wtorek, 28 lipca 2015

"Okup krwi" Marcin Jamiołkowski

Z polskim urban fantasy mam pewien problem. Z jednej strony jest to podgatunek dość często przez rodzimych autorów wybierany (oni generalnie lubią sytuacje, w których magia okazuje się ukrytym elementem znanego świata), z drugiej, niestety, rzadko mnie porywa. Z zagranicznymi nie mam tego problemu – czego nie przeczytam, to strzał może niekoniecznie w dziesiątkę, ale zawsze jednak bliżej środka niż krawędzi tarczy. Do „Okupu krwi” tez podchodziłam bez oczekiwań, choć z pewna taką ciekawością. I powiem wam, że bardzo miło mnie zaskoczył.

Herbert siedział sobie spokojnie w swojej pracowni, kiedy pewien jegomość w bardzo elegancki sposób złożył mu propozycję nie do odrzucenia – albo dostarczy na miejsce powierzoną przesyłkę, albo… no cóż, niech za koniec zdania posłuży ucho jego dziewczyny, dołączone do przesyłki. Nie jest to jednak początek thrillera, Herbert jest bowiem magiem, a i paczka, i groźba, i jegomość również śmierdzą magią na kilometr. Cała intryga, w którą naszego krawca hobbystę wplątano, również jest magiczna. Czy Herbert wyjdzie z niej cało?

Powiem wam, że niespodziewanie wciągnęła mnie ta opowieść. Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się dlaczego. Czym „Okup krwi” różni się od innych powieści? Napisany jest bardzo sprawnie, ale przecież nie on jeden. Doszłam do wniosku, że chodzi o Warszawę. Bo widzicie, autor nie próbuje nam wmówić, że to miasto, jakiego nie znamy, że ono tylko udaje przyjazne i znajome, żeby w chwili nieuwagi wciągnąć nas w ciemny zaułek i pożreć. Nie próbuje budować atmosfery zagrożenia. Warszawa, którą przemierza Herbert to taka sama Warszawa, jaką oglądamy codziennie z okna czy w telewizorze. To ludzie są niezwykli. Ludzie, którzy potrafią zmusić uliczne latarnie do uprawiania szermierki. Ludzie, którzy w nieużywanych podziemiach szpitala oddają cześć mitycznym jaszczurom. Wreszcie ludzie, którzy oszaleli z żądzy władzy.

I to jest właśnie to, co jak dotąd różniło polskie urban fantasy od zagranicznego i co mi zgrzytało. Bohater przemierzający ulice polskiego miasta albo wypatrywał zagrożenia, albo sam mógł za nie uchodzić. Był intruzem we własnym mieście. Nie znał go, bądź na jego oczach stawało się obce. Bohater amerykański czy angielski w mieście czuje się najczęściej jak u siebie, to jego teren (a jeśli nie jego, to przynajmniej neutralny, nie bardziej straszny czy obcy niż każdy inny). I taki właśnie jest Herbert. Magia go nie przerażą, Warszawa go nie przeraża, zagrożeniem są tylko źli ludzie. I dlatego Herbert może stanąć w jednym szeregu z panem Dresdenem czy Grantem.

Ale pan Kruk to w ogóle fajny chłopak jest, bardzo do Dresdena, którego uwielbiam, podobny. Taki facet z sąsiedztwa, miły, sympatyczny, z poczuciem humory, ale jak potrzeba przyciśnie, to bez wahania (no, powiedzmy) ruszy ratować ukochaną. Ale nie tylko główny bohater się Jamiołowskiemu udał, bo i postacie drugoplanowe ciekawie wyszły. Herbert bowiem swoją zagrożoną dziewicę ratuje przy pomocy baby z jajami. Mogłabym tu narzekać, że Anna trochę za bardzo męska w postępowaniu jest, ale byłoby to niesprawiedliwe czepianie się. Mamy tu po prostu silna kobietę, która jest nie tylko wyskakującym jak bóstwo z maszyny wsparciem głównego bohatera, ale postacią z krwi i kości – oprócz gnata pod kurtką ma też swoje słabości, no i uczucia ma, co chłopczycom zdarza się rzadko. Lubię ją, mam nadzieję, że jednak zachowa licencję prywatnego detektywa. No i jest jeszcze Wyga, jako dopełnienie magicznej trójki. Na razie niewiele można o nim powiedzieć, ale jest potencjał i mam nadzieję, że autor w przyszłości go wykorzysta.

