Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętnik Lady Trent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętnik Lady Trent. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lipca 2021

"W Sanktuarium Skrzydeł" Marie Brennan


Są takie cykle, które trzymają poziom od początku do końca. Jest to sytuacja o tyleż idealna, co rzadka. I „Pamiętniki Lady Trent” nie są przykładem takiego cyklu. To inny przypadek: taki, który zaczyna się dość rozczarowującą, ale zakończenie ma naprawdę mocne.

Izabela, posiadaczka tytułu Lady Trent, znamienita naukowczyni, a prywatnie dobiegająca czterdziestki, szczęśliwa w drugim małżeństwie matka prawie dorosłego syna, cierpi na pewien niedosyt. Mąż bowiem dokonuje odkryć na niwie lingwistyki (w której się specjalizuje), a ona odcina tylko kupony od dawnych dokonań. Los jednak bywa przewrotny i stawia na jej drodze pewnego Yelangijczyka, który przemierzył pół świata, aby ja poinformować, że znalazł zwłoki nieznanego gatunku smoka. Nie zrobił tego jednak z dobroci serca i miłości do nauki – chce znalezisko zamienić na poparcie polityczne swojej sprawy, o które Izabela, jako posiadaczka szlacheckiego tytułu, może zabiegać… Czegóż jednak nasza badaczka nie zrobi, aby móc szukać nowych gatunków w najwyższych i najbardziej niedostępnych górach świata?

poniedziałek, 12 lipca 2021

"W Labiryncie Smoków" Marie Brennan


Z cyklem o przygodach Lady Trent łączy mnie relacja przypominająca trochę syndrom sztokholmski. Często mnie ta seria zawodzi, ale bywają i pomysły zachwycające, a zawód nigdy nie jest tak głęboki, żeby nie pozostała nadzieja, że już za chwileczkę, już za momencik, w następnym tomie będziemy mówić o interesujących rzeczach. I tak oto dotarłam do tomu czwartego, przedostatniego, który wreszcie okazał się rzeczywiście o interesujących rzeczach mówić.

piątek, 19 kwietnia 2019

"Podróż Bazyliszka" Marie Brennan

Przyznam, że już dawno nie miałam takich problemów z opisaniem książki, jakich dostarczyła mi „Podróż Bazyliszka”. Przy pierwszym tomie byłam rozdarta między plusami a minusami. W drugim punktowałam braki, które mnie jako czytelniczce dostarczyły rozczarowań. Tom trzeci wygląda tak, jakby autorka przeczytała moja poprzednią notkę i wzięła sobie narzekania do serca. Dostaliśmy więc książkę w niektórych aspektach bardziej satysfakcjonującą, ale ogólnie po prostu poprawną.

A czym tym razem zajmuje się Lady (jeszcze nie) Trent? Ano postanawia badać węże morskie i w tym celu wyrusza w tytułowa podróż „Bazyliszkiem”, czyli zwykłym żaglowcem, który poza celami naukowymi realizuje również cele handlowe. Podróż ma być ambitna, dookoła świata i przynieść wiele nowych informacji.

sobota, 28 lipca 2018

"Zwrotnik Węży" Marie Brennan


Pierwszy tom „Pamiętników Lady Trent” pozostawił mnie z pewnym takim niedosytem i resztkami dawnego entuzjazmu – miałam przecież spore oczekiwania. Przy drugim tomie już oczekiwań nie miałam, liczyłam, że nie będzie gorzej niż w tomie pierwszym. Ale i tak nie do końca dostałam to, czego chciałam.

W „Zwrotniku Węży” Izabela znowu wyrusza na wyprawę badawczą. Tym razem do Erigi, gdzie dla odmiany będzie musiała zmierzyć się z tropikalnymi upałami, chorobami, niechęcią rodaków i dziwnymi zwyczajami tubylców. Ach, nie zapomnijmy o groźbie wybuchu wojny. Niemniej, prawdziwy badacz niedogodności się nie boi i poszerzanie wiedzy przedkłada ponad własne bezpieczeństwo. Smoki czekają.

