niedziela, 20 listopada 2011

Egzotyka za płotem - "Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł

„(…) użyję teraz poglądu Oscara Wilde’a, że najbardziej nie lubimy ludzi, którzy mają takie same wady, jak my.
A więc dlaczego uwielbiamy Czechów.
Bo to naród, który ma zupełnie inne wady.”[11]
Do niedawna sądziłam, że jeśli chodzi o polskie fankluby innych narodowości i kultur, to mamy tylko japoński. Aż tu nagle człowiek dostaje do rąk taką książeczkę, jak „Zrób sobie raj” i okazuje się, że nie. Że istnieje także fanklub kultury czeskiej, a książka wyjaśnia, czym sobie ta kultura na fanklub zasłużyła. I że Czesi jako naród wcale nie są do Polaków tak podobni, jak mogłoby wskazywać położenie geograficzne.
„Zrób sobie raj” to zbiór impresji literackich, esejów, wywiadów i reportaży autorstwa Mariusza Szczygła. Autor próbuje pokazać, co jest w Czechach najciekawszego i za co można tą kulturę kochać, ale także czym się różni od polskiej i jakie ma wady. Chociaż akurat wady inne niż nasze również mogą być fascynujące.
Czechy słyną więc (oprócz piwa naturalnie) z nietuzinkowych artystów, często światowej sławy. O Hrabalu słyszeli chyba wszyscy (osobiście jeszcze nie miałam przyjemności z tym panem; może ktoś byłby w stanie polecić coś jego autorstwa dla początkujących?), a pan Szczygieł poświęcił „Pod nieobecność pana Hrabala” ubolewaniu, że współcześnie nikt nie potrafi patrzeć na świat tak, jak on. Był to człowiek, którego wszystko zachwycało, a nas jakoś już nic nie potrafi. Hrabal niestety już nie żyje, tak jak i pierwowzór opisywanego przezeń Egona Bondy. Egon istniał naprawdę, choć jego imię i nazwisko brzmiało inaczej (a on sam i tak stara się wymusić na otoczeniu nazywanie go Egonem) i autor zbioru nawet przeprowadził z nim wywiad „Zapaliło się łóżko”. Bondy był doktorem filozofii, ale zanim się doktoryzował (a także i później) był poetą podziemnym i członkiem bohemy artystycznej pełną gębą, jeśli można tak się wyrazić. Nie wszyscy interesujący Czesi są już martwi. Ciągle żyje chociażby artystka telewizyjna, satyryczka, pisarka i scenarzystka Halina Pawlowska, autorka min. wydanej u nas powieści „Zdesperowane kobiety postępują desperacko”. Wiele się można z wywiadu z nią dowiedzieć o czeskim poczuciu humoru. No i mamy szokującego i kontrowersyjnego nieco rzeźbiarza Davida Cernego.
W rozmowach z tymi osobami (lub o tych osobach) autor ukazuje nam pewną czeską cechę charakterystyczną. Jest to mianowicie niechęć do patosu i smutku oraz uwielbienie humoru i śmiechu. Wyśmiewać się można ze wszystkiego, nawet w sposób wulgarny. Żadna świętość się nie uchowa. Jednocześnie dramatyzm nie jest dobrze widziany. Dramat w kinie czy teatrze nie przyciągnie publiczności, a nawet jeśli, to spora część wyjdzie w środku seansu. Dramatyzmu śmierci Czesi unikają, rezygnując z ceremonii pogrzebowych, lub nawet w ogóle nie odbierając prochów bliskich z krematorium. Taka postawa ma jednak i negatywne strony: społeczeństwo nie jest w stanie mierzyć się z problemami – woli je zamiatać pod dywan.
Osobnym problemem jest religia, o której traktuje wiele tekstów ze zbioru. Czesi generalnie nie wierzą w Boga – stopień ateizacji społeczeństwa jest bardzo wysoki. Dla Polaka jest to środowisko dość egzotyczne i potrafiące szokować. Ale najlepiej przeczytajcie sami o tym, jak się Czechom żyje bez Boga.
Styl pana Szczygła znacznie się różni od stylów znanych mi już reporterów. Wydaje się lżejszy, nieco filuterny, tak jakby autor puszczał do nas oko. To z pewnością wpływ Czechów. I niezawodny znak, że pisarz opowiada nam o tym, co sam kocha – bo jak kocha, to i pożartuje na temat, i od wad nie ucieknie, i szczerą opinię wyrazi, ciągle szczerze przekonany o pięknie opisywanego kraju.
Książkę polecam wszystkim, którzy lubią kontakt z nieznanym i poszerzanie horyzontów. A książki wydawnictwa Czarne zacznę chyba czytać w ciemno.
Tytuł: Zrób sobie raj
Autor: Mariusz Szczygieł

Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2010
Stron: 292
 

środa, 16 listopada 2011

„To nie jest książka o Australii. Nie, to o całkiem innym miejscu, które tu czy tam przypadkiem jest trochę… australijskie.”* - "Ostatni kontynent" Terry Pratchett

Bardzo lubię Świat Dysku Pratchetta, chociaż uczucie to bywa czasami dość trudne. Trudna bywa zwłaszcza wtedy, kiedy na horyzoncie pojawiają się magowie z Niewidocznego Uniwersytetu. Alem czytelniczka odważna i wytrwała, więc nawet kadra uniwersytecka mi nie straszna. Zwłaszcza, że po sir Pratchett’cie można się spodziewać nie tylko irytujących bohaterów, nawet, jeśli dana książka należy do podcyklu o nich.

Bibliotekarz zachorował. To co prawda tylko przeziębienie, ale kompletnie uniemożliwia podjęcie obowiązków zawodowych (każdemu by uniemożliwiało, gdyby byle kichnięcie groziło losową zmianą kształtu). A magiczne księgi pozbawione nadzoru dziczeją niebezpiecznie. W związku z tym kierownictwo Uniwersytetu postanawia działać. Szybko okazuje się, że żeby pomóc Bibliotekarzowi, niezbędny jest Rincewind. Problem polega na tym, że w efekcie nieudanego eksperymentu magicznego został wysłany na IksIksIksIks, a nikt nie wie, gdzie to jest… Wiadomo tylko, że jest to kraina niezwykła: otoczona nieprzebytym antycyklonem i wzburzonym morzem, pełna dziwnych stworzeń i jeszcze dziwniejszych obyczajów, a w dodatku sucha jak pieprz, bo nigdy tam nie pada. Chyba grupa starszych magów nie będzie w stanie tego bardziej zepsuć, prawda?

Nie lubię magów z NU. Zamiast bawić, działają mi na nerwy i utrudniają czytanie. Ale przecież od tego Pratchett jest mistrzem humoru, żeby mi tak zaserwować nielubianych magów, co bym ich połknęła ze smakiem. Co prawda tym razem sos był (nie)australijski, a ja na (nie)australijskości za bardzo się nie znam, ale smakował całkiem nieźle. Łyżka absurdu, doprawiona szczyptą złośliwości, ale zaraz osłodzona humorem i ciepłem, to jest to, co smakoszom pratchettowskiej kuchni z pewnością przypadnie do gustu. Natomiast początkującym degustatorom raczej odradzam – są bardziej soczyste części cyklu.

Krótko było tym razem, bo cóż można napisać o kolejnym tomie, zwłaszcza, że bywały lepsze? Niemniej jednak polecam "Ostatni kontynent", bo Pratchett zawsze poprawia humor, a i w ciekawe cytaty jest obfity. No i czyż to nie frajda poczytać o upałach przy takiej pogodzie?

*Cytat z dedykacji(?)
Tytuł: Ostatni kontynent
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny:
The Last Continent
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2006
Stron: 302

poniedziałek, 14 listopada 2011

Ogłoszenie parafialne, kwiatki i ministosik (bo nie mogłam się powstrzymać)

Zacznijmy od ogłoszeń parafialnych. Portal Insimilion organizuje konkurs, w którym wygrać można książkę Margaret Paterson Haddix. Szczegóły po kliknięciu tutaj.:)


***
Ogarnia mnie powoli niemoc twórczo-czytelnicza, ale walczę z nią dzielnie. Aby podnieść się na duchu pochwalę się przed wami ministosikiem, jaki ostatnio zgromadziłam (pączkowanie książek jakby trochę ustało). Od lewej:

1. "O powstawaniu gatunków" Karol Darwin - potrzebna mi na studia, ale i tak chciałam ją przeczytać. Nie obiecuję, że coś o niej napiszę na blogu, ale i nie wykluczam.;) Wszystkie inne napoczęte lektury jestem zmuszona chwilowo zawiesić przez pierwszego ewolucjonistę.
2. "Grillbar Galaktyka" Maja Lidia Kossakowska - od portalu Insimilion.
3. "Strach mędrca" tom 1 Patrick Rothfuss - od portalu Unreal Fantasy. Mniam!;)

