piątek, 28 marca 2014

Na Pyrkonie 2014 byłam

Najwyraźniej rozwijam się jako zwierzę konwentowe. W zeszłym roku ledwo dałam się wyciągnąć na, niewielki jak by nie patrzeć, Copernicon, a w tym ochoczo (choć nie bez bodźca wspomagającego) popędziłam na największy konwent w Polsce, a prawdopodobnie i w Europie, ściągając jeszcze paczkę znajomych. Jak tak dalej pójdzie to na następnym poprowadzę jakiś punkt programu.


Zabawa w zasadzie zaczęła się już w czwartek, bo do Poznania jechałam z przerwą na nocleg w Toruniu (ukłony dla Serenity i Turela, zwłaszcza, że łącznie zwaliło im się do lokalu pięć osób. Nie patrzcie tak na mnie, ja ze sobą przywiozłam tylko trzy - Lubego i dwie koleżanki), by stamtąd o barbarzyńskiej 6:31 i w powiększonym składzie wyruszyć prosto na Pyrkon (w sumie nawet bardzo prosto, bo teren targów fantastyki był naprzeciwko dworca, zaraz po drugiej stronie ulicy. Nie da się zgubić.). Trzygodzinna podróż upłynęła mi pod znakiem plecenia miliona warkoczyków (no dobra, niespełna trzydziestu), więc jeśli widzieliście w piątek blondynkę z takąż fryzurą, to zapewne byłam ja.

Po przyjeździe od razu pobiegliśmy się zaakredytować, postraszeni historiami o kilometrowych kolejkach. A tu szok - choć w ogonku spędziliśmy coś około pół godziny (znaczy, oddelegowany wysłannik spędził), to jest to niczym. A w sobotę kolejek już prawie wcale nie było, mimo że konwentowiczów ciągle przybywało. Brawa dla organizatorów!

Pyrstarter, czyli to, co się dostawało przy akredytacji. Była jeszcze solidna, papierowa torba na wszystko, ale wróciła ze mną w stanie mało fotogenicznym. A na środku - kontrowersyjna pyrkostka.
Jeszcze tylko zrzucić bagaż w hostelu (nie korzystaliśmy z hali noclegowej przewidzianej dla konwentowiczów. Za stara już na to jestem, a poza tym i tak była zatłoczona do granic możliwości), który był dość daleko, bo niestety przełom stycznia i lutego to termin zbyt późny żeby coś bliżej zarezerwować. Potem szybciutko na konwent, bo już za chwilę miała się zacząć prelekcja Krzysztofa Piskorskiego o trochę innej historii podboju kosmosu. Jak zwykle wykład cud, miód i orzeszki, choć Luby był chyba nieco znudzony, znając wcześniej jakieś 3/4 ciekawostek. Ale on akurat w tej tematyce wie prawie wszystko, to i nie dziwota. Trochę też zaszkodził prezentacji fakt, że odbywała się na otwartej scenie w dużej hali, w której w tym samym czasie trwały też inne atrakcje. To sprawiało, że słychać było dużo rzeczy, ale najmniej prelegenta. Plus, że dzięki znajomościom Serenity udało mi się zdobyć autograf od razu po prelekcji i tak oto mam już podpisany "Cienioryt" (kilka słów o nim w przyszłym tygodniu, mam nadzieję), o:


W ogóle z tegorocznym programem Pyrkonu był ten problem, że zawierał niewiele interesujących pozycji, a jeśli nawet, to większość z nich trwała jednocześnie albo w jakichś nieodpowiadających mi porach. Co sprawiło, że w piątek byłam tylko na dwóch, a w sobotę na czterech punktach (no dobrze, chciałam być jeszcze na spotkaniu autorskim Krzysztofa Piskorskiego, ale okazało się jednak być zbyt wcześnie). W niedzielę trzeba już było wracać.

Skoro już jesteśmy przy problemach, to pociągnę temat. Szkoda, że skrócony program imprezy zawierał mnóstwo błędów i braków. Szkoda też, że organizatorzy najwyraźniej nie przewidzieli aż takiego powodzenia imprezy. O ile w piątek było bardzo miło i nie brakowało przestrzeni ani miejsc na prelekcjach (przynajmniej tych wcześniejszych), o tyle w sobotę tłok był nieziemski dosłownie wszędzie (pominąwszy, o dziwo, toalety). Miejmy nadzieję, że organizatorzy, nauczeni doświadczeniem, w przyszłym roku przeznaczą konwentowiczom, wystawcom i prelegentom więcej przestrzeni.

Piątek w pawilonie handlowym - jeszcze da się normalnie poruszać. Później było już tylko gorzej.
A jak już przy przestrzeni jesteśmy, to powiedzmy o tej handlowej. Przyznam, że bardzo liczyłam na to, że tym razem uda mi się kupić kilka fajnych rzeczy, bo na zeszłorocznym Coperniconie byłam zbyt zaaferowana prelekcjami, żeby zrobić jakikolwiek zakup (choć nie bez znaczenia był też pewnie fakt, ze stoiska nie były skoncentrowane, a rozrzucone po budynkach). Więc kiedy tym razem w piątek weszłam do pawilonu handlowego, byłam zachwycona. Czego tam nie było! Kubki, przypinki, biżuteria, kości, gry, maskotki, zakładki... Rozczarowały mnie chyba tylko stoiska z książkami, ale i to tylko dlatego, że większość pożądanych pozycji już miałam. Choć od chwili powrotu do domu żałuje, że nie pogrzebałam głębiej w pudełku z przecenionym o 20% Światem Dysku (możne znalazłabym "Potworny regiment") i nie zdecydowałam się kupić "Kroków w nieznane 2010" i "451 stopni Farenheita" (zwłaszcza tego drugiego, choć oba były przecenione o 15 zł...). Z drugiej strony, Luby podarował mi pluszowego Charmandera i kupiłam wymarzony kubek od Kobiety Ślimaka, wiec ostatecznie wyszłam na plus. Od razu pochwalę się zakupami moimi:

Pyrzakupy nieksiązkowe moje. Za największy sukces uważam pluszowego pokemona i ślimakowy kubek z miałuczniczką (całość grafiki tutaj). nie wiem, z jakiego anime/mangi pochodzi dyndadełko z kotem, ale jego mina sprawia, ze się z nim utożsamiam każdego ranka od poniedziałku do piątku. Wisiorek z k12 jeszcze sobie przerobię - mam zamiar zawiesić go na plecionce z rzemienia. Tylko najpierw muszę kupić rzemień i go zapleść... Z przypinek najbardziej cieszą mnie te ze smokami - zwłaszcza, że tą z herbem Targaryernów dorwałam chyba ostatnią na konwencie. A Szczerbatek taki słodki, wow! Za to z kucykowej przypinki nie jestem zadowolona - ale bardzo chciałam jakąś mieć, a ta najmniej mi się nie podobała...Tylko Powergraphowa smycz jest wartością dodaną, wyniesioną ze spotkania z wydawnictwem. Za darmo dawali!
...i Lubego:

Po czym jest butelka i kapsle wie każdy, kto grywał w Fallouta (stoisko z colą zostało wyczyszczone chyba już w piątek, bo w sobotę nie było po nim śladu).;) Obok ślimakowy kubek z tej samej serii co mój, tylko z innym kotełem (grafika tutaj). I trzy przypinki, dwie serialowe i jedna gierczana.:)
A na koniec wspólne zakupy książkowe - za skromne, żeby prezentować je osobno:

"Wyposażenie osobiste" jest moje (Matko Wszystkich Regałów, jakie ta seria ma paskudne okładki...), zaś Luby, jako miłośnik space oper, nabył "Ziarna ziemi", a jako miłośnik historii alternatywnych "Roma Eterna".
Zakupy odhaczone, wracajmy do prelekcji. W piątek byłam już tylko u Serenity - mówiła o szpiegostwie w średniowieczu. Powodzenie tematu przeszło chyba oczekiwania nas wszystkich - ja z Lubym jeszcze wywalczyliśmy kawałek podłogi pod samą tablicą, ale Turelowi już się nie udało. Ogólnie salki naukowe były zdecydowanie zbyt małe jak na potrzeby prelekcji, zwłaszcza przy ponad 24 tysiącach konwentowiczów... Mimo obecności gżdacza salowego (który w krytycznej chwili się ulotnił) nie obyło się bez zakłóceń w postaci chłopaka wpadającego do sali (o ile da się mówić o wpadnięciu do sali, w której każdy centymetr podłogi jest pokryty ludźmi) i krzyczącego z wyrzutem, że prelekcja powinna się już skończyć (trwała akurat od 10 minut - delikwent chyba pomyślał, ze to jeszcze poprzednia. Albo pomylił sale). Serenity trochę się spłoszyła własną sławą, ale poradziła sobie świetnie - w czym zdecydowanie pomogły jej liczne pytania z sali. Bardzo ciekawa prelekcja, choć mam wrażenie, ze niektórzy słuchacze byli zawiedzeni faktem, że najbardziej pożądanym agentem średniowiecza nie był wyposażony w subergadżety i świetnie wyszkolony we wszystkich sztukach walki szpieg z Krainy Deszczowców, a zwykły, dziarski kupiec.