Niestety, Brennan najwyraźniej nie ma zamiaru pisać o smokach. Tym razem jest ich jeszcze mniej niż poprzednio. Owszem, bohaterka dokonuje przełomowych odkryć (cóż za zaskoczenie), ale są one wspomniane mimochodem i tak naprawdę nie mają szczególnej wartości dla utworu (poza może momentem, kiedy autorka używa ich jako fabularnego wytrychu. Trzeba przyznać, ze nawet zgrabnie jej to wychodzi). Rozumiem, że jest to w pewnym sensie konsekwencja przyjętego stylu narracji – bohaterka spisuje swoje pamiętniki po latach i w kwestiach, których nie chce rozwijać odsyła czytelników bądź do książeczek, które napisała wcześniej, bądź do cudzych publikacji. Tyle że sporo tych odsyłań dotyczy rzeczy, które mnie, jako czytelniczkę, żywo interesują... 
 
Taki obrazek wrzuciłam na insta.
W „Historii naturalnej smoków” sytuację ratowały badania. Autorka poświęciła tam sporo czasu na opisy tego, jak wyglądały poczynania pseudowiktoriańskich naukowców, okraszając to wszystko sosem z trudności, jakie mogły dotykać w tej materii młodą kobietę. Liczyłam na podobne doświadczenie czytelnicze w „Zworniku Węży”, bo dekoracje wydawały się znacznie bardziej interesujące – widzicie, co innego zdobywać wiedzę w klimacie pseudowschodnioeuropejskich gór, a co innego przedzierać się przez dziką, tropikalną dżunglę. Niestety, z samych przygotowań do wyprawy czy też trudności, jakie nasza dzielna ekipa mogła napotkać na drodze, dostajemy tylko niezbędne minimum. O samym prowadzeniu obserwacji nie wiemy absolutnie nic, a o bujności życia w deszczowym lesie dowiadujemy się tylko o tyle, o ile próbuje ono poczęstować się bohaterami. Nawet opisy życia wśród lokalnych, dzikich plemion są skąpe, choć i tak znacznie bardziej rozbudowane, niż opisy samych badań czy przyrody. Przyznam, że tutaj poczułam się już zawiedziona.

Na czym więc skupia się autorka? Ano na problemach obyczajowości i kolonializmu (z lekkim zabarwieniem ekologicznym). I jeszcze ta obyczajowość nawet jej wychodzi, choć mam wrażenie, że została potraktowana dość... płytko. Mamy bowiem Izabelę, która niby ciągle mówi o swoim pewnym wykluczeniu społecznym. Z tym, ze głównie mówi, bo ani to wykluczenie szczególnie rygorystyczne nie jest, ani też będąca samotniczką Izabela niezbyt nim się przejmuje. Szczerze mówiąc, wydaje się być nawet zadowolona, bo dzięki temu, że nie musi chadzać na bale i proszone kolacje ma więcej czasu na badania i pisanie monografii. A ponieważ autorka najwyraźniej uznała, że stateczna (khem, khem...) Izabela nie będzie tak atrakcyjnym obiektem społecznego oburzenia, powraca Natalie Oscott, która pojawiła się na chwile już w poprzednim tomie. I autorka przygotowuje wszystko tak, aby wywołać trzęsienie ziemi – Natalie bowiem ucieka przed widmem małżeństwa, rodziną i ogólnie narzuconą jej rolą społeczną, przy czym robi to w spektakularny i skandalizujący sposób.

Zatrzymajmy się może na chwilę przy Natalie, bo jest ciekawie napisaną postacią (i w sumie jedyną istotną, z którą nie mieliśmy zbyt wiele do czynienia wcześniej). Jest ona tym wszystkim, czym młoda Izabela nie była w pierwszym tomie. Natalie nie godzi się z czekającą na nią rolą społeczną ani na chwilę, małżeństwo nie interesuje jej nawet jako środek do osiągnięcia pewnej niezależności i możliwości kontynuowania własnych projektów (a marzeniem dziewczyny jest skonstruowanie skrzydła zdolnego unieść człowieka). Woli wykluczenie społeczne i zerwanie kontaktów z rodziną niż prowadzenie domu. Jedną z przyczyn jest jej aseksualność, wyrażona otwartym tekstem – i jest to jedna z nielicznych postaci tak wyraźnie przez autora określonych, jakie zdarzyło mi się w fantastyce spotkać. Przy czym autorka daje do zrozumienia, że gdyby nie Izabela, która postanawia koniec końców zatrudnić Natalie w charakterze asystentki i damy do towarzystwa, to biedna dziewczyna raczej nie miałaby wyjścia i jej historia mogłaby potoczyć się znacznie bardziej tragicznie. Aż szkoda, że przez większość wyprawy Natalie poprzestaje na udowadnianiu, jak bardzo użytecznym jej członkiem może być i tylko tyle.