***

A na koniec zbiorek wyselekcjonowanych przeze mnie najciekawszych kwiatków z wyszukiwarki:

ewa znaczenie imienia literackie i mie tylko - to nie u mnie. Polecam "Księgę imion" i jakiś słownik bohaterów literackich.
fanaberie dowcip
całujące się dziewczyny -
ekhem, obawiam się, że mam tylko dziewczyny nie całujące się...
najpę miłosne opowiadani - ?
harry król pratchett -
jedyne, co mi się kojarzy, to król Lancre (ale jego imienia nie pamiętam, więc głowy nie dam).
nabytkowy zamek - odsyłam raczej na stronę jakiejś ekscentrycznej agencji nieruchomości.
laski z gier - sporo ich jest, np. Mroczny Płomień Rancuila
magia tkać schowki - jeszcze nie spotkałam się z magicznym tkaniem schowków...
arrhenatherum elatius
charles and erik yaoi opowiadania - o.o
zbiór yaoi - O.O
przeczekiwanie-skojarzenie
komiks homo śmierć -
moja wyobraźnia podsuwa mi wiele wizualizacji. A jedna gorsza od drugiej.

sobota, 12 listopada 2011

„Przypominam, że ja jestem prostą dziewczyną, która nienawidzi całego tego paranormalnego chłamu” [12]. - "Rozkosze nocy" Sherrilyn Kanyon

Ja też jestem prostą dziewczyną, która nienawidzi paranormalnego chłamu. Po lekturze „Zmierzchu” poprzysięgłam sobie, że nigdy więcej książki o brokatowych wampirach zakochanych w małolatach nawet dwumetrową tyką nie tknę. Aż tu nagle z księgarnianej półki wpatruje się we mnie intensywnie osobnik nieokreślonej płci (na faceta zbyt kobiecy, na kobietę za brzydki) z wyraźnie lubieżnymi zamiarami. I ten tytuł: „Rozkosze nocy”. Nie dałam się nabrać na zakup w ciemno, decyzję podjęłam dopiero po zapoznaniu się z licznymi recenzjami (a właściwie dlatego, że na mojej półce zagościł zdobyczny trzeci tom cyklu). Muszę przyznać, że choć oczekiwania miałam niewygórowane, to się nie zawiodłam. A na okładce zamiast osobnika płci nieokreślonej, proponowałabym umieścić wielki, czerwony kwadracik.

Amanda niczego tak nie pragnie, jak nudnego żywota szarej księgowej. Pragnienie zrozumiałe, zważywszy, że dorastała w domu, gdzie rozmowy z duchami, przewidywanie przyszłości i rytuały voodoo należą do codzienności, a w korytarzu można się potknąć o osikowy kołek, rzucony niedbale przez siostrę bliźniaczkę. Najwyraźniej jednak los ma co do Amandy inne plany. Pewnego ranka dziewczyna budzi się przykuta do hiperprzystojniaka. Właściwie nic, tylko się cieszyć. Problem polega na tym, że przystojniak nie jest człowiekiem, tylko… no, zgadnijcie czym? Brawo, macie rację: wampirem! Co prawda w dotyku jest przyjemnie ciepły, oddycha, a serce mu bije no i podsysać obcych bab nie musi, ale ma niebezpieczną prace i nie ma duszy. Właściwie wampirem też nie do końca jest, jeno Mrocznym Łowcą. Jego zwierzyna nie ma jednak nic z łagodności łani, co więcej: wykazuje niebezpieczną fantazję w pozbawianiu  (nie)życia  Łowców i wszystkich, na kim Łowcom zależy. A Kyrianowi coraz bardziej zaczyna zależeć na przykutej do niego dziewczynie…