Sobotni dzień zaczęliśmy z Lubym od panelu dyskusyjnego poświęconego kolonizacji światów. Trochę się zawiedliśmy - dyskutanci poświęcili większość czasu na dowodzenie, że żadnej kolonizacji nie będzie, bo to się ekonomicznie nie opłaca. Niby prawda, ale to mało ciekawe i dość oczywiste, więc nad czym się tu rozwodzić? Sytuacje próbowali ratować Andrzej Zimniak i Marek Huberath, ale byli skutecznie blokowani przez coraz agresywniejsze w tonie wypowiedzi Jacka Inglota (który zdawał się mieć jakiś osobisty uraz do Huberatha. Może niektórym takie animozje uatrakcyjniają spektakl, ale na mnie działają wręcz odwrotnie).

Następnie poszliśmy na prezentację nowej serii polskiej fantastyki od Rebisu. Byłam bardzo ciekawa "Horyzontów Zdarzeń" i spotkanie z wydawcą i autorami pierwszych tomów tylko zaostrzyły mój apetyt. Seria zapowiada się jako jedyne mniej niszowe miejsce, gdzie polscy autorzy będą mogli publikować pozycje ambitniejsze i nieco trudniejsze (bo te czysto rozrywkowe wydają już Fabryka Słów i Uroboros), a że wydawca nie wyklucza publikowania ciekawych debiutantów, liczę może nie na narodziny jakiejś nowej gwiazdy, ale przynajmniej na wsparcie świeżej krwi. Poza tym Marcin Przybyłek świetnie mówił nie tylko o swojej powieści wydanej w ramach serii, ale też o innych ciekawych rzeczach. Rafał Dębski próbował dzielnie mu sekundować, ale chore gardło nie pozwoliło dotrzymać pola. Będę się przyglądać i trzymać kciuki za "Horyzonty..." (a "Światło cieni", powieść Rafała Dębskiego, można było na Pyrkonie przedpremierowo kupić).

Dalej poszliśmy na panel dyskusyjny o historii alternatywnej, ale poszedł w tak sztywno patriotyczno-zadętym kierunku, ze wyszliśmy przed końcem. Za to spotkanie z Powergraphem uważam za nader owocne - nie dość, ze zgarnęłam smycz, to jeszcze dowiedziałam się, że nowy Wegner będzie prawdopodobnie po wakacjach.^^ Fani Rafała Kosika i Wita Szostaka również nie narzekali na informacje. No i można było pomęczyć wyżej wymienionych o autografy.;)

A jeśli już przy autografach jesteśmy, to mam jeszcze jeden, od Anny Kańtoch (chciałam mieć jeszcze od Tada Williamsa, ale jak ostatni ciołek zapomniałam książki z hostelu:(). Tadam:



Dzień zakończył się dwuminutową ulewą, która akurat złapała nas w drodze po prowiant. Zanim dobiegliśmy do najbliższego budynku, byliśmy przemoknięci, a zanim zdążyliśmy się w nim otrząsnąć z wody, przestało padać. Niemniej, mimo mokrego zakończenia i małej ilości prelekcji, konwent uważam za udany - dużo ludzi to mnóstwo costplayu, na który namiętnie polowałam z aparatem. Poniżej garść trofeów:

Pani pidgeotto, której kostium urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Przebraniu towarzyszyły odpowiednie efekty wokalne.:)
Siły Imperium mierzą do Lubego. To chyba udowadnia, ze jest po jasnej stronie mocy.
Babska część paczki z naszym prywatnym strażnikiem Gondoru.;)
Luby w towarzystwie widma ze "Stargate Atlantis"
Parada Nyancata. Jedna z rzeczy (obok starwarsowych szturmowców spontanicznie salutujących siedmiolatkowi przebranemu za Vadera  i Nazgula zachwycającego się około rocznym niemowlakiem w wózku), która zdecydowanie zrobiła mi dzień.
Moreni, jej warkoczyki, szturmowcy i koleżanka Gosia, wykonawczyni warkoczyków i wielka fanka szturmowców.:)
Lego Kapitan Ameryka^^
W przyszłym roku też jedziemy.^^

środa, 26 marca 2014

Afryka mniej dzika - "Imperium Kości Słoniowej" Naomi Novik

Ostatnio pisałam, ze ciężko powiedzieć coś nowego o czwartym tomie cyklu, kiedy poziom pozostaje bardzo stabilny. Nie będę się więc rozwodzić nad warsztatem, bo jest jaki był, czyli bardzo dobry. Poświęćmy uwagę czemuś ciekawszemu – otóż pani Novik w tomie czwartym znowu wróciła do tego, co jej najlepiej wychodzi, czyli do opisu starcia kultur. Tym razem będzie jeszcze ciekawiej, bo nasi dzielni bohaterowie udają się do Afryki.

Anglia znajduje się na krawędzi katastrofy – przywleczona z Ameryki choroba dziesiątkuje smoki i tylko kwestią (krótkiego) czasu pozostaje, kiedy wróg się o tym dowie. Zdrowy Temeraire, który nie tylko sam powrócił, ale jeszcze ściągnął niespodziewane posiłki, jest teraz na wagę złota. A bezcenny się staje, gdy okazuje się, że w czasie podróży najwyraźniej przypadkowo odkrył lekarstwo na zarazę. Niestety, nikt nie wie, który ze składników jego diety miał tak zbawienne działanie. Nie pozostaje nic innego, jak wysłać poszukiwawczą wyprawę na południowe wybrzeże Afryki. Która okazuje się wcale nie być kontynentem tak zacofanym i bezbronnym, jak do tej pory zdawało się Europejczykom.

Jak wspomniałam na wstępie, Novik wraca do tego, co jej najlepiej wychodzi. Tym razem jest jeszcze ciekawiej, bo dochodzi element zaskoczenia. Kiedy Temeraire z Laurencem podróżowali do Chin, może i lekceważyli obcą kulturę, ale spodziewali się przynajmniej cywilizacji. Tymczasem interior afrykański powszechnie kojarzony z nieprzebytą dżunglą pełną dzikich zwierząt i jeszcze dzikszych tubylców okazuje się kolebką państwa nie tylko silnego, ale wręcz groźnego dla europejczyków.

O ile chińskie smoki były niebezpieczne, ponieważ posiadały lata doświadczenia w snuciu intryg, tym afrykańskim znacznie bliżej do młodego, porywczego Temraire’a. I znowu autorka podkreśla, jak ważne są warunki, w jakich jednostka się wychowuje dla jej ogólnej kondycji. Tak jak Chińczycy w wychowaniu stawiają na rozwój indywidualności smoków jako jednostek, tak Afrykanie wpajają gadom, że są ludźmi – kolejnym wcieleniem zmarłych przodków. Jest to posunięcie o krok dalej niż w Azji (a o całe kilometry w stosunku do Europy), smok bowiem nie tylko jest uważany za istotę rozumną, nie tylko towarzyszy władcy i sam za siebie odpowiada, ale może też niepodzielnie władzę sprawować (najczęściej co prawda, ze względu na porywczy charakter i często młody wiek, jest to władza czysto formalna). Cóż za pstryczek w dumny nochal Europy, która uważając się za tak postępową i cywilizowaną - w pewnych kwestiach pozostaje zatrważająco zaściankowa. To samo z resztą dotyczy ludzi – czarnoskórzy obywatele mają niewielkie szanse na karierę i o ile mężczyzna jeszcze może rozpocząć karierę duchownego i zdobyć ciepłą posadkę pastora, kobieta zostanie najwyżej służącą.