Trzecie zagadnienie związane z obyczajowością to zderzenie kultur. Izabela i Natalie przybywają do kraju o zupełnie innych zwyczajach i stosunku do kobiet i muszą jakoś się przystosować – a symbolem tego przystosowania staje się namiot, do którego odsyła się wszystkie menstruujące kobiety jako nieczyste. I byłoby to może ciekawe, gdyby nie fakt, że nasze bohaterki zadziwiająco łatwo dopasowują się do jakichkolwiek warunków, jakie przyjdzie im napotkać. Czy to połyskujący złotem pałac władcy Bayembe, czy bagienne szałasy Moulinów, po wstępnej konsternacji nasze dzielne badaczki świetnie wtapiają się w obcą kulturę (a przynajmniej na tyle, żeby wziąwszy pod uwagę pobłażanie tubylców dla dziwnych obcych, funkcjonować w miarę bezkonfliktowo). Trochę to spłyca przeżycia bohaterów.

Pozostaje jeszcze problem kolonializmu. Narratorka poświęca bardzo wiele miejsca na rozważanie, jaki wpływ na Bayembe może mieć założenie scirlandzkiej kolonii i przyjęcie wsparcia militarnego (Bayembe stoi u progu wojny z sąsiadami). Widzi, że mamy tu do czynienia z bardzo nierównomiernym podziałem wkładu i zysków, że lokalna ludność może w przyszłości zapłacić taką cenę za jednorazową w sumie pomoc, jakiej nie jest w stanie przewidzieć. I pewnie gdybym znała lepiej historię Imperium Brytyjskiego, byłabym w stanie wyłapać więcej nawiązań, ale że znam ja na poziomie „mieli dużo kolonii, których nie traktowali fair”, to nie będę dalej drążyć. Przyznam jednak, że bardzo wyprzedzające swój czas rozważania Izabeli zaczynały mnie trochę irytować, choć trudno odmówić im słuszności.

No i tak – z jednej strony jest to książka pełna rozczarowań, bo spodziewałam się czegoś innego (acz chyba czas pogodzić się z faktem, że wizja autorki mocno odbiega od moich oczekiwań. Albo przestać czytać). Z drugiej – jednak lubię bohaterów (nawet jeśli jest ich mało i wszyscy poza głównymi dostają tylko odrobinę czasu antenowego) i fajnie się to czyta (tu ukłony dla redakcji i przekładu – powieść miała dwie tłumaczki, ale zupełnie tego nie widać). Więc po kolejny tom raczej sięgnę. Ale Wy musicie zdecydować sami.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka
 
Tytuł: Zwrotnik Węży
Autor: Marie Brennan
Tytuł oryginalny: The Tropic of Serpents (A Memoir of Lady Trent)
Tłumacz: Dorota Żywno, Danuta Górska
Cykl: Pamiętnik Lady Trent
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2018
Stron: 346

niedziela, 12 marca 2017

"Historia naturalna smoków" Marie Brennan

Są takie nieliczne tytuły, na których polska premierę czekam z niecierpliwością, ale bez wielkiej nadziei, że kiedyś się doczekam (nieliczne są pewnie głównie dlatego, że nie zaglądam na Goodreaders). „Pamiętnik Lady Trent” to właśnie jedna z takich serii – wpadła mi w oko jakoś w okolicach premiery pierwszego tomu w oryginale i wzbudziła ekscytację. Od tamtego czasu minęły cztery lata i do niedawna nic się w kwestii nie działo. Wygląda jednak na to, że jakaś książkowa opatrzność nade mną czuwa. Oto bowiem w roku, kiedy (najprawdopodobniej) wyjdzie ostatni tom cyklu „Temeraire”, któremu szczerze fangirluję, nagle Zysk postanowił wydać książkę, na którą bezskutecznie czekam od lat. Liczę, że cykl o Lady Trent będzie godnym następcą „Temeraire’a”.