Wspominałam wcześniej o tym, że powieść jest sprawnie napisana. Powiem szczerze, że dawno nie czytałam tak sprawnie napisanego polskiego debiutu (pan wybaczy, panie Wróbel, ale stoisz pan jednak o kilka schodków niżej). Jamiołkowski styl ma może niezbyt charakterystyczny, bon mocikami nie rzuca, za to świetnie prowadzi akcję i doskonale rozkłada akcenty narracyjne. Poza tym lubi sobie nawiązać do tego czy owego utworu (pop)kultury, co wychodzi bardziej naturalnie, niż możnaby oczekiwać. A do tego potrafi w materię żywego (i znajomego) miasta wpleść zarówno legendy, jak i miejskie opowieści, i jeszcze rozegra spektakularną bitwę magiczną.

Powiem wam, że zaczynając tę książkę nie przypuszczałam, że na kontynuację przyjdzie mi czekać z utęsknieniem. A jednak. Ostatnio ta sztuczka udała się jedynie Wegnerowi (i to jest ten moment, kiedy zaczęłam się zastanawiać, czy Jamiołkowski umiałby napisać epickie fantasy…). No więc czekam. I zastanawiam się, o czym Kruk z Dresdenem mogliby pogadać przy piwie – myślę, że bez problemu by się dogadali.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.

Tytuł: Okup krwi
Autor: Marcin Jamiołkowski

Cykl: Herbert Kruk
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2014
Stron: 210

piątek, 24 lipca 2015

Zmyślenia #22: Zagranico to majo lepsze, czyli wpisu o okładkach część pierwsza

Ten wpis chodził mi po głowie od dłuższego czasu, ale właściwie to dopiero notka joly_fh skłoniła mnie do bardziej zdecydowanych działań. Bo wiecie, można sobie mówić o tym, że to treść jest najważniejsza, a okładka to taki tam tylko dodatek bez większego znaczenia. I może jest w tym trochę prawdy, ale cóż, jestem estetką. Lubię piękne przedmioty - a papierowa książka jest niewątpliwie przedmiotem. I zważywszy na to, jak wiele ich posiadam, wolałabym, żeby były ładne. Niestety, nie zawsze wydawcy robią zadość moim zachciankom. Czasem bywa to szczególnie bolesne, kiedy człowiek zachwyci się zagraniczną okładką i liczy na dołączenie jej do własnych zbiorów pod polskim tytułem. A tu wydawnictwo robi psikusa i dostarcza produkt niewątpliwie polski, za to wątpliwie urodziwy.

Postanowiłam pokazać wam kilka przypadków, w których psikus ten był dla mnie osobiście szczególnie paskudny.

1. "Języki węży" Naomi Novik
Przyznaję, nie jest to może najgorsza okładka w serii ("Próba złota" moim zdaniem bije ją na głowę), ale wypada zdecydowanie najgorzej w porównaniu z oryginałem. Rebis bowiem wydał cztery pierwsze tomy z okładkami oryginalnymi, w których zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Stylistyka piątego tomu w wydaniu oryginalnym znacząco różniła się od poprzednich, więc polski wydawca zakombinował coś, co nie odstawało za bardzo od reszty i nawet dobrze wyszło. Oryginalne wydanie "Języków węży" znowu miało na okładce ilustrację w stylu takim, jak początek serii, ale z jakichś powodów polski wydawca nie uznał za konieczne nabycia tejże okładki. Zaproponował za to coś, co widać na obrazku po lewej, a co, nie chwaląc się, byłabym w stanie sprokurować w dziesięć minut, lewą ręką. Ale nigdy bym się pod tym nie podpisała, bo wstyd... Cóż, przynajmniej piasek w tle się zgadza.

