczorowych sukni (muszę przyznać,
że mało która rycina z epoki wywołuje u mnie tak barwne wizualizacje, jak te opisy)
i salonów londyńskiej elity, zarówno śmiertelnej, jak i nadprzyrodzonej. A i
sposób, w jaki rozprawiła się z zawiłościami integracji społecznej bytów
nadprzyrodzonych zasługuje na pochwałę. Nie ma tu mętnych podziałów i
niedopracowanych wyjaśnień. Wszystko do siebie pasuje i chodzi jak w zegarku.
Słów kilka o bohaterach.
Niezwykle spodobał mi się sposób, w jaki autorka uniknęła wszystkich typowo
romansowych pułapek w tworzeniu damy. Zamiast rozlazłej i nieładnej mamei czy
superzaradnej seksbomby (która niby to jest przeciętnej urody, ale wszyscy
faceci za nią szaleją, więc coś tu śmierdzi) mamy Alexię, która współczesnemu
facetowi z pewnością by się bardzo spodobała. Tyle, że nie jesteśmy we
współczesności, jeno w wiktoriańskiej Anglii, a do ówczesnego kanonu piękna
panna Tarabotti nijak nie pasuje. Toteż nic dziwnego, że podoba się raczej tym
panom, którzy jeszcze pamiętają kanony wcześniejsze. Panowie zaś są urodziwi w
różnych typach i o różnych typach temperamentu (najurodziwszy i najbardziej
temperamentny jest przeznaczony naszej drogiej Alexii, ale wybaczmy autorce to
ustępstwo na rzecz romansowego kanonu), więc nie można narzekać na wycinanie
bohaterów od sztancy. Zwłaszcza, że ciekawe postacie męskie są świetnie
równoważone ciekawymi postaciami żeńskimi, więc nic tylko czytać.
Niniejszym postanawiam
niezwłocznie zastosować się do rady z końca poprzedniego akapitu i biorę się za
drugi tom przygód Alexii. Co też radzę uczynić wszystkim, którzy jeszcze nie
zainteresowali się panną z parasolem. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak
dobrze bawiłam się przy książce.
Tytuł: Bezduszna
Autor: Gail Carriger
Tłumacz: Magdalena Moltzan-Małkowska
Tytuł oryginalny: Soulless
Cykl: Protektorat Parasola
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 320
Tłumacz: Magdalena Moltzan-Małkowska
Tytuł oryginalny: Soulless
Cykl: Protektorat Parasola
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 320
środa, 14 marca 2012
Wampir mi zepsuł... - "Królestwo czarnego łabędzia" Lee Carol
Książkę pożyczyła mi Aria. Dzięki!:)
Na temat „Królestwa czarnego łabędzia” zdarzało mi się czytać opinie różne. Był to może jeden z bodźców, który pchnął mnie do przeczytania tej książki – chęć przekonania się na własnej skórze, o co właściwie chodzi. Nie miałam zbyt dużych oczekiwań, ot, coś lekkiego na długi wieczór, być może z wątkami paranormalno-romansowymi (chociaż po przeczytaniu notki na okładce, gdzie książkę określano jako urban fantasy, miałam nadzieję na jak najmniej tych kwiatków). Czy się zawiodłam? Cóż… i tak, i nie.
Fabuła książki jest raczej mało nowatorska: oto nagle młoda kobieta imieniem Garet dowiaduje się, że świat wcale nie jest taki zwyczajny, jak jej się wydawało, a wróżkę można znaleźć pod każdym listkiem. A dowiaduje się tego, gdyż pewien pan zleca jej otwarcie srebrnej szkatułki, która okazuje się w niepowołanych rękach puszką Pandory po liftingu. Panna zaś musi przejść przyśpieszony kurs wiedzy, jaką każdy Wybraniec (czy tam Strażnica) posiadać powinien. A niedługo na horyzoncie zamajaczy jedyna i prawdziwa miłość…
Garet zajmuje się wyrobem biżuterii, ale ponieważ jej ojciec jest właścicielem galerii sztuki, od maleńkości obracała się w środowisku artystów. Sposób, w jaki opisano rolę artysty i sztuki w świecie (a sporo o tym jest) uznaję za najmocniejsza stronę książki. Osobiście bardzo mi się podobał zarówno pomysł poruszenia takiego tematu, jak i sposób wykonania. Co prawda nie każdy musi podzielać moje zainteresowanie, ale myślę, że nawet w takim wypadku coś w środku zostanie. W zamian za to mogłabym autorom (bo Lee Carroll to tylko pseudonim) wiele wybaczyć, ale jednego nie potrafię.
