Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piąteczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piąteczka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lipca 2019

[Piąteczka] Kosmiczne powieści i popularnonaukowy bonus


Dziś przypada pięćdziesiąta rocznica lądowania na Księżycu. Z tej okazji wydawnictwa cały lipiec i okolice zarzuciły książkami o tematyce astronautyczno-kosmicznej, głównie związanej z podbojem kosmosu i tym wiekopomnym lotem właśnie. Pomyślałam, że może i ja napisze jakąż notkę z okazji, bo drugiej takiej nie będzie (chyba, że uda nam się wysłać misję załogową na Marsa, ale jestem sceptyczna). 

wtorek, 24 lipca 2018

Piąteczka: Dokąd na wakacje?


Dawno nie było nowej Piąteczki, postanowiłam więc to zmienić (z regularnością u mnie jak zwykle kiepsko, więc chyba każdy już stracił złudzenia, że cykl będzie regularny. Ale postaram się, żeby przerwy nie były przesadnie długie).

Tymczasem nastało lato, wakacje, każdy myśli już dokąd by tu na urlop wyjechać. I ja pomyślałam. Mianowicie nad tym, jaki książkowy świat najbardziej odpowiadałby mi w temacie turystycznych wojaży. Wybór wcale nie był prosty, bo fantastyka w interesujące światy obfituje, na początku więc odrzuciłam te zbyt oczywiste (jak Śródziemie czy Ziemiomorze) lub takie, które w wakacje nie mają zbyt wiele do zaoferowania (wiecie, Hogwart latem zamykają). Starałam się też skupić głównie na tych, w których byłoby co zwiedzać. I tak nie bez trudu wybrałam tę piątkę.

1. Świat z cyklu „Temeraire” Naomi Novik

To właściwie taka sama Ziemia jak nasza, z bardzo zbliżoną historią, ale są tam smoki. Moje ulubione smoki w literaturze, więc wybór jest mało zaskakujący. Oczywiście Europa ogarnięta napoleońskimi wojnami nie jest szczególnie przyjaznym turystom miejscem, ale i tak nie chciałam się tam wybierać – smoki w Europie traktuje się jak takie trochę bystrzejsze konie albo psy bojowe, są własnością armii i szary człowiek nie ma szansy się z nimi w jakikolwiek sposób skontaktować, a nawet zobaczyć z bliska. Dlatego też osobiście odwiedziłabym Chiny lub Japonię. Tam smoki to też ludzie, więc można z nimi rozmawiać na ulicach jak z każdym tubylcem – i o to chodzi. Poza tym niektóre pracują w komunikacji miejskiej, więc każdy chętny za drobną opłatą może się na bestii przelecieć. Do tego dochodzą jeszcze zabytki i bogata kultura, więc turysta nie miałby jak się nudzić ani przez chwilę. Ciekawą opcją byłaby też Ameryka Południowa, ale tam smoki bywają zaborcze w stosunku do nowo poznanych ludzi i mógłby być kłopot z powrotem z podróży.

2. Świat z „Podniebnych kaszteli” Jima Butchera

To ciekawa planeta. Widzicie, jej powierzchnia nie dość, że jest toksyczna dla ludzi, to jeszcze zamieszkują ją krwiożercze monstra, które chętnie zrobiłyby sobie z turysty przekąskę. Więc miejscówka raczej dla lubiących sporty ekstremalne, ale my nie o tym. Prawdziwie ciekawe rzeczy znajdują się bowiem w tytułowych kasztelach – kilkukilometrowej wysokości strukturach, w których mieszkają tamtejsi ludzie. Można więc sobie te pionowe państwa-miasta zwiedzać (a jest w nich co oglądać) i przy okazji zaliczyć kilka przejażdżek powietrznymi statkami, które autor stylizował nieco na flotę żaglową. Aha, no i jeśli dacie radę nauczyć się kociego, to będziecie mogli sobie z lokalnymi kotami pogadać.

3. Księgogród z „Miasta Śniących Książek” Waltera Moersa

Camonia, w której rozgrywa się akcja wszystkich książek Moersa ma zapewne znacznie więcej ciekawych miejsc, ja jednak znam tylko Księgogród. I w sumie mi to wystarczy, bo nie ma lepszego miejsca na miejskie wakacje dla mola książkowego. Niezliczone księgarnie i antykwariaty pozwolą wydać dowolną ilość pieniędzy na pamiątki, lokalne restauracje zachwycą daniami, jakich nie można spróbować nigdzie indziej a wieczorem można wybierać między różnorodnymi atrakcjami intelektualnymi. Nic, tylko rezerwować hotel.

4. Camorra z „Niecnych Dżentelmenów Scota Lyncha

To też pomysł na miejskie wakacje, ale dla tych, których może nie za bardzo fascynuje literatura, za to lubią śródziemnomorski klimat. Camorra była inspirowana Wenecją, mamy więc do czynienia z miastem na wodzie, w którym łatwiej gdziekolwiek dostać się łodzią niż piechotą – są więc pływające areny i targowiska, gondole do wynajęcia i takie tam. Jednak oprócz tego, co każdy turysta może równie dobrze robić w Wenecji, w Camorze można podziwiać niezwykłe budowle ze staroszkła oraz kosztować alchemicznego wina (a jak ktoś lubi używki mniej legalne, to też znajdzie trochę niespotykanych przepisów). Wadą Camorry jest to, że trzeba uważać na uliczników – niestety, nieuważny turysta może szybko się przekonać, że jego sakiewka zniknęła w tajemniczych okolicznościach...

5. Lengorchia z „Kronik Drugiego Kręgu” Ewy Białołęckiej

Lengorchia to oczywiście spory kontynent i równie dobrze mogłabym polecić wycieczkę po, dajmy na to, Azji. Więc od razu zaznaczę, że chodzi mi o jedno miejsce – Smoczy Archipelag (znaczy, Zamek Magów też by się fajnie zwiedzało, ale wątpię, żeby wpuszczali tam turystów). Klimat z tych tropikalnych i przyjemnie morskich, więc w sam raz. Co prawda infrastruktura turystyczna raczej słaba i nocować przyjdzie nam w warunkach surwiwalowych (czyli samemu trzeba sobie sklecić dach z liści), ale w takim klimacie noc pod gwiazdami to bonus, a nie przeszkoda. Z wyżywieniem też raczej nie będzie problemów, bo owoce (i morza, i niemorza) można znaleźć na każdym kroku. Co prawda tubylcza fauna może sprawiać problemy: trzeba uważnie wybierać miejsce kąpieli, żeby nie trafić na krwiożercze syreny (ale już takie wydry morskie chętnie się z nami pobawią) i nie zdenerwować lokalnych smoków, poza tym w lasach może się trafić jakiś drapieżnik. Dlatego najbezpieczniej jest przy plaży. Dla rządnych przygód wyspy mają w zanadrzu starożytne ruiny, w których czasem trafia się jakiś skarb. Idealne miejsce na wakacje w stylu „Piratów z Karaibów”.

A Wy? Gdzie byście chcieli wyjechać na wakacje?

poniedziałek, 19 marca 2018

[Piąteczka] Jednoczęściowa fantasy


Nadszedł czas na kolejną Piąteczkę. Tym razem postanowiłam postawić na tematykę, z która od lat mój blogasek jest kojarzony – czyli fantastykę, a konkretnie fantasy. Jak wiadomo, jest to gatunek, który stoi cyklami: 99% powieści jest planowanych tak, aby w razie sporego zainteresowania czytelników dało się dopisać jakąś kontynuację (a sporo tych, co do których kontynuacji początkowo nie planowano i tak po latach się jej doczekuje). To może odstraszać ludzi, którzy przychodzą z mainstreamu i trochę ich przerasta perspektywa przeczytania x tomów, żeby dotrzeć do końca historii.