Ciekawe jest, ze Laurence dostrzega te dysproporcje i sprawiają mu one wyraźny dyskomfort – jednocześnie jednak jest zagubiony i niebardzo wie, co z tym fantem zrobić. Znowu poznajemy go jako dobrego człowieka, choć także dziecko swoich czasów. Napędza go poczucie, że wobec smoków brytyjskie władze postępują niehonorowo, a ponieważ dla mężczyzny najgorszym, co może go spotkać jest skaza na honorze, postanawia z tym walczyć, przynajmniej na miarę swoich ograniczonych możliwości.

„Imperium Kości Słoniowej” to wstęp do zmian – już w nim widać, jak bardzo różni się pozycja smoków od tej, którą zastał Temeraire. Dalej będzie jeszcze ciekawiej. Mam nadzieję, że do końca.

Tytuł: Imperium Kości Słoniowej
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Empire of Ivory
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2008
Stron: 436


Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.

środa, 12 marca 2014

Wojenne losy czworonożnej arystokracji - "Czysta biała rasa" Frank Westerman

Wyobraźcie sobie, że wchodzicie na stronę zapowiedzi wydawniczych i widzicie książkę o tytule „Czysta biała rasa”. Do premiery jeszcze sporo czasu, więc nie ma ani okładki, ani opisu, ale wiecie, że wydawnictwo zajmuje się głównie reportażem, w tym także z II wojny światowej i tematami pokrewnymi. Co sobie pomyślicie? Cóż, ja byłam mocno zaskoczona, kiedy okazało się, że tytułowa rasa to nie blond aryjczycy, ale arystokratyczne konie – lipicany. Dla sprawiedliwości muszę jednak dodać, że i hitlerowskie Niemcy miały swój rozdział w historii tych zwierząt.

Podtytuł książki Franka Westermana brzmi „Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny” – idealnie opisuje zawartość. Znajdziemy tam bowiem krótki rys historyczny powstania rasy, jak i założenia Hiszpańskiej Dworskiej Szkoły Jazdy (która wcale nie leży w Hiszpanii), pojedziemy na wycieczkę do współczesnych stadnin, posłuchamy dość obszernego wykładu o Mendlu, Darwinie i Lamarcku a także propagandzie totalitaryzmów. Jednak najwięcej miejsca zajmuje historia wojennych tułaczek – bo lipicany uciekały przed wojną co najmniej czterokrotnie. Jak wysoko musiano je cenić, żeby zawsze znalazł się ktoś gotów zaryzykować życie dla bezpieczeństwa stada?

Autor twierdził, że poprzez badanie losów koni chce dowiedzieć się czegoś o naturze ludzi. Muszę przyznać, że udało mu się to przynajmniej w części. Westerman stawia pytania niedopowiedziane, a odpowiedzi, które uzyskuje, rodzą tylko jeszcze więcej wątpliwości. Bo cóż takiego jest w tych białych koniach (albo w ludziach), że armia amerykańska narażała swoich żołnierzy w akcji ewakuacyjnej stadniny lipicanów? Cóż jest w nich takiego, że wielu totalitarnych przywódców państwowych uważało je za dobro strategiczne? Być może chodzi o niezwykłe przymioty charakteru, może o dystyngowany wygląd (choć, jak pisał autor cytując jednego z rozmówców, każdy hodowca przyzna, że pod względem harmonii budowy lipicanowi daleko do ideału) a może po prostu o to, że biały ogier karnie wykonujący swój taniec był dobrem luksusowym, wyznacznikiem statusu? Cóż, na to pytanie czytelnik musi już odpowiedzieć sobie sam.

Westerman konstruuje swój obszerny reportaż tak, jak najbardziej to lubię – nie skupia się wyłącznie na „samej rzeczy”, ale często ucieka w dygresje. Dzięki temu czytelnik nie tylko może odpocząć od monotonii, ale i poszerza horyzonty. Po zastanowieniu można jednak dojść do wniosku, że dygresje wcale nie są dygresjami. Wątek poświęcony genetyce i różnemu do niej podejściu na początku dwudziestego wieku (eugeniczny zachód versus stawiający na kluczową rolę otoczenia wschód) ma ilustrować podejście do hodowli lipicanów w tym okresie, ale czy na pewno? A może to hodowla koni jest tylko pretekstem, ilustracją i próbą interpretacji trendu mającego znacznie większe znaczenie niż tylko w praktyce zootechnicznej. Może to wykład o dziejach genetyki mendlowskiej w Związku Radzieckim jest tu kluczowy, a jego wpływ na chów koni a tylko zobrazować sprawę?

Miłośnicy osobistych relacji również znajdą coś dla siebie. Mimo dość surowego stylu jest niezwykłe piękno i radość dziecięcych lat we fragmentach opisujących młodość autora spędzoną w sąsiedztwie szkółki jeździeckiej. Przypadkowo złożyło się tak, że w tej właśnie placówce przebywał jedyny podówczas w Holandii rozpłodowy ogier lipicana. Tym samym stylem opisana relacja syna nadzorcy stacji ogierów rozpłodowych z czasów Trzeciej Rzeszy również mogłaby być lekka i młodzieńcza, gdyby nie dotyczyła dość rozpaczliwej ucieczki przed armią Czerwoną. Styl Westermana, pozbawiony zbędnych ozdobników, ale lekki, konkretny i obrazowy idealnie nadaje się do destylacji faktów i emocji, choć czasem autor kładzie akcenty w sposób dość niepokojący. Ale nie wszystko, co dla mnie niepokojące, jest takie w rzeczywistości.

Komu poleciłabym „Czystą białą rasę”? oczywiście wszystkim miłośnikom dobrego reportażu i dobrej literatury faktu. Miłośnicy zwierząt również nie powinni być zawiedzeni, tak jak i ci, którzy lubią poczytać o historycznych zawirowaniach wojen. W zasadzie jestem skłonna stwierdzić, że jeśli ktoś nie dostaje wysypki na wspomnienie o niebeletrystyce, to z lektury „Czystej białej rasy” powinien być zadowolony. W końcu dobry reportaż czyta się jak powieść.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Czarne.

Tytuł: Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny
Autor: Frank Westerman

Tłumacz: Jadwiga Jędryas
Tytuł oryginalny: Dier, bovendier
Cykl: Reportaż
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 292


Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.

środa, 5 marca 2014

Horror, kryminał, fantasy i XIX wiek - "Badacz potworów" Rick Yancey

Przyznam się wam do mojego małego sekretu: nie umiem czytać horrorów. Ten gatunek tak bardzo na mnie nie działa, że często trzeba mi palcem pokazać, że czytam horror, bo sama nie zauważę. Przeróżne obrzydlistwa ani potwory ze strychu są mi niestraszne, jeśli tylko przedstawione za pomocą druku. Dlatego po ten gatunek sięgam niechętnie, bo albo się wynudzę, albo zniesmaczę, albo i jedno, i drugie. Ostatnio jednak literatura młodzieżowa zawędrowała nawet w rejony książek strasznych, porzucając krwawe slashery (że użyję terminologii filmowej) w których celowała za zamierzchłych czasów mej młodości, na rzecz pogranicza z mroczniejszym fantasy. Rick Yancey poszedł jeszcze krok dalej i postanowił do tej mieszanki dodać elementy rodem z seriali „CSI” i XIX wiek. O dziwo, wyszło mu bardzo dobrze.

Rick Yancey postanowił trochę pobawić się z czytelnikami – do tego stopnia, ze na stronie tytułowej powieści jako autor widnieje William James Henry. To rzekomo na podstawie jego zapisków, lekko tylko zredagowanych, powstała powieść, mająca być pierwszą częścią niezwykłej autobiografii. Niezwyklej, bo Will Henry miał być niezwykłym człowiekiem – asystentem badacza potworów. Była to już prawie rodzinna tradycja – jego ojciec również pracował na tym stanowisku, a osierocony, dwunastoletni William nie miał większego wyboru. „Badacz potworów” to relacja z jego pierwszej sprawy – wykrycia antropofagów w pobliżu New Jerusalem.

W jednym z wywiadów Rick Yancey wspominał, że wybrał antropofagi (gatunek w dużej mierze przez siebie stworzony, choć obficie czerpiący z mitów i przesądów powszechnie znanych), ponieważ popkultura zbytnio oswoiła znane potwory: wampir stał się pożądanym kochankiem, a wilkołak... w sumie też. On, Yancey, potrzebował prawdziwego monstrum, czegoś, co wzbudzi dreszcz i będzie mu można przypisać najbardziej krwiożercze instynkty – zebrał więc do kupy opowieści o ludziach bez głów i kanibalach i ulepił z nich własne straszydło.