Gdzieś około strony setnej pojawia się wampir. Co prawda nie sparkli w słońcu i nie wysysa zwierzątek (chwała autorom za dość tradycyjne podejście do tematu), ale z miejsca zostaje największym ciachem odcinka i jedyną, prawdziwą miłością głównej bohaterki. I więź ich łączy nierozerwalna, a namacalna. I on wie, że jest potworem (całe szczęście, emowywody w tym temacie zostały czytelnikom oszczędzone), ale nie może się od niej odczepić. Ona wie, że w jego ustach wyrażenie „schrupałbym cię” brzmi dość dwuznacznie, ale ciągle go przywołuje. Ale wiecie, co jest najgorsze? Najgorsze jest to, że od chwili pojawienia się wampirka panna Garet całkowicie zrezygnowała z samodzielnego myślenia. Co wpakuje się w kłopoty, to wystarczy, że myślą, mową bądź uczynkiem wezwie swojego kochasia, a ten uratuje jej zgrabny tyłeczek z każdej opresji. Nuuuuuda.
Gdyby nie ta rysa, książka byłaby istotnie zgrabnym, niewymagającym czytadłem. Szkolenie Garet wypadło całkiem fajnie, mimo nieustannie towarzyszącego mi przekonania, że to wszystko jej coś za łatwo przychodzi i migającej w głowie lampki przeciwmarysuistycznej. Jednak wampir przeważył. Może jestem uprzedzona, ale nie potrafię strawić książki, w której bohaterka duży się w wampirze. Jeśli jednak ktoś potrafi i poszukuje rozrywki na jeden wieczór, polecam „Królestwo czarnego łabędzia”.
Tytuł: Królestwo czarnego łabędzia
Autor: Lee Carol (właśc. Carol Goodman i Lee Slonymsky)
Tytuł oryginalny: Black Swan Rising
Tłumacz: Alina Siewior-Kuś
Cykl: Królestwo czarnego łabędzia
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2010
Stron: 398
poniedziałek, 5 marca 2012
To NIE JEST kolejny zwykły paranormal... - "Ciepłe ciała" Isaac Marion
W zasadzie nie czytuję romansów paranormalnych. Nie lubię ckliwości, schematyczności i cudowności głównych bohaterów, którymi mnie raczą książki tego typu. Niemniej jednak ciągle wierzę, że coś wartościowego, nawet w tym gatunku, da się znaleźć. Kiedy przeczytałam, że w Ciepłych ciałach Isaaca Mariona mowa jest o zombie, zaciekawiło mnie to. W przeciwieństwie do wampirów, zombiaki są pozbawione pewnej tajemniczości, jak też jakiegokolwiek ładunku erotyzmu czy romantyzmu (nie oszukujmy się: fizycznej urody również, nawet tej mrocznej i demonicznej). Nie wystarczy ich posypać brokatem, aby zamieniły się w bożyszcza nastolatek. Toteż, niezrażona rekomendacją pani Meyer na okładce, postanowiłam przeczytać. Lekturę zakończyłam kompletnie zaskoczona.
![]() |
| by Moreni |
Zamiarem autora było stworzenie czegoś więcej, niż tylko kolejnego, nastolatkowego czytadła o miłości. Śmiem twierdzić, że mu się udało. Już sam świat zombie (które wcale nie są takie bezmyślne; z myśleniem u nich całkiem dobrze, cóż z tego, skoro martwe ciała nie radzą sobie z artykulacją słów) jest zaprzeczeniem wszystkich mniej lub bardziej cukierkowych nieumarłych, którzy są ikonami paranormal romance. Mamy więc brzydki świat zniszczony przez nieznane katastrofy. Mamy bardzo naturalistyczne opisy zarówno rozkładu zombie, jak i ich makabrycznych polowań. Mamy przejmujący smutek takiej pseudoegzystencji. Autor nie epatuje obrzydliwością nadmiernie, ot tyle, ile jest niezbędnym do pokazania prawdziwego oblicza jego świata. Ale to i tak sporo.
