sobota, 8 października 2011

Na żaglach pełnych wiatru, na prądach eteru... - "Wichry archipelagu" Bradley P. Beaulieu

Kiedy w tytule powieści fantasy widzę słowo „archipelag”, od razu pojawia się uporczywe skojarzenie z „Czarnoksiężnikiem z Archipelagu” Ursuli K. Le Guin. W tym przypadku skojarzenie jest o tyle uzasadnione, że akcja „Wichrów archipelagu” również rozgrywa się pośród rozrzuconych na wodzie wysepek. Tyle tylko, że zamiast potężnego Arcymaga Geda Krogulca mamy dziesięcioletniego chłopca – autystycznego Nasima.

Na wyspy Kałakowa spadła plaga: plony są coraz słabsze, zwierzęta chorują i padają, ryby odpłynęły z łowisk. Ludzi także nie oszczędza: śmiertelna choroba zwana wyniszczeniem atakuje niezależnie od wieku, płci czy statusu społecznego. Jakby tego wszystkiego było mało, wzmożoną aktywnością wykazują się maharraci, wyjęci spod prawa bojownicy o pozostawienie wysp dla Aramanów. A główny bohater powoli umiera.

Nikandr Jarosław Kałakow, jako syn panującego księcia, doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji. Sam cierpiąc na wyniszczenie, rozpaczliwie próbuje gromadzić informacje o pladze, licząc, że znajdzie lek na chorobę swoją i wysp. Zwłaszcza, że coraz trudniej ją ukrywać. Szybko jednak okazuje się, że plaga to najmniej palący problem: statek przewożący Wielkiego Księcia zostaje zaatakowany przez ducha ognia, zaś sam Wielki Książę ginie. Nad Kałakowem zawisa widmo wojny. Jaką rolę w tych wydarzeniach przyjdzie odegrać autystycznemu chłopcu, o którym mówi się, że panuje nad żywiołami? I co to właściwie ma wspólnego z Nikandrem?

Większość autorów fantasy nie lubi umieszczać swoich bohaterów na wyspach. Przecież tam ani wielka puszcza elfów się nie zmieści, ani łańcuch górski dla krasnoludów, o chatce mędrca-przewodnika nie wspominając. Jeśli więc autor rezygnuje ze zwartej powierzchni kontynentu, należy mu się plus za odwagę. Zwłaszcza, że to nie jedyny plus, jaki mogę dać panu Beaulieau.

Świat powieści jest niezwykle barwny: eter, kamienie duszy, statki powietrzne to tylko garść elementów, samodzielnie mało znaczących, ale razem dodających oryginalności. Spojrzenie na kwestię magii jest również interesujące – być może da się wyszukać sporo podobieństw do innych książek, ale całość jest dużo ciekawsza, niż wynikałoby to z sumy szczegółów. Niektórych czytelników może oszołomić ilość pojęć, jakie wprowadza autor, ale zapewniam, że nie ma się czego bać  - po jakimś czasie udaje się to ogarnąć.

Autor zastosował jeszcze jeden chwyt, którym mnie ujął. Aby dodać swojemu światu nieco charakteru nie posłużył się ani elfem, ani krasnoludem, ani żadnym innym germańsko-celtyckim wynalazkiem. Po prostu lekko podstylizował swój świat na Rosję z plus-minus XVII, może XVIII wieku. Dla czytelnika amerykańskiego taka rusycyzacja obyczajów czy wtrącenie słówka w obcym języku to zapewne powiew świeżości i odrobina nieznanego. Dla mnie te wszystkie czerkieski, wódka czy „niet” wtrącane tu i ówdzie czynią powieść przyjemnie swojską.

Czy książka ma jakieś wady? Dosyć wolno się rozkręca i przez pierwsze sto stron czytelnik zastanawia się gorączkowo, o co właściwie tutaj chodzi. Później jednak kierunek akcji zostaje określony i od tej pory nie sposób oderwać się od lektury. Jest jeszcze jedna wada, bardziej subiektywna – autor nie boi się uśmiercać swoich bohaterów. Nie jest w tym co prawda tak skuteczny, jak choćby Martin, ale jednak. Mnie to nie przeszkadza, choć niektórym może.

Książka jak na debiutancką powieść wypada zadziwiająco dobrze. Nie odnalazłam w niej ani jednego błędu właściwego niedoświadczonym pisarzom, pomysł jest niezwykle intrygujący, zaś bohaterowie pełni życia i bardzo ludzcy. Całości dopełnia wręcz fenomenalna okładka. Cóż, pozostaje mi tylko gorąco polecić i dalej marzyć o wejściu w eter.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka. Dziękuję!

P.S. Tutaj można odwiedzić blog autora. Po angielsku, oczywiście.
P.S.2 Tak w ogóle to miałam coś naszkicować do tej recenzji, ale jak wiadomo, najlepsze sceny są zawsze na końcu więc postanowiłam podejść do sprawy ambitniej niż szybkim szkicem. Nie bardzo uśmiechało mi się czekanie co najmniej tydzień z recenzją (żeby wykonać rysunek). Jeśli bylibyście zainteresowani, to dodam go osobno, jak skończę.

