sobota, 31 stycznia 2015

Komedia geriatryczna, czyli w sto lat dookoła świata - "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonas Jonasson

Są powieści, które maja ogromną promocję w blogosferze. W okolicach premiery trudno się opędzić od notek o nich, w pewnym momencie człowiek zaczyna się bać zaglądać do lodówki. „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” właśnie do nich należał, ale szczerze mówiąc w czasie tej kampanii promocyjnej nie zapałałam chęcią przeczytania (choć zapamiętałam okładkę – strasznie mi się podoba). Więc jak rzucili edycję biedronkową w śmiesznych cenach, to się skusiłam. I nie żałuję.

Allan Karlsson kończy dziś sto lat, ale czuje się jeszcze całkiem dobrze. Nie za bardzo odpowiada mu spędzenie reszty życia w tym okropnym domu opieki, gdzie nawet kieliszka wychylić nie można. Toteż postanawia spontanicznie wyskoczyć przez okno (na parterze było). Na dalszy rozwój wydarzeń planu nie ma, ale dworzec wydaje mu się nienajgorszą opcją. To co potem się dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie, a na pewno oczekiwania Allana.

Czytając powieść Jonassona, miałam skojarzenia z prozą Chmielewskiej i to z najlepszych lat jej pisarstwa. Ta sama szalona akcja, nieprawdopodobne teorie i wątek śledztwa. Niemniej, sama konstrukcja powieści dość znacznie się rożni od tego, co królowa polskiego kryminału zwykła nam serwować. U Chmielewskiej to grupa przyjaciół próbuje rozwiązać zagadkę, często tworząc przy tym całkiem fantastyczne teorie. Tutaj poznajemy niejako grupę ściganych, którzy chcą przed stróżami prawa umknąć, za przyjaciół mając najbardziej nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. To tak, jakby jedna z szalonych teorii bohaterów Chmielewskiej nagle okazała się prawdziwa.

Ale brawurowa ucieczka stulatka to tylko połowa fabuły powieści. Druga połowa to biografia Allana. Okazuje się, że stulatek, który zaczynał jako nieletni posłaniec w fabryce materiałów wybuchowych, stał się człowiekiem niezwykle bywałym i światowym. Dwudziesty wiek obfitował w zdarzenia brzemienne historycznie i najwyraźniej Alan w większość z nich był zamieszany. A kulisy tego zamieszania zdradzają dość osobliwe szczegóły.

Sam Allan niezwykle przypomina mi archetypowego wręcz Jasia z baśni. To taki chłopek-roztropek: szkół nie kończył, za przewodnika w życiu najczęściej miał chłopski rozum, ale z drugiej strony sprytu mu nie brakowało i w ciemię bity nie był. A że szczęście mu sprzyjało, to potrafił każdego zrobić w konia i jeszcze się ustawić. W dodatku Allan jest postacią ogromnie sympatyczną, więc czytelnik przyklaskuje mu, gdy kolejne pościgi wyprowadza w pole, a wrogów spotyka mniej lub bardziej zasłużona kara. To klasyczna baśń napisana we współczesnym języku.

Dodatkowe punkty ma u mnie autor za uczynienie bohaterami ludzi starych. Oczywiście, rodzi to dodatkowy potencjał komiczny (dziadek wodzący za nos policjantów zawsze będzie bardziej zabawny niż robiący to samo młodzik. Tylko z fanserwisem gorzej), ale mimo wszystko miło, gdy w plejadzie bohaterów młodych i w średnim wieku pojawi się osoba 70+ pełna werwy i pomysłów, a nie rozpamiętująca ze zgorzknieniem własne życie.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” tryska humorem (to naprawdę szalenie zabawna powieść, często dość absurdalna), ale autor komentuje w nim również sprawy poważne – jak choćby zimna wojna, afera Watergate czy masowe sterylizacje „niedostosowanych” w Szwecji (pisałam niedawno o książce, w której o tym ostatnim można poczytać na poważnie), sprowadzając je do absurdu i obnażając ich głupotę. Dzieje się to co prawda kosztem pewnych uproszczeń, ale zadaniem satyry nie jest przecież zabawa w niuanse.


Czy polecam „Stulatka...”? Owszem, to idealna powieść na poprawę humoru, świetnie napisana i z galerią barwnych, często historycznych postaci (o których nie wspominałam, bo spoiery – nie chcę wam psuć zabawy). Teraz z czystym sumieniem będę się mogła zabrać za ekranizację. Ciekawe, czy dorówna pierwowzorowi.

Tytuł: Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął
Autor: Jonas Jonasson
Tytuł oryginalny: Den hundredårige der kravlede ud ad vinduet og forsvandt
Tłumacz: Joanna Myszkowska-Mangold
Wydawnictwo: Świat Ksiązki
Rok: 2013
Stron: 416

środa, 28 stycznia 2015

Zmyślenia #11: Ta od dawna odwlekana notka o blogosferze

Nie będę ukrywać, że bodźcem do powstania tej notki był wpis Fenrira. Najpierw miałam pod nim (wpisem, nie Fenrirem) zostawić komentarz z polemiką względem pewnych założeń, ale za bardzo rozrósł mi się w dygresje i tematy niezwiązane (poza tym teraz już nie mam pewności, czy aby na pewno w inkryminowana notka zawierała tezy, z którymi chciałam polemizować). Poza tym, częściowo się z Fenrirem zgadzam. Ostatecznie więc komentarza nie było, powstała za to ta notka. Która nie jest polemiką z niczym. Po prostu uznałam, że to dobry moment, żeby uporządkować sobie pewne rzeczy, o których myślę, ile razy gdzieś w blogosferze wybuchnie dyskusja odnośnie poziomu tejże.
Gif prawie na temat - symbolizuje wysiłek pisania tej notki.
Prowadzenie bloga to dla mnie hobby – pracochłonne, czasochłonne, czasem przynoszące jakieś korzyści materialne (więcej książkufff, żeby było WIĘCEJ NOTKUF!, żeby było więcej ksiązkuf), ale jednak hobby. Siedzę w tym już od kilku lat, przez ten czas różne rzeczy mi się wydawały. Na przykład na początku wydawało mi się, że jeśli będę pisać dobrze i obiektywnie, to w końcu sława i zainteresowanie wydawnictw samo przyjdzie. Moreni anno domini 2015 raczej dziwi się, że rzeczywiście kilku wydawców i portali napisało samych z siebie. Sądzę, że głównie dlatego, że wtedy książkowa blogosfera była stosunkowo niewielka a fantastyka mało popularna i nie było z czego wybrać. Teraz już nie miałabym tyle szczęścia. Teraz jestem mądrzejsza i wiem, że prowadzę niszowego bloga o tematyce niszowej nawet w książkowej niszy. Która poza garstką równie zakręconych ludzi nikogo nie interesuje. Jeśli będę stosować sztuczki poprawiające pozycjonowanie w guglu i często udzielać się na fejsbuniu, to może tych wspaniałych zakręconych czytelników będzie ze dwie garstki.

Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam Was, cieszę się jak głupia, kiedy przychodzicie, czytacie i komentujecie. Ale widzicie, nie łudzę się, że będą Was rzesze nieprzebrane. Bo prawda jest taka, że ludzi zainteresowanych literaturą jest w Polsce stosunkowo niewielu, a tych zainteresowanych literaturą fantastyczną jeszcze mniej. Mało tego, tylko ułamek z „jeszcze mniej” czytuje blogi, a ułamek ułamka w ogóle będzie miał okazję mój blogaś zobaczyć i ocenić, czy warto zaglądać częściej. Takie jest prawo internetu. Zwłaszcza tego tworzonego przez amatorów. 

Czytaj. Dobre. Blogi. Książkowe.
Oczywiście przykro się robi, kiedy człowiek trafia na przecudowny blog, którego prawie nikt nie czyta, ale czasem po prostu nic się nie da zrobić. Nie ważne, jak fajna będzie notka o Lordzie Zeddzie, ilość osób zainteresowanych biografią tej postaci zawsze będzie o kilka rzędów wielkości mniejsza niż tych, które interesuje jakość nowego lakieru do paznokci firmy X. A jak bloger od lakieru będzie miał dużo odsłon, to może nawet ktoś mu zapłaci za pisanie. Problem polega na tym, że chcąc mieć na tyle dużo czytelników, żeby utrzymywać się z pisania bloga, nie można pisać o popkulturze (a w każdym razie niezbyt często). Najlepiej pisać o wszystkim, prosto, krótko i zwięźle, bez odcieni szarości i wątpliwości, bez wnikania w niuanse i analizy. Wtedy przyjdą masy i zawojujemy internet. Tego, co osobiście uważam za dobrą notkę (znaczy przeważnie, nie tylko i wyłącznie), czyli tekstu długiego, analitycznego, pełnego wątpliwości i argumentacji, najlepiej na temat jakiegoś niszowego zjawiska w popkulturze, masy raczej nie będą chciały czytać. W czym w sumie nie ma nic złego, popkultura to tylko jedno z możliwych zainteresowań. A to z kolei sprawia, że zawsze będzie gdzieś na bardziej poczytnych rubieżach grupy blogów specjalistycznych (bo w końcu przeczyta o niej jednak więcej osób niż o, powiedzmy, sztuce hodowli szczurów), z definicji mniej poczytnych niż lifestyle.

Jest w tekście Fenrira jedna teza, która mnie uwiera – że blogi nigdy nie zastąpią profesjonalnej publicystyki czy krytyki, bo nie do tego służą i w ogóle nie ma co porównywać. No i z jednej strony coś w tym jest, bo większość blogerów nie ma nawet ambicji konkurowania z krytyką literacką. Liczy się dla nich raczej osobisty odbiór i wrażenia z lektury, a nie odgrzebywanie kontekstu i analiz tego, co też autor mógł mieć na myśli wtedy, kiedy pisał. I to jest fajne, a część autorów z tym podejściem ma naprawdę świetne pióro – ich notki często czyta się ciekawiej niż książki, o których traktują. Jednak trudno byłoby mi się zgodzić ze zdaniem, że bloger profesjonalnemu krytykowi dorównać nie może. Może, a właściwie mógłby, sama czytuję kilku z odpowiednim talentem literackim i podstawami teoretycznymi. Ale nie jest to cel wszystkich. No i nawet jeśli ktoś teoretyczne kryteria spełnia, to w masie ginie. Choćby dlatego, że czas potrzebny na wyprodukowanie takiej „profesjonalnie” krytycznej notki jest nieporównywalnie dłuższy niż emocjonalnej, a popularność zależy w dużej mierze od częstotliwości i regularności publikacji.

No właśnie, w masie. Fenrir sporo miejsca w notce poświęcił na ubolewanie nad faktem istnienia i popularności blogów o słabych i mało wartościowych treściach. Głównie dlatego, że mają one psuć wizerunek blogosfery książkowej, która przez to jest postrzegana jako coś niepoważnego. Prawda jest taka, że słabych blogów zawsze będzie więcej niż dobrych. Bo więcej zafascynowanych popkulturą ludzi raczej nie umie niż umie pisać, a blogowanie o popkulturze robi się coraz modniejsze. Dlatego nie ma co z nimi walczyć, to nic nie da. Myślę, że rozwiązaniem dla tych, którzy piszą dobrze byłaby sytuacja, gdyby blogosfera przestała w oczach opinii publicznej (tej, która, zaznaczam, i tak w przeważającej większości do tejże blogosfery nie zagląda, a nawet pewnie nie wie o jej istnieniu) przypominać jednorodną, bulgoczącą, szarą masę, a zaczęła kojarzyć się z konkretnymi, dobrymi stronami. Przecież nikt nie wyrabia sobie opinii na temat całej prasy drukowanej tylko dlatego, że największy nakład mają „Fakt” i „SuperExpress” – co najwyżej o czytelnikach, których większość gustuje w takiej a nie innej treści. Nikt na podstawie istnienia brukowców nie deprecjonuje jakości artykułów w „Świecie wiedzy”. Trzeba dążyć do tego, żeby dobre blogi były takim odpowiednikiem „Świata wiedzy” i żeby ci, którzy szukają rzetelnych artykułów wiedzieli, gdzie mogą je znaleźć. A z „Faktem” nie ma co walczyć, widać też jest potrzebny. 

Trochę harmonii na koniec wpisu.
Jak sprawić, żeby dobre blogi były rozpoznawalne? Tego nie wiem. Prawdopodobnie i tak nigdy nie wyjdą poza wąski krąg zainteresowanych osób. Ale i w tym kręgu znajdą się jednostki, które o dobrych treściach nie wiedzą, bo niby skąd. Dlatego sądzę, że na początek wystarczy dzielić się tym, co sami znajdziemy – wrzucać na fejsika, organizować karnawały, polecać w komentarzach. Marketing szeptany w dobie Internetu może zdziałać cuda. Może nawet pomoże wartościowym blogom.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Coś tu zgrzyta, czyli słabo naoliwiony mechanizm - "Mechaniczne pająki" Corina Bomann [PRZEDPREMIEROWO]

Bardzo lubię steampunk (i od tej deklaracji zaczynam recenzję chyba każdej książki jakkolwiek związanej z gatunkiem). Dlatego pilnie śledzę zapowiedzi i cieszę się z każdego tytułu. Podobnie cieszyłam się na myśl o „Mechanicznych pająkach”. Po spotkaniach z dziewczętami w metalowych częściach garderoby byłam pełna nieufności do steampunku z nastoletnimi bohaterkami, ale bardzo chciałam, żeby tym razem powieść okazała się dobra. Chyba nie do końca wyszło.