Muszę przyznać, że miałam spore trudności z określeniem grupy, do której kierowana jest ta książka. To opowieść o mocy młodych ludzi, którzy jako jedni z nielicznych mają siłę i chęć, aby wychodzić poza znane schematy. Nie mówi jednak o dojrzewaniu, a raczej o odnajdowaniu siebie i życiu w zgodzie z tym, co się odnalazło. Jest tu konflikt pokoleń, starcie zmiany ze schematem, ale to wszystko jest bardziej uniwersalne, niż w typowych powieściach młodzieżowych. Jest też analogia do największej i najbardziej znanej historii miłosnej na świecie (spójrzcie na imiona głównych bohaterów — nie muszę mówić której, prawda?), ale paradoksalnie, nie sama miłość jest tu ważna, ale, tak jak i u Mistrza, raczej przesłanie, jakie ze sobą niesie.
Pochylmy się na momencik nad bohaterami. Julie pochodzi z Twierdzy, jednej z nielicznych enklaw, w których ludzie schowali się przed zagładą. I jakkolwiek dziewczę jest postacią bardzo ciekawą, a Twierdzę zamieszkują też inne, mniej lub bardziej archetypiczne postacie (ojciec Julie — generał Grigio, jej przyjaciółka Nora, w pewnym sensie także Perry — były chłopak Julie), jakkolwiek stosunki między nimi są skomplikowane i trudne (na miarę tekstu dość krótkiego i łatwego w odbiorze), bardziej interesujący jest sposób, w jaki Marion podszedł do kwestii zombie. Oczywiście odpowiednia ilość zawołań „móóóózggggg…” musi wystąpić, ale Martwi zostali tutaj potraktowani jak ludzie. Obcy i niebezpieczni, ale jednak ludzie, którzy poza polowaniem na Żywych czymś jednak się zajmują. To rzadkie podejście wśród twórców (osobiście z czymś podobnym spotkałam się tylko u Pratchetta — ale tam nie ukazano obcości nieumarłych — oraz w serii gier Fallout, ale tamtejsze zombie były „podrabiane”), więc każdy jego przejaw powinien zwracać uwagę. Szczególnie, jeśli jest dobrze zrealizowany, jak w Ciepłych ciałach na przykład.
Słów kilka o stronie technicznej wydania. Okładka może nie powala, ale klimatem współgra z treścią. Czcionka jest duża i wygodna, zaś korekta sprawiła się świetnie, bo poza jedną czy dwoma literówkami nie znalazłam błędów. Pomysł autora, aby swoją opowieść o żywych trupach zilustrować rycinami z podręcznika do anatomii jest dla mnie totalnym hitem — niesamowicie podkreśla klimat.
Ciepłe ciała Isaaca Mariona to dowód, potwierdzający dwie tezy. Pierwsza: debiutancka powieść może się okazać świetną literaturą. Druga: w gatunku paranormal romance da się jeszcze powiedzieć coś nowego, wystarczy tylko sięgnąć trochę dalej, poza szkolne mury otaczające szarą myszkę zakochaną w seksownym i niebezpiecznym herosie (względnie wampirze, aniele, czarodzieju, cokolwiek). Inna rzecz, czy to wtedy ciągle jeszcze będzie paranormal romance. W każdym razie, oby więcej takich debiutów. Polecam absolutnie wszystkim.
Autor: Isaac Marion
Tytuł oryginalny: Warm Bodies
Tłumacz: Martyna Plisenko
Wydawnictwo: Replika
Rok: 2011
Stron: 308
środa, 23 listopada 2011
Młodzieńcze uczucia - "Biała jak mleko, czerwona jak krew" Alessandro D'Avenia
Książki młodzieżowe czasem miewają pewien problem: bywają infantylne. Jeśli chodzi o powieści przygodowe czy fantastyczne, przypadłość ta zwykle nie jest zbyt widoczna. Gorzej, jeśli mamy do czynienia z literaturą obyczajową: często autorzy chcąc poruszyć sprawy ważne dla dorastającego człowieka, upraszczają i zmniejszają ich wartość, myśląc naiwnie, że w ten sposób przybliżą je młodzieży. Alessandro D’Avenia jako nauczyciel został pozbawiony takich złudzeń i dlatego Biała jak mleko, czerwona jak krew jest zupełnie inna.