Tytuł: Wichry archipelagu
Autor: Bradley P. Beaulieu
Tytuł oryginalny: The Winds of Khalakovo
Tłumacz: Marek Pawelec
Cykl: The Lays of Anuskaya (Ballada o Anusce)
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 635

środa, 5 października 2011

Stosik październikowy

Może tym razem bez wstępów...


Sekcja boczna (recenzyjna):
1. "Wichry Archipelagu" Bradley P. Beaulieu - od wydawnictwa Prószyński i s-ka.
2. "Oko Jelenia: Sfera armilarna" Andrzej Pilipiuk - od Insimilionu.

Sekcja główna (od dołu):
1. "Opactwo Northanger" Jane Austen - postanowiłam wziąć się za klasykę.
2. "Wieże z kamienia" Wojciech Jagielski
3. "Woda dla słoni" Sara Gruen - na fali populrności filmu (którego, tak na marginesie, nie widziałam).
4. "Lala" Jacek Dehnel - wszyscy tak chwalą, to i ja spróbuję. Zwłaszcza, że ostatnio nabrałam zaufania do serii "Archipelagi".
5. "Tysiąc wspaniałych słońc" Khaled Hosseini - z braku "Chłopca z latawcem".
6. "Strażnik sadu" Cormac McCarthy
7. "Narodziny dnia" Colette - żeby "Klaudyna" nie czuła się samotna.;)
8. "Złoto i magia" Isaak Asimov - klasyki ciąg dalszy.;)
9. "Świat w ziarnku piasku" Joanne Harris
10. "Pięć ćwiartek pomarańczy" Joanne Harris
11. "Sprzedam dom, w którym nie chcę już mieszkać" Bohumil Hrabal - i jeszcze trochę klasyki, czyli Hrabal wybrany na chybił-trafił.


Od góry:
1. "Wyspy Nieśmiertelnych" Jose Freches - świeżo nabyty ostatni tom trylogii.;)
2. "Świat Racannona" Ursula K. Le Guin
3. "Miasto złudzeń" jw. - akurat nie wiem, czy przeczytam. W bibliotece nie było drugiego tomu tej trylogii, więc pewnie moja znajomość z nią chwilowo zakończy się na tomie pierwszym.
4. "Historia rodziny Roccamatio" Yann Martel - po zachwycie "Życiem Pi" musiałam spotkać tego autora jeszcze raz.;)
5. "Trudne pytania" Ian Watson
6. "Wszystkie strony świata" Ursula K. Le Guin
Recenzje obu powyższych będą sygnowane misiem, ponieważ Luby nie tylko polecił książki, ale i je dostarczył.:)
7. "Robokalipsa" Daniel H. Wilson - od clevery. Dziękuję, kochana!:)

wtorek, 4 października 2011

Kilka zapowiedzi

Zanim zapowiedzi, jeszcze tylko jedno zagubione ogłoszenie. Chciałabym zaprosić Was do udziału w konkursie organizowanym przez serwis Insimilion i księgarnie internetową Fabryka.pl. Wszystkiego dowiecie się tutaj.

Rok Pański 1462. Imperium Osmańskie rośnie w siłę. Sułtan Mehmed II Zdobywca przekroczył Dunaj i z potężną armią stoi u wrót Europy. Lada dzień sto tysięcy tureckich żołnierzy zaleje chrześcijańskie ziemie i zniewoli narody. Okrutni janczarzy zasypią gradem strzał obrońców twierdz, spahisi rozniosą w pył rycerską jazdę, a zagończycy puszczą z dymem miasta i wioski. Na kościelnych wieżach załopocą zielone sztandary, krzyż upadnie zastąpiony przez półksiężyc, a z dzwonnic co rano roznosić się będzie zawodzenie muezinów. Wydaje się, że nie ma już ratunku. Janos Lechoczky, kapitan elitarnej gwardii Czarnych Szeregów, podejmuje się tajnej misji zleconej mu przez króla Węgier. Z dwunastoma zaledwie podkomendnymi wyrusza na Wołoszczyznę, na spotkanie człowieka, który ma ponieść sztandar nowej krucjaty i rozpalić nadzieję w ludzkich sercach. Człowieka na tyle silnego, odważnego i szalonego, żeby postawić się całej tureckiej potędze. Człowiekiem tym jest hospodar Wołoszczyzny Vlad Dracula. Zbrodniarz nabijający swoich wrogów na pal, czy bohater gotowy wszelkimi sposobami walczący z najeźdźcą? Legendarny wampir czy rycerz broniący wiary chrześcijańskiej? Okrutny szaleniec, czy genialny strateg? Kim tak naprawdę jest Vlad Dracula?

Wydawca: Runa, Bellona
EAN 9788311121782
352 stron
format 145x205 mm
oprawa miękka
Termin wydania: 27.10.2011




Inspektor Misato Inoue podąża śladami handlarza ludźmi i bestialskich mordów. Krok za krokiem pogrąża się w świecie pradawnych wierzeń i okrutnych kultów Mikronezji. Ale dawno temu zabójcy jakuzy zostawili w płonącym domu małą dziewczynkę, więc w gruncie rzeczy Misato Inoue szuka tylko zemsty. Nie wie jeszcze, że w jej cieniu skrywa się tajemniczy cudzoziemiec — Gaijin. A on prowadzi zupełnie inną grę. 
Eve Namura jest zwykłą studentką, która podejmuje jedną złą decyzję — jako wolontariuszka wyjeżdża do Somalii. Tam odkrywa o jeden sekret za wiele i odtąd musi uciekać. I nigdzie, ani w rozdartej wojną domową Afryce, ani na ulicach Berlina, nie jest już bezpieczna. Jedyną osobą, której może zaufać, jest nieznajomy — Adam Worthington. Choć może on jest dla niej najgroźniejszy z nich wszystkich. 