Panna Violet Adair niedługo będzie miała swój debiutancki bal, na którym zostanie oficjalnie przedstawiona londyńskiej śmietance towarzyskiej, a pewnie i pozna jakiś odpowiedni na męża materiał. Jednak nie cieszy jej ta perspektywa. Jedynym, co ja interesuje, są wynalazki i to właśnie tej pasji oddaje się nocami w sekretnym laboratorium. Kiedy więc podczas balu w jej rodzinnym domu dochodzi do tajemniczej śmierci, jej umysł odkrywcy nie może się powstrzymać od podjęcia śledztwa...

Największy problem mam jak zwykle z główna bohaterką. Panna Adair nie jest szczególnie antypatyczna – ot, jedna z setek tych „jedynych w swoim rodzaju” dziewcząt, które gardzą pięknymi kieckami i romansami, bo mają fajniejsze, bardziej męskie zajęcia. Sporo mamy takich bohaterek i brak oryginalności Violet nie drażni. Niemniej jednak, te bohaterki zwykle choć trochę poważnie traktują swoje, niebezpieczne bądź co bądź, przygody. W zamyśle autorki z panną Adair też pewnie miała taka być.

Niestety, nie do końca wyszło. Violet zdaje się kompletnie nie zdawać sobie sprawy z tego, że to, co robi może naprawdę być niebezpieczne. Całe prowadzone przez siebie śledztwo zdaje się traktować jak odtwarzanie roli w jakimś kiepskim powieścidle, które przeczytała. Oczywiście autorka nie sugeruje nam, że taki był zamysł, ale pewna bezrefleksyjność, z jaką Violet udaje się w kolejne niebezpieczne miejsca i podejmuje coraz bardziej niebezpieczne działania przywodzi na myśl kogoś, komu się wydaje, że jest głównym bohaterem kiepskiej powieści (bo przecież dzielni detektywi zawsze wychodzą cało z opresji, więc czemu mnie ma się coś stać). Co prawda w książkach młodzieżowych często mamy do czynienia z bohaterami, którzy pchają się niemądrze w szpony zagrożenia, ale albo są znacznie młodsi od panny Violet (więc pewna ślepota w obliczu Wielkiej Przygody jest całkiem naturalna), albo są przynajmniej przestraszeni. Poza tym panna Adair jest święcie przekonana, że tylko ona jest dość bystra, aby rozwiązać sprawę tajemniczych morderstw. Do tego stopnia, że... sabotuje śledztwo prowadzone przez oficjalne służby i jest z tego dumna. (Tu mała dygresja: wiem, że w literaturze młodzieżowej wręcz nagminnie dzieciaki okazują się bystrzejsze od doświadczonych oficerów, taka konwencja. Jednak w tejże konwencji mieści się również subtelny dydaktyzm. Świadome sabotowanie działań policji jakoś się w nim nie mieści) W pewnym momencie marzyłam o scenie, w której wreszcie któryś z jej grubymi nićmi szytych planów nie udaje się, a ona przezywa wreszcie bolesne zderzenie z rzeczywistością (względnie przyjdzie Mistrzyni Szpiegów, przełoży pannicę przez kolano i pokaże, gdzie jej miejsce). Obawiam się jednak, że napisanie sceny zawierającej prawdziwe emocje przerasta autorkę.

Violet mamy aż za dużo, za to inni bohaterowie zarysowani są zbyt słabo. Po części może za to odpowiadać pierwszoosobowa narracja, ale tylko po części. Widząc różnorodność tych postaci wiem, że autorka miała mnóstwo pomysłów, ale z jakiejś przyczyny żadnego z nich nie doszlifowała. Mamy więc typowego angielskiego majordomusa z nietypową, tajemniczą przeszłością, mamy szefowa brytyjskiego Secret Service, której z trudem udało się zbudować pozycję, wreszcie mamy trzy pomocnice głównego szwarccharakteru, których tylko imiona (pseudonimy?) znamy. Ach, no i zdecydowanie najsympatyczniejszy z całej tej zgrai dyrektor mechanicznego cyrku wraz z podopiecznymi. Mam wrażenie, że każda z tych postaci miałaby do opowiedzenia historię znacznie ciekawszą niż Violet, gdyby tylko im na to pozwolić (zresztą, może autorka też sobie z tego zdawała sprawę i postanowiła nie rozpraszać czytelnika). I przyznam, że ich opowieści chętniej bym posłuchała.

Czarny charakter miał być tajemniczy, ale już gdzieś tak po przeczytaniu jednej trzeciej powieści wiadomo, kto nim jest i dlaczego to robi. Podobnie przewidywalna jest intryga (zawierająca zresztą nieco biologicznych bzdur, których nie rekompensuje sposób podania). I chociaż „Mechaniczne pająki” czyta się bardzo szybko i lekko, to jednak nie ma w nich nic, co zajmie na dłużnej miejsce w umyśle czytelnika. Niektóre pomysły miały swój urok, ale autorka nie potrafiła bądź nie chciała z niego skorzystać. Bardzo wielka szkoda.

Rozpoczynając lekturę „Mechanicznych pająków” liczyłam na chwilę przyjemnej rozrywki, która pomoże mi się zrelaksować i być może zapewni znajomość z bohaterami, których będę chciała jeszcze kiedyś spotkać. Niestety, myliłam się. Te pozycję mogę polecić tylko tym, którzy potrzebują naprawdę bardzo lekkiej rozrywki, niewymagającej angażowania wyższych funkcji mózgu. I bardzo mi z tego powodu smutno.