2. "Rzeki Londynu" Ben Aaronovitch
W tym przypadku w narzekaniach nie jestem osamotniona. Okładka angielska jest nietypowa, intrygujące i z pomysłem. Polska okładka... no cóż, po prostu jest (na obrazku widzicie czerwony tytuł, ale w rzeczywistości to srebrny napis). Nawet nie jest szczególnie brzydka, tylko boleśnie bezpłciowa. Na forum Maga uzasadniono decyzję co do szaty graficznej serii tym, że miała ona przyciągnąć czytelników spoza fandomu, sugerując kryminalną zawartość, poniekąd zgodnie z prawdą. Szczerze mówiąc, nie przekonuje mnie to wytłumaczenie. Raz, że moim zdaniem oryginał zdecydowanie bardziej przyciąga wzrok, a dwa... no, miłośnik kryminału złapany na taki fantastyczny haczyk poczuje się raczej oszukany niż zaintrygowany. Przynajmniej ja bym się tak poczuła, gdyby ktoś obiecał mi fantasy, a sprzedał kryminał.
3. "Serafina" Rahel Hartman
Tu może trochę przesadzam - polska okładka jeszcze nie jest taka najgorsza (przeszukując internet w poszukiwaniu ilustracji natrafiłam na twór z lewitującym w tle okiem Saurona i od razu wytwór rodzimych grafików wydał mi się piękniejszy). Ale ten posąg smoka (tak, za tło polskiej okładki robi podpimpowany w Photoshopie pomnik smoka ze Smoczego Mostu w Ljubljanie) widziałam już na tylu rożnych okładkach i w tylu różnych odsłonach, że kiedy widzę go znowu, mam ochotę krzyczeć. Za to okładka pierwszego wydania amerykańskiego jest bardzo interesująca. Stylizowana na drzeworyt, jeśli mnie moje kaprawe oko nie myli i dość oryginalna (choć podobna do australijskich okładek Novik). Szkoda, ze nie zobaczyliśmy jej na polskiej wersji ksiązki.

4. "Podniebna wojna" Adrian Tchaikovsky
Znowu Rebis, z podobnym jak poprzednio problemem. Widzicie, "Podniebna wojna" to ósmy tom cyklu. Jako iż "Cienie Pojętnych" to cykl w skład którego wchodzą trzy podcykle, każdy z nich miał okładki w innej, ale tworzącej jakąś tam spójną całość stylistyce. Oprócz "Podniebnej wojny". Nie wiem, co stanęło za wykorzystaniem tego generowanego w programie 3D potworka na okładce; wydawca się zagapił i nie zdążył kupić oryginalnej grafiki? Grafik chciał za dużo? Ktoś pod nieobecność osoby decyzyjnej postanowił błysnąć pomysłem i przyoszczędzić na szacie graficznej? Możliwości jest wiele, ale żadna nie wydaje mi się usprawiedliwieniem. Pół biedy, gdyby okładka była tylko niepasująca do pozostałych. Ona jest po prostu paskudna. Na szczęście grzbiety wszystkich części są jednolicie czarne, brzydka siostra na półce się nie wyróżnia.

5. "Mroczne materie" Philip Pullman
Żeby była jasność - okładki osobnych wydań poszczególnych tomów tej trylogii uważam za wielce udane (poza tym nie są to okładki polskie, zaimportowano je zza oceanu). Natomiast okładka omnibusa... cóż, możnaby jej używać jako ilustracji przysłowia "pójść po linii najmniejszego oporu". Albo grafik w wydawnictwie nie miał pomysłu na estetyczny kolaż z zakupionych wcześniej grafik, albo ktoś zażądał od niego okładki na wczoraj, koniecznie, estetyka nie ważna, bo musimy jak najszybciej wydać. W każdym razie ani to ładne, ani fajne, ani wzroku nie przyciąga. A ja mam to na półce. Bo nie było innego wyjścia. Podczas gdy zagranico omnibus ma sporo bardzo ciekawych okładek. Jak choćby ta na obrazku.