Ale takie rzeczy nie zdarzają się przecież zwykłym ludziom.
Może dlatego Eve Namura miewa dziwne sny.
Sny o zatopionym mieście.

Wydawca: Bellona, Runa
ISBN: 978-83-89595-79-9
ISBN: 978-83-11-12179-9
Wymiary: 125×195 mm
Okładka: miękka
Ilustracja na okładce: Chris McGrath
Planowana data wydania: jesień 2011 r.


Tego powstania nie przegramy! 

Jest styczeń 1863 i polscy buntownicy znów rzucają się do desperackiej walki. Na zasypanych śniegiem wzgórzach i polach, pośród zamarzniętych lasów, pod sztandarem z Orłem, Pogonią i Archaniołem walczą z sołdatami Imperium. Ale pośród bitew i pościgów na udręczonej ziemi wykwitają turbulencje rzeczywistości — strzępy świata o odmienionej fizyce i źródła potężnego mutatio. Rodzą się odmieńcy. Wyklęci przez kościoły wszystkich religii, ścigani przez służby najpotężniejszych mocarstw, pogardzani i znienawidzeni przez tłum, są też obdarzeni nieomal boską mocą. Dlatego tajni komendanci powstańczego rządu zrobią wszystko, żeby ich pozyskać i wraz z innymi straceńcami poprowadzić na bój, na krwawy. 

Odtąd nic już nie będzie takie samo. 

Pod Miechowem, pod Małogoszczą i Iłżą odmieńcy będą zabijać i ginąć ramię w ramię z powstańcami. 
 Poniosą przyszłość na ostrzach bagnetów i kos.
 Ale będą mieli jeszcze coś.
 Przemożną moc mutatio, która zmieni wszystko. 

Więc gotuj broń i kulę bij głęboko,
O ojców grób bagnetu poostrz stal,
Na odgłos trąb twój sztuciec bierz na oko,
Hej, baczność! cel! i w łeb lub serce pal!

Wydawca: Bellona, Runa
ISBN: 978-83-89595-78-2
ISBN: 978-83-11-12180-5
Liczba stron: 528
Wymiary: 125×195 mm
Okładka: miękka
Ilustracja na okładce: Wojciech Ostrycharz
Planowana data wydania: jesień 2011 r.

niedziela, 2 października 2011

Takie różne + komiks, bo dawno nie było:)

Skończyły mi się wakacje i czas wracać na studia. Szkoda tylko, że tak mało lata w tym roku było.
***
Serwis Insimilion, jako że dynamicznie rozwija swój dział literacki, poszukuje recenzentów, korektorów i newsmanów. Chodzi o fanów fantastyki wszelakiej, gdyż tą tematyką zajmuje się serwis. Dodatkowo można wziąć udział w wielu konkursach i podyskutować na rozbudowanym forum, więc nawet jeśli nie chcecie pełnić żadnej funkcji, zachęcam do zarejestrowania.:) Zainteresowanych przystąpieniem do zespołu działu literackiego proszę o napisanie maila do redakcji, na adres Serenity@iml.pl
***
Można już głosować na najlepszą książkę września. Jednocześnie trwa jeszcze głosowanie na książkę wakacji, więc zapraszam do brania udziału w ankietach. Podsumowanie obu pod koniec miesiąca.:)
***
Postanowiłam bardziej zaznaczyć obecność Lubego na blogu. W związku z czym stworzyłam specjalną grafikę, którą będą oznaczane recenzje książek podsuwanych mi przez Mojego Mężczyznę. A że najczęściej zwracam się do Niego per "misiu", to grafika wygląda tak:

Oczywiście przy recenzjach będzie odpowiednio mniejsza.:)
***
Na koniec obiecany komiks (można go oczywiście powiększyć):


piątek, 30 września 2011

Sens cierpienia - "Ludzie na walizkach" Szymon Hołownia

O książce Hołowni było swego czasu głośno, ale mimo bombardujących mnie ciągle świetnych opinii jakoś nie byłam zainteresowana. Niedawno obejrzałam jednak wywiad z autorem (przeprowadzony na okoliczność wydania drugiej części „Ludzi na walizkach”) i urzekło mnie to, co Hołownia mówił o swoich rozmówcach. I to, jak o nich mówił. W tym miejscu, niby superbohater w łopoczącej pelerynie, pojawiła się moja nieoceniona JoannazKociewia i poratowała mnie książeczką.

Zaiste, jest to książeczka – ma tylko 151 stron. Ale za to jaka treść na tych paru ledwie stroniczkach! „Ludzie na walizkach” to ludzie, którzy zetknęli się, bądź stykają się na co dzień z cierpieniem: lekarze różnych specjalności, ratownicy medyczni, ale także osoby niepełnosprawne, czy bliscy tych osób. A wywiady z nimi potrafią zaskoczyć.