Pozwólcie, że dam na chwilę ponieść się zboczeniu zawodowemu i przyjrzę się bliżej antropofagom. Autor bowiem postanowił pobawić się w podejście naukowe do potworów. Wiadomo, że jeśli głównym bohaterem ma być naukowiec, to i obiekt jego badań trzeba rzetelnie opisać. Dlatego Yancey postanowił pozbyć się otoczki mistycyzmu czy tajemniczości: Antropophagus w rzeczywistości „Badacza potworów” jest stworzeniem dość dobrze znanym i opisanym, ma jakąś tam swoją systematykę, istnieje sporo materiałów o jego biologii, anatomii i zwyczajach (dostępnych, oczywiście, tylko dla wybranych). To podejście bardzo mi przypadło do gustu – mamy bowiem do czynienia z czymś namacalnym, niemetafizycznym, ale jednocześnie siejącym grozę. Autor jeszcze bardziej odziera swoją grozę z wszelkiego mistycyzmu, wkładając w usta bohaterów wypowiedzi podkreślające, że nie mamy do czynienia z jakimiś potworami mordującymi dla przyjemności, tylko ze zwykłymi zwierzętami o dość paskudnych zwyczajach żywieniowych, więc nie ma sensu przypisywanie im nadnaturalnych cech. Podoba mi się to podejście, jednak ma pewna wadę: większość grozy w powieści oparta jest na epatowaniu obrzydliwością – takie młodzieżowe gore. I jakkolwiek bardzo zgrabnie autorowi wychodzi budowanie klimatu na tej podstawie, tak same sceny sprawiają, ze co wrażliwszym czytelnikom powieść może być nie w smak. Z drugiej strony, wrażliwe nastolatki raczej po horrory nie sięgają, więc to chyba nie jest szczególny problem.

Wspominam tu dość często o horrorze, ktoś mógłby odnieść wrażenie, ze „Badacz potworów” to jakaś szczególnie nastawiona na straszenie powieść. Cóż, nie powiedziałabym. Owszem, autor chce trochę czytelnika postraszyć, trochę zaszokować opisami obrzydliwości, ale horrorem nazwałam tę powieść głównie dlatego, że wydawca tak o niej mówił (oraz w kilku miejscach w internecie inne osoby również). Gdybym sama miała ją klasyfikować, powiedziałabym, ze to raczej thriller zmieszany z dark fantasy, oczywiście wszystko w konwencji młodzieżowej. Thriller, bo mamy i sekcję zwłok, i mroczną zagadkę, i wreszcie atmosferę wiecznego zagrożenia (choć nie przez bezwzględną korporację/służby rządowe/terrorystów, a przez niesamowicie niebezpieczne zwierzę) i konfrontację. W każdym razie straszenia dla samego straszenia jest najmniej.

Ale ja tu sobie o klimacie i stworkach, a nie napisałam o tym, co w książce wydało mi się najciekawsze: o bohaterach. Jeśli chodzi o Willa Henry'ego, mam z nim problem. Wydarzenia, o których pisze rozegrały się, kiedy miał dwanaście lat, natomiast opisane zostały dużo później. Widać, że autor trochę nie mógł się zdecydować, jak sprawić, żeby czytelnik jednocześnie współczuł zagubionemu chłopcu i zaufał autorytetowi mężczyzny (oczywiście, jeśli czytelnik nie wychodzi z założenia, że narrator pierwszoosobowy zawsze łże). Powstał więc patchwork: większość Willa jest w wieku dwunastu lat, ale miejscami wrzuca swoje trzy grosze ktoś zdecydowanie starszy i bardziej zgorzkniały, co nie służy opowiadanej historii. Trzeba jednak przyznać Yanceyowi, że w miejscach, gdzie jego bohater-narrator jest dzieckiem, stworzył bardzo wiarygodną sylwetkę zagubionego, samotnego chłopca i obraz jego relacji z niedostępnym przełożonym.

Właśnie tytułowy badacz potworów jest najciekawsza postacią książki. Pellinore Warthrop to osobnik bardzo zamknięty w sobie, mocno egoistyczny i z ewidentnymi zaburzeniami psychicznymi. Ma problemy z wyrażaniem emocji, nie dostrzega potrzeb innych, jego poziom empatii pełza gdzieś w okolicach podłogi i liczy się dla niego głównie praca. Potrafi też całkiem zgrabnie manipulować ludźmi. Przez sporą część powieści myślałam, że jest socjopatą, ale ostatecznie okazało się, że to trochę bardziej skomplikowane. Natomiast na pewno dałoby się Warthropowi przyporządkować jakąś chorobę psychiczną – najbardziej pasuje mi choroba afektywna dwubiegunowa, ale ja się nie znam, więc nie wiem, na ile to trafne przypuszczenie. Mimo tych wad i ewidentnie odpychającego charakteru, można mu jeżeli nie współczuć, to przynajmniej zrozumieć, dlaczego jest, jaki jest – zwłaszcza, ze potrafi pokazać bardzo ludzkie oblicze, a jako porównanie autor zaprezentował nam podręcznikowego psychopatę, więc przynajmniej wiemy, że mogło być gorzej.

Czy polecam? Owszem. Pomysł może nie jest zbyt oryginalny, ale bardzo solidnie wykonany. Bohaterowie starannie skonstruowani, a jeśli chodzi o styl, to wybaczcie, ale osobiście uważam, że technicznie Yancey pisze dużo lepiej niż taki na przykład Masterton (cóż, o tym ostatnim nie mam zbyt wysokiego mniemania – jak ktoś ma ochotę może zacząć się oburzać i mnie nienawidzić). Odradzam jedynie wrażliwym czytelnikom, ale tacy raczej i tak nie czytują horrorów, prawda?

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Jaguar.



Tytuł: Badacz potworów
Autor: Rick Yancey
Tłumacz: Stanisław Kroszczyński
Tytuł oryginalny: The Monstrumologist
Cykl: Monstrumolog
Wydawnictwo: Jaguar
Rok: 2014
Stron: 464

poniedziałek, 3 marca 2014

Stosik #53

Przez większość lutego wyglądało na to, że ten stos będzie jednoksiążkowy. Ale potem...


Na samej górze mamy prebook "Dziewczyny w mechanicznym kołnierzu" do recenzji od Inimilionu. Co prawda poprzednia część nie zachwycała, ale czułam pilną potrzebę poznania kontynuacji (może to mieć coś wspólnego z masochizmem czytelniczym).

Pod nią - "Czysta biała rasa" do recenzji od Czarnego. To wydawnictwo powoli zaczyna się wspinać do ścisłej trójki moich ulubionych. Akurat "Czysta biała rasa" opowiada o koniu lipicańskim i jest to naprawdę świetny reportaż (choć czemu nie ukazał się w serii Menżeria, tego nie pojmuję).Już ją kończę, recenzja powinna się pojawić niedługo.

W środku moja duma i chluba - trzy tomy "Kroków w nieznane". Byłyby cztery, ale na tom z 2010 roku już się nie załapałam. Od jakiegoś czasu planowałam skompletować sobie "Kroki...", ale czaiłam się raczej na te w miękkich oprawach, w druku na zamówienie - były o ok. 10 zł tańsze niż wydania w twardej oprawie. Aż tu nagle Solaris w swojej księgarni zrobił pięćdziesięcioprocentową obniżkę i to twarda oprawa stała się o 10 zł tańsza od miękkiej. Na co miałam czekać?;)

Na samym dole "Nic nie zdarza się przypadkiem" Terzaniego do recenzji od Świata Książki. Już kiedyś próbowałam czytać te reportaże w DKK, ale że książka obszerna, to nie wyrobiłam się na czas. Mimo wszystko styl pana T. przypadł mi do gustu, więc postanowiłam skorzystać z okazji.

piątek, 28 lutego 2014

Spotkanie po latach - "Republika złodziei" Scott Lynch

Niewiele jestem w stanie wymienić książek, których oczekiwano tak niecierpliwe, jak „Republiki złodziei” – może jeszcze kolejne tomy „Pieśni Lodu i Ognia” Martina, ale jego fani są już do dłuższych przerw przyzwyczajeni. W końcu jednak i miłośnicy „Niecnych dżentelmenów” dostali swój trzeci tom. Po pięciu latach czekania spodziewają się czegoś niezwykłego. Cóż, od razu powiem, ze jeśli komuś nie podobało się „Na Szkarłatnych Morzach”, nie ma się co brać za „Republikę…” - to już nie te czasy, kiedy autor sypał intrygami i złodziejskimi pomysłami jak z rękawa, teraz, wiecie, za psychologię postaci się wziął. Pozostałych zapraszam do lektury.