Swoją opinię o książce postanowiłam wyrazić w punktach, bo każda inna opcja skutkowała totalnym chaosem wypowiedzi. Zacznijmy od tego, co mi się w „Rozkoszach nocy” nie podobało:
  •   Wątek romansowy – tak, największe pretensje do książki mam o to, że jest romansem. Cóż poradzę, że nie trawię romansów? W szczególności zaś takich, które pozostają schematyczne. Zastrzegam, że jest to moja osobista fobia, więc ci, którym romanse nie przeszkadzają, powinni zignorować ten punkt.
  • Zmarnowanie potencjału kajdan – nie, nie chodzi o jakieś perwersyjne sceny łóżkowe (chociaż, właściwie czemu nie;)). Po prostu spodziewałam się, że ten element fabularny zapewni nam akcję rodem z amerykańskich filmów: pościgi za skutymi więźniami, współdziałanie w trudnych warunkach, takie rzeczy. Tymczasem… no, sami zobaczycie.
  • Cudowność głównego bohatera – a właściwie ciągłe jej podkreślanie. Rozumiem, że kanon wymaga, aby pan był przystojny, ale czytelnicy nie są ułomni i nie trzeba im o tym przypominać co trzy strony. Co ciekawe, wspominanie o twardych mięśniach, wysportowanej sylwetce, niesamowitych oczach i innych wcale mi nie przeszkadzało w „monetach”.
  • Fakt, że cykl „Mroczny Łowca” jest tylko jednym z podcykli większej serii, a chronologicznie „Rozkosze nocy” są czwarte czy piąte w kolejności. Nie, żeby to specjalnie przeszkadzało, ale podczas czytania daje się wyczuć, że wcześniej coś było.
    Hm, wychodzi, że zastrzeżeń mam niewiele. Więcej będzie plusów:
    • Nieromansowa część fabuły – całkiem ciekawie ułożona intryga, interesujące opisy walk i zaskakujące rozwiązania to było coś, czego się po książce nie spodziewałam.
    • Erotyka – lubię dużo erotyki w literaturze, pod warunkiem, że jest dobrze napisana i ma jakieś uzasadnienie. Tutaj ma, a autorka stworzyła opisy przyjemne dla czytelniczego oka, więc nie zawiodłam się w tym punkcie. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie wszyscy lubią erotykę. To zdecydowanie nie jest książka dla takich osób.
    • Rozbudowany i pomysłowy podział stworzeń nocy – mimo, że przypomina nieco specyfikacje ras z systemów RPG, to uważam go za zdecydowanie lepszy niż podział wampirów na dobrych wegetarian (których dobroć nie dotyczy jednak zagrożonych gatunków zwierząt;P) i złych ludożerców. Niektórym czytelnikom może przeszkadzać mnogość odmian, ale przecież w końcu im nas więcej, tym weselej.
    • Nawiązanie fabułą do „Pieknej i Bestii” – i więcej o tym nie powiem, bo będzie spoiler jak stąd do Pekinu.;)
    • Szybkość czytania – książkę pochłania się w góra dwa wieczory. Jeśli chodzi o lekkie powieści, to zdecydowana zaleta.
    Podsumowując, powiem tylko, że mimo irytujących momentów książka mi się podobała do tego stopnia, że zamierzam nabyć następny tom. Polecam oczywiście wszystkim fanom gatunku. Innym czytelnikom także – jeśli będziecie mieli ochotę na wieczór z interesującym romansem.


    Tytuł: Rozkosze nocy
    Autor: Sherrilyn Kenyon
    Tytuł oryginalny: Night Pleasures
    Tłumacz: Małgorzata Strzelec
    Cykl: Mroczny Łowca
    Wydawnictwo: Mag
    Rok: 2010
    Stron: 432

    środa, 9 listopada 2011

    Dwóch złodziei w cenie jednego - "Królewska krew. Wieża elfów" Michael J. Sullivan

    Kiedy czytałam tekst z czwartej strony okładki „Królewskiej krwi. Wieży elfów” nic nie zapowiadało niespodzianki. A była. Okazało się mianowicie, że jest to tzw. omnibus i otrzymałam dwie powieści w cenie jednej. To samo w sobie nastawiło mnie pozytywnie. Czy jednak relacja z przygód dwóch nietuzinkowych złodziejaszków pozwoliła mi to nastawienie utrzymać?

    Royce i Hadrian to prawdziwe szychy w złodziejskim półświatku. Chcesz, żeby jakiś przedmiot zmienił właściciela? A może pragniesz odzyskać ważne precjoza zagarnięte przez jakiegoś złośliwego markiza? Albo sam markiz ci przeszkadza i lepiej by było, gdyby zniknął? Riyria (bo takim mianem posługuje się ta dwójka) to najlepszy, chociaż nie najtańszy wybór. Jednakowoż bandyta też człowiek i samo utrzymywanie się z ryzykownych rozgrywek miejscowej szlachty, choć niezwykle intratne, nie wystarcza. Każdy ma bowiem czasem ochotę spełnić dobry uczynek. A to poratować nieszczęśnika, który zbyt natarczywie przyglądał się pięknej żonie najlepszego szermierza w kraju, a to pomóc nadobnemu dziewczęciu uratować ojca przed straszliwym potworem i własną głupotą. Jak powszechnie wiadomo, kto ma miękkie serce, ten powinien mieć twardą… no, coś innego, toteż w wyniku swej gołębiej natury nasi bohaterowie nieodmiennie pakują się w kłopoty. Na skalę światową, rzec by można.

    Jak już wspomniałam, książka zawiera dwie powieści. „Królewska krew” jest tutaj typową powieścią łotrzykowską, podobną w konstrukcji do pierwszego tomu przygód niejakiego Locke’a Lamory. Głównym motorem fabuły jest przyjęte zlecenie i wszystkie komplikacje, jakie z niego wynikły. Od siebie dodam, że tych komplikacji niejednemu autorowi wystarczyłoby na pełną trylogię. Akcja, niczym w powieści awanturniczej, toczy się niezwykle żwawo, nie dając czytelnikowi chwili wytchnienia, chociaż końcówka przytłacza spektakularnością. „Wieża elfów”, mimo że zawiera motyw przyjęcia zlecenia, odchodzi już od schematu powieści łotrzykowskiej. Sama miałam nieodparte skojarzenie z wiedźminem. Zupełnie jak on, bohaterowie pomagają rozwikłać zagadkę potwora. I zupełnie jak u Sapkowskiego nagle okazuje się, że potwór to tylko czubek góry lodowej, a pod nim są Ważne Sprawy. Zdecydowanie mniej tu galopującej akcji, zaś więcej intryg. Wpływa to na zwolnienie tempa powieści, ale na poprawę jakości raczej nie.