Już pierwsza rozmowa rozbiła w pył moje przewidywania co do tonu zbiorku. Sebastian Luty jeździ na wózku, chociaż nie zawsze tak było. Wcześniej był prezesem firmy ubezpieczeniowej, uprawiał liczne sporty ekstremalne, podróżował. Później uległ wypadkowi i teraz sam nie jest w stanie zejść z wózka inwalidzkiego. Jego hart ducha i wola walki są jednak porażające: nie poddał się rozpaczy, wręcz przeciwnie. Zrobił wszystko, aby móc realizować dawne pasje. Ciągle też ćwiczy, aby być w dobrej kondycji, gdyby nagle dostał możliwość operacji. Pogodny optymista. Nie tak wygląda obrazek kaleki na wózku w oczach społeczeństwa.

Wiele było rozmów z lekarzami: z neurochirurgiem o tym, kiedy właściwie człowiek umiera, z neonatologiem o tym, kiedy wcześniaka należy ratować mimo oczywistego bólu i niepewności powodzenia, a kiedy pozwolić dziecku godnie umrzeć, ze specjalistą od terapii bólu o sensie cierpienia (która chyba najbardziej mi się podobała). W takich momentach czytelnik z całą mocą uświadamia sobie, jakie dramatyczne decyzje lekarze są zmuszeni podejmować na co dzień. Decyzje tym bardziej dramatyczne, że często, przynajmniej w naszym kraju, uwarunkowane finansami. Bo jak tu myśleć o zakupie specjalistycznej aparatury ratującej życie wcześniakom urodzonym w 21. tygodniu ciąży, kiedy nie wiadomo, czy wystarczy pieniędzy na eksploatację inkubatorów?

Głos dostali też ci, którzy stoją przy cierpiących: rodzice dzieci, które zachorowały nagle i nieuleczalnie, wbrew wszystkiemu nie tracący nadziei, mąż, którego żona zmarła na raka, ojciec-lekarz, walczący o życie córki z wrodzoną wadą. A także wywiad ze zmarłym niedawno Krzysztofem Kolbergerem. Niesamowity spokój bije z wypowiedzi tych ludzi. Spokój przebytego, przepracowanego i zaakceptowanego bólu. I chociaż w ich relacjach bywają momenty upiorne, niezmiennie zadziwia mnie umiejętność wybaczania i pogodzenia się z tym, co nieuniknione. Przy czym nie tracą nadziei.

Polecam, nie tylko miłośnikom literatury faktu, ale wszystkim wrażliwym ludziom, poszukującym materiału do przemyśleń.

Tytuł: Ludzie na walizkach
Autor: Szymon Hołownia

Wydawnictwo: Znak
Rok: 2010
Stron: 151

środa, 28 września 2011

Gdyby smok o swej sile wiedział, żaden by na nim nie siedział. Więc zróbmy tak, żeby się nie dowiedział. - "Adamantowy Pałac" Stephen Deas

Książeczkę pożyczyła mi Magda. Dziękuję ślicznie!

Jeśli chodzi o smoki, to nie mogę przejść obojętnie obok żadnej książki, w której się znajdują. A tak się akurat złożyło, że pojawił się nowy smoczy cykl, było więc jasne, że prędzej czy później trafi w moje łapki. W tak zwanym międzyczasie naczytałam się o nim sporo pochlebnych recenzji, co jeszcze bardziej zaostrzyło mi apetyt. Teraz, kiedy książka już za mną, muszę przyznać, że chyba za wysoko postawiłam poprzeczkę Stephenowi Deasowi i jego „Adamantowemu Pałacowi”.

Najmłodsza córka królowej Sheziry niedługo wychodzi za mąż, za księcia Jehala. Jest to małżeństwo czysto polityczne, za pomocą którego królowa ma zamiar kupić sobie lojalność pana młodego, znanego z wywrotowo-intryganckich skłonności. Ów zakup jest niezbędny, gdyż królowa ma nadzieję, że zostanie niedługo Rzecznikiem dziewięciu królestw, a na tym stanowisku warto mieć jak najwięcej „przyjaciół”. Jednak cena za przychylność Jehala obejmuje nie tylko królewską córkę - jej główną częścią jest unikatowa biała smoczyca, wyhodowana w aerii Sheziry.

Hodowla smoków jest trudna i niezbędni są przy tym alchemicy. Tylko oni wiedzą, jak należy przyrządzać wywary sprawiające, że olbrzymie bestie stają się potulne jak baranki. Smoki muszą je pić codziennie, inaczej… Właściwie nikt nie wie, co wtedy, bo alchemicy zazdrośnie strzegą swojej wiedzy. Ale już niedługo wiele osób będzie miało okazję się przekonać, gdyż pewien smok ucieka z hodowli i zaczyna hasać na wolności, niosąc śmieć i niegasnący ogień gniewu wszędzie tam, gdzie się pojawi. Gniewu słusznego, dodajmy.

Z powyższego opisu fabuły to może nie wynika, ale najwięcej miejsca w powieści zajmuje snucie intryg pałacowych. Lubię dobrą intrygę, ale stworzenie jej jest dla pisarza bardzo trudne, a Martin mnie w tym względzie rozpieścił niemiłosiernie. Mimo tak zawyżonych wymagań przyznam, że jak na debiutanta Deas poradził sobie nadspodziewanie dobrze. Co prawda do Martina jeszcze bardzo  daleko, ale można mieć nadzieję za coś więcej. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby autor nie zdradzał czytelnikom aż tyle, bo czasem czułam się tak, jakby w kryminale ktoś mi na marginesie pierwszej strony napisał, kto zabił. Niekiedy lepiej się wychodzi na stosowaniu niedomówień.