Nie są to oczywiście wszystkie koszmarki, jakie przychodzą mi do głowy, ale starałam się wybierać te, które z jednej strony szczególnie ranią moje kolekcjonerskie serduszko (i oczy), a z drugiej stanowią jak największy kontrast w porównaniu z oryginałem. Oczywiście kontrast z oryginałem może być również na korzyść rodzimej produkcji. Ale o tym już w następnej notce.

wtorek, 21 lipca 2015

Zmyślenia #21: Z okazji Dnia Świnki Morskiej

Dziś 21 lipca, czyli Dzień Świnki Morskiej. Normalnie pewnie doczekalibyście się tylko odpowiedniego statusu na fanpejdżu, ze stosownym zdjęciem. No ale data wypadła w dzień notkowy na blogu, więc miałabym wyrzuty sumienia wobec moich świnkopanien. Bo jak to, kota nie masz, a notki z okazji Dnia Kota były, za to świnki masz, a notki im żałujesz? No sami widzicie, nie miałam wyjścia.

Nawet Imperium lubi świnki morskie.
Jedno ze zdjęć wykonanych w ramach akcji promującej
adopcję zwierząt na zlecenie tej fundacji.
Zwykle z okazji dnia czegoś tam przygotowuję notkę o moich najulubieńszych czymś tam w popkulturze. I tu następuje pewna konsternacja – niestety, popkultura z jakiegoś powodu traktuje świnki morskie bardzo po macoszemu. To bardzo niesprawiedliwe, bo przecież inne gryzonie dostają swoje książki, filmy lub seriale. Mamy niesamowite i uniwersalne „Wodnikowe Wgórze” o epickiej wyprawie królików (tak, wiem, że króliki to nie gryzonie, ale popularnością dorównują świnkom i status w świadomości społecznej mają podobny), szczurom całą powieść ze Świata Dysku poświęcił Pratchett (że już nie wspomnę o bardzo sympatycznej disnejowskiej animacji), chomik dostał cały serial anime… No a myszy to już w ogóle rządzą – w latach dziewięćdziesiątych były z Marsa i jeździły na motorach, a od roku dwutysięcznego regularnie pojawiają się w przeróżnych animacjach kinowych, że już o regularnie sprawiającym łomot kotu Jerrym nie wspomnę. Czyli wszystkie popularnie zwierzaki domowe karierę w popkulturze robią, a świnki…

…A świnki dostały tylko „Załogę G”. Która jest filmem tak kiepskim, że na ten moment wolałabym sobie wydrapać oczy, niż obejrzeć go jeszcze raz. I jest to trochę dziwne, bo inne gryzonie dostają role, choćby epizodyczne, znacznie częściej (chomik w „Piorunie” chociażby). Może głównym problemem jest PR, jaki mają świnki morskie? Wiecie, opinie jakie zwykle o nich krążą mówią o gryzoniu niezbyt bystrym, kompletnie pozbawionym charakteru, niezbyt ciekawym, mówiąc ogólnie. Tymczasem świnki morskie są na tyle inteligentne, że mogą reagować na imię a nawet uczyć się wykonywania prostych sztuczek. Poza tym uwielbiają głaskanie i przywiązują się do właściciela (no, moje bardziej przywiązały się do torby z karmą, ale pracuję nad tym), a charakteru mógłby im pozazdrościć niejeden pies.

Zdjęcie pożyczone stąd. Mam nadzieję, że autorka się nie obrazi.
Drugą przyczyną może być fakt, że świnki morskie w naszym klimacie nie występują na wolności. Dużo łatwiej jest europejczykowi pisać o znanych sobie królikach lub szczurach, które – zwłaszcza, jeśli pochodzi ze wsi - mógł nawet obserwować na żywo, niż o gryzoniach zza morza, których zwyczajów najprawdopodobniej nie zna. Więc taki na przykład quest w poszukiwaniu nowego miejsca do życia napisać trudniej. Trudniej też świńskich bohaterów wysłać w teren, bo do naszych terenowych warunków są raczej nieprzystosowani. Ciekawi mnie za to, czy w literaturze południowoamerykańskiej świnki mają się lepiej. Może niekoniecznie oczekiwałabym dzieła na miarę „Wodnikowego Wzgórza”, ale chociaż częstszej obecności w literaturze dziecięcej (pobieżny risercz wykazał, że w takich na przykład anglosaskich książkach dla najmłodszych pojawiają się całkiem często. A przynajmniej dużo częściej niż u nas). Jeśli ktoś dysponuje materiałem porównawczym, to niech się podzieli.