    Bohaterowie Sullivana wpasowują się w nieco gierczany schemat złodzieja i wojownika. W „Królewskiej krwi” są bardzo podobni do kanonicznego tandemu Fafryda i Szarego Kocura, jednak tutaj to barczysty wojownik jest bardziej wygadany, zaś drobny włamywacz to mrukliwy odludek. Hadrian i Royce mają jednak mnóstwo uroku i kilka bardzo intrygujących tajemnic, co sprawia, że mimo ogólnych założeń są na swój sposób oryginalni i prawdziwi. Ich prywatne sekrety zainteresowały mnie bardziej niż główny wątek, ale nie wiem, czy świadczy to o świetnej konstrukcji bohaterów (którzy chcą uchodzić za mało bohaterskich, ale jakoś im się nie udaje), czy raczej o słabej kondycji intrygi. Pozostałe postacie wypadają różnie. Mamy świetnie napisanego księcia Alrica, który pięknie ewoluuje od rozrywkowego paniczyka do odpowiedzialnego władcy, ale mamy też jego siostrę, która mimo swoich dwudziestu paru lat zachowuje się jak podatna na wpływy, niestabilna emocjonalnie nastolatka (podczas gdy z jej życiorysu wynika, że powinna być potrafiąca postawić na swoim bystrą, pewną siebie i odważną młodą kobietą). Trudno więc stosować jakieś uogólnienia.

    Sullivan ma bardzo lekkie pióro i potrafi się nim posługiwać, opisując dynamiczne pościgi, walki czy fortele stosowane przez bohaterów. Zdecydowanie gorzej wychodzą mu intrygi: im ich w tekście więcej, tym nudniej. W dodatku udało mi się większość smaczków rozgryźć przed rozwiązaniem, a to nie powinno mieć miejsca. Dlatego mam nadzieję, że autor jednak zrezygnuje ze zbytniej rozbudowy tej części powieści.

    Klika słów o stronie technicznej. Bardzo boli mnie niechlujna korekta. Zapomniane kropki czy przecinki są zjawiskiem dość częstym. Zdarzają się też błędy gramatyczne i składniowe, o takich drobnostkach jak błędy fleksyjne nie wspominając. Równie często pojawiają się dziwne kwiatki, jednak nie wiem, czy to zasługa tłumacza, czy autora. I tak mamy bohatera uzbrojonego w „masywny oręż sieczny” [40] (czyli miecz dwuręczny), który „wypruwając narządy wewnętrzne mężczyzny” [670] przemierza „tereny leśne porośnięte choinkami” [219]. Po wydawnictwie takim jak Prószyński i s-ka spodziewałabym się większej dbałości o produkt finalny, zwłaszcza, że pozostałe detale wydania są bardzo dobre.

    Jeszcze osobista laurka ode mnie dla tłumacza. Postarał się on bowiem przełożyć stylizację językową, jaką zastosował autor, aby zaznaczyć różnice między wymową sprzed dziewięciuset lat, a współczesną. Efekt trochę mi zgrzyta (wyszło coś w rodzaju stylizacji sienkiewiczowskiej okraszonej zwrotami z gminu – a tu przecież mędrzec się wypowiadał), ale i tak brawa dla tego pana – bo niestety, nie każdemu się chce.

    Powieści Michaela J. Sullivana nie są wybitnymi dziełami i nie należy od nich tego oczekiwać. Za to rozrywką są bardzo dobrą. Żałuję, że ta siedmiusetstronicowa cegła nie wystarczyła mi na dłużej, bo poczułam ogromną sympatię dla dwóch bandytów do wynajęcia, którzy skradli mi trzy wieczory intensywnego czytania. I z pewnością niejednemu czytelnikowi jeszcze ukradną. Mimo niedociągnięć polecam tego złodzieja czasu – to chyba jedyna okazja, kiedy poczujemy radość z faktu, że jesteśmy okradani.

    Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka. Dziękuję!