Chyba największym moim problemem przy tej książce są bohaterowie. Nie ma nikogo, kto mógłby wzbudzić moją sympatię. A właściwie: nikomu, kto ewentualnie mógłby ją wzbudzić, autor nie dał szansy rozwinięcia się. Z postaci niesympatycznych najbardziej interesujący był chyba Jehal: obrzydliwy, dwulicowy intrygant, morderca i truciciel, którego jedyną miłością jest władza. Reszta, mimo równie obrzydliwych charakterków, była mocno spłowiała, jakaś taka bezbarwna i nieprzykuwająca uwagi. Jest jednak kilka postaci, którym będę się uważnie przyglądać w następnych tomach: zapowiadają się naprawdę ciekawie, jeśli tylko pan Dean poświęci im trochę uwagi.

Jest w tej powieści jeszcze jedna słaba strona. Chodzi mianowicie o dziwnie poszarpaną narrację. Wydarzenia są rozciągnięte na okres ponad pół roku, a autor opisuje nam je w taki sposób, że bardzo trudno połapać się, ile właściwie czasu upłynęło od wypadków z poprzedniego rozdziału. Kilkukrotnie zdarzało mi się, że czytam sobie beztrosko, przekonana, że w czasie powieściowym nie minęło więcej niż kilka godzin, aż tu nagle autor raczy mnie informacją, że to było jednak kilka tygodni. Poza tym zdarzają się wątki zgubione, urwane w połowie, ale tu wstrzymam się z krytyką. W końcu zawsze można do nich wrócić w kolejnym tomie.

Jaka jest w takim razie mocna strona książki? Smoki oczywiście. Co prawda tym razem są zepchnięte na dalszy plan i trzeba się na nie sporo naczekać, mimo iż knująca arystokracja rozprawia o nich na okrągło (w końcu temat jest tak chwytliwy jak u nas swego czasu hodowla koni czystej krwi). Coś interesującego zaczyna się dziać dopiero po 160 stronach. Wtedy poznajemy całkiem zgrabny pomysł Daena na wielkie gady. Są to istoty potężne, inteligentne, i pałające potworną żądzą zemsty. Wydawać by się mogło, że w takim przypadku finał może być tylko jeden – eksterminacja tej rasy, która międzygatunkową wojnę przegra. Ale autor tak sprytnie poprowadził narrację, że otwiera się wiele nowych możliwości. Których to możliwości jestem niezmiernie ciekawa.

Słów kilka o technikaliach. O ile okładka, miękki papier i przyjazna czcionka to zdecydowanie plusy wydania, minusów tez się niestety nazbierało sporo. Literówki są na tyle częste, że bez trudu  się je wychwytuje, zdarzają się też kreski dialogowe, tam, gdzie otwiera się akapit narratora czy zaznaczanie kursywą (taką formę oznaczania myśli bohaterów przyjął wydawca) fragmentów narracji. W tym względzie mogłoby być zdecydowanie lepiej.

Stephen Deas ma zadatki na dobrego pisarza: ciekawe pomysły, oryginalne podejście do niektórych tematów i talent do budzenia zainteresowania czytelnika. Jednak w jego powieści widać jak na dłoni grzechy debiutantów: brak równowagi w konstrukcji powieści, przyspieszanie akcji na siłę, wyjawianie tego, czego nie powinno się wyjawiać i nie udzielanie informacji, które bardzo by się czytelnikowi przydały, a także pewną nieporadność w konstruowaniu bohaterów. Jeśli będzie potrafił szlifować i udoskonalać warsztat, może stworzyć wspaniałe opowieści. Mam nadzieję, że tak się stanie, bo szkoda byłoby skiepścić niedoróbkami warsztatowymi tak dobrą historię.

Tytuł: Adamantowy Pałac
Autor: Stephen Deas
Tytuł oryginalny: The Adamantine Palace
Tłumacz: Krystyna Chodorowska
Cykl: Pamięć płomieni
Wydawnictwo: Dwójka Bez Sternika
Rok: 2011
Stron: 429

niedziela, 25 września 2011

Stosik wrześniowy

Troszkę mi się nazbierało książek rozmaitego pochodzenia, więc nadszedł czas na prawdopodobnie ostatni stosik wakacyjny.;) Stosik będzie prezentowany w kawałkach. Oto one:

Powyższe to książeczki pożyczone od nieocenionej Magdy.:) Dziękuję! Jak widać jest za co, bo nie dość, że lektura zacna, to jeszcze i aromatyczne herbatki do tego.:)

Tutaj dwie książeczki pożyczone przez JoannęzKociewia. (Dziękuję!) "Ludzie na walizkach" już przeczytani, recenzja niedługo pewnie się ukaże. "Listy" podczytuję sobie po kawałeczku, żeby móc się delektować smakiem.:)

Te książeczki przywiozłam sobie z Torunia. Kossakowską pożyczyłam od Serenity, żeby się przekonać, jak ta pani wypada w opowiadaniach, zaś Buck razy dwa to wynik napadu na stoisko z tanią książką w Realu. Wszyscy ją tak chwalą, więc i ja muszę się sprawdzić, kto zacz.