Książkę otrzymałam od GW Foksal

Tytuł: Mechaniczne pająki
Autor: Corina Bomann
Tytuł oryginalny: Clockwork Spiders
Tłumacz: Aldona Zaniewska
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2014
Stron: 476

sobota, 24 stycznia 2015

Pierwszy Book Box: styczeń 2015

Jak niektórzy wiedzą, jakiś czas temu przybył do mnie Kindle. Ostatnio zaczęłam rozglądać się za jakimś niedrogim źródłem ebooków, bo co prawda czytnik w założeniu miał mi służyć do czytania książek już niedostępnych w obrocie i czasopism, ale regał nie jest z gumy, a niektórych pozycji nie mam potrzeby fizycznie stawiać na półce (a jakbym jednak zachciała, to przecież zawsze mogę). I tak oto grzebiąc sobie w Świecie Czytników, trafiłam na jedną ofert subskrypcji Legimi - Book Box. O ogólnych zasadach oferty możecie przeczytać choćby tutaj, dlatego wyjaśnię tylko w jednym zdaniu: płacimy niecałe 15 zł miesięcznie, za to dostajemy listę trzydziestu tytułów, z czego możemy wybrać jeden. Nie ma obowiązku wykupywania kolejnych pakietów, ale można.


Być może są lepsze oferty, można choćby polować na promocje konkretnych, pojedynczych tytułów czy wykupić w Legimi abonament. Dlatego w punktach wyjaśnię, dlaczego idea akurat Book Boxa tak to mnie trafiła:
  • Nie ufam chmurom i jeśli za coś płacę, chcę móc to sobie swobodnie zgrać na dysk i korzystać w każdej chwili. Dlatego abonament Legimi (który tez rozważałam) nie jest dla mnie. Zresztą, mam Kindla, na nim nie da się korzystać z tego abonamentu.
  • Jestem leniwą bułą. Dlatego nie chce mi się przekopywać ebookowych księgarni w poszukiwaniu żeru. Jeśli którejś książki pożądam tak bardzo, że chce mi się przekopywać internety, i tak wolę ją w papierze...
  • ...i dlatego tak podoba mi się idea, że ktoś mi podsuwa worek z promocją. Dodatkowo dochodzi element niespodzianki, bo w sumie nigdy nie wiadomo, co w takim worku będzie.
  • Zazwyczaj bywa coś fajnego. Przeglądając wcześniejsze pakiety, zawsze znajdowałam co najmniej jedną książkę, na którą nie żal wydać tych piętnastu złotych.
Kupiłam pakiet styczniowy (tutaj pełna lista tytułów). Właściwie najbardziej żałuję, że można wybrać tylko jeden. I że nie ma możliwości przechodzenia niewykorzystanego kodu na kolejny pakiet, bo czasem pewnie by się przydała. A teraz krótko przedstawię listę najbardziej interesujących mnie książek z tej trzydziestki. Może pomożecie mi się zdecydować.;)

"Słowa światłości" Brandon Sanderson
Nowy cykl Sandersona chciałabym poznać, nawet próbowałam nabyć pierwszy tom w papierze, ale z powodu błędu na stronie mi się nie udało. I w sumie dobrze, bo chyba poczekam, aż będzie w jakiejś ebookowej promocji. Oba tomy to straszliwe cegły, w miękkiej oprawie na dodatek, więc ani to wygodnie czytać, ani łatwo uchronić przed uszkodzeniami, ani na półce zbyt szczególnie nie wygląda. Co prawda to jednak drugi tom, zanim zdobędę i przeczytam pierwszy, minie pewnie trochę czasu, ale przecież na pustki w biblioteczce nie mogę narzekać.

"Królewski skrytobójca" Robin Hobb
No dobra, tego raczej nie wybiorę, bo już sobie kupiłam w papierze - w przeciwieństwie do Sandersona, Hobb prezentuje się w nim świetnie, jestem zakochana. Ale fakt jej wystąpienia w pakiecie wart jest odnotowania.

Antologia "Rok po końcu świata"
Drugi z najmocniejszych kandydatów. Byłam swego czasu ciekawa tego zbioru, recenzje też ma raczej lepsze niż gorsze. Trochę niepokojący jest jednak fakt, że z całej listy autorów znam tylko trzy nazwiska, z czego lubię dwa. Ale z drugiej strony, antologie Powergraphu trzymają poziom. Z trzeciej, "Słowa światłości" to jednak byłoby trzy razy więcej czytania...

Szczepan Twardoch "Tak jest dobrze"
Twardocha wszyscy chwalą, ale osobiście nie jestem przekonana. Nie wiem, czy mam ochotę się z nim zapoznawać. Z drugiej strony, może kiedyś ochota mnie najdzie, a ebook przecież nie spleśnieje. Zobaczymy.

"Czarne" Anna Kańtoch
"Czarne" już kiedyś czytałam, podobało mi się i bardzo chciałabym mieć własny egzemplarz. Zakładałam, że będzie papierowy, ale skoro nadarza się taka okazja, może warto z niej skorzystać.

"Vertical" Rafał Kosik
Też już kiedyś czytałam, jeszcze w czasach przedblogowych i zachwycił mnie (ciekawostka: o książce usłyszałam pierwszy raz w telewizji śniadaniowej i od tamtej pory pałałam żądzą poznania jej. Pomogła biblioteka). Zastanawiam się, czy wyszłaby zwycięsko z drugiego czytania. Może warto byłoby spróbować? Ale w tym celu raczej nie postawię jej na swojej drewnianej półce, bo i nigdy tego nie chciałam. Wirtualna to co innego...

I taki o wybór. Gdybyście mieli ochotę mi coś doradzić, to nie krępujcie się w komentarzach. Swoim wyborem pochwalę się przy okazji najbliższego stosika.:)

środa, 21 stycznia 2015

Ciemna karta historii, czyli bardzo poważnie - "Higieniści" Maciej Zaremba Bielawski

To będzie bardzo krótka notka. Książka, o której będę pisać nie ma bohaterów, fabuły ani fascynującego świata przedstawionego, a ja nie jestem specjalistką w poruszanej dziedzinie, żeby ją jakoś szeroko komentować. Za to traktuje o sprawach, które raczej nie są znane szerszej publiczności. A zdecydowanie powinny być.

Szwecja to kraj, który kojarzy się raczej z powszechnym dobrobytem. Nawet czas drugiej wojny światowej nie jest szczególnie kojarzony z nazistowskimi okrucieństwami. Jednak istnieją takie karty w najnowszej historii kraju, o których szwedzki rząd woli nie pamiętać. Jedna z nich zawiera rozdział poświęcony masowym sterylizacjom Szwedów.

Maciej Zaremba Bielawski próbuje z jednej strony opisać zjawisko „higieny rasy” (i tu skupia się nie tylko na Szwecji, ale i na innych krajach, bo w dobie popularności eugeniki pomysły, aby sterylizować „niedostosowanych” obywateli pojawiały się wcale często. Nigdzie jednak nie osiągnęły takiej skali, jak w Szwecji), jak i wytropić wszystkie czynniki, które pozwoliły mu się rozwinąć. Przywołuje też przykłady poszczególnych ofiar systemu.

