Bardzo rzadko, ale jednak czasem mi się zdarza wpaść w króliczą norę pokrzepiających obyczajówek. Zwykle nie spodziewam się po nich wiele, bo jednak ten rodzaj powieści ma swoje zasady. Nie obruszam się więc na podejrzanie częste szczęśliwe zbiegi okoliczności czy niespotykanie życzliwych ludzi. Jednak nawet od tego typu rozrywkowych czytadeł czegoś wymagam. Przede wszystkim, żeby na poziomie logicznym trzymały się kupy i żeby autor w tą swoją kreację włożył chociaż minimum wysiłku. I przyznam, że czasem nawet tego nie dostaję. Jak w przypadku „Kociej kawiarni” Anny Sólyom.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpański. Pokaż wszystkie posty
sobota, 24 czerwca 2023
poniedziałek, 11 maja 2015
"Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafon
„Cień wiatru” czytali już chyba wszyscy – swego czasu strach było do lodówki zajrzeć, żeby z niej nie wyskoczył. I zbierał praktycznie same pozytywne recenzje. Nie powiem, też mnie ta książka zaintrygowała, jednak w czasach największej popularności (właściwie do tej pory to dość popularny tytuł – może nie tak, jak parę lat temu, ale ciągle) nie miałam okazji po nią sięgnąć. Niedawno, dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza, w moim posiadaniu znalazł się ebook (jako iż po tych kilku latach wydawca zdecydował się wypuścić powieści Zafona w formie elektronicznej). I co? I się rozczarowałam.
O czym ta powieść jest, wiedzą chyba już wszyscy (od dawna żyję w przeświadczeniu, że jestem ostatnią osobą, przynajmniej w blogosferze książkowej, która przeczytała „Cień wiatru”), ale dla porządku przypomnę. Narratorem jest Daniel, syn pewnego barcelońskiego księgarza. Poznajemy go w momencie, kiedy ojciec pokazuje mu Cmentarz Zapomnianych Książek – miejsce, gdzie trzyma się tytuły zapomniane i bezpańskie, taki trochę dziwny antykwariat. Daniel może wybrać sobie książkę do „adopcji”, którą będzie się opiekował. Wybór pada na „Ceń wiatru”, powieść niejakiego Juliana Caraxa, którą chłopak z wypiekami na twarzy pochłania w jedną noc. Po tym doświadczeniu, postanawia dowiedzieć się wszystkiego o tajemniczym autorze. Nie wie, że wplącze go to w mroczną i niebezpieczną historię.
Brzmi zachęcająco, prawda? Książka, sekret i śledztwo dotyczące pisarza to rzeczy, które przyciągną uwagę każdego mola książkowego. I niby wszystko jest w porządku, bo to śledztwo, sekrety i tajemniczy pisarz rzeczywiście w „Cieniu wiatru” są. Tylko jakoś mało satysfakcjonująco.
Pierwszym, co mnie rozczarowało, były opisy miłosnych perypetii Daniela – było ich zdecydowanie za dużo, znacznie więcej niż opowieści o Julianie Caraxie, po której Daniel miał być przecież tylko przewodnikiem. Tymczasem sporo rozdziałów autor poświęcił na opisywanie najpierw nieszczęśliwej miłości do starszej kobiety (dwudziestolatki, która w chwili poznania Daniela była odeń dwukrotnie starsza), później zaś burzliwego romansu z rówieśniczką. Z jednej strony Zafon postąpił w jakimś stopniu logicznie – skoro całą historię poznajemy z ust Daniela, dorastającego w czasie tej opowieści, nie ma się co dziwić, że nastolatek sporo miejsca, czasu i uwagi poświęca niewieścim przymiotom (trochę irytuje za to, że inni mężczyźni zajmujący dość ważne miejsce w narracji też myślą głównie o babskich tyłkach i biustach), z drugiej, nie to mnie jako czytelniczce obiecano.