Książki o różnym pochodzeniu. Na zdjęciu może nie widać wszystkiego dokładnie, dlatego...
Sekcja bocznostojąca:
1. "Templariusz" Pavel Doherty - do recenzji od Bellony.
2. "Złota ryba" i "Niebiańskie konie" Jose Frechese - z Taniej Książki. Jeszcze trzecią część muszę dokupić.:)
Sekcja leżąca, od góry:
1. "Dzień Tryfidów" John Wyndham - z polecenia Lubego.
2. "Excentrycy" Włodzimierz Kowalewski - z DKK
3. "Rzecz o zbłąkanej duszy" tom 2 Siergiej Sadow - dopadłam nareszcie!:D
4. "Wilczy brat" Michaelle Paver - moje ostatnie odkrycie pod wpływem JoannyzKociewia.:)
5. "Inny wiatr" Ursula K. Le Guin - nareszcie dopadłam ostatnią część "Ziemiomorza"!:)
6. "Klaudyna w szkole", "Klaudyna w Paryżu", "Małżeństwo Klaudyny", "Klaudyna odchodzi" Colette- wydanie może nie takie piękne, jak to najnowsze, ale za to jaka radocha, jak się taką perełkę na bibliotecznym regale znajdzie.:)

W ostatniej chwili przywleczone z biblioteki. Murakami, bo jeszcze nie miałam odwagi z tym panem zacząć, a "Pupilek", bo kiedyś dobrą recenzję czytałam.:)

środa, 21 września 2011

Pokaż mi swą twarz, a powiem ci, kim jesteś - "Fizjonomika" Jeffrey Ford

„Fizjonomika – pseudonauka utrzymująca, że wygląd twarzy, jej cech charakterystycznych, decyduje u człowieka o jego przynależności do określonej grupy charakterologicznej, a nawet może decydować o powodzeniu w życiu i całym losie."
Powtórzę za Wikipedią. W naszej historii fizjonomika stała się pseudonauką – obecnie znajduje się gdzieś pomiędzy astrologią i chiromancją, a towarzystwo z wróżbiarskimi ciągotami umila sobie nią wieczory. Ale co by się stało, gdyby fizjonomika została uznana za prawdziwą, a do tego najważniejszą i jedynie słuszną naukę? Jeffrey Ford postanowił odpowiedzieć na to pytanie. W tym celu napisał własną „Fizjonomikę”.

Fizjonomista Pierwszej Klasy to ranga o niemal najwyższym statusie społecznym w Dobrze Skonstruowanym Mieście. Takiemu specjaliście wystarczy jeden rzut oka na człowieka, aby wiedzieć wszystko nie tylko o jego charakterze, ale także odczytać przeszłość, przyszłość i pragnienia delikwenta. Daje to władzy niesamowite możliwości walki z przestępczością można bowiem nie tylko z łatwością odszukać sprawców już popełnionych zbrodni, ale nawet zapobiec popełnieniu kolejnych (nasuwa się uporczywe skojarzenie z „Raportem mniejszości”).

Niemniej jednak biegłych fizjonomistów jest niewielu i trudno oczekiwać, że będą badać każdego obywatela, toteż najczęściej występują w roli śledczych. Taka rola przypadła Fizjonomiście Pierwszej Klasy Clay’owi. Ma on pojechać do miasteczka na Rubieżach, aby wykryć sprawcę kradzieży rajskiego owocu, przechowywanego w tamtejszym kościele. Clay’owi wyjazd z Dobrze Skonstruowanego Miasta nie jest na rękę, w końcu jest najlepszym specjalistą i nie ma w zwyczaju włóczenia się po imperialnych zadupiach. Nie może jednak odmówić. Cała misja jest bowiem „klapsem”, jaki niepokornemu (ale ulubionemu; zazwyczaj nie bawiono się w takie subtelności) pracownikowi wymierzył Drachton Nadolny, imperator i niepodzielny władca, a przy tym założyciel Dobrze Skonstruowanego Miasta. Oprócz niekwestionowanego geniuszu cechuje go olbrzymia apodyktyczność , zaś Kim Dzong Il wydaje się przy nim władcą światłym i w skupieniu pochylającym się nad niedolami podwładnych. Clay więc, chcąc, nie chcąc przejmuje sprawę, która całkowicie odmieni jego życie.

Zdarza się czasem, że autor kreuje postać denerwującą i ogólnie niesympatyczną, jednak zawsze jest w niej coś, co sprawia, że czytelnika zaczyna łączyć z nią jakaś więź. Jedyna więź, jaka połączyła mnie z Clay’em przybrała postać przemożnej chęci wydłubania mu oka ołówkiem. Takiego buca (świadomie stworzonego!) jako głównego bohatera w życiu nie widziałam. Jednocześnie Clay jest w tym swoim bucerstwie niesamowicie autentyczny. Autentyczne i świetnie napisani są tutaj wszyscy bohaterowie i trzeba przyznać, że autor unika w ich kwestiach (jak i we wszystkich innych) tanich i przewidywalnych rozwiązań. Krótko mówiąc, nawet jeśli bohaterowie denerwują, to i tak wypadają olśniewająco.