Dlatego też postanowiłam podać Wam listę pięciu książek fantasy, które są zamkniętymi całościami. Trochę musiałam się nagimnastykować, żeby wyłuskać je spośród przeczytanych (znacznie łatwiej byłoby z science fiction), bo to rzadkość wielka (choć wybór i tak był trudny, bo jednak znalazłam nieco więcej świetnych lektur niż pięć). Kolejność oczywiście przypadkowa.


„Nigdziebądź” Neil Gaiman 

Pierwsza książka Gaimana, jaką przeczytałam, jeszcze w wydaniu z magowej serii „Andrzej Sapkowski poleca”. Zrodziła we mnie zachwyt nad prozą Gaimana (dopiero kilka tytułów później przekonałam się, że przekonanie o jego wszechwybitności jest cokolwiek przesadzone). Uważam, że to doskonały przykład urban fantasy – świetnie napisany, trochę niesamowity, ale nie na tyle, żeby ktokolwiek mógł się od niego odbić. Idealna rzecz, jeśli ktoś chce sprawdzić, czy urban fantasy w ogóle mu się spodoba.

„Księżyc i słońce” Vonda N. McIntyre

Jedna z najbardziej kobiecych powieści fantasy, jaką kiedykolwiek przeczytałam, a jednocześnie chyba jedyna fantasy historyczna, która mnie nie wynudziła. Rzecz dzieje się na dworze Ludwika XIV, Króla Słońce, pod koniec jego życia. Mamy tu motyw trochę jak z „Kształtu wody” - schwytany wodny potwór nawiązuje więź z młodą dwórką. Tyle że potwór jest płci żeńskiej, a więzi brak zabarwienia miłosnego. Och, oczywiście jest wątek romansowy, ale nieistotny – na pierwszy plan wysuwają się opisy życia codziennego w wersalu z perspektywy kobiet, próba dostrzeżenia człowieczeństwa w rozumnej istocie, której gatunek ludzie od lat traktują jak głupie zwierzęta tylko dlatego, że nie są w stanie zrozumieć ich mowy, starcie dwóch obcych kultur i odkrywanie przez młodą dziewczynę, że świat nie jest tak czarno-biały, jakby sobie tego życzyła. Z tym, że akcja jest bardzo statyczna – jeśli ktoś liczy na pojedynki i pościgi, to się zawiedzie. Ale miłośnicy rozdrapywania emocjonalności i psychologii bohaterów będą zadowoleni.

„Wodnikowe Wzgórze” Richard Adams

Przyznam szczerze, że to moja ulubiona powieść spośród zestawienia. Co prawda to typowe fantasy z questem: mamy tutaj wybrańca otrzymującego misję, który przed wyruszeniem w drogę zbiera drużynę, by razem z nią przeżyć wiele przygód, pozwalających mu dojrzeć do postawionego przed nim wyzwania. Och, zapominałam o jednej rzeczy: wszyscy są królikami. Mają też swoja wiarę i mitologię. Śmiem twierdzić, że „Wodnikowe Wzgórze” dla animal fantasy było tym, czym „Władca pierścieni” dla fantasy w ogóle. W wielu powieściach i seriach z tego nurtu słychać wyraźne echo prozy Adamsa. No i och, jak to się czyta! Jak trzyma w napięciu! Az nabrałam ochoty na relekturę...

„Cyrk Nocy” Erine Morgenstern

To z kolei pozycja z pogranicza fantasy i realizmu magicznego, o niepowtarzalnym klimacie. Zaczyna się od pojedynku magów, a kończy dość nietypowym romansem. Ale wszystko to dzieje się w tle, tak naprawdę głównym bohaterem jest tytułowy cyrk – plac bitwy, na którym odbywa się pojedynek. Bynajmniej nie na fireballe, ale na atrakcje. Na to, czyj nowy wynalazek przyciągnie więcej zwiedzających, czyje gwiazd wykonają bardziej zapierający dech w piersiach numer. A wszystko to opisane niezwykle plastycznie, w niepowtarzalnym klimacie, subtelnie i magicznie.