Za drugim rozczarowaniem stoją te pochwalne peany, które wylewały się z internetu. Widzicie, po tej fali zachwytów spodziewałam się czegoś przełomowego, zaskakującego, z drugim, a może nawet trzecim i czwartym dnem. Tymczasem dostałam fabułę, która mogłaby być owocem romansu brazylijskiej telenoweli z klasyczną powieścią gotycką. Im bliżej byłam rozwiązania zagadki, tym bardziej przewidywalna się stawała i tym bardziej stawała mi przed oczami wizja bohaterów w scenach i dialogach z jakiegoś „Serca Clarity” rodem. Z telenoweli rodem był też lekarz, który w czasach przed pierwszą wojną światową potrafił rozpoznać ciążę w cztery dni po domniemanym zapłodnieniu, co mnie dość ubawiło (choć dopuszczam też myśl, że doktorek po prostu był z tych, dla których seks=ciążą, zawsze i wszędzie. Ale to z kolei nie najlepiej świadczy o jakości jego usług).
A właśnie, bohaterowie. Trójwymiarowych mamy może trzech – Daniela, jego przyjaciela Fermina i Caraxa. Daniel to typowy chłopak, nastolatek jak każdy inny, nawet można go polubić, bo miewa i słabości, i porywy szlachetności czy idealizmu. Fermin to postać niezwykle barwna i nawet sympatyczna, niestety, autor każe mu w każdej scenie perorować na temat babskich tyłków, co na początku dodaje postaci kolorytu, ale później wywołuje tylko niecierpliwione przewracanie oczami. Za to sam Carax jest o tyle ciekawy, że Zafon umyślił dla niego rolę typowego bohatera powieści gotyckiej i zgrabnie a konsekwentnie każe mu ją odgrywać. Reszta to tylko jednowymiarowe, płaskie cienie, mające do odegrania określoną partię – już to famme fatale, już to starego ojca, już to młodej ukochanej, już to przyjaciela z młodości. I ani odrobinę poza te ramy nie wychodzą, przez co życia w nich niewiele.
Jak wspominałam, książkę czytałam w formie elektronicznej, więc parę słów i o tym. Zastrzeżeń nie mam, książka ładnie dostosowywała się do czytnikowego formatowania, a i zdjęcia nie straciły wiele (w papierowej wersji również były czarnobiałe, a na czytanie na czytniku nic im z uroku nie ujęło). Co do wad, to zdarzało się przerzucenie tekstu do kolejnego wersu w momentach dość losowych, ale to właściwie wszystko.
Cieszę się, że mam tę książkę w ebooku. Na półce zajmowałaby mi miejsce, a tak ta odrobina zajętej pamięci nikomu nie wadzi. Zafon kompletnie nie sprawdził się dla mnie w dłuższej opowieści, jego młodzieżówki wspominam zdecydowanie lepiej. Cóż, chyba czas zakończyć przygodę z tym panem. Ale wy oczywiście możecie sami go przetestować.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Muza.
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł oryginalny: La Sombra del Viento
Tłumacz: Beata Fabjańska-Potapczuk, Carlos Marrodan Casas
Cykl: Cmentarz Zapomnianych Książek
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2015
Stron: 512
wtorek, 14 sierpnia 2012
Alicja w krainie kwantów - "Drzwi o trzech zamkach" Sonia Fernandez-Vidal

„Popularyzacja nauki” to ostatnio taki modny zwrot. Uczelnie stawiają sobie popularyzację nauki za cel i tym amerykańskim nawet całkiem nieźle idzie osiąganie go. Powstają więc filmy i książki popularnonaukowe. „Drzwi o trzech zamkach” są bardzo specyficznym rodzajem książki popularnonaukowej, mianowicie powieścią popularnonaukową. Dla młodszych czytelników, dodajmy.
Niko nie jest zbyt popularnym uczniem. W dodatku nauczyciel fizyki najwyraźniej go nie lubi, bo ciągle się o coś czepia. Pewnego dnia nad łóżkiem chłopca pojawia się tajemniczy napis, a zaraz potem Niko znajduje dziwne drzwi z trzema zamkami. Szybko okazuje się, że prowadzą one do świata kwantowego, gdzie wszystkie założenia fizyki kwantowej mają zastosowanie w życiu codziennym. Spotyka tam elfa Eldrena (takiego z warsztatu Świętego Mikołaja, nie od Tolkiena) i wróżkę Kionę, po czym rusza przeżyć największą przygodę swego życia.