Po spektakularnej klęsce genialnego planu w Tar Verrar Jean i Locke liżą rany w Lashainie, o ile lizaniem ran można nazwać umieranie w dość bolesny sposób – przynajmniej w przypadku Locke’a. Żaden medyk ani alchemik nie potrafi mu pomóc. W takich okolicznościach pojawia się Cierpliwość, wysoko postawiona w hierarchii węzimagów czarodziejka, z propozycją nie do odrzucenia. Niby nic wielkiego – Locke i Jean mają stać się szarymi eminencjami wyborów w mieście magów, Karthainie, i zapewnić zza kulis zwycięstwo partii popieranej przez zwolenników Cierpliwości. Jednak bardziej od możliwości powrotu do zdrowia kusi Locke’a możliwość ujrzenia jedynej miłości jego życia, która podobno również ma wziąć udział w rozgrywce…

Nie będzie chyba wielkim nietaktem, jeśli powiem, że autor wreszcie pozwolił czytelnikom poznać Sabethę – tę samą, której imię towarzyszyło im od początku, ale której nigdy na kartach powieści nie spotkali. Niczym nowym nie jest, że Lynch potrafi kreować bardzo ciekawe postacie kobiece, więc w przypadku Sabethy również nie zawiódł. I nawet daje się ją polubić. Nie od razu oczywiście, bo autor daje nam pstryczka w nos, pokazując najpierw wyrachowana oszustkę, zdolną stosować najbardziej podłe sztuczki, czy też pyskatą, opryskliwą nastolatkę (w częściach retrospektywnych). Dopiero później pokazuje, jakież to emocje, myśli i lęki kryją się za tą humorzastą barierą – a czytelnikowi jest głupio, że dał się złapać na takie sztuczki. Ładny twist.

Zostawmy na chwilę kwestię bohaterów (jeszcze do nich wrócimy), gdyż dla porządku i lepszego zrozumienia trzeba powiedzieć kilka słów o konstrukcji tekstu. Lynch lubi przeplatać akcję właściwą interludiami z bliższej lub dalszej przeszłości bohaterów i tym razem również zastosował ten chwyt. Oswaja czytelnika z „nową” bohaterką, pokazując jej poczynania w szklanym kretowisku, ale główny trzon sekcji retrospektywnej stanowi opowieść o tym, jak to cały gang w wieku nastoletnim wyjechał wystawiać szkutę w sąsiednim mieście. Bardzo to urozmaica opowieść (w zasadzie dostajemy dwie w cenie jednej), ale czasem stosowane przez autora z upodobaniem cliffhangery doprowadzają do szału.

Wróćmy do bohaterów, bo to chyba główny powód zauroczenia „Niecnymi Dżentelmenami”. Znowu możemy podglądać Locke’ia i Jeana planujących nowe przekręty, przekomarzających się i zdolnych skoczyć za sobą w ogień. Od poprzedniego tomu ich niezwykłej przyjaźni i urokowi osobistemu niczego nie ubyło. Intelektowi zresztą też nie. Dodajmy do tego pełną sprzeczności, piekielnie inteligentną Sabethę i nierozwiązaną sprawę jej związku z Lockem, a atmosfera się zagęści. Autor postanowił też sięgnąć po postać, która zdawała się już wyłączona z gry, ale co z tego wyniknie, dowiemy się zapewne w następnym odcinku. W bonusie możemy za sprawą interludiów oglądać, jak wyglądały początki burzliwego romansu głównej pary, dzięki czemu otrzymujemy możliwość lepszego poznania zarówno starych, jak i nowych bohaterów.

Co się zmieniło względem poprzednich tomów, to stosunek do świata przedstawionego. Poprzednio Lynch dawał nam raczej wycinki z kompleksowym opisem bardzo konkretnych miejsc i mgliste plotki o odleglejszych zakątkach. Pasowało to co prawda do konwencji, bo przecież uliczników Camorry (choćby i wykształconych ponad miarę) czy piratów interesowała najbardziej ich okolica i ich zwyczaje. W „Republice złodziei” dostajemy coś w rodzaju preludium do kosmologii świata i rachitycznego zbiorku reguł dotyczących magii, a także sugestię, że tajemnicza, wymarła rasa wcale nie jest tak tajemnicza. A przynajmniej nie dla wszystkich. Bardzo podoba mi się to poszerzenie świata przedstawionego, bo jakkolwiek poznaliśmy już mnóstwo szczegółów, tak brak wiadomości ogólnych zaczynał doskwierać (wciąż żywię nadzieję, że wraz z tomem czwartym może dostaniemy bardziej całościową mapę świata „Niecnych Dżentelmenów”, ale obawiam się, że to płonne nadzieje).

Na zakończenie mogę powiedzieć, że Lynch absolutnie nie stracił formy. Co prawda „Republika złodziei” zdecydowanie bardziej niż poprzednie tomy skupia się na wzajemnych relacjach między trójką (no dobrze, właściwie to dwójką) głównych bohaterów, jest to jednak relacja trudna i ciekawa, a nie mdławy romansik. Dodajmy do tego tajemnicze interesy magów i bardo dobry motyw, który autor zaznaczył w epilogu i mam nadzieję, że twórczo rozwinie w tomie kolejnym (na zachętę dodam, że jest to mieszanka szaleństwa i magii), a znajdziemy się w miejscu, w którym z błyszczącymi z podekscytowania oczami stoją fani czekający na kolejny tom. Podobno ma być już za rok, a więc do zobaczenia w 2015, Locke!

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Republika złodziei
Autor: Scott Lynch
Tłumacz: Małgorzata Strzelec i Wojciech Szypuła
Tytuł oryginalny: The Republic of Thieves
Cykl: Niecni Dżentelmeni
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2013
Stron: 656

środa, 26 lutego 2014

Film ostatnio widziałam #2 - "Kung Fu Panda 2"

Spoilery liczne takie, wow!

Jakimś cudem udało mi się zapomnieć o filmie. Jeszcze nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby zapomnienie było efektem wytężonej pracy nad wyparciem produkcji fatalnej (choć aż tak kiepskich po prostu nie oglądam), ale mi wyleciał z głowy fakt istnienia czegoś, co przecież, trochę z kronikarskiego obowiązku chciałam obejrzeć, mianowicie „Kung Fu Panda 2” (czytelnicy o bardziej wysublimowanym guście mogą już załamywać ręce. Nie mam zamiaru nic radzić na to, że najbardziej lubię animacje. A że pisać o filmach, nawet tych animowanych, nie umiem, to się za produkcje ambitne nie biorę). O tym kronikarskim obowiązku wspominam, bo przecież niepisane prawo kontynuacji mówi, że część druga jest zawsze gorsza od pierwszej, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę. W przypadku „Kung Fu Pandy” (boli mnie pisownia tego tytułu, ale podaję za źródłami) sequel z pewnością nie był gorszy (osobiście uważam, że był lepszy, ale mówię to z perspektywy dorosłego odbiorcy, nawet nie próbując wnikać w implikacje dziecięcego postrzegania). Był inny innością jakiej się po nim nie spodziewałam.

Pierwszą część widział już chyba każdy kto chciał zobaczyć, dla porządku więc tylko przypomnę, że opowiada ona o młodym pandzie imieniem Po, który ni z gruszki, ni z pietruszki zostaje wybrany na Smoczego Wojownika. Czym oczywiście rujnuje marzenia członków Wielkiej Piątki, którzy przecież po to lata całe trenowali sztuki walki, aby ten tytuł otrzymać (Po przez całe życie był ich zagorzałym fanem). Ale nobilitacja pociąga za sobą pewne obowiązki – Smoczy Wojownik musi pokonać villaina odcinka, irbisa Tai Lunga. Co, wnosząc po istnieniu drugiej części, mu się udaje. W „dwójce” schemat jest podobny: mamy złoczyńcę odcinka, którego tylko tytułowy bohater może pokonać (tym razem jest to paw-albinos, lord Shen), diabeł jednak tkwi w szczegółach. „Jedynka” była typowa animacją w disnejowskim stylu (tylko księżniczki brakowało), z takim też standardowym czarnym charakterem nr 124, na która chętnie zabrałabym pięciolatka. Jeśli chodzi o kontynuację, to mocno bym się zastanowiła, czy pokazać ją dziecku w tym wieku.