    Tytuł: Królewska krew. Wieża elfów
    Autor: Michael J. Sullivan
    Tytuł oryginalny: The Crown Conspiracy; Avempartha
    Tłumacz: Edward Marek Szmigiel
    Cykl: Odkrycia Riyrii
    Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
    Rok: 2011
    Stron: 720

    poniedziałek, 7 listopada 2011

    Stosik listopadowy


    Od góry:
    1. "Królewska krew. Wieża elfów" Michael J. Sullivan - już przeczytane, wkrótce recenzja.:) Od wydawnictwa Prószyński i s-ka.
    2. "Tae ekkejr!" Eleonora Radkiewicz - od Insimilionu. Muszę przyznać, że jak na razie jestem mile zaskoczona.
    3. "Czekolada" Joanne Harris
    4. "Tam będą smoki" John Ringo - pod wpływem dywagacji Alannady.
    5. "Bóg rzeczy małych" Arundhati Roy - bo postanowiłam bliżej zbadać kwestię Nagrody Bookera.
    6. "Samotność" Stanisław Srokowski - z DKK
    7. "Kukułka" Antonina Kozłowska - z DKK
    8. "Dziedziczka cieni" i "Królowa ciemności" Anne Bishop - pożyczone od Grendelli. Dziękuję kochana.:)

    To wszystko na osłodę ciężkiego tygodnia, który mi się szykuje...

    niedziela, 6 listopada 2011

    Winiki ankiety wakacyjnej i wrześniowej

    Wyjechała sobie Moreni z miasta i została bez internetu, dlatego wyniki ankiet już nieco nieświeże. formalności jednak musi stać się zadość, więc podsumowanie nadszedł czas. Aha, a zanim przejdę do sedna, przypominam o konkursie u Fenrira (naprawdę, jest ktoś, kto jeszcze nie wie?).

    Teraz szybko do rzeczy. W ankiecie wakacyjnej wzięło udział 38 osób, które łącznie oddały 62 głosy (można było głosować na więcej niż jedną książkę). Na podium:

    1. "Hyperversum" Cecilia Randal i "Dziewczyna, która pływała z delfinami" Sabina Berman - po 23% (9 głosów)
    2. "Książę mgły" Carlos Ruiz Zafon - 21% (8 głosów)
    3. "44 Scotland Street" Alexander McCall Smith - 18% (7 głosów)

    Dalej, malejąco (w jednym akapicie znajdują się tytuły z identycznymi wynikami):

    "Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii" Rafał Tomańsk
    "Detektyw i panny" Magdalena Lewańska, "Koniec pieśni" Wojciech Zembaty
    "Księżniczka Sissi" Stefanie Zweig, "Wściekły pies" Wojciech Tochman, "Encyklopedia duchów i demonów" Ernest Abel, "Rzecz o zbłąkanej duszy" T. 1 Siergiej Sadow
    "Balsam długiego pożegnania" Marek S. Huberath
    "Słońce Scortów" Laurent Gaude, "Świadek mimo woli" Gianrico Carofiglio
    "Obwód głowy" Włodzimierz Nowak (tutaj okrągłe 0 głosów)

    Teraz czas na ankietę wrześniową, w której można było zagłosować tylko na jedną książkę. Zagłosowało 26 osób, a na podium znalazły się:

    1. "Historia czarów i czarownic" Jesus Callejo - 34% (9głosów); totalne zaskoczenie
    2. "Adamantowy Pałac" Stephen Deas - 26% (7 głosów)
    3. "Ludzie na walizkach" Szymon Hołownia - 15% (4 głosy)

    Pozostałe, malejąco:

    "Trzech panów w łódce, nie licząc psa" Jerome K. Jerome
    "Życie Pi" Yann Martel (szkoda, że tak nisko)
    "Fizjonomika" Jeffrey Ford

    Dziękuję za udział w ankietach i zapraszam do kolejnej.:)

    wtorek, 25 października 2011

    I po co to było dzielić? - "Zbiercz Burz" tom 2 Maja Lidia Kossakowska

    Książkę pożyczyła mi Erin. Dziękuję!

    Gdy ktoś pyta o anioły w polskiej fantastyce, to na myśl od razu przychodzi jedno nazwisko: Kossakowska. Bardzo lubiłam te jej anioły, potężne, ale jednocześnie po ludzku słabe i kruche wobec wieczności. W „Siewcy Wiatru” mieliśmy okazję poznać arystokratów Nieba, Świetlistych, tych, których Pan szczególnie ukochał i pobłogosławił im. W „Zbieraczu Burz” nacisk kładziony jest na anioły dnia codziennego, pospolite Ptactwo Niebieskie – co jest najwyraźniej widoczne w drugim tomie powieści. I byłoby to miłą odmianą, gdyby nie fakt, że czytelnikowi ciągle towarzyszy wrażenie, że skądś to zna.