„Golem i Dżin” Helene Wecker

To właściwie powieść obyczajowa – historia dwóch magicznych istot wyrwanych z przynależnej im niszy i wrzuconych do Nowego Jorku przełomu wieków (XIX i XX). Autorka opowiada nam o samotności, próbie odnalezienia się w obcym świecie, zderzeniu dwóch bardzo różnych osobowości, ale także o jednym z największych miast świata u progu dwudziestego wieku – mieście możliwości i szans, ale także niebezpieczeństw. Powieść jest bardzo kameralna, ale autorka świetnie radzi sobie z budowaniem klimatu i konstruowaniem postaci (i tak, właśnie tworzy się drugi tom książki. Ale jeszcze nie wyszedł, więc się nie liczy).

A Wy? Znacie jakieś fajne, samodzielne fantasy?

wtorek, 20 lutego 2018

[Piąteczka] O zwierzętach bez fikcji



Naszła mnie ostatnio refleksja, że brakuje na blogu zestawień tematycznych. Raz, że przyciągają kliki, dwa, że człowiek czasem ma ochotę napisać o kilku najfajniejszych książkach o tym czy owym i trochę frustruje go brak okazji. A poza tym takie zestawienie daje możliwość przypomnienia starych notek i książek, które naszym zdaniem zasługują na znacznie większe uznanie i rozgłos, niż otrzymały. Z takiego oto pierwotnego roztworu rozważań narodziła się idea Piąteczek – zestawień pięciu książek na zadany temat, które będą się pojawiały raz w miesiącu.

Temat na pierwszą piąteczkę chodził mi po głowie na długo przed wykrystalizowaniem się samej idei cyklu. Korzystając bowiem z boomu na literaturę przyrodniczą, chciałam napisać o najlepszych książkach z tego nurtu, jakie zdarzyło mi się czytać. Tak się bowiem złożyło, że pojawienie się większości z nich na rynku znacznie wyprzedziło nadejście mody i mogłyby pozostać niezauważone w zalewie nowości. Toteż zapraszam na moją subiektywną listę pięciu najlepszych przyrodniczych pozycji non-fiction (ale niekoniecznie popularnonaukowych), w kolejności przypadkowej. 



To książka otwierająca serię Menażeria i jak dotąd w całej serii zdecydowanie najlepsza. Jest to ten typ literatury o zwierzętach, który najbardziej lubię – autor wychodzi od prywatnych przeżyć (wolontariat w tytułowym azylu) aby pokazać czytelnikowi pewne zjawiska w szerszej perspektywie, cytując odpowiednie badania naukowe i dokumenty. Temat jest rzadko spotykany i trudny: nie dość, że poruszana jest kwestia zwierząt laboratoryjnych, sama w sobie niekomfortowa dla większości ludzi, to jeszcze chodzi o małpy człekokształtne, które są wdzięcznym tematem do programów i książek popularnonaukowych, ale zaskakująco rzadko goszczą w reportażu.

Historie poszczególnych tytułowych szympansów są przejmujące, a ogólne zagadnienie testów na małpach kontrowersyjne, ale Westoll unika zarówno taniego sentymentalizmu, jak i forsowania własnych jedynie słusznych poglądów. Odwala kawał rzetelnej, reporterskiej roboty, opisanej potoczystym językiem, ale ostrzegam, że dla co wrażliwszych czytelników może to nie być łatwa lektura.