Najtrudniejsza jest odpowiedź na pytanie, jak doszło do tego, że w imię ograniczania wydatków socjalnych okaleczono dziesiątki tysięcy ludzi, często tylko na podstawie anonimowego doniesienia. Jak system, który w założeniu miał chronić osoby upośledzone przed takimi konsekwencjami działań, którym nie będą w stanie podołać (nie, żebym pochwalała sterylizację kogokolwiek dla jego własnego dobra, ale odnotujmy dobre intencje) w narzędzie systemowego okaleczania ludzi ubogich. A właściwie kobiet, bo sterylizacje dziwnym trafem dotyczyła głównie ich (wbrew logice, w końcu „źle prowadzący się” mężczyzna może teoretycznie odpowiadać za więcej niechcianych ciąż niż źle prowadząca się kobieta. Poza tym, wazektomia jest zabiegiem daleko prostszym, tańszym i bezpieczniejszym niż podwiązanie jajowodów lub usunięcie jajników).

Wadą książki jest sztywny, naukowy styl, który może odstraszyć część czytelników. Na szczęście naukowość tekstu polega tu głównie na używaniu fraz mało potoczystych i suchym języku, nie zaś na przesycie specjalistycznego słownictwa. Przekaz jest więc klarowny, choć może być trudno przyswajalny. Niemniej uważam, ze warto się nieco wysilić.

„Higieniści” to ostrzeżenie dane nam przez naszą własna historię. Myślę, ze każdy powinien się z nim zapoznać. Co zrobi później z tą wiedzą, jego sprawa. Ale przynajmniej będzie ostrzeżony. 

Tytuł: Higieniści. Z dziejów eugeniki
Autor: Maciej Zaremba Bielawski
Tytuł oryginalny: De rena och de andra: Om tvångssteriliseringar, rashygien och arvsynd
Tłumacz: Wojciech Chudoba
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2011
Stron: 428


PS. Recenzję sponsoruje JoannazKociewia, która pożyczyła mi książkę. Dzięki!:)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Zmyślenia #10 Blogi, które...

Taki ostatnio mamy klimat w blogosferze, że gdzie się nie obejrzę, tam zestawienia blogów. A to Tramwaj tradycyjnie najlepszą dziesiątką rzuci, a to Sardegna o swoich inspiracjach napisze... Doszłam do wniosku, że przecież nie będę gorsza i też swoją listę stworzę. Pomysł miałam na kilka list, różnych tematycznie i w ogóle (wiecie - WIĘCEJ NOTKUFFF!), ale w tych wszystkich kategoriach byłoby za mało punktów (jestem wyznawczynią teorii mówiącej, że jeśli robisz notkę z jakąś listą czy zestawieniem, to absolutne minimum przyzwoitości to pięć punktów. Optymalnie powinno być dziesięć). Więc zrobię taką jedną, subiektywną nocię z zestawieniami blogów, które z jakiegoś powodu uznałam za godne. Kategorii będzie kilka, a zaczniemy od:

Blogerzy, którym zazdroszczę
...bo chciałabym pisać tak fajnie jak oni, ale nie umiem
 
To jest absolutnie najlepszy blog, jaki czytuję regularnie. Ninedin produkuje wspaniałe, nieprzyzwoicie długie notki (lubimy to, my, Moreni) pełne bardzo celnych rozważań, z którymi nie zawsze się zgadzam, ale zawsze czytam z przyjemnością. Klarownością przekazu przebija niejednego pisarza, mimo iż zwykle kończy swoje wywody stwierdzeniem, że właściwie nie ma zdania na dany temat.

Miasto Książek zna każdy, bo w książkowej blogosferze trochę wstyd Miasta nie znać. Padma zazwyczaj pisze krótko i celnie, choć zbyt rzadko o książkach, które mogłyby mnie zainteresować.

Siostry piszą fajnie, lekko i często zwracają uwagę, na rzeczy, które umykają innym. A czasami piszą o rzeczach, które innym w ogóle nie przyszłyby do głowy (na przykład mi. Tego też im zazdroszczę). Poza tym o książkach, które mi się podobały piszą znacznie lepiej ode mnie. Co jest strasznie irytujące, swoją drogą.

Temu to zazdroszczę głównie umiejętności reasercherskich - to człowiek, który na temat najbardziej niszowej pierdoły potrafi wygrzebać tony informacji. Nie wiem, jak to robi i chyba nie chcę wiedzieć. Ale i tak czytam notki (chyba że pisze o grach, to wtedy nie. Albo o serialach.)

Ten to nie zna umiaru - za mało mu było jednego świetnego bloga, to je sobie rozmnożył. Teraz zaglądam głownie do tego o fantastyce, choć przyznam, że chciałabym częściej znajdować tam notki. W każdym razie - z zazdrością czekam na kolejną notkę, po której się okaże, jak niski blogowy poziom sobą reprezentuję.

Wiktoria reprezentuje dość nietypowy sposób pisania - bardzo emocjonalny i lekko poetycki. O zgrozo, nawet moim półścisłym umysłem całkiem fajnie się to czyta. I ma psa, a ja nie mam żadnego zwierzęcia mimo że bym chciała. Więc zazdroszczę jej psa, dopóki nie sprawię sobie kota (albo mopsa. Zobaczycie, że kiedyś będę miała mopsa. Ewentualnie może być buldożek francuski.)

Tylu blogerom zazdroszczę. Ale to tylko pierwsza lista, bo jest jeszcze jeden rodzaj blogerów, których listę chcę wam przedstawić. A są to...

Blogerzy, których powinni mieć zdecydowanie więcej czytelników
...a i częstsze pisanie notek by nie zaszkodziło

Bardzo fajny blog, choć na razie niewiele na nim notek. Można poczytać o fantastycznych książkach (bardzo trudno znaleźć fajny blog głównie o książkach fantastycznych. Jak o książkach, to fantastyka pojawia się rzadko, a jak o fantastyce, to głównie nieksiążkowej, więc każdy nowy w tematyce cieszy) i o herbacie.

No, ci to powinni pisać częściej. Zwłaszcza swoje demitologizujące notki. Dawno już ich nie było, prawdaż. 

Tez młody blog, jak dotąd bardziej o komisach, ale może będzie więcej o książkach. Notki krótkie (ale nie za bardzo, to nie jest jakiś blog o, tfu, lifestylu), za to treściwe i przyjemne w czytaniu.