Głównym bohaterem jest Leo, szesnastoletni uczeń jednego z włoskich liceów. Ma wszystko, co standardowy szesnastolatek posiada w „ekwipunku”: najlepszego przyjaciela Nico, jedyną w swoim rodzaju przyjaciółkę Silvię, wieczne utrapienie w szkole z nauczycielem-idealistą, rodziców, których najchętniej trzymałby z daleka od swoich tajemnic, kilka pasji i zainteresowań oraz… Beatrice. Niezwykłą dziewczynę o włosach czerwonych jak krew. Niesamowite zjawisko, które zawładnęło jego sercem i wypełniło jego białe życie czerwienią miłości. Niedługo okazuje się, że czerwień Beatrice jest pożerana przez biel choroby…
Wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy Leo. Niby zwykły szesnastolatek, ze wszystkimi charakterystycznymi dla tego wieku szaleństwami, humorami i problemami, a jednocześnie wrażliwy chłopak, jak każdy młody człowiek łatwy do zranienia. Wszystko porównuje do kolorów: biel jest pustką, czerwień to miłość i pasja, zaś przyjaźń jest niebieska. Ale czy kiedy okaże się, że trzeba przewartościować przyporządkowane już barwy, Leo wykaże się odpowiednią dojrzałością?
Autor książki jest nauczycielem, widać w jego prozie, że potrafi porozumiewać się z młodzieżą. Język, jakiego używa, a także sposób, w jaki konstruuje wypowiedzi swojego bohatera (krótkie rozdziały, czasem nieco chaotyczne, ale zawsze kipiące uczuciami) wskazuje na obeznania z omawianym środowiskiem. Jednocześnie udowadnia, że aby przemówić do młodego czytelnika, nie trzeba posługiwać się slangiem. Język literacki również jest zrozumiały, jeśli określi się nim świat znany nastolatkom. Jego elementy, takie jak telefony komórkowe, Wikipedia czy ikony popkultury wydają się swojskie, nawet jeśli nie mówi się o nich w sposób potoczny.
D’Avenia w bardzo mądry, a jednocześnie przystępny sposób pisze o rzeczach kluczowych dla każdego, ale dla młodego człowieka w szczególności. Co ważniejsze, robi to ciekawie, nie popadając w dydaktyczny ton. Idealnie odmalowuje wszystkie emocje Leo oraz sposób myślenia szesnastolatka, a także proces, jaki w nim zachodzi pod wpływem dramatycznych wydarzeń. Obrazy przekazywane przez słowa są tak żywe i pełne wrażeń, że nie sposób przejść obok nich obojętnie, nie utożsamiać się z bohaterem (nawet, jeśli już dawno przestało się być nastolatkiem). Dzięki temu treści ważne są pobierane drogą osmozy, beż wysiłku, który może zniechęcać. A kto wie, czy wtedy nie oddziałują silniej?
Niektórzy pewnie zarzucą pisarzowi, że jego powieść to w zasadzie zbiór truizmów o pierwszej miłości, zauroczeniu, dojrzewaniu i tragedii. Ale w pewnym wieku człowiek potrzebuje truizmów, bo w czasie kształtowania własnej hierarchii wartości nic nie jest oczywiste. Poza tym ilość wzruszeń, jakich dostarcza ta książka (a które prezentują poziom dużo wyższy, niż harlequiny) i materiału do przemyśleń wystarcza, aby uznać ją za świetną mimo wszystko. Martwi mnie jedynie okładka: sama w sobie jest świetna, problem polega na tym, że dziewczę na okładce może zniechęcić do lektury chłopców (tak samo jak porównanie do „Love story”), co byłoby dla nich ogromną stratą. Książkę warto przeczytać bez względu na wiek, płeć czy stan umysłu. Polecam.
Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.