To z kolei część serii Biosfera WABu, już zakończonej niestety. Jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) literacko książek o przyrodzie, z jakimi się spotkałam. „Corvus” to zbiór esejów o ptakach istotnych w życiu autorki, a że jest ona zawodową pisarką, ma sporą przewagę nad większością ludzi piszących o naturze (większość ta bowiem zawodowo zajmuje się, no cóż, naturą w tej czy innej formie, a nie pisaniem, co często widać po tekstach widać, niestety). Jak to w eseju, od osobistych doświadczeń autorki przechodzimy a to do miejsca ptaków w kulturze, a to do rozważań o stosunku społeczeństwa do przyrody. Aż nabrałam ochoty na relekturę.

„Dwanaście srok za ogon” Stanisław Łubieński

Książka w tematyce i formie bardzo podobna do opisanego wyżej „Corvus”, tyle że rodzimego autora. Łubieński pisze prawie tak dobrze jak Woolfson (prowadzi też bloga, jak ktoś ciekawy. Styl na blogu nie jest tak dopracowany jak w książce, ale daje jakie takie pojęcie o możliwościach autora), ale dotyka tematów znacznie bliższych nadwiślańskiemu czytelnikowi. W swoich dwunastu esejach odnosi się do kwestii ochrony polskiej przyrody zarówno w skali mikro, jak i makro, pisuje trochę o kulturze, ale przedstawia też scenki rodzajowe z życia amatorskiego podglądacza ptaków („amatorskiego” w sensie, że hobbystycznego, nie że mało zaangażowanego). W moim osobistym rankingu serii Menażeria zajmuje zaszczytne drugie miejsce (a potem długo, długo nic).

„Ukryte życie lasu” David Haskell

Po pierwsze jest to książka z pomysłem, co wcale nie tak często się zdarza. A pomysł autor miał taki, żeby przez cały rok obserwować ten sam, niewielki (bo metrowej średnicy) obszar lasu. Dostajemy więc coś w stylu rocznego pamiętnika. Po drugie, autor jest z zawodu biologiem, więc obserwując las, niewątpliwie wiedział, o czym pisze. Po trzecie zaś miał literackie zacięcie.

Nie jest to może książka tak świetnie napisana jak dwie poprzednio wymienione, ale ciągle bardzo pozytywnie wybija się na tle gatunku, jeśli chodzi o aspekty czysto literackie. Dodatkowo autor również preferuje szersze spojrzenie na omawiane zagadnienia, nie ograniczając się jedynie do tego, co widzi i słyszy. Szkoda, że opisywany las nie leży w Europie, tylko w Ameryce Północnej.

„Powiedz, gdzie cię boli” Nick Trout

Uwielbiam książki o weterynarzach. W Polsce wydano jednak tylko trzech autorów piszących w tematyce. Najpopularniejszy oczywiście jest James Herriot, ale mnie się nie podobał. Zdecydowanie za dużo w jego książkach (no dobra, w tej jednej, którą przeczytałam) o mieszkańcach angielskich miasteczek i wsi, a za mało o zwierzętach. U Trouta bardziej mi odpowiadają proporcje.

Książka jest kompilacją najciekawszych przypadków z całej kariery zawodowej autora, ujętych w ramy fikcyjnego dnia pracy (mam wrażenie, że to dość popularna forma u Anglosasów). Trout rzeczywiście skupia się przede wszystkim na pacjentach i na tym, jak na przestrzeni lat (czyli od czasów Herriota, do którego bezpośrednio się odnosi) zmieniło się nie tylko podejście, ale też możliwości leczenia zwierząt. Nie są to jednak suche relacje, a raczej reportaż z wielkiego weterynaryjnego szpitala. Szkoda, że kolejna książka autora nie była nawet w połowie tak udana jak debiut.

Oczywiście jest jeszcze wiele wartościowych książek o zwierzętach (choćby fenomenalne „O kotach” Doris Lessing), które nie zmieściły się w zestawieniu. Może część z nich wystąpi kiedyś w hipotetycznej drugiej części wpisu. A Wy? Macie jakichś faworytów w tej kategorii?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...