Oglądając produkcje Disneya mam wrażenie, ze są one kierowane do młodszych dzieci, takich w wieku 5-8 lat, w którym to wrażeniu jeszcze bardziej utwierdzają mnie animowane seriale tej wytwórni (na te aktorskie spuśćmy może zasłonę milczenia). Tymczasem DreamWorks wydaje się celować w widza starszego, około dziesięcioletniego. Do tej teorii idealnie pasuje mi „Shrek” ze wszystkimi kontynuacjami ze względu na humor, którego lwia część jest przeznaczona dla odbiorcy znacznie starszego niż przedszkolak i właśnie „Kung Fu Panda 2”, z powodów że tak powiem, odwrotnych, bo dotyczących zgoła nieśmiesznych części fabuły.

Głównym powodem jest kreacja czarnego charakteru. Nie znam się na psychologii rozwoju i nie wiem, jak dzieci reagują na tego typu postacie, ale w żadnej zachodniej animacji kierowanej do młodych odbiorców nie spotkałam się jeszcze z bohaterem tak krwiożerczym. Owszem, zdarzały się zabójstwa – niech wspomnę choć Skazę i jego bratobójczą chęć osiągnięcia władzy, zdarzała się też ogólna parszywość charakteru (to dość często) połączona z jakąś obsesją, ale nie widziałam jeszcze, żeby villain animowanej superprodukcji dokonał ludobójstwa (ostatnia scena daje co prawda do zrozumienia, że może paw nie okazał się aż tak skuteczny, jak to wyglądało na początku, no ale). I to nie sugerowanego, wspomnianego gdzieś mimochodem, tylko pokazanego w retrospekcji. I nawet nie same sceny (dobrane tak, aby zbytnio nie wstrząsnąć małym widzem – w napadniętej wiosce widać raczej pożar, grabież i chaos, a nie krew i trupy; do kwestii trupów jeszcze wrócę) są takie niepokojące, tylko Shen wrzeszczący wśród ognia „Zabić! Zabić ich wszystkich!”. Ja wiem, że mordowanie grupy społecznej w imię przepowiedni wygłoszonej przez podejrzaną wiedźmę/starego wróżbitę z dziwnym „zielem fajkowym” ma długą tradycję w literaturze (dla uproszczenia przyjmijmy, że mowa tu o wszystkich opowieściach) cywilizacji zachodniej, ale znaczący producenci dziecięcych blockbusterów raczej unikali tematu, a jeśli nawet nie, ograniczali się do kilku scen, najczęściej z matką uciekającą z płonącej wioski i zostawiającą gdzieś podrzutka. Raczej nie spotykało się jętych morderczym szałem dowódców, wykrzykujących rozkazy swoim siepaczom. Dodatkowo sceny te (przedstawione w tradycyjnie animowanych sekwencjach) ukazują lorda Shena w sposób iście demoniczny – mamy oto bowiem białego pawia na tle płomieni, z czerwonymi oczami ewidentnie nie należącymi do osoby zrównoważonej psychicznie (taki filmowy kod – jeśli komuś barwa tęczówek zmienia się na czerwony, nieuchronnie za chwilę zacznie zabijać lub w wersji łagodniejszej nastąpi wybuch furii), niby jakiś cholerny władca piekieł wysyłający swoje diabły na żer. Są to sceny, po których nawet dorosły odbiorca może poczuć się nieswojo, a co dopiero przedszkolak. Natomiast starszym dzieciakom bym pokazała – bo te właśnie sceny pokazują, ze mimo dość mocnych jak na tę dziedzinę kinematografi wizji twórców nie ma miejsca na relatywizm postaci. Shen jest zaślepionym żądzą władzy i zemsty psychopatą, od którego należy się trzymać z daleka. Koniec i kropka.*


W ogóle podłość charakteru Shena jest też ukazana w jeszcze jednej scenie. Zapewne czytelnicy wiedzą, że każdy czarny charakter musi mieć, wybaczcie mój klathiański, swojego przydupasa (angielskie miano sidekicka pozwólcie, że zarezerwuję dla tych z nich, którzy mają swój udział w więcej niż kilku scenach na krzyż). Shen też ma, mianowicie wilka dowodzącego lordowska małą armią. Ów bezimienny wilk przedstawiony był jako typowy dowódca najemników, któremu obojętne, za co bierze zapłatę, byleby była na czas. Charakter dość podły i dość często w popkulturze reprodukowany. W „Kung Fu Pandzie 2” mamy scenę, w której wilk dowódca odmówił wykonania strzału z shenowej armaty. Nie dlatego bynajmniej, że nagle postanowił poprzeć sprawę swoich przeciwników, ale dlatego, że na linii strzału znalazłaby się jego wataha. Tutaj mamy pewien szlachetny rys wilczego charakteru, bo widać, że dowódca jest lojalny przynajmniej względem swoich podwładnych i wzdraga się przed eksterminacją własnych oddziałów. A co robi paw? Paw morduje krnąbrnego wilka ciosem sztyletu w pierś (i znowu: nie ma tu ujęć pokazujących krew, ale czarne sylwetki bohaterów na tle huczących płomieni dokładnie pokazują, co się dzieje). Mogłabym wysnuć teorię, że DreamWorks zaczyna dryfować z targetem swoich produkcji w coraz starszą widownię, ale widziałam „Madagaskar 3” więc się wstrzymam (choć kiedy obejrzę - a obejrzę na pewno – „Jak wytresować smoka 2”, mogę jeszcze zweryfikować osąd).

„Kung Fu Panda 2” wyjaśnia też, dlaczego właściwie gąsior jest ojcem pandy. Po pierwszej części jeszcze dopuszczałam możliwość dzieci ze związków mieszanych (wiecie, nieznana mamusia mogłaby być pandą i wtedy synek mógłby się w nią wdać), ale dwójka raczej to wyklucza. Otóż Po wziął się właśnie z tej napaści na wioskę – matka schował go w skrzynce z warzywami (na szczęście nie przyszło jej do głowy spławić rzeczonej skrzynki rzeką) i jakoś tam dotarł pod drzwi przybranego ojca. A wszystko, co napisałam w tym akapicie jest tylko pretekstem do podzielenia się z wami (dość oczywistym) odkryciem: twórcy filmów animowanych mają słabość do samotnych ojców. Najwięcej przykładów mamy z Disneya (i bardzo bym chciała, żeby ktoś kiedyś napisał o tym notkę, bo z moim słabym szukaj-fu nawet nie startuję do profesjonalnej analizy tematu) i choć w części filmów można to tłumaczyć baśniowym kanonem, to jednak nie zawsze. W takiej „Małej syrence” główna bohaterka równie dobrze mogłaby mieć oboje rodziców, fabuła by nie ucierpiała – a tymczasem król Tryton nie ma królowej. Jeśli już trafimy na samotną matkę, to prawie zawsze jest to jakaś zła macocha z nieczystymi intencjami. Jedynym filmem, gdzie bohaterkę wychowywała tylko matka, jest „Księżniczka i żaba” – i jest to jedna z najgorszych widzianych przeze mnie animacji Disneya (choć fakt, gdyby nie deklaracje twórców, jaka to miała być och i ach i postępowa w poglądach, pewnie byłabym mniej rozczarowana. Może kiedyś obejrzę jeszcze raz i napiszę o tym notkę). Z drugiej strony mamy fenomenalnego „Króla lwa”, gdzie Simbę wychowywało na dobrą sprawę aż trzech tatusiów (co prawda miał też matkę, ale oglądając miałam wrażenie, że ona go tylko karmi, myje i pilnuje, bo przecież rzeczą tak ważną jak wychowanie i nauka matce zajmować się nie wypada)… W DreamWorks sytuacja przedstawia się podobnie, choć na razie materiału badawczego jest mniej – na razie mamy tylko dwóch samotnych ojców i żadnej samotnej matki. A, wnosząc z zakończenia omawianego filmu, w trzeciej części dwóch ojców rozegra pojedynek o względy Po. Statystykę może jeszcze uratować „Jak wytresować smoka 2”, bo trailery pokazują, że poznamy wreszcie nieobecną mamę Czkawki. Mam nadzieję, że scenarzyści przygotują na tę okoliczność coś fajnego (i podzielę się z wami wrażeniami).