Izabela Camherst (później znana jako Lady Trent – wbrew temu, co piszą na okładce to nie jest nazwisko, tylko tytuł) jest już starszą kobietą, znaną i podziwianą na całym świecie za swoje naukowe osiągnięcia w dziedzinie badań nad smokami. Jednak, jak w przypadku każdej osobistości, wielu młodych fanów pragnęłoby poznać bardziej prywatną stronę życia tej gwiazdy nauki. Stąd też pomysł pamiętników, których pierwszą częścią jest „Historia naturalna smoków”. Dzięki tej książce możemy z pierwszej ręki poznać najmłodsze lata życia Lady Trent aż do pierwszej wyprawy badawczej włącznie i dowiedzieć się, co też z niej wynikło.

Ta powieść zdawała się zawierać kilka rzeczy, które bardzo sobie cenię w fantastyce, a które rzadko występują w odpowiednich proporcjach: ciekawą postać kobiecą (nie mylić z Silną Postacią Kobiecą ™), znaczący wątek naukowy oraz smoki z pomysłem napisane. Weryfikując te obietnice, nie rozczarowałam się.

Zacznijmy może od głównej bohaterki. Zachwycił mnie sposób, w jaki autorka postanowiła tę postać skonstruować. Widzicie, panuje moda (chyba od czasów księżniczek Disneya drugiej generacji) na bohaterki, które zdobywają swoje miejsce w życiu i spełniają marzenia poprzez bunt i łamanie z trzaskiem wszelkich obowiązujących zasad. Czytając powieści młodzieżowe człowiek dochodzi do wniosku, że to jedyny sposób na skonstruowanie bohaterki, która wystaje poza ramy roli społecznej narzuconej jej przez powieściową rzeczywistość. Tymczasem Brennan pokazuje, że można inaczej. Owszem, Izabela zajmowała się od maleńkości rzeczami, które nie przystoją młodej damie. W pewnym momencie w imię tych zainteresowań zdecydowała się nawet na czyn, który okazał się dla niej realnie niebezpieczny. Zwykle w powieściach w takich momentach brawura bohaterek jest nagradzana. Tutaj mamy sytuację odwrotną – lekkomyślność i brawura sprawiły, że Izabela musiała na kilka lat porzucić swoje pasje i stać się ułożoną młodą damą, skoro miała żyć w społeczności ukształtowanej na wzór wiktoriańskiej. Później, nawet gdy jej marzenia stały się bardziej realne, do ich zrealizowania też dążyła wykorzystując metody znajdujące się w ramach obyczajowości epoki, nie zaś ją przełamując. To bardzo rzadkie podejście do konstrukcji bohaterek, mało popularne. Szkoda, bo wydaje mi się, że znacznie bardziej realistyczne.


Ciekawe (i rzadsze, niż bym chciała) jest również podejście autorki do związków. Otóż prawie całkowicie pominęła ona etap zalotów. Większość autorów (nie tylko powieściowych zresztą) uważa proces schodzenia się pary za jedyny interesujący etap w związku – stąd też ich bohaterowie ciągle schodzą się i rozstają, bo napisanie stabilnej relacji dwojga ludzi zdaje się większość twórców przerastać. Tymczasem Brennan postawiła na stabilne, kochające się małżeństwo, w którym jedna ze stron jest rozsądna, a druga bardziej skłonna do ryzyka (a cechy te są rozmieszczone odwrotnie, niż obyczajowość epoki pozwala zakładać) – przy czym oboje się szczerze kochają. Bez egzaltacji i wielkich czynów, wyrażając uczucie raczej drobnymi kompromisami dnia codziennego niż romantycznymi porywami. Oby więcej takich par.