Autor: Alessandro D'Avenia
Tłumacz: Alina Pawłowska
Tytuł oryginalny: Bianca come il latte, rossa come il sangue
Wydawnictwo: Znak literanova
Rok: 2011
Stron: 309
sobota, 12 listopada 2011
„Przypominam, że ja jestem prostą dziewczyną, która nienawidzi całego tego paranormalnego chłamu” [12]. - "Rozkosze nocy" Sherrilyn Kanyon
Ja też jestem prostą dziewczyną, która nienawidzi paranormalnego chłamu. Po lekturze „Zmierzchu” poprzysięgłam sobie, że nigdy więcej książki o brokatowych wampirach zakochanych w małolatach nawet dwumetrową tyką nie tknę. Aż tu nagle z księgarnianej półki wpatruje się we mnie intensywnie osobnik nieokreślonej płci (na faceta zbyt kobiecy, na kobietę za brzydki) z wyraźnie lubieżnymi zamiarami. I ten tytuł: „Rozkosze nocy”. Nie dałam się nabrać na zakup w ciemno, decyzję podjęłam dopiero po zapoznaniu się z licznymi recenzjami (a właściwie dlatego, że na mojej półce zagościł zdobyczny trzeci tom cyklu). Muszę przyznać, że choć oczekiwania miałam niewygórowane, to się nie zawiodłam. A na okładce zamiast osobnika płci nieokreślonej, proponowałabym umieścić wielki, czerwony kwadracik.
Amanda niczego tak nie pragnie, jak nudnego żywota szarej księgowej. Pragnienie zrozumiałe, zważywszy, że dorastała w domu, gdzie rozmowy z duchami, przewidywanie przyszłości i rytuały voodoo należą do codzienności, a w korytarzu można się potknąć o osikowy kołek, rzucony niedbale przez siostrę bliźniaczkę. Najwyraźniej jednak los ma co do Amandy inne plany. Pewnego ranka dziewczyna budzi się przykuta do hiperprzystojniaka. Właściwie nic, tylko się cieszyć. Problem polega na tym, że przystojniak nie jest człowiekiem, tylko… no, zgadnijcie czym? Brawo, macie rację: wampirem! Co prawda w dotyku jest przyjemnie ciepły, oddycha, a serce mu bije no i podsysać obcych bab nie musi, ale ma niebezpieczną prace i nie ma duszy. Właściwie wampirem też nie do końca jest, jeno Mrocznym Łowcą. Jego zwierzyna nie ma jednak nic z łagodności łani, co więcej: wykazuje niebezpieczną fantazję w pozbawianiu (nie)życia Łowców i wszystkich, na kim Łowcom zależy. A Kyrianowi coraz bardziej zaczyna zależeć na przykutej do niego dziewczynie…
Swoją opinię o książce postanowiłam wyrazić w punktach, bo każda inna opcja skutkowała totalnym chaosem wypowiedzi. Zacznijmy od tego, co mi się w „Rozkoszach nocy” nie podobało:
- Wątek romansowy – tak, największe pretensje do książki mam o to, że jest romansem. Cóż poradzę, że nie trawię romansów? W szczególności zaś takich, które pozostają schematyczne. Zastrzegam, że jest to moja osobista fobia, więc ci, którym romanse nie przeszkadzają, powinni zignorować ten punkt.
- Zmarnowanie potencjału kajdan – nie, nie chodzi o jakieś perwersyjne sceny łóżkowe (chociaż, właściwie czemu nie;)). Po prostu spodziewałam się, że ten element fabularny zapewni nam akcję rodem z amerykańskich filmów: pościgi za skutymi więźniami, współdziałanie w trudnych warunkach, takie rzeczy. Tymczasem… no, sami zobaczycie.
- Cudowność głównego bohatera – a właściwie ciągłe jej podkreślanie. Rozumiem, że kanon wymaga, aby pan był przystojny, ale czytelnicy nie są ułomni i nie trzeba im o tym przypominać co trzy strony. Co ciekawe, wspominanie o twardych mięśniach, wysportowanej sylwetce, niesamowitych oczach i innych wcale mi nie przeszkadzało w „monetach”.
- Fakt, że cykl „Mroczny Łowca” jest tylko jednym z podcykli większej serii, a chronologicznie „Rozkosze nocy” są czwarte czy piąte w kolejności. Nie, żeby to specjalnie przeszkadzało, ale podczas czytania daje się wyczuć, że wcześniej coś było.