No i na razie to tyle. Jak macie ochotę, twórzcie swoje własne listy. Może coś dodam do swojej blogrolki.;)

sobota, 17 stycznia 2015

Nieregularny Karnawał Blogowy #5

Patrzę sobie na linki zebrane w dzisiejszym karnawale i o dziwo widzę, że nawet się specjalnie nie zdezaktualizowały. No niesamowite wręcz. W każdym razie, miłej lektury.:)


Na Pochodnych Kofeiny krótki rant o tym, dlaczego Jurrasic World będzie najprawdopodobniej szitem nieziemskim. Zombie Samurai też o tym, ale trochę z innej perspektywy. Obie są mi bliskie.

Ninedin znowu pochyla się nad fanfikami. Sama raczej nie jestem czytelniczką tego typu twórczości, ale rozważania nad tym, jak ją badać zawsze chętnie czytam.

Siostry przekonują nas, że tylko książka podpowie, jak należycie nosić czerń.

Po tych wszystkich aferach, zarzutach o niekompetencję i co tam jeszcze komukolwiek przyszła chęć wylać na głowy blogosfery książkowej, niezawodny Misiael napisał taką oto laurkę. Więc jak wybuchnie kolejna afera czy jeden z drugim pisarz będzie się chandryczył o negatywną opinię, będzie do czego wrócić.:)

Padma tym razem, jak rzadko o seksie. U Jane Austen. Jeśli nie pamiętacie z lektury scen erotycznych, tym bardziej powinniście zajrzeć do notki.:)

Znowu Misiael, tym razem z kolejną odsłoną mojego absolutnie ulubionego cyklu. Czy wyobrażacie sobie świat alternatywny, w którym zamiast Myszki Mickey mielibyśmy Królika Ostwalda?

Zaczęło się od pewnego felietonu, a potem już poooszło. Ale mniejsza o to, bo tekst na Pochodnych Kofeiny nie dość, że ładnie podsumowuje problem, to jeszcze daleko poza niego wykracza.

Kruk uwił sobie nowe gniazdko. I od razu zaczyna takim fajnym wpisem. Zazdroszczę.

Dziewczyny z Kawy z Cynamonem o "Lirael" Nixa, znacznie ciekawiej niż ja to zrobiłam.

Tramwaj nr 4 wiezie subiektywną dziesiątkę najlepszych blogerów książkowych.:)

Znowu Padma, tym razem o (nie)czytaniu klasyków.

środa, 14 stycznia 2015

Razem ze mną kundel bury, czyli Książę Sameth - "Lirael" Garth Nix

Zaczynając „Lirael” myślałam, że mam do czynienia z podręcznikową trylogią (czyli taką, gdzie każdy tom jest o czymś innym, ale rozgrywają się w tym samym świecie i bohaterowie poprzednich pojawiają się na drugim i dalszych planach kolejnych). „Sabriel” miała ładnie zamkniętą historię, „Lirael” zaczęła się jakieś czternaście lat później, wszystko się zgadzało. Jednak zakończenia opowieści rozpoczętej w „Lirael” najwyraźniej doczekamy się dopiero w „Abhorsenie”. Jakie to szczęście, ze dostałam od razu trzy tomy.

Stare Królestwo znowu ma swojego Króla, któremu Clayry, Widzące przyszłość, mogą służyć radą. Niestety, czternastoletnia Lirael nie otrzymała jeszcze daru widzenia. Co oznacza, ze ciągle jest uważana za dziecko i odszczepieńca, podczas gdy już o kilka lat młodsze kuzynki mogą wdziać „dorosłą” biel. Na szczęście, udaje jej się zdobyć pracę w Bibliotece. Dzięki temu udaje jej się z pewna pomocą magii uzyskać wiernego przyjaciela – Podłe Psisko. Jeszcze nie wie, ze za kilka lat przyjdzie jej wyruszyć na samotna wyprawę.

Pewnie trochę się czepiam, ale widzę u Nixa pewne schematy – nie walą po oczach (dlatego też może mi się tylko wydaje i jestem przewrażliwiona), ale chyba są. Znowu osią fabuły staje się nastoletnia bohaterka, jednak w przeciwieństwie do tych z nowszych powieści, Lirael dostaje swoje zadanie do wypełnienia, gdy jest już pełnoletnia. Znowu też towarzyszy jej magiczne zwierzę i spotkany po drodze chłopak w zbliżonym wieku, z problemami egzystencjalnymi i wyrzutami sumienia (choć tym razem autor męskiego protagonistę rozwija i przed spotkaniem, nie tak jak w „Sabriel”). Wbrew pozorom, nie widzę tego jako wady, raczej jako powracający leitmotiv. Choć momentami bywa irytujący.

Sami bohaterowie, mimo że oparci na podobnym jak wcześniej schemacie, jednak nie są klonami Sabriel i Touchstone'a. Gdy Lirael staje przed swoim pierwszym wyzwaniem, nie ma za sobą ani chwili treningu czy nauki (za to ma dość specyficznego nauczyciela, który najwyraźniej uważa, że uczyć się należy przez praktykę). Niemniej, jest dzielną dziewczyną i kiedy pięć lat później musi stanąć przed swoim przeznaczeniem, jest gotowa, choć przerażona i pełna wątpliwości. Trochę inaczej wygląda sytuacja z księciem Samethem. Ten kompletnie nie widzi się w roli, jaką najwyraźniej mu przeznaczono, a sytuację pogarszają jeszcze traumatyczne przeżycia w Śmierci. Co ciekawe, zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim ciąży. Na szczęście dla czytelnika, nie pogrąża się w odmętach nastoletniego angstu i nie użala nad faktem, że nie jest wolny jako ta ptaszyna, tylko musi wykonywać obowiązki ciążące na nim z racji urodzenia. Nie potrafi sobie jednak z nimi poradzić i nie widzi możliwości zmiany tego stanu rzeczy (co gorsza wie, że kiedyś wszyscy będą mogli liczyć na niego i tylko na niego), więc popada w coraz głębszą depresję i wyrzuty sumienia. To ciekawy pomysł na bohatera, ale trochę niecodziennie wypada w tym cyklu drugi już tandem z silną kobiecą i znacznie słabszą męską połową.