Powieść otrzymała bodaj w 1998 roku World Fantasy Award. I rzeczywiście, jest to powieść fantasy, jednak, co nietypowe, porusza zagadnienia charakterystyczne raczej dla SF (z SF kojarzy mi się również lekko surrealistyczny klimat powieści, ale to tylko moje osobiste skojarzenie). Autor dotyka tematu nauki (cóż z tego, że z naszego punktu widzenia niedorzecznej?) będącej na usługach reżimu. Próbuje nam ukazać, jak ona sama dziwaczeje i jak wypacza ludzi się nią parających, jeśli łączy się z władzą. Występuje tutaj też topos szalonego naukowca-dyktatora, który ma dwojakiego rodzaju finał. Ogólnie, dla miłośników wynajdywania smaczków przesłaniowych idealna pozycja.

Ford pokazał, że nawet w fantasy można jeszcze zrobić coś w sposób nowatorski i nietypowy, a jednocześnie dopracowany i przemyślany. I że nie trzeba w tym celu marnować ośmiuset stron, bo treść można przecież umiejętnie zagęścić i zmieścić na dwustu pięćdziesięciu. Chcę więcej takiego nowatorstwa. A wam, szanowni czytelnicy, oczywiście gorąco polecam.

Tytuł: Fizjonomika
Autor: Jeffrey Ford
Tytuł oryginalny: The Phyziognomy
Tłumacz: Iwona Michałowska
Wydawnictwo: Solaris
Rok: 2007
Stron: 250

poniedziałek, 19 września 2011

Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal... - "Trzech panów w łódce, nie licząc psa" Jerome K. Jerome

Książkę pożyczyła mi JoannazKociewia. Dziękuję!:)

Większości z nas (mam tu na myśli szczególnie młodych czytelników) literatura dziewiętnastego wieku kojarzy się z uprzykrzonymi szkolnymi lekturami. Jakieś opasłe tomiszcza, w których się ględzi niesłychanie rozwlekle o smutnej doli chłopa czy robotnika fabrycznego, jakieś niemiłosiernie długie opisy wiecznego smrodu, głodu i ubóstwa, które może i są świetne z literackiego punktu widzenia, ale tchną taką beznadzieją, że odechciewa się podziwiania ich kunsztu. Przynajmniej mi przychodziło do głowy powyższe, kiedy myślałam o utworach z XIX wieku. Aż tu nagle okazuje się, że wtedy powstawały także książki radosne i tryskające humorem. Mało tego, książki pisane w przyjemnym, gawędziarskim stylu, który w dodatku można nazwać erudycyjnym. Taka właśnie książką jest „Trzech panów w łódce, nie licząc psa”.

W tym miejscu powinno nastąpić słowo o treści utworu.  Problem polega na tym, że nie bardzo ma on akcję, którą da się streścić. Ot, trójka dżentelmenów (i pies jednego z nich) postanawiają spędzić urlop pływając po Tamizie. I to w zasadzie wszystko, co mogę powiedzieć, bo tu rodzi się pewna rozbieżność między tym, co planował autor, tym, co mu wyszło według wydawcy i tym, co mu wyszło według mnie. Pan Jerome chciał napisać poważny przewodnik turystyczny po zabytkach, jakie można zwiedzić na trasie Kingston – Pangbourne. Z tego, że mu nie wyszło, sam zdawał sobie sprawę. Wydawcy zazwyczaj klasyfikują książkę jako powieść humorystyczną. Według czytelnika zaś (czytaj: „Moim skromnym zdaniem…”) jest to niesłychanie długi, poufały esej humorystyczny z wątkiem autobiograficznym. Bo cóż innego można powiedzieć o tekście, którego lwią część poświęcono na zabawne anegdoty, opowiastki historyczne czy retrospekcję?

Tyle że klasyfikacja gatunkowa jest tak naprawdę mało ważna. Najważniejszy jest subtelny, błyskotliwy, czasami złośliwy czy wręcz zjadliwy angielski humor. Może nie jest to powieść, przy której grożą nam salwy zwariowanego śmiechu, ale niewiele jest pozycji, które potrafią tak dobrze wprawiać w świetny nastrój. Niewiele też jest książek, które tak wybornie się czyta. Chyba żadna z nowości na rynku wydawniczym nie może pochwalić się językiem tak bogatym, tak subtelnym, a jednocześnie tak przystępnym i gawędziarskim, jak proza pana Jerome. A jeśli ktoś będzie mi w stanie wskazać taki tom, to będę bardzo wdzięczna – obiecuję przeczytać i stworzyć jakiś peanik pochwalny.

Cóż, pozostaje mi tylko złapać szczoteczkę do kurzy i pognać w zapomniane przez ludzi ostępy regałów z literaturą XIX wieku. Wierzę, że wiele ciekawych tytułów czeka jeszcze na odkurzenie (w sumie przydałby się jakiś przewodnik, żeby się czasem na jakiś odpowiednik pozytywistów polskich nie natknąć…), przypomnienie  czy ponownie odkrycie. A więc uważajcie książki, przybywam! 