Hm, wychodzi, że zastrzeżeń mam niewiele. Więcej będzie plusów:
- Nieromansowa część fabuły – całkiem ciekawie ułożona intryga, interesujące opisy walk i zaskakujące rozwiązania to było coś, czego się po książce nie spodziewałam.
- Erotyka – lubię dużo erotyki w literaturze, pod warunkiem, że jest dobrze napisana i ma jakieś uzasadnienie. Tutaj ma, a autorka stworzyła opisy przyjemne dla czytelniczego oka, więc nie zawiodłam się w tym punkcie. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie wszyscy lubią erotykę. To zdecydowanie nie jest książka dla takich osób.
- Rozbudowany i pomysłowy podział stworzeń nocy – mimo, że przypomina nieco specyfikacje ras z systemów RPG, to uważam go za zdecydowanie lepszy niż podział wampirów na dobrych wegetarian (których dobroć nie dotyczy jednak zagrożonych gatunków zwierząt;P) i złych ludożerców. Niektórym czytelnikom może przeszkadzać mnogość odmian, ale przecież w końcu im nas więcej, tym weselej.
- Nawiązanie fabułą do „Pieknej i Bestii” – i więcej o tym nie powiem, bo będzie spoiler jak stąd do Pekinu.;)
- Szybkość czytania – książkę pochłania się w góra dwa wieczory. Jeśli chodzi o lekkie powieści, to zdecydowana zaleta.
Podsumowując, powiem tylko, że mimo irytujących momentów książka mi się podobała do tego stopnia, że zamierzam nabyć następny tom. Polecam oczywiście wszystkim fanom gatunku. Innym czytelnikom także – jeśli będziecie mieli ochotę na wieczór z interesującym romansem.
Tytuł: Rozkosze nocy
Autor: Sherrilyn Kenyon
Tytuł oryginalny: Night Pleasures
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Mroczny Łowca
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2010
Stron: 432
sobota, 7 maja 2011
A upiór nieco trąci myszką... - "Upiór w Operze" Gaston Leroux
Recenzja sponsorowana przez Arię, która mi wspaniałomyślnie książeczkę pożyczyła. Dzięki!:)
Moim pierwszym kontaktem z „Upiorem w Operze” był utwór pod tym samym tytułem wykonywany przez zespołu Nightwish – i muszę przyznać, że to wykonanie podoba mi się dużo bardziej, niż wykonanie filmowe (swoją drogą bardzo bym chciała usłyszeć, jak by to brzmiało, gdyby w filmie partię damską wykonywała Tarja Turunen). Film takoż widziałam, a teraz przyszedł czas na książkę. I muszę przyznać, że chyba jednak wolę film…
Fabułę z grubsza chyba wszyscy znają, ale dla tych, którzy nie znają, albo zapomnieli, nakreślę w kilku zdaniach. Chrystine Daae to młoda, świetnie zapowiadająca się śpiewaczka, której triumf na deskach Opery Paryskiej wszystkich zaskoczył. Szczególnie zaś wicehrabiego Raula de Chagny, który znał ją jeszcze z czasów dzieciństwa i właśnie poczuł, że jest w młodej damie szaleńczo zakochany. Natychmiast pobiegł jej to oświadczyć, ale dziwne zachowanie damy serca podziałało jak kubeł zimnej wody. Tymczasem w budynku opery grasuje upiór. Nie dość, że płata niesmaczne figle, że terroryzuje pracowników, którym zdarzają się czasem śmiertelne wypadki czy tajemnicze zaginięcia, to jeszcze wysuwa bezczelne roszczenia w stosunku do dyrekcji. Jest też na zabój zakochany w Chrystine. I w tym przypadku stwierdzenie „na zabój” może okazać się totalnie dosłowne.
Książka pierwszy raz została wydana równo 100 lat temu i to niestety widać. Niektóre ówczesne prawidła konstrukcji powieści nijak nie przystają do tego, czego oczekuje współczesny czytelnik. Chodzi głównie o rozkład ciężaru poruszanych zagadnień, który momentami dla czytelnika jest zupełnie nieatrakcyjny, chociaż nie mam wątpliwości, że przed wiekiem tego właśnie pożeracze słowa pisanego oczekiwali. Inne cechy to rozbudowane opisy (chociaż dla mnie to dodatkowa atrakcja) oraz specyficzny sposób zaznaczania emocji w tekście (o tym później). Krótko mówiąc, powieść trąci myszką. Na szczęście nie tak bardzo, żeby obecnie nie można było jej z przyjemnością czytać.