Powieści popularnonaukowe mają to do siebie, że pod względem fabularnym nieco kuleją. Nie inaczej jest w przypadku „Drzwi o trzech zamkach”. W zasadzie nie bardzo wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi i do czego to zmierza, przez co czytelnikowi nieco trudno odnaleźć się w świecie powieści. Z budowaniem napięcia też bywa różnie: czasem wychodzi autorce bardzo sprawnie, a czasem wręcz przeciwnie, co zwłaszcza młodszemu czytelnikowi może przeszkadzać w zaangażowaniu się w lekturę. Gdybym miała wystawić szkolną cenzurkę, fabuła „Drzwi o trzech zamkach” dostałaby jedynie tróję. Ale przecież w tego typu powieściach warstwa fabularna to jedynie połowa.
Ta druga połowa, czyli warstwa edukacyjna, wypada znacznie lepiej. Sonia Fernandez-Vidal potrafi w bardzo prosty i obrazowy sposób wyjaśnić podstawowe prawa kwantowego świata (jak chociażby superpozycja) i przedstawić jego mieszkańców (np. kwarki). Wszystko to razem formie zabawy, a dla uczniów, którzy mają trudności z wychwytywaniem wiedzy z tekstu lub chcieliby sobie to i owo powtórzyć, z tyłu dodano przystępny słowniczek. Rodzice, którzy chcieliby się podszkolić, ale jakoś do bardziej naukowych dzieł nie mają odwagi sięgnąć, też powinni być zadowoleni.
Bohaterowie książki również powinni przypaść młodym czytelnikom do gustu (zwłaszcza takim, którzy mają około 10 lat). Sympatyczni, zabawni, generalnie tacy, z którymi można się utożsamiać. Nieco kojarzą się z postaciami z „Alicji w Krainie Czarów” – mamy kota, z którego co prawda nie zostaje uśmiech, ale za to potrafi znikać, mamy bliźnięta i mamy cały lekko absurdalny i surrealistyczny klimat. Może i powieść nie jest dziełem tej samej klasy, co „Alicja…”, ale na pewno bardziej niż ona przyczyni się do poszerzenia wiedzy czytelnika.
Czas przejść do aspektów bardziej fizycznych książki. Okładka co prawda odpowiada treści, ale nie za bardzo wskazuje na książkę dla dzieci. W środku jest pod tym względem lepiej – przeróżne wyróżnienia tekstu, wiele obrazków (przepraszam, ale tych clipartów raczej nie mogę nazwać ilustracjami – za to ich liczba oraz dość pomysłowe i adekwatne wykorzystanie powinny młodych czytelników zadowolić), zagadki. Problemem jest za to słaba redakcja. Niezręczności językowe trafiają się często, język jest dość chropawy, a gdzieniegdzie brak słowa całkiem zmienia sens zdania. Naprawdę, przydałoby się więcej uwagi i finezji.
Mimo mankamentów, raczej polecam. Na rynku jest tak mało książek, dzięki którym dzieci mogą w formie rozrywki nabywać konkretną wiedzę, że aż żal nie skorzystać. A nuż jakiś mały Einstein wyrośnie?
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona.
Tytuł: Drzwi o trzech zamkach
Autor: Sonia Fernandez-Vidal
Tłumacz: Agata Zyznowska
Tytuł oryginalny: La Puerta de los Tres Cerrojos
Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2012
Stron: 182
Tłumacz: Agata Zyznowska
Tytuł oryginalny: La Puerta de los Tres Cerrojos
Wydawnictwo: Bellona
Rok: 2012
Stron: 182
wtorek, 29 listopada 2011
Upiór kolejarstwa - "Pałac Północy" Carlos Ruiz Zafon
Pisałam kiedyś o „Księciu Mgły”, pamiętacie? Dzisiaj przyszedł czas na kolejną książkę w dorobku Zafona, drugą, jaką napisał. „Pałac Północy” również jest powieścią młodzieżową, pod pewnymi względami bardzo podobną do „Księcia…”. Zasadnicza różnica między nimi tkwi w klimacie. Nie jest to bowiem łagodny klimat europejskiego wybrzeża, a wilgotna i gorąca atmosfera Kalkuty. Posłuchajcie…
Rok: 2011
Stron: 288
Pewnej burzowej nocy w Kalkucie przychodzi na świat dwoje dzieci: chłopczyk i dziewczynka, bliźnięta. Grozi im wielkie niebezpieczeństwo, toteż krewni postanawiają je rozdzielić, łudząc się, że to dzieciom pomoże. Szesnaście lat później Ben, który właśnie wchodzi w dorosłe życie, przypadkiem dowiaduje się, że ma siostrę. Wraz z siostra wraca koszmar z przeszłości i Ben z oddanymi przyjaciółmi, staje w obliczu wielkiej zagadki. Zagadki, której nierozwiązanie przypłaci niechybną śmiercią, a która wiąże się z jego ojcem, spalonym dworcem kolejowym i upiornym, płonącym pociągiem.
Fabuła wykazuje wiele podobieństw do „Księcia Mgły”, więc czytelnik znający go będzie pozbawiony wielu niespodzianek, w porównaniu z pierwszym spotkaniem z autorem. Nie przeszkadzało mi to jednak, chociaż sprawiło, że miałam mniej radości z czytania o przygodach bliźniąt. Zrekompensował to klimat opowieści: duszne noce Kalkuty, jej nieustanne, monsunowe deszcze i nieprzerwane zagrożenie ze strony ognia wraz z upiorną, płonącą lokomotywą tworzą atmosferę najlepszych opowieści o duchach.
Klimat i barwny, plastyczny język, jakim posługuje się autor to największe atuty książki. Kiedy Zafon o czymś pisze, od razu widzę to oczyma wyobraźni. Skoro twórca już w tych pierwszych powieściach miał tak sprawne pióro, nie mogę się doczekać, cóż takiego mi zaprezentuje w dojrzalszych dziełach.
Napisałam krótko, bo po recenzji „Księcia Mgły” do „Pałacu Północy” niewiele mogę dodać. Jest to przednia powieść młodzieżowa, może trochę mało odkrywcza, ale świetna w czytaniu. Polecam wszystkim, bo to świetna lektura na jeden, dwa wieczory.
Tytuł: Pałac Północy
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł oryginalny: El Palacio de la Medianoche
Tłumacz: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo: MuzaRok: 2011
Stron: 288
środa, 23 listopada 2011
Młodzieńcze uczucia - "Biała jak mleko, czerwona jak krew" Alessandro D'Avenia
Książki młodzieżowe czasem miewają pewien problem: bywają infantylne. Jeśli chodzi o powieści przygodowe czy fantastyczne, przypadłość ta zwykle nie jest zbyt widoczna. Gorzej, jeśli mamy do czynienia z literaturą obyczajową: często autorzy chcąc poruszyć sprawy ważne dla dorastającego człowieka, upraszczają i zmniejszają ich wartość, myśląc naiwnie, że w ten sposób przybliżą je młodzieży. Alessandro D’Avenia jako nauczyciel został pozbawiony takich złudzeń i dlatego Biała jak mleko, czerwona jak krew jest zupełnie inna.
Głównym bohaterem jest Leo, szesnastoletni uczeń jednego z włoskich liceów. Ma wszystko, co standardowy szesnastolatek posiada w „ekwipunku”: najlepszego przyjaciela Nico, jedyną w swoim rodzaju przyjaciółkę Silvię, wieczne utrapienie w szkole z nauczycielem-idealistą, rodziców, których najchętniej trzymałby z daleka od swoich tajemnic, kilka pasji i zainteresowań oraz… Beatrice. Niezwykłą dziewczynę o włosach czerwonych jak krew. Niesamowite zjawisko, które zawładnęło jego sercem i wypełniło jego białe życie czerwienią miłości. Niedługo okazuje się, że czerwień Beatrice jest pożerana przez biel choroby…
Wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy Leo. Niby zwykły szesnastolatek, ze wszystkimi charakterystycznymi dla tego wieku szaleństwami, humorami i problemami, a jednocześnie wrażliwy chłopak, jak każdy młody człowiek łatwy do zranienia. Wszystko porównuje do kolorów: biel jest pustką, czerwień to miłość i pasja, zaś przyjaźń jest niebieska. Ale czy kiedy okaże się, że trzeba przewartościować przyporządkowane już barwy, Leo wykaże się odpowiednią dojrzałością?