Przejdźmy teraz do kwestii, na której kompletnie się nie znam, czyli do tłumaczenia. Jak wspominałam poprzednio, każdy tom trylogii tłumaczył ktoś inny i to widać. Przyznam, że styl Rafała Śmietany (tłumacza „Lirael”) odpowiada mi dużo bardziej niż Elżbiety Nowakowskiej (tłumaczki „Sabriel”). Jest dużo bardziej swobodny, nie tak sztywny i tę różnicę dałoby się wyczuć nawet bez wiedzy, że przekłady wykonywały dwie rożne osoby. Niestety, wydawnictwo nie ujednoliciło terminologii. Nie jest to może szczególnie irytujące – większość nazw nie różni się w obu tomach – ale trochę zgrzyta. Teraz nastąpią laickie dywagacje od czapy, więc jeśli zajrzy tu jakiś tłumacz i zobaczy, że plotę dyrdymały, to niech da znać. Zmiana dotyczy głównie dwóch terminów: Krwawych Wron/Kruków i Zjaw/posłańców Kodeksu. Przy tym pierwszym przyznam, że bardziej odpowiada mi wersja pana Śmietany. Angielskie crows tłumaczy się przeważnie jako wrony, ale gugiel twierdzi, że użycie go w stosunku do kruka też jest dopuszczalne. No i większość zagranicznych wron jest jednak całkowicie czarna, w przeciwieństwie do polskich, które są szare z czarnymi skrzydłami. Kruki są czarne wszędzie, więc polski czytelnik, czytając o kruku zobaczy coś bliższego zamysłowi autora, czyli czarnego ptaka. Last not least, to kruki są kojarzone z magią, często czarną, więc jakby bardziej trzymają się klimatu. Co do Zjaw Kodeksu, to szczerze przyznam, że nie wiem, który przekład bym wybrała. Posłańcy pana Śmietany są co prawda wierniejsi oryginałowi (właściwie dosłownie go tłumaczą), ale z kolei zjawy pani Nowakowskiej lepiej oddają wygląd tych istot. Z drugiej strony, niezbyt oddają ich naturę.

Nix nie należy do tych autorów, którzy lubują się w cliffhangerach, więc jeśli nie macie pod ręką „Abhorsena”, to będziecie mogli spokojnie go zdobyć, wiedząc, gdzie bohaterowie na was zaczekają. Niemniej zalecam kompleksowy zakup. To historia, którą chce się poznać do końca. 
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.
Tytuł: Lirael. Córka Clayrów
Autor: Garth Nix
Tytuł oryginalny: Lirael. The Daughter of Clayr
Tłumacz: Rafał Śmietana
Cykl: Stare Królestwo
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2014
Stron: 488


PS. W tworzeniu odczapistego akapitu o przekładzie pomogła mi Gauleiter Sida, służąc swym oryginalnym Nixem.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Gdy kot jest, szczury z nim knują, czyli o deratyzacji słów kilka - "Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie" Terry Pratchett

Wszyscy chyba kiedyś mieliście taką sytuację. Jest sobie książka autora, którego lubicie. Często słyszycie, że to jedna z jego najlepszych książek. W końcu trafia się okazja, żeby po nią sięgnąć, więc czytacie. I... czujecie się rozczarowani, bo jednak to nie to.

Tak miałam z Zadziwiającym Maurycym i jego edukowanymi gryzoniami”. Jest to historia stada szczurów i kota (tytułowego Maurycego), którzy w wyniku żerowania na odpadach z Niewidocznego Uniwersytetu nabawili się inteligencji. Jednak wraz z inteligencją przyszły nowe potrzeby, a te wymagają finansowania. Skąd jednak szczury (i kot) mają wziąć pieniądze? Rozwiązania są dwa – cyrk albo ścieżka zbrodni. Jako że żaden szanujący się kot nie zechce występować na arenie, pozostaje oszustwo. Nie ma przecież nic prostszego niż sfingowanie inwazji. Potrzeba jeszcze jakiegoś niezbyt rozgarniętego dzieciaka z fujarką i można ruszać na podbój świata. Wszystko idzie dobrze, dopóki nie docierają do Blintzowych Łaźni. Jest to miasteczko, w którym dzieją się rzeczy straszne.

Nie jest to powieść kiepska, wręcz przeciwnie – jak to u Pratchetta, bardzo mądra, pełna humoru i rzeczy ważnych. Jednak nie mogę podzielić ogólnego zachwytu. Troszkę tu wszystko zbyt proste, troszkę zbyt łopatologiczne. Zdaję sobie sprawę, że jest to pierwsza książka dla dzieci ze Świata Dysku i nie dość że pewne rzeczy trzeba było nieco uprościć, to jeszcze autor nie miał tej konwencji przetrenowanej i mogło wyjść trochę poniżej oczekiwanego poziomu. Nie znaczy to, że nie warto jej jednak poznać.

Bo sama koncepcja jest z pewnością warta uwagi. Zostawmy może chwilowo Maurycego (wrócimy do niego później) i przyjrzyjmy się szczurom. Dzięki nim autor bowiem pokazuje niektóre mechanizmy rządzące świeżo powstałą społecznością (oczywiście lekko i z odpowiednim humorem). Mamy więc Groźną Fasolkę jako wizjonera, Mielonkę jako starego, sprawdzonego przywódcę, który jednak nie potrafi podołać zmianom i Ciemnybrąza, który jest dość elastyczny i inteligentny, żeby poprowadzić swoje szczury w przyszłość. Groźna Fasolka jest też strażnikiem „Przygód Pana Królisia”, które stają się szczurzą Biblią (dla reszty świata są po prostu zbiorem dziecięcych bajek). Najsmutniejsza w książce była chyba chwila, w której szczury (a przynajmniej niektóre z nich) zaczynają rozumieć, że to, co opisano w ich książce jest zdecydowanie zbyt idylliczne w porównaniu z rzeczywistością. To przeżył chyba w którymś momencie życia każdy z nas.

Ogólnie szczury jako bohater zbiorowy sprawują się świetnie, ale jako indywidualności jakoś nie podbiły mojego serca. Inaczej jest z Maurycym. Pratchett potrafi pisać świetne koty i już kilka razy to udowodnił (myślę, że za tą umiejętnością kryje się doskonały zmysł obserwacji i sympatia, jaką autor darzy te zwierzęta). Maurycy jest więc koci, ale wraz ze wzrostem inteligencji (a więc i refleksyjności – w końcu zaczyna coraz więcej myśleć, co przed przemianą nie zdarzało mu się nigdy) traci nieco z kotowatości. I nad tym ubolewa. Bo nie może już bezmyślnie pożreć każdego, kto mu się sprzeciwia. Co gorsza, pojawiają się u niego przejawy bohaterskiego wręcz altruizmu, co przecież nie przystoi prawdziwemu kotu. Z jednej strony to zabawne, ale z drugiej mocno wzruszające.

Jak już pisałam, „Zadziwiający Maurycy...” mnie rozczarował. Nie oznacza to jednak, że jest książką złą – raczej średnią dla autora, czyli i tak całkiem dobrą. I zdecydowanie warta przeczytania. Zwłaszcza jeśli lubicie koty i/lub szczury. 