Na początek zajmijmy się warstwą językową. Pan Leroux charakteryzuje się talentem do budowania wspaniałych opisów, zwłaszcza, jeśli chodzi o śpiew. Nie mam pojęcia, jak on to robi, ale pieśni artystów operowych, jak i samego upiora zdawały mi się tak niesamowicie realne, jakbym je słyszała, a nie tylko o nich czytała. Jeszcze nigdy nie miałam okazji zetknąć się z takim mistrzostwem w opisie dźwięku. Trochę gorzej ma się sprawa z opisami rzeczy bardziej namacalnych, jak choćby pomieszczenia. Tutaj autor potrafi przytłoczyć ilością szczegółów, co w połączeniu z manierą wplatania ich w akcję w sposób często nużący dla czytelnika sprawia, że momentami książka staje się nudna. Najbardziej irytujące wydało mi się jednak nadużywanie wielokropków i wykrzykników, głównie w dialogach, ale również w tekście narracyjnym. Często-gęsto konstrukcje typu wykrzyknik+wielokropek (!...) kończą każde zdanie w półstronicowym (lub dłuższym) akapicie. Może kiedyś było przyjęte taki wyrażanie silnych emocji bohaterów, ale teraz czyta się to jak wynurzenia rozchwianej emocjonalnie dwunastolatki.
Jeśli już przy bohaterach jesteśmy to muszę przyznać, że dwoje z nich mnie szczególnie irytowało. Palmę pierwszeństwa dzierży tu nasza mała Chrystine, o której zawsze się mówi, że to słodkie, niewinne i naiwne dziewczątko. Poza tym cięgle mdleje, tudzież płacze błagając i zaklinając (nie mylić z przeklinając!) – generalnie zachowuje się jak skrzyżowanie Danuśki Jurandówny z zestresowanym królikiem. Wiem, że prawidła powieści podonczas wymagały, aby tragiczno-romantyczna heroina taka właśnie była, ale osobiście nie trawię takich wiotkich dziewczątek. Drugie miejsce zaś zajmuje jej ukochany, wicehrabia Raul – głównie za to, że zachowuje się na zmianę jak rozpuszczony pięciolatek i napalony czternastolatek (tylko proszę się tu nie dopatrywać żadnych podtekstów – autor co drugą stronę raczy nas zapewnieniami, że ich miłość była słodka i niewinna aż do obrzydliwości). Za to tytułowy Upiór udał się świetnie. Autor bardzo przekonująco, chociaż jak na mój gust zbyt oszczędnie odmalował tu psychikę człowieka genialnego, ale odrzuconego przez społeczeństwo ze względu na fizyczną ułomność. Najwięcej mojej sympatii budzi najczarniejszy charakter powieści.
Dwa słowa o wydaniu. O ile papier i klejenie jest świetnej jakości i wydawcy wyraźnie zależało na tym, aby wypuści w świat produkt solidny, to niestety literówek nie udało się ustrzec . Jest ich sporo, co bardziej czepliwy czytelnik może poczuć dyskomfort podczas lektury. Poza tym, oprócz paskudnej grafiki okładkowej, wad brak. Ach, zapomniałabym dodać, że jest to najlepsze z obecnie dostępnych polskich tłumaczeń.
Podsumowując, polecam raczej czytelnikom wytrwałym, zaprawionym w bojach nie tylko z literaturą współczesną, ale też i starszą (jeśli kogoś odstrasza język „Lalki” czy powieści Sienkiewicza, „Upiora w Operze” raczej nie strawi). Inni mogliby się poczuć rozczarowani.
P.S. Czy ktoś mi może powiedzieć, dlaczego w filmach „ten zuy” zawsze jest przystojniejszy i bardziej temperamentny od „tego dobrego”? Przez ten fakt zawsze wychodzi na to, że główna bohaterka jest jakaś mało rozgarnięta, bo wybiera tego brzydszego i bardziej ciapowatego (albo też jest wyrachowana, bo ten ciapowaty zawsze dziwnym trafem jest bogatszy i lepiej sytuowany…).