W ogóle bardzo podoba mi się to, że autorka postanowiła stworzyć bohaterów, którzy są dziećmi swoich czasów. Owszem, narratorka pamiętników nie jest przykładną damą i już samym swoim zajęciem wywołuje pewną sensację, ale przy tym nie zdaje się być bohaterką współczesną włożoną do innej epoki.

Przejdźmy może do smoków i związanych z nimi wątków naukowych. Przyznam, że liczyłam na nieco więcej, jeśli chodzi o badania nad smokami. Co prawda napisana część jak najbardziej spełniła moje oczekiwania, ale liczyłam, że będzie jej o prostu więcej. Najwyraźniej autorka poświęciła część „naukowości” na rzecz typowo przygodowego rozwoju akcji (co nie jest zbrodnią, ale wolałabym odwrotnie. Choć obawiam się, że jestem w mniejszości). Oczywiście wszyscy autorzy, którzy mają zamiar wnieść do wizerunku smoków odrobinę nauki, rezygnując przy tym w swoim światotwórstwie z magii, kochają XIX-wieczne realia. Dlatego, że jest to już okres, kiedy metody naukowe zaczęły uzyskiwać współczesny kształt, lale jednocześnie rozwój nauki nie pozwalał na uzyskanie precyzyjnej odpowiedzi na pytanie „Z czego dokładnie są zrobione ultralekkie smocze kości?” czy „Jaka konkretni mieszanka lotnych gazów znajduje się w smoczych pęcherzach lotnych?”. To oszczędza całe tygodnie riserczu.

Smoki tutaj są inne niż te u Novik chociażby. To zwierzęta. Owszem, z tych inteligentniejszych i o bardzo złożonych zachowaniach, ale nie mówią ani nie tworzą własnej kultury (oraz nie kradną cudzej, jeśli o to chodzi). Niemniej, opisy ich biologii i zachowań, a także anatomii wyszły autorce bardzo przekonującą. Czekam na kolejne gatunki i opowieść o nich.

Autorka pieczołowicie skonstruowała też świat przedstawiony. Oczywiście jest to kraina typowo fantastyczna, ale jej problemy, że tak powiem, ogólnoświatowe są jakoś dziwnie zbieżne z problemami naszego dziewiętnastowiecznego świata (mapy co prawda nie ma (szkoda) ale gdyby była to mam wrażenie, że podejrzanie przypominałaby mapę Europy). Kolonializm, napięcia między mocarstwami, niepokoje graniczne. Skąd my to znamy…

Jeszcze kilka słów o wydaniu, bo to dla mnie istotne. Oryginalne grafiki (nie tylko okładkowa, ale i ilustracje) bardzo mi się podobały i marzyłam cicho, że w polskim wydaniu zostaną zachowane. Nie zawiodłam się, na szczęście. Są wszystkie ilustracje, a wydawca na pierwszej stornie okładki postanowił zostawić tylko tytuł i autora (rezygnując z upstrzenia jej jakimiś dodatkowymi i zupełnie zbędnymi napisami, jak to jest ostatnio w modzie), za co mu chwała. Tłumaczenie też wygląda na bardzo przyzwoicie. Mogę się przyczepić jedynie do korekty, ale i to nie za mocno – kłują w oczy głównie zjedzone kropki na końcu zdania, ale nie są jakieś szczególnie liczne.

Nie będę owijać w bawełnę: polecam mocno każdemu, dla kogo narracja pierwszoosobowa nie jest przeszkodą nie do przejścia, zaś pamiętnik formą obrzydliwą. Kupujcie dla smoków i dla bohaterów, czytajcie i polecajcie. Ja osobiście nie mogę doczekać się kolejnego tomu. Mam nadzieję, że nie przyjdzie mi na niego długo czekać.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka.

Tytuł: Historia naturalna smoków
Autor: Marie Brennan
Tytuł oryginalny: A Natural History of Dragons: A Memoir of Lady Trent
Tłumacz: Dorota Żywno
Cykl: Pamiętnik Lady Trent
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2017
Stron: 358
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...