Tytuł: Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: The Amazing Maurice and his Educated Rodents

Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2011
Stron: 212

sobota, 10 stycznia 2015

Subiektywne prasowanie #31 - Nowa Fantastyka 01/2015

Za mną pierwszy tegoroczny numer Nowej Fantastyki. I jak kilka ostatnich prezentowało bardzo wysoki poziom (głównie myślę tu o opowiadaniach, bo publicystyka raczej nie zalicza spadków formy), tak najnowszy pod tym względem jakby trochę kuleje. Ale może od początku.

Jerzy Rzymowski we wstępniaku przybliża czytelnikom noworoczne plany i uprawia autopromocję. Czego nie mam mu za złe, bo sama odnoszę wrażenie, że większość popularnonaukowych artykułów publikowanych w NF jest na znacznie wyższym poziomie niż te z choćby „Focusa” (a właśnie poziomu publikacji autopromocja dotyczy). Choć może „unikanie awanturnictwa” o którym wspomina, przybiera trochę zbyt skrajne formy.

W styczniu wrócił z felietonem Marcin Wielgosz. Przybliża czytelnikom lądowanie sondy na komecie, bo jakkolwiek fakt ten był w mediach komentowany (choć nieco przyćmiony przez sempiternę pewnej gwiazdy), to jego szczegóły komentowane nie były. A są dość istotne, bo nie obyło się bez problemów. 

Na okładce hobbit, czyli temat z okładki - artykuł „O pochodzeniu hobbitów” cz. 1. Tytuł trochę mylący, bo tu akurat o hobbitach autor (jeszcze?) nie wspomniał, natomiast szeroko i nawet zajmująco, rozpisał się o literackich inspiracjach Tolkiena. Do tematu nawiązuje też kolejny artykuł - „Wojna o hobbita” Bartłomieja Urbańskiego – ale z fantastyką nie ma nic wspólnego. Autor pisze w nim o naukowych kontrowersjach i sporach narosłych wokół całkiem prawdziwego „hobbita”, czyli Homo floresiensis. Mój ulubiony artykuł numeru.

Dalej mamy długi rys o Warrenie Ellisie. Którego nie potrafię ocenić, bo komiksem interesuję się miernie, ale przynajmniej czytało się to miło. Co innego kolejny artykuł. Mówi głównie o projekcie „Endgame” (i to w sposób krytyczny, acz zrównoważony), ale zahacza też o inne projekty z motywem nagrody do zgarnięcia dla wnikliwego czytelnika. Ciekawy temat.

Z lamusa wyglądają w tym numerze zbiorowe napady tańca, zaskakująco powszechne w średniowieczu, jak się okazuje. A książka miesiąca zostaje „Świat Lodu i Ognia” (prześlicznie wydany podobno, muszę go kiedyś obejrzeć).

Od felietonów w styczniowym numerze aż gęsto. Maciej Parowski rozpoczął kolejny tryptyk(?), tym razem o historii pisma (tzn. Nowej Fantastyki). Rafał Kosik dworuje sobie z reguł i ich nadmiernego przestrzegania, ale jakoś nie podzielam jego poczucia humoru. Powrócił też Peter Watts, z felietonem dwukrotnie dłuższym niż zwykle. Jest to ładna analiza porównawcza dwóch ekranizacji „Solaris” Lema. Pewnie bardziej by mi się spodobała, gdybym widziała którykolwiek z filmów (albo choć przeczytała książkę). A Robert Ziębiński pisze tym razem o duchach, choć dygresji w tekście co niemiara. Łukasz Orbitowski zaś przedstawia ciekawą interpretację nagradzanego „Babadooka”.

Jest jeszcze jeden felieton. Wraz ze styczniem bowiem rusza nowy projekt NF, czyli „Nowe perspektywy”. W skrócie, celem jest zebranie tekstów nietuzinkowych, a jednocześnie znaczących, takich na miarę antologii SF z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Jedno z projektowych opowiadań można przeczytać już w tym numerze.

„Tasiemiec.S01.Complete.480p.WEB-DL.x264-NIHIL” Piotra Mirskiego, bo to on jest tym projektowym tekstem, wypada... rozczarowująco. Redakcja zachwala go jako kontrowersyjny, a jednocześnie inteligentny, ale dla mnie był po prostu niezmiernie nudny. Owszem, kilka autoironicznych elementów wypadło ciekawie, ale to trochę za mało, żeby nazwać tekst kontrowersyjnym. A reszta? Nihilizm i autodestrukcyjne (realizowane, a jakże, za pomocą używek, seksu i przemocy) zapędy kolejnego młodego pokolenia są tematem już tak wyeksploatowanym w mainstreamie, że dorzucenie do tego odrobiny groteskowego realizmu magicznego (ze szczyptą gore) to zdecydowanie za mało, aby uczynić podejście do tematu świeżym.

Kolejne dwa polskie teksty są raczej przeciętniakami. „Dybuk” Piotra Nesterowicza, traktujący o sytuacji podlaskiej zubożałej szlachty i Żydów w XIX wieku właściwie nie przechodzi testu brzytwą Lema. Ale jest przy tym nienagannie napisany, więc przyjemnie się go czytało (choć historia do przyjemnych nie należy). Krótki „Sidlarz” Piotra Kenca podobał mi się najbardziej w numerze. Ot, wycinek z zycia losowego członka plemienia z jakiegoś neverlandu stylizowanego na wczesnosłowiański. Historia dość klasyczna, ale świat bardzo interesujący.

Dział prozy zagranicznej również zawiera trzy pozycje. „Lato Tongtong” Xia Jia to historia kameralna i grająca na emocjach (i, moim zdaniem, znacznie lepsza niż poprzednie opowiadanie autorki prezentowane w NF). Redakcja zwraca uwagę na ciekawą wizję robotyki, dla mnie ważniejszy był inny przekaz – że starsi ludzie wciąż mogą być przydatni, a nowe technologie mogą ich zmienić ze społecznego ciężaru w najbardziej produktywnych społeczników (jakby mnie kto pytał, to tekst idealnie nadaje się do walki z ageyzmem, czyli wykluczeniem ludzi starszych). „Piąty smok” Iana McDonalda to również ciekawy i świetnie napisany tekst, tylko że bardziej obyczajowy niż fantastyczny – kolonizacja księżyca jest tu tylko pretekstem do ukazania relacji dwóch kobiet. „Nienarodzonego boga” Stephena Case'a uważam za najsłabszy z tej trójki, choć to nie znaczy, że kiepski. Takie dość klasyczne fantasy z uczniem czarnoksiężnika, które jednak nie porwało mojego serca. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...