Tytuł: Trzech panów w łódce, nie licząc psa
Autor: Jerome K. Jerome
Tytuł oryginalny: Three Men in a Boat, to Say Nothing of the Dog
Tłumacz: Magdalena Gawlik-Małkowska
Wydawnictwo: Vesper
Rok: 2007
Stron: 244

piątek, 16 września 2011

Top 10: najpiękniejsze historie miłosne


Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.

Dziś przyszła pora na... Dziesięć najpiękniejszych historii miłosnych!
 W zasadzie miałam się do akcji przyłączyć dopiero w październiku, ale przy takim temacie nie wytrzymałam i stworzyłam ranking. Sprawiło mi to nieco trudności, bo romansów nie lubię i nie czytuję, a i w stosunku do samych historii jestem wybredna. Oto moi ulubieńcy:


Geralt i Yennefer ("Cykl Wiedźmiński")
Brakuje mi bardzo miłości niejednoznacznej, nieszablonowej, trudnej, zaskakującej i niekoniecznie szczęśliwej. Takiej, w której kobieta nie będzie li tylko omdlewającą w oczekiwaniu na tego jedynego królewną, a on nie będzie czarującym księciem o nieskazitelnym charakterze. A wiedźmin i czarodziejka to jak dotąd jedyny taki przypadek w polskiej fantasy. Przynajmniej tej mi znanej. Numer jeden w polskiej fantastyce.


Dianora i Brandin („Tigana”)
Mój absolutny number one w historiach miłosnych, zarówno fantastycznych, jak i realistycznych. To historia miłości wbrew sobie, do człowieka, który wbrew oczekiwaniom nie okazał się bezwzględnym potworem. Historia, która nie mogła się szczęśliwie skończyć, a jednak jej bohaterowie wycisnęli z niej tyle szczęśliwych chwil, ile się dało. W dodatku tak niesamowicie subtelnie i emocjonalnie opisana przez autora, że klękajcie narody. 


Gabriel i Rachela ("Archanioł")
Czego się można spodziewać po aranżowanym boskimi siłami małżeństwie świeżo mianowanego władcy świata i byłej niewolnicy? Ano na pewno nie tego, co nam w tej książce zaserwowano.;) Tutaj urzekł mnie charakterek Racheli (oby więcej takich kobiet w fantastyce) i… no wszystko mnie urzekło.


Baren i Luthien ("Silmarillion")
To już klasyka klasyki, co samo w sobie wystarczy, żeby historia była jedną z obiektywnie najlepszych. Moją subiektywną opinię zyskała tym, że oboje kochanków bierze w równym stopniu los we własne ręce i oboje równie wiele ryzykują. Ofiarę gotów jest ponieść nie tylko Beren (jako ten cny książę), ale i Luthien (ale nie jak Małgorzata z Fausta, oddając życie za ukochanego), a wszystko to dla uzyskania wspólnego szczęścia – w końcu nawet srogi ojciec panny musi ulec determinacji młodych. Dodatkowo jest to też chyba jedyna historia miłosna, którą lubię za (a nie wbrew) szczęśliwe zakończenie.


Fedra i Joscelin ("Dziedzictwo Kusziela")
To chyba jeden z najbardziej dobitnych literackich przykładów na to, że przeciwieństwa się przyciągają. Także na to, że jeśli się chce, trudności można przezwyciężyć


Lyra i Will ("Mroczne materie")
Opowieść o młodej i niewinnej miłości, którą trzeba poświęcić dla lepszej sprawy jest dla mnie kwintesencją opowieści o dojrzewaniu – i to jest piękne. Dodatkowo rzecz cała dzieje się w absolutnie wspaniałym uniwersum, więc nie mogło jej tu zabraknąć.  


Dany i Drogo ("Pieśń Lodu i Ognia")
To moja ulubiona para z „Gry o tron”. Drogo podbił moje serce w scenie nocy poślubnej (jednej z najlepszych scen miłosnych w znanej mi części fantastyki; do tej pory jestem obrażona na filmowców z HBO za profanację tego momentu), a Dany ujęła mnie swoim dojrzewaniem u boku barbarzyńskiego męża. Jest to świetnie i realistycznie opisany przykład na to, że bariera kulturowa niekoniecznie musi być barierą w miłości.


Locke i Sabetha ("Niecni Dżentelmeni")
A to moja ulubiona nieopisana historia miłosna. Autor, który potrafi sprawić, że jakaś opowieść staje się ulubiona, mimo, że jeszcze jej nie napisał, musi być fenomenalny.;)


Sneorg i Tib („Wrócieeś Sneogg, wiedziałam” [w:] "Balsam długiego pożegnania")
Dramatyzm, miłość, pytania o sprawy zasadnicze i wiele, wiele więcej. A to wszystko na kilkudziesięciu stronach…


Gollum i Pierścień Jedyny ("Władca Pierścieni" i "Hobbit")
No nie patrzcie na mnie jak na wariatkę. Cóż z tego, że obiektem miłości był przedmiot?;) Ale za to jaka to była miłość: obsesyjna, zaborcza i za wszelką cenę. Modna ostatnio, jeśli się popatrzy na taki choćby "Zmierzch". Za to Pierścień to typowa famme fatale - kokietuje każdego, dopóki go w sobie nie rozkocha, zaś potem wykorzystuje i porzuca. I kto mi powie, że to się nie klasyfikuje jako historia miłosna?:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...