Autor: Gaston Leroux
Tłumacz: Andrzej Wiśniewski
Tytuł oryginalny: Fantôme de l'Opéra
Wydawnictwo: Studio Emka
Rok: 2005
Stron: 351
środa, 9 lutego 2011
Nie zatrzęsło mną - "Tektonika uczuć" Eric-Emmanuel Schmitt
Mało co mnie tak denerwuje w książce, jak bohater, który sobie sam życie komplikuje, a później ma pretensje do wszystkich, że mu się nie układa. Mam ochotę taką osobą mocno potrząsnąć, ewentualnie, w skrajnych przypadkach, porządnie obić tęgim kijem. Na początku myślałam, że to obecność takiego skrajnego przypadku przeszkadza mi w odbiorze „Tektoniki uczuć”. Ale chyba jednak nie o to chodzi.
Richard i Diane są w sobie zakochani. Ona jest twardą kobietą sukcesu, stanowczym politykiem, nawykła raczej do walki niż do miłości, on jest wytrwałym romantykiem, który zdobywał ją latami, aż w końcu dopiął swego. Niby są razem szczęśliwi, ale jedna chwila sprawiła, że szczęście prysło jak bańka mydlana, a w miejsce miłości zaczyna się wkradać nienawiść.
Nie mogłam się oprzeć chęci porównania „Tektoniki uczuć” do „Małych zbrodni małżeńskich”, zapewne dlatego, że zarówno tematyka, jak i forma są podobne. Jednak w „Tektonice…” zdecydowanie zabrakło tego wszystkiego, co mnie zachwyciło w „Małych zbrodniach…”. Przede wszystkim, dramat ten (bo oba wymienione utwory to przedstawienia sceniczne) w ogóle mnie nie zaskoczył. U Schmitta cenię głównie niespodzianki fabularnie, jakie z mniejszym, lub większym powodzeniem wkłada w swoje utwory. Niespodzianki te czasem nie mają większego znaczenia dla fabuły, jednak wywołują specyficzne uczucie miłego zaskoczenia, że jednak autor coś przed nami skrzętnie ukrył i pozwolił szukać w gąszczu tekstu, jako tym amerykańskim dzieciakom wielkanocnych jajek w trawie. Tutaj nic takiego nie miało miejsca. Nie wiem, jak dla innych czytelników, ale dla mnie cała fabuła była jasna niemal od początku do końca, wręcz narzucająca się swoją oczywistością. Może przeczytałam już za dużo tekstów szanownego autora i nie będzie mnie on w stanie niczym zaskoczyć? Oby nie.
Bohaterowie również jakoś nie wzbudzili moich emocji, może poza irytacją osobą wymienioną na wstępie. Niektórzy wydali mi się wprowadzeni do tej sztuki bez większego powodu, ot, dodatkowy ornament a malowidle, żeby zapełnić przestrzeń. A przecież w tej sztuce osoby dramatu można policzyć na palcach jednej ręki. Zabrakło więc tego, co mnie urzekało we wcześniej czytanej twórczości Schmitta: bohaterów, którzy potrafili mnie oczarować swoją osobowością, zaskoczyć charakterem i porwać swoimi poczynaniami.
Nie chcę przez powyższe powiedzieć, że książka jest zła. Język Schmitta, który tak lubię jest tutaj w całkiem niezłej kondycji, więc czyta się przyjemnie i błyskawicznie, i nie wątpię, że ta sztuka oglądana na scenie może być wręcz powalająca. Ale wersją czytaną się rozczarowałam. Bo miała zachwycać, a nie zachwyca. Miała mnie porwać, wzbudzić emocje, a nie wzbudziła. Pozostaje więc tylko stwierdzić, że książka nie jest zła, ale jest jedynie powyżej przeciętnej. Słabo, jak na lubianego przeze mnie autora.
Autor: Erick-Emmanuel Schmitt
Tłumacz: Barbara Grzegorzewska
Tytuł oryginalny: La tectonique des sentiments
Rok: 2008
Stron: 148
Subskrybuj:
Posty (Atom)