Co do polskich książeczek dla dzieci, to znalazłam jedną ze świnkami w roli głównej. Dość zaskakującą, bo rok wydania to 1968. Chodzi o „Wyprawę nad morze” Ludwika Górskiego. Jednak nie cieszcie się, bo „Wyprawa nad morze” najwyraźniej nigdy nie była wznawiana (a sądząc po zdjęciach, jakoś szczególnie nie odstaje wizualnie od współczesnych książek), więc zdobycie jej graniczy z cudem. Recenzję książeczki przeczytacie na tym blogu.

No i szkoda mi tych biednych, pomijanych przez popkulturę zwierząt. Łudzę się, że moje informacje są po prostu niekompletne. Znacie jakieś popkulturowe świnki? Podzielcie się.:)
___________
A teraz małe post scriptum. Z okazji Dnia Świnki Morskiej chciałabym przypomnieć, że istnieje organizacja pomagająca tym zwierzątkom, takim, które nie miały w życiu zbyt wiele szczęścia. To Stowarzyszenie Pomocy Świnkom Morskim. Czasem opiekunowie nie mogą się już zajmować ulubieńcami i sami zwracają się do Stoważyszenia o pomoc w znalezieniu dobrego domu. Jednak wiele bezdomnych świnek zostało porzuconych w lecznicach, śmietnikach, na klatkach schodowych lub zwyczajnie w parkach. Trafiają się też podopieczni z laboratoriów czy z likwidowanych pseudohodowli. Więc jeżeli zastanawiacie się nad zaświnieniem mieszkania, może warto rozważyć adopcję? Zwłaszcza że świnka z SPŚM jest zdrowa, przebadana i oswojona, co rzadko można powiedzieć o zwierzakach sklepowych. Jeśli nie możecie sobie pozwolić na zwierzaka w domu, istnieją jeszcze inne formy pomocy (więcej na stronie SPŚM). Może uratujecie jakieś małe, świńskie życie.



piątek, 17 lipca 2015

"Ciemny Eden" Chris Beckett

Czego oczekiwałam, kiedy zaczynałam czytać „Ciemny Eden”? Szczerze mówiąc, sama nie wiedziałam. Znałam blurb, mniej więcej wiedziałam, jakiej treści mogę się spodziewać i że chyba będzie dobra, bo powieść była nagradzana dość hojnie. I w sumie dostałam to, czego mogłabym oczekiwać, gdybym czegokolwiek oczekiwała. Ale dostałam też coś innego. I nie do końca wiem, co.

Eden to planetar, czyli planeta bez gwiazdy (choć jego mieszkańcy z pewnością nie użyliby tego określenia). Mieszka na niej pięćset trzydziestu dwóch ludzi. Wiedzą, że nie należą do tego ciemnego świata – wiele lat temu ich przodkowie przybyli z jasnej Ziemi i kiedyś z pewnością Ziemia po nich przyleci. Dlatego ciągle zamieszkują tę samą dolinę. Niestety, coraz trudniej się w niej wyżywić. Młody John Czerwoniuch widzi to i z zapalczywością oraz zadufaniem właściwym młodzieży, postanawia działać. Jego działania odmienią oblicze Edenu.

Zanim przejdę do rzeczy istotniejszych, pozachwycam się trochę ekosystemem odmalowanym przez Becketta. Widzicie, może jestem trochę skrzywiona, ale we wszystkich fantastycznych opowieściach najbardziej fascynujący jest dla mnie świat przedstawiony – a konkretnie flora i fauna (ta rozumna też), która go zamieszkuje. Fantasy niestety w tym względzie pozostaje bardzo zachowawcza – daje nