„Ruchomy zamek Hauru” to jedna z tych historii, które w naszym kraju znane są głównie z animowanej adaptacji. Tymczasem w anglosaskim kręgu kulturowym powieść, która była podstawą dla filmu jest kultowym dziełem klasyki dziecięcej. W Polsce jednak nie przebiła się do szerszej publiczności, mimo że wydano go u nas już 15 lat temu. Przyznam, że i ja znałam tę historię jedynie z produkcji studia Ghibli i mam do niej ogromny sentyment. Toteż gdy doszły mnie słuchy o wznowieniu tytułu przez wydawnictwo Nowa Baśń, niecierpliwie czekałam na moment, kiedy będę mogła nabyć książkę i porównać animację z oryginałem. W tej notce też tych porównań unikać nie będę, choć nie mam na celu robienia szczegółowej analizy podobieństw i różnic.