Zostawmy już może bohaterów drugoplanowych (i dygresje od czapy) i przyjrzyjmy się głównym. Po jest o tyle ciekawy, że jest jednocześnie główna postacią i głównym comicreliefem filmu. Bo wiecie, on ciągle podziwia swoich idoli, mimo że teoretycznie jako Smoczy Wojownik stoi teraz wyżej w hierarchii. Mało tego, zdaje sobie sprawę, że bycie wybrańcem i może nawet geniuszem w danej dziedzinie nie zastąpi dwudziestu lat katorżniczego treningu. To wszystko jest całkiem fajne, ale znane już z części pierwszej – i przyznam z niejakim rozczarowaniem, że Po nie rozwinął się od tamtego czasu ani trochę. Fajnie za to twórcy prowadzą Tygrysicę. W ogóle „Pandy” cierpią na niedobór informacji o Wielkiej Piątce (jest co prawda krótkometrażowy filmik im poświęcony, ale go nie widziałam, więc nie wiem, ile wyjaśnia; abstrahując, uważam, że kluczowe elementy kreacji bohaterów powinny być jednak zawarte w produkcji głównej, a nie w dodatkach), w związku z tym bohaterowie, którzy mogliby dodać ciekawego kolorytu fabule i mają niezły potencjał występują w roli płaskiego tła dla misia. Od początku wyróżniała się Tygrysica właśnie, migawki z dzieciństwa której poznaliśmy już w „jedynce” (i dzięki nim dało się w ogóle tę twardą, zamkniętą w sobie i pełną żalu postać polubić) i która w „dwójce” zaczyna nabierać głębi. Myślę, że twórcy kreowali ją na typową popkulturową wojowniczkę kung-fu z żelazną wolą i niezniszczalnym ciałem, żeby potem zestawić to wszystko z Po, który „nie jest stworzony do twardych stylów”**, ku uciesze gawiedzi i miłośników dekonstrukcji. Teraz Tygrysica zaczyna wykazywać więcej ludzkich uczuć – jakby wreszcie postanowiła pogodzić się z tym, że to nie jej przypadł Smoczy Zwój i pomóc temu fajtłapowatemu pandzie, bo to przecież dla wspólnego dobra. Przy tym traktuje Po jak starsza siostra i mam nadzieję, że twórcy nie postanowią zrobić z nich pary, bo raz, że to kompletnie nie pasuje do charakteru Tygrysicy, a dwa fandom zrobił to już za nich i widziałam, że nie było to dobre.

Chyba nie umiem krótko pisać o filmach – całe szczęście, że nieczęsto to robię, bo już w ogóle nikt by mnie nie czytał. Cóż, mam nadzieję, że trzecia „Panda” będzie podobna do drugiej, a nie do pierwszej. I że poznamy bliżej Wielką Piątkę. Potencjał jest, możliwości są, ciekawe, co z tego wyjdzie.

*) Pandowy fandom jednakowoż zachwiał moją wiarą w zdrowy rozsądek. Jeszcze liczbę fanartów przedstawiających lorda Shena jako przystojnego, młodziutkiego bisza jakoś przemilczę, bo do humanizacji mam słabość i kto zabroni lubić czarny charakter, ale fakt, że istnieje spora grupa osób widzących w nim pokrzywdzonego przez los i złych rodziców, puchatego i ogólnie twardego-z-wierzchu-miękkiego-w-środku biedulka trochę mnie zatrważa.
**) Co stwierdziła Tygrysica głosem Brygidy Turowskiej.

"Kung Fu Panda 2"
reż. Jennifer Yuh
DreamWorks
2011

piątek, 21 lutego 2014

Sen we śnie w szkatułce z rzeczywistości - "Kąpiąc lwa" Jonathan Carroll

Moja znajomość z Jonathanem Carrollem przebiegała dość burzliwie. Zaczęła się od „Krainy Chichów”, która choć bardzo dobrze napisana i z charakterystycznym klimatem, trochę mnie rozczarowała. Myślę, że głównie za sprawą wygórowanych oczekiwań – w końcu Sapkowski do kanonu zaliczył i wszyscy chwalą… Niemniej wiedziałam, ze autor ma potencjał i nie zrażałam się mimo kilku czytelniczych prób zakończonych porażką. Niedawno Rebis wydał najnowszą powieść Carrolla, „Kąpiąc lwa”, która miała być jedną z najbardziej fantastycznych w dorobku autora. Postanowiłam spróbować.

Piątce ludzi z prowincjonalnego, amerykańskiego miasteczka śni się dziwny sen. Okazuje się, że został on zesłany przez tajemniczych mechaników – istoty dbające o zachowanie równowagi we wszechświecie i oznacza, że nasza piątka będzie niezbędna do odparcia ataku chaosu. Jakie tajemnice kryją życiorysy piątki bohaterów? Czy intencje mechaników są tak klarowne, jak ci zapewniają? I o co właściwie w tym wszystkim chodzi?

Po przeczytaniu powyższego akapitu można dojść do wniosku, że Carroll napisał typową powieść fantasy z garstką wybrańców wyruszających na wyprawę. Cóż, to błędne wrażenie. Gdybym nie wiedziała, że Jonathan Carroll należy do tych pisarzy, którzy odżegnują się o jakichkolwiek związków z fantastyką, mogłabym przypuszczać, że stworzył zgrabną dekonstrukcję najpopularniejszych w tym gatunku motywów. Ale ponieważ należy, to chyba jednak nie o to chodzi.

Jeśli jest jakiś gatunek, do którego można zakwalifikować „Kąpiąc lwa”, to byłby realizm magiczny. Carroll jest mistrzem jego odmiany, którą bardzo lubię – sprowadzającej rzeczywistość do surrealistycznego snu (a to dzięki temu, ze w przeciwieństwie do fantastyki, realizm magiczny nie pretenduje do tytułu „logicznego” czy – nomen omen – realistycznego, więc autor nie musi niczego wyjaśniać, wystarczy, żeby było wewnętrznie spójne w ramach powieści) i w „Kąpiąc lwa” dostajemy esencję tego stylu. Bohaterowie zaczynają swoją przygodę w, zdawałoby się znanych realiach, żeby powoli osuwać się w surrealizm rodem z obrazów Salvadora Dalego. Dodajmy do tego odrobinę kompozycji szkatułkowej (nawet po zakończeniu ciągle miałam wrażenie, że wszystkie wydarzenia w niej przedstawione od początku do końca były snem, choć autor raczej nie potwierdza tej hipotezy) i momentami psychodeliczny klimat, a otrzymamy powieść, której nie powstydziłaby się Uczta Wyobraźni.

Zostawmy na chwilę elementy niesamowite (jeszcze do nich wrócę) i pochylmy się nad bohaterami. Czego jak czego, ale umiejętności kreowania wiarygodnych postaci nie można autorowi odmówić. Tym razem (bo w „Krainie Chichów” było trochę inaczej) autor skupia się na statystycznych obywatelach, ludziach, których można spotkać w każdym dobrze prosperującym turystycznym miasteczku Stanów Zjednoczonych. Jest więc małżeństwo, które z Nowego Jorku przeniosło się w spokojniejsze okolice, ich przyjaciel i wspólnik w interesie, wdowiec-emeryt i właścicielka baru w szczęśliwym związku z kobietą swojego życia (a przynajmniej ma taką nadzieję). Krótko mówiąc – everymani. Każdy z nich ma własną historię i kompletny charakter, a dodatkowej pikanterii opowieści dodają ich wzajemne, skomplikowane i fantastycznie opisane relacje (ale jeśli ktoś oczekuje sensacyjnych romansów, uczuciowych przewrotów i „momentów”, to raczej nie w tej książce). Śmiem twierdzić, że nawet u czytelnika, który nie lubi fantastycznych wstawek, sama „sucha” konstrukcja bohaterów będzie w stanie wybronić powieść.