    Daimon Frey, pełniący zaszczytną funkcję Abbadona, Anioła Zagłady, Tańczącego na Zgliszczach itd. liże rany po ciężkim starciu z przyjaciółmi.  Cóż, chyba raczej byłymi przyjaciółmi, skoro ci uznają go za wariata i używają wszelkich środków, aby go zamknąć w niebiańskim domu bez klamek. A środki mają zaiste imponujące, jak na archaniołów przystało. Toteż Freyowi nie pozostaje nic innego, jak przechodzić rekonwalescencję w ziemskim przytułku dla uchodźców z Głębi, Nieba i Limbo. Tymczasem Lucyfer, pan Otchłani podejmuje bardzo trudną decyzję. Musi to zrobić sam, gdyż jego doradca i najbliższy przyjaciel ugania się po Ziemi za panienkami i ma w głębokim poważaniu, że jego formalny zwierzchnik akurat go potrzebuje. A Lampka bardzo kiepsko sobie radzi z polityką, zwłaszcza, kiedy trzeba wypuścić nicość z lochu… A nad tymi wszystkimi radosnymi obrazkami unosi się widmo zagłady Ziemi…

    Cóż, w zasadzie nie powinnam się czepiać, mamy tu przecież wszystko, co fani Kossakowskiej lubią: anielską arystokrację zgnębioną obowiązkami, życie pracowników niskiego szczebla na Ziemi (chociaż to akurat jest ciekawa nowina), akcję, pogonie, pojedynki niszczycielskich sił. A wszystko opisane barwnie i żywo. Autorka nawet zwróciła więcej niż zazwyczaj uwagi na psyche swoich podopiecznych. I byłoby w zasadzie pięknie i kolorowo, gdyby nie pewien drobny szczegół.

    Konstrukcja powieści jest wręcz bliźniaczo podobna do „Siewcy Wiatru”: ten sam schemat, nawet część wplątanych w wydarzenia bohaterów się powtarza. A nowinki wprowadzone przez autorkę nie zacierają niestety uporczywego wrażenia, że to wszystko już kiedyś było. Teraz jednak dostaliśmy fabułę rozbita na dwie części, co wyraźnie szkodzi dynamice zdarzeń: przez ponad połowę drugiego tomu dzieje się niewiele i momentami czytelnik się nudzi. W przypadku wydania jednotomowego byłaby to jedynie przyjemna przerwa między jednym żwawym do bólu epizodem a drugim. A tak mam wrażenie, że tomowi drugiemu brak równowagi.

    Osobiście mam uraz do autorki za konstrukcję postaci kobiecych. Już pal licho, że najsympatyczniejsza w tym odcinku jest ociężała umysłowo, kaleka demonica, która służy głównemu bohaterowi li tylko do opatrywania ran i wywołania refleksji, że świat nie jest taki zły, skoro stworzenie tak skrzywdzone przez los może mieć w sobie tyle dobra. Już niech będzie, że kobiety w tym cyklu dzielą się na niewinne i naiwne oraz rządne władzy, zimne suki. Ale Hii darować nie mogę. Jako jedyna zdawała się być czymś więcej niż papierową, biuściastą figurką, aż tu nagle okazuje się, że nie. Autorka postanowiła z niej zrobić bezmózgą, rozkapryszoną lalę, która daje sobą manipulować jak trzylatka (zarzut  tyczy się głównie tomu poprzedniego, ale uwypuklają go żałosne próby rehabilitacji postaci w tomie drugim). Całość jest o tyle niestrawna, że całkowicie przekreśla całą psychologię półanielscy, jaką dostaliśmy w „Siewcy Wiatru”, żeby potem starać się do niej w nieudolny sposób wrócić. A żeby było śmieszniej, epizod ma dla fabuły znikome znaczenie.

    A teraz być może was zaskoczę: mimo tych wszystkich narzekań uważam, że książkę warto przeczytać. Nie jest to co prawda literatura wysokich lotów (a i dużo lepsze powieści Kossakowskiej maiłam okazję czytać), ale fajna rozrywka na trzy wieczory – jak najbardziej. Zwłaszcza, że wieczory robią się coraz dłuższe.
    Tytuł: Zbieracz Burz" tom 2
    Autor: Maja Lidia Kossakowska

    Cykl: Daimon Frey
    Wydawnictwo: Fabryka Słów
    Rok: 2010
    Stron: 414

    niedziela, 23 października 2011

    Top 10: ulubione serie książkowe

    Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.

    Dziś przyszła pora na... Dziesięć ulubionych serii książkowych!

    W tym zestawieniu kilka serii odpadło, gdyż uznałam, że za mało je znam, żeby uznać za ulubione. W pozostałych kolejność raczej dowolna:

    Cykl "Temeraire" Naomi Novik
    Absolutnie ulubiony smok w menażerii miłośniczki tych gadzin, więc nie mogło go zabraknąć w tym zestawieniu. To chyba jedyny raz, kiedy ucieszyłam się z wiadomości, że cykl niespodziewanie rozrośnie się o trzy tomy. Obecnie czekam na siódmy.:)






    Cykl wiedźmiński Andrzeja Sapkowskiego
    Poza tym, że opowiadania uwielbiam, a i reszta cyklu jest bardzo dobrze napisana, były to pierwsze książki fantasy, jakie przeczytałam (a jeśli nie liczyć szkolnego katowania "Opowieściami o pilocie Pirxie", to w ogóle pierwsza fantastyczna). Dzięki "wiedźminom" odkryłam swój ukochany gatunek literacki, więc muszą tu być.;)






    "Harry Potter" J. K. Rowling
    To książki, które dorastały razem ze mną (kiedy w Polsce ukazał się "HP i Kamień filozoficzny, miałam 12 lat). Do małego czarodzieja mam ogromny sentyment, bo to po prostu kawał dobrej fantastyki jest.







    "Pieśń Lodu i Ognia" George R. R. Martin
    To cykl który kocham miłością dość masochistyczną - autor robi mi różne krzywdy: a to bohatera zamorduje, a to tortury dla innego obmysli, a to moją poukładaną opinie o kimśtam rozbija w puch, a ja ciągle mam ochotę na kolejne tomy.;)







    "Niecni Dżentelmeni" Scott Lynch
    Jak dotąd ukazały się tylko dwa tomy, ale to wystarczyło, aby niezwykły złodziej Locke Lamora podbił moje serce. Nie mogę tylko wybaczyć autorowi, że tom drugi zakończył w TAKIM momencie.







    "Cienie Pojętnych" Adrian Tchaikovsky
    To, obok "Temeraire", jeden z cykli przy których włącza mi się moduł fanowania (tylko przy tym jednak bardziej - cykl Novik jest literacko bardziej dopracowany). Krótko mówiąc, wiem, że to i owo jest niedopracowane. Mogę prowadzić długie dysputy na temat, co autor skopał obiektywnie, a czego mu subiektywnie wybaczyć nie mogę, ale... Ale to wszystko tak na prawdę guzik mnie obchodzi, bo cykl i tak uwielbiam. O.




    Seria Spektrum wydawnictwa Muza
    Ciekawe książki w tematach okołopopularnonaukowych to obecnie raczej rzadkość - dlatego bardzo lubię serię Muzy. Na razie więcej książek z niej zamierzam przeczytać, niż przeczytałam, ale to chyba dobrze świadczy.;)







    "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" Robert M. Wegner
    Na razie są tylko dwa tomy opowiadań, ale poziomem oscylują wokół "wiedźminów". Wiem już, że będę do nich wracać (a to u mnie raczej rzadkość), więc wspaniałomyślnie daję kredyt zaufania na resztę cyklu.;)







    Seria Nowej Fantastyki wydawnictwa Prószyński i s-ka
    Za odwagę w promowaniu debiutantów. Przy tej okazji są to w dużej części książki ciekawe i w ten czy inny sposób oryginalne.








    Seria Uczta Wyobraźni wydawnictwa Mag
    Swego rodzaju ewenement w tym zestawieniu, bo z tej serii żadnej ksiązki nie czytałam. Ale ma u mnie plusa za ambitną fantastykę i za przecudnej urody okładki. Oraz za solidne, dopracowane wydania.

    piątek, 21 października 2011

    Fanarcik malutki:)

    Pamiętacie, jak przy okazji recenzji "Wichrów Archipelagu" przebąkiwałam coś o rysunku? Oczywiście planowałam coś innego, ale jak to w życiu bywa, plany trzeba było zmienić. Mianowicie wdałam się w międzyczasie w romans z mangą (znowu), i wyszło z tego takie oto dziecko:

    Rehada z "Wichrów Archipelagu" - moja ulubienica:)
    Tym razem romans chyba potrwa dłużej niż zwykle i będzie zasobniejszy w potomstwo. (A porzucony w połowie rysowania wanahezan ciągle czaka na dokończenie...) Przy okazji: jest na sali ktoś, kto się zna na japońskim piśmie? Te robaczki z prawej strony, u dołu obrazka miały być moim podpisem (w założeniu: "Moreni"), ale ponieważ nie znam się kompletnie na kanji, nie wiem, czy czegoś nie sknociłam. Może ktoś sprawdzić? Będę wdzięczna.:)

    P.S. Wszystkie obrazki, jakie pojawiły się na blogu są zebrane w zakładce "Grafitowa dolina".
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...