Wiecie, przeglądanie zapowiedzi ekoliteratury i porównywanie jej z tym, co wyszło za granicą jest dla mnie źródłem pewnej frustracji. Dlatego, że tacy choćby Anglosasi mają długą tradycję pisania o przyrodzie, a więc i pisze się u nich o niej więcej, i sporo już do tej pory napisano, a polski czytelnik ma niewielkie szanse poznania ułamka tego. W tym świetle fakt zaistnienia na polskim rynku „Domu ptaków” uważam za dość zabawny. Rzadko bowiem wydaje się u nas powieści biograficzne o kompletnie nieznanych na naszym rynku autorkach.