Autor książki jest nauczycielem, widać w jego prozie, że potrafi porozumiewać się z młodzieżą. Język, jakiego używa, a także sposób, w jaki konstruuje wypowiedzi swojego bohatera (krótkie rozdziały, czasem nieco chaotyczne, ale zawsze kipiące uczuciami) wskazuje na obeznania z omawianym środowiskiem. Jednocześnie udowadnia, że aby przemówić do młodego czytelnika, nie trzeba posługiwać się slangiem. Język literacki również jest zrozumiały, jeśli określi się nim świat znany nastolatkom. Jego elementy, takie jak telefony komórkowe, Wikipedia czy ikony popkultury wydają się swojskie, nawet jeśli nie mówi się o nich w sposób potoczny.
D’Avenia w bardzo mądry, a jednocześnie przystępny sposób pisze o rzeczach kluczowych dla każdego, ale dla młodego człowieka w szczególności. Co ważniejsze, robi to ciekawie, nie popadając w dydaktyczny ton. Idealnie odmalowuje wszystkie emocje Leo oraz sposób myślenia szesnastolatka, a także proces, jaki w nim zachodzi pod wpływem dramatycznych wydarzeń. Obrazy przekazywane przez słowa są tak żywe i pełne wrażeń, że nie sposób przejść obok nich obojętnie, nie utożsamiać się z bohaterem (nawet, jeśli już dawno przestało się być nastolatkiem). Dzięki temu treści ważne są pobierane drogą osmozy, beż wysiłku, który może zniechęcać. A kto wie, czy wtedy nie oddziałują silniej?
Niektórzy pewnie zarzucą pisarzowi, że jego powieść to w zasadzie zbiór truizmów o pierwszej miłości, zauroczeniu, dojrzewaniu i tragedii. Ale w pewnym wieku człowiek potrzebuje truizmów, bo w czasie kształtowania własnej hierarchii wartości nic nie jest oczywiste. Poza tym ilość wzruszeń, jakich dostarcza ta książka (a które prezentują poziom dużo wyższy, niż harlequiny) i materiału do przemyśleń wystarcza, aby uznać ją za świetną mimo wszystko. Martwi mnie jedynie okładka: sama w sobie jest świetna, problem polega na tym, że dziewczę na okładce może zniechęcić do lektury chłopców (tak samo jak porównanie do „Love story”), co byłoby dla nich ogromną stratą. Książkę warto przeczytać bez względu na wiek, płeć czy stan umysłu. Polecam.
Recenzja dla portalu Unreal Fantasy.
Autor: Alessandro D'Avenia
Tłumacz: Alina Pawłowska
Tytuł oryginalny: Bianca come il latte, rossa come il sangue
Wydawnictwo: Znak literanova
Rok: 2011
Stron: 309
sobota, 3 września 2011
Burn witch, burn! - "Historia czarów i czarownic" Jesus Callejo
Co przychodzi wam na myśl, kiedy słyszycie słowo „czarownica”? Mi osobiście babcia Weatherwax, ale ja jestem wypaczona fantastyką. Sporo osób pomyśli pewnie o Babie Jadze, o Salem, lub o jakiejś bohaterce jakże poczytnych romansów paranormalnych. Ale czym właściwie jest czarownictwo i skąd się wzięło, mało kto się zastanawia. Nieco światła na to zagadnienie stara się rzucić pan Callejo, w swojej książce „Historia czarów i czarownic”.
Autor ściśle łączy terminy „czarownica” i „czarostwo” z herezją, jaką przypisał im Kościół Katolicki. To, co było wcześniej i czego nie wiązano z oddawaniem kultu Szatanowi, jest określane jako „czarodziejstwo” i „magia”. Autor dość długi (i bardzo przekonująco, trzeba przyznać) uzasadnia taki podział, aby potem przejść do historii. Nie powinno dziwić, że historia czarownic w tej książce szczególnie mocno skupia się na okresie działania Inkwizycji. A wielu ciekawostek można się dowiedzieć.
Wbrew obiegowym opiniom, prawdziwe, wspomagane przez papieży polowanie na czarownice przypadło na okres renesansu, nie zaś średniowiecza – w wiekach średnich inkwizytorzy zajmowali się głównie ściganiem heretyków i dopiero jak takowych zaczęło brakować, przerzuciła się na czarownice. Pan Callejo zaskoczył mnie swoim podejściem do tej instytucji, stara się bowiem obalać mity o rzekomej krwiożerczości inkwizycji względem niewinnych kobiet, jednak nie pozostawia wątpliwości, co myśli o całym zjawisku. A myśli mianowicie, że był to objaw przerażającej, masowej histerii, zasługującej na najwyższe potępienie.
Mocną stroną książki jest rzeczowe podejście autora do tematu. Nie stara się on ugrać czegoś stereotypami czy wyjątkowo chwytliwymi mitami, ale próbuje ukazać prawdę taką, jaką ona jest w świetle najnowszych badań historyków. Jednocześnie robi to w sposób przyjazny czytelnikowi, używając gawędziarskiego, choć precyzyjnego języka, z dodatkiem humoru i odwołań do współczesnej kultury masowej (nie obraziłabym się, gdyby tych odwołań było więcej, ale nie będę narzekać).
Kilka słów o wydaniu. Jego mocną stroną jest niewątpliwie ciekawa okładka, spora czcionka i bogactwo ilustracji, jednak korekta była nieco niechlujna. Nie aż tak jednak, żeby wystąpiły rażące błędy, więc raczej nie przeszkadza w lekturze.
Szczerze mówiąc, to jedna z ciekawszych książek popularnonaukowych, jakie moim zdaniem wydała ostatnio Bellona. Polecam każdemu miłośnikowi fantastyki i historii, bo każdy znajdzie w niej coś miłego dla siebie.
Rok: 2011
Stron: 277
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bellona, za co bardzo dziękuję.
Tytuł: Historia czarów i czarownic
Autor: Jesus Callejo
Tytuł oryginalny: Breve Historia de la Brujeria
Tłumacz: Magdalena Adamczyk
Wydawnictwo: BellonaRok: 2011
Stron: 277
sobota, 13 sierpnia 2011
Mroczny książę (i bez skojarzeń z wampirami proszę!) - "Książę Mgły" Carlos Ruiz Zafon
Zakładałam, że pierwszą książką Zafona, jaką przeczytam, będzie „Cień wiatru”. Jednak, jak to ze wszystkimi wychwalanymi pod niebiosa książkami bywa, zabierałam się do niego jak pies do jeża z baaaardzo długimi kolcami, czyli krótko mówiąc, patrzyłam z nieufnością i jakoś nie miałam śmiałości się wgryźć. Toteż, po namyśle (a prowokujące prężenie grzbietu na bibliotecznym regale też miało w tym swój udział) postanowiłam jednak najpierw się zapoznać z „Księciem mgły”. Pomyślałam, że pomimo iż to młodzieżówka i debiut do tego, da mi jakieś pojęcie o stylu autora, a dodatkowo będę się mogła cieszyć lekturą, nie psując sobie przyjemności wygórowanymi oczekiwaniami. Muszę przyznać, że była to dobra decyzja.
Kiedy Maximilian Carver postanawia wprowadzić w życie pomysł przeniesienia rodziny z wielkiego miasta do małej, nadmorskiej mieściny nikt się co prawda nie sprzeciwia (jest rok 1943, a wiadomo, że w czasie wojny duże miasta nie są bezpiecznym miejscem), ale też nikt nie jest zadowolony. Humory psują się jeszcze bardziej, kiedy Alice, Max, Irina oaz ich matka wreszcie mają okazję ujrzeć nowe domostwo: nie dość że jest strasznie zapuszczone (od kilku lat nikt tam nie mieszkał), to jeszcze wiąże się z nim bardzo smutna historia. Poprzedni właściciele, państwo Fleishmannowie, opuścili je zaraz po śmierci swojego kilkuletniego wówczas synka, Jacoba. Na dodatek nowe lokum wydaje się być nawiedzone – dzieją się w nim rzeczy co najmniej dziwne. Na szczęście nie wszystko jest takie złe. Max poznaje nowego kolegę, siedemnastoletniego Rolanda, którego dziadkiem jest mieszkający w odosobnieniu i bardzo tajemniczy latarnik. To właśnie od niego dzieciaki usłyszą opowieść o złym czarnoksiężniku, zwanym Księciem Mgły. Nieco sceptycznie nastawiony Max przekona się, że magia jednak istnieje, a w opowieści starego latarnika jest więcej niż tylko ziarno prawdy.
Muszę przyznać, że to najlepsza powieść młodzieżowa (zaraz po książkach o Percym Jacksonie – Harrego Pottera nie liczę, bo nie cały cykl da się zaliczyć do literatury młodzieżowej), jaką zdarzyło mi się czytać. Autor, jak sam napisał we wstępie, chciał „napisać taką książkę, którą z przyjemnością sam bym przeczytał jako dzieciak, jako dwudziestolatek, czterdziestolatek, czy wreszcie sędziwy osiemdziesięciolatek”[7]. Twierdzę, że mu się udało.
Sam pomysł na fabułę powieści, czyli konfrontacja dobrych protagonistów ze złym czarnoksiężnikiem nie jest może niczym nowym, ale Zafonowi udało się go podać w sposób, na jaki nikt wcześniej nie wpadł. Zgrabnie pozszywał ze sobą motywy, które są najbardziej lubiane przez młodych czytelników, dodając jeszcze łatkę fantazji i nowatorstwa do tego pięknego patchworku. Książka czytana przez młodego czytelnika w łóżku, przy świetle lampki jeno, może być jednocześnie przygodówką, powieścią fantasy, kryminałem a nawet horrorem. To wszystko dzięki fenomenalnej umiejętności budowania nastroju i napięcia, jakim wykazała się autor. Dałam się porwać bez reszty.
Dla mnie osobiście największym plusem był sposób, w jaki autor podszedł do tematu magii – dlatego, że wreszcie jest to podejście oryginalne. Magia jest oszustwem. Nie w tym sensie, że cylinder magika ma drugie dno i królik wcale w nim nie znika, ale w tym, że stosowanie jej jest oszustwem wobec naturalnego pożarku rzeczy. I jako takie, może być zasilanie jedynie z niecnych źródeł, na zasadzie „spełnię twoje życzenie, ale oczywiście nie za darmo”.
Wyszło mi zupełnie nieprofesjonalnie, że książka składa się z samych plusów: język – piękny, obrazowy i sugestywny, fabuła – wartka, zaskakująca i trzymająca w napięciu, bohaterowie – z krwi i kości, tak prawdziwi, że wydaje się, że można ich dotknąć przez karty książki i wreszcie zakończenie – w żadnym wypadku nie oczywiste, a jednocześnie poruszające i wyróżniające książkę na tle innych pozycji tego typu. Nawet długość utworu wydaje się być odpowiednia. Minusów nie odnotowałam żadnych. Czy to objaw rodzącego się fanostwa?
Głupia byłam, że bałam się Zafona, a w mojej głowie wątpliwości mnożyły się jak króliki. Trzeba było od razu czytać, a nie marnować czas na niepotrzebne dywagacje. W sercu już rozkwitła dzika radocha (a w oku zalśnił obłąkańczy błysk), że w mojej bibliotece znajdują się wszystkie wydane w Polsce książki Zafona. Nic, tylko czytać. Co i Wam, drodzy Czytelnicy, niniejszym zalecam.
Tytuł: Książę Mgły
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł oryginalny: El príncipe de la niebla
Tłumacz: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo: MuzaRok: 2010
Stron: 198
sobota, 2 lipca 2011
Nie delfin, a tuńczyk! - "Dziewczyna, która pływała z delfinami" Sabina Berman
Kiedy Isabelle dziedziczy po siostrze przetwórnię tuńczyka oraz zaniedbaną willę, nie wie, że w spadku dostała również pewnego lokatora. Lokatorem owym okazuje się zdziczała, zaniedbana dziewczynka – jak się szybko okazuje, maltretowana przez matkę i cierpiąca na autyzm siostrzenica Isabelle. Mimo opłakanego stanu dziewczynki, świeżo odnaleziona ciotka postanawia nauczyć ją człowieczeństwa. Zaczyna od nadania dziecku imienia – Karen.
To właśnie Karen snuje opowieść o swoim życiu. Opowiada o tym, ja uczyła się mówić, nawiązywać kontakt i funkcjonować w społeczeństwie. Właśnie „funkcjonować w”, gdyż nigdy nie stała się, bo nie chciała się stać, normalnym członkiem społeczeństwa. Jej inność szła w parze ze szczególną wrażliwością i z umiejętnością widzenia rzeczy takimi, jakie są (oraz brutalnego nieraz informowania o tym otoczenia), które to cechy stwarzały barierę niezrozumienia. Jednocześnie jednak Karen stała się wrażliwa na tę nieludzką część świata, wszystko, co jest poza człowiekiem: zwierzęta, rośliny, krajobrazy. Właśnie to pozwoliło jej wnikliwie zanalizować cierpienie zwierząt i próbować to zmienić tam, gdzie miała najbliżej – czyli w przetwórni tuńczyków własnej ciotki.
Co w książce zachwyca? Karen oczywiście. Ponieważ książka ma formę wspomnień spisanych po latach, wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy osoby niepełnosprawnej umysłowo, jeśli chodzi o inteligencję, ale wybitnej, jeśli chodzi o zapamiętywanie i projektowanie przestrzenne. Karen potrafi z niewinną prostotą wytykać absurdy świata i hipokryzję ludzi, którzy ją otaczają. Głównie zaś zajmuje ją problem, dlaczego ludzie uważają się za innych/lepszych (niepotrzebne skreślić) od zwierząt. Dziewczyna podaje tak celne argumenty, że czytelnik sam zaczyna się nad tym zastanawiać i jest to zagadnienie, które przez cały czas czytania (a i długo później) nie daje spokoju.
Pani Berman w swojej powieści nie używa wyszukanego słownictwa, nie tworzy zawiłych, wielopiętrowych metafor (a wręcz tępi wszelkie ich przejawy). Mimo to potrafi tak celnie formułować swoje proste zdania, że bezbłędnie ujmuje nimi sens wypowiedzi. Maestria minimalizmu i całkowite zaprzeczenie przerostu formy nad treścią (przerostu treści nad formą również). Powieść wydaje się doskonale zrównoważona, gruntownie przemyślana i skonstruowana z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza. Jednocześnie ma powolny, spokojny rytm, idealny do refleksyjnego, nieśpiesznego czytania.
Tylko jedna rzecz nie daje mi spokoju. Dlaczego właściwie w tytule mowa jest o delfinach? Co prawda gdzieś tam w tle się pojawiają, ale dla fabuły mają równie wielkie znaczenie, co odnotowany gdzieś deszczowy dzień. Czyli żadne. To tuńczyki są tutaj ważne, o ich dobro toczy batalię Karen. Ale widocznie tuńczyki są mniej lubiane przez opinię publiczną, niż delfiny.
Podsumuję krótko: czytajcie tę powieść, bo jest ona świetną lekturą dla każdego człowieka, który ma w sobie chociaż odrobinę wrażliwości. Zaś dla miłośników zwierząt przeczytanie jej to wręcz swoisty obowiązek.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak
Tytuł:Dziewczyna, która pływała z delfinami
Autor: Sabina BermanTytuł oryginalny: La mujer que buceo dentro del corazon del mundo
Tłumacz: Małgorzata Moś
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2011
Stron: 231
Subskrybuj:
Posty (Atom)