To, że bohaterowie są tak bardzo normalni sprawia, że wrzucenie ich w rzeczywistość surrealistycznego snu wywołuje dreszcz niepokoju. Sam sen co prawda jest tu tylko pretekstem, bo z czasem cała rzeczywistość się odkształca – niby składa się ze znanych elementów, ale ich połączenie wydaje się zupełnie przypadkowe i niepokojące. Przyznam się wam, że tego typu zabiegi przerażają mnie bardziej niż dowolnie wybrany horror (zwłaszcza rzucający w czytelnika makabrą), a zbudowanie takiego irracjonalnie alarmującego klimatu, który działa na wyobraźnię czytelnika jest nie lada wyzwaniem. Z którym Carroll sobie śpiewająco poradził.

„Kąpiąc lwa” to świetna powieść, śmiem twierdzić, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Polecam ją zwłaszcza miłośnikom dobrej literatury i tym, którzy lubią eksperyment w narracji (ale z drugiej strony nie jest to coś aż tak eksperymentalnego, żeby odstraszać formą). Chyba spróbuję jeszcze raz przeczytać starsze książki tego autora.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.
Tytuł: Kąpiąc lwa
Autor: Jonathan Carroll
Tytuł oryginalny: Bathing the Lion
Tłumacz: Jacek Wietecki
Seria: Salamandra
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2013
Stron: 320

poniedziałek, 10 lutego 2014

Jak to widzę?: Nocny Śpiewak

Na początek komunikat: okazało się, że słabo mi wychodzi wyrabianie się z miesięcznym terminem publikacji obrazków (vide poniższy, który miał pojawić się jeszcze w styczniu), toteż postanowiłam przejść na inny system, zwany "jak zrobię, to będzie". Dołożę wszelkich starań, żeby obrazki pojawiały się jednak częściej niż raz na pół roku (jakby ktoś chciał dowiedzieć się więcej o akcji/zgłosić bohatera/obejrzeć inne obrazki, to zapraszam tutaj).

Przejdźmy do rzeczy. Dzisiaj portrecik jednego z głównych bohaterów cyklu Ewy Białołęckiej "Kroniki Drugiego Kręgu" - Nocnego Śpiewaka. Postanowiłam narysować go w wieku nastolęcym, tak jakoś 14-16 lat. Jak wiedzą ci, którzy czytali, Nocny Śpiewak był człowiekiem cierpiącym na hipertrichozę (u Biaołęckiej każdy wybitny talent magiczny był okupiony jakąś ułomnością fizyczną). Dodatkowo większość magów cechowała jakaś fizyczna cecha charakterystyczna dla naszych ras dalekowschodnich - najczęściej migdałowy kształt oczu. Nie pamiętałam, jakąż to z cech miał Śpiewak, więc starałam się dać mu lekko skośne oczy i mały nos, wyszło, jak wyszło. Największym problemem i tak było sprawienie, żeby nie wyglądał jak mały wookie...

Można powiększyć obrazek kliknięciem.

piątek, 7 lutego 2014

Nowojorski tygel kulturowy (a właściwie pół tygla) - "Golem i dżin" część 1 Helene Wecker

Powiem wam, moi drodzy czytelnicy, że bardzo trudno jest mi napisać coś konkretnego o części pierwszej „Golema i dżina”. Powód jest prosty – Fabryka Słów znowu zaserwowała czytelnikom tylko pół powieści. Sytuacja i tak jest lepsza, niż w przypadku „Elfów”, bo przynajmniej wiadomo, kiedy spodziewać się zakończenia, ale pisania to nie ułatwia. Książka została podzielona w sposób nieco niefortunny, bo część pierwsza kończy się w momencie, kiedy akcja dopiero zaczyna się zawiązywać. Niemniej, już na tym etapie widać, że możemy mieć do czynienia z powieścią przynajmniej dobrą, do czego postaram się was przekonać.

Kiedy Otto Rotfeld zamawiał sobie u podejrzanego żydowskiego maga glinianą żonę, nie przypuszczał, że nawet nie dopłynie z nią do nowego, amerykańskiego domu. Przez splot niefortunnych zdarzeń niezwykła dziewczyna zostaje sama już w kilka godzin po ożywieniu i tak właśnie ląduje w Nowym Jorku. Czy poradzi sobie bez swojego pana w wielkim, obcym mieście?

Kilka ulic dalej rzemieślnik Abeery dostaje do odnowienia dziwnie grawerowany dzbaneczek na oliwę. Ponieważ wzór jest już zniszczony, postanawia go zeszlifować – i w ten sposób uwalnia dżina. Ten jednak nie ma ochoty spełniać niczyich życzeń, a poza tym ciągle jest uwięziony w ludzkim ciele i pozbawiony większości magicznej mocy. Jedynym sposobem, aby przetrwał w Nowym Jorku jest udawanie ucznia Abeery’ego. Czy dzika natura pustynnego ducha dostosuje się do rutyny miejskiego życia?

Muszę przyznać, że „Golem i dżin” pozytywnie mnie zaskoczył na wielu poziomach. Pani Wecker zdecydowanie potrafi posługiwać się piórem, używając przy tym języka plastycznego, ale nie przekombinowanego. Cechuje ją wyczucie i szczególnie trafny dobór słów – bez wielopiętrowych metafor czy wymyślnych porównań jest w stanie zbudować sugestywny obraz zimowego Nowego Jorku czy syryjskiej pustyni, przedstawić punkt widzenia nieszczęśliwego dżina i panny z dobrego domu. Przy tym wszystkie te przejścia są płynne i nacechowane indywidualnymi przeżyciami bohaterów. Bardzo przyjemnie się to czyta.

Jeśli już o tym mowa, to bohaterów też autorka potrafi tworzyć. Najlepiej to widać na przykładzie dwójki tytułowych stworów – pani Wecker chyba specjalnie dobrała je tak, aby stanowiły swoje przeciwieństwa. Tęskniący za wolnością, niezależny i uparty dżin postawiony obok pragnącej stabilizacji, spokoju i pewności jaką daje rutyna golem sprawia wrażenie jeszcze bardziej nieszczęśliwego i zamkniętego w okowach ludzkiego ciała. Jednocześnie bliskość istoty tak odmiennej dostarcza mu materiału do przemyśleń i zastanowienia się nad własną naturą. To samo dotyczy Chawy, golema. Pisarka pokazuje, że obcowanie z ludźmi zmienia oba stworzenia, ale ponieważ ich natury tak bardzo się różnią, podejście do tych zmian również jest inne.

Autorka nie ograniczyła się jednak do wykreowania trójwymiarowych tytułowych bohaterów. Postacie poboczne również wychodzą jej bardzo charakterystyczne – często wystarczy kilka stron, aby nakreślić historię życia i nadać osobowość komuś, kogo zobaczyliśmy na ulicy. W ten sposób główna opowieść ciągle wzbogacana jest interesującymi epizodami. Zbyt wcześnie jeszcze, aby wyciągać z nich jakieś wnioski, mam jednak przeczucie, że wszystkie zazębią się w dalszej części powieści.

Pomówiliśmy trochę o bohaterach, ale o jednym jeszcze nie wspominałam – Nowy Jork jest tu równie ważny, jak ludzie, golemy i dżiny. Pani Wecker stworzyła jedną z lepszych kreacji miasta w literaturze fantastycznej, jakie miałam okazję poznać – dodajmy, że jest to miasto dziewiętnastowieczne, z właściwym tej epoce klimatem. Nowy Jork z powieści tętni życiem, pełno w nim dzielnic kolorowych mniejszości i ich zwyczajów, trafiają się wyższe sfery jak i męty społeczne. A wszystko to w oparach pierwszych silników i węglowym smogu, czasem zwiewanych bryzą znad oceanu. Autorka zasypuje czytelników detalami, a wszystko dzięki temu nabiera życia i rozmachu.

Zazwyczaj w takiej sytuacji na zakończenie recenzji mówię, żeby przezornie poczekać do wydania kolejnego tomu. Mogę powiedzieć i tym razem, w końcu wychodzi w maju. Ale zachęcę was do kupienia „Golema i dżina” już teraz – bo jeśli pierwsza część słabo się sprzeda, to wydawca jeszcze nie wyda drugiej i skąd ja się wtedy dowiem, jako to się skończyło?
 
Recenzja dla portalu Insimilion.
 
Tytuł: Golem i dżin część 1
Autor: Helene Wecker
Tytuł oryginalny: Golem and The Jinni
Tłumacz: Małgorzata Koczańska
Seria: Golem i dżin
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 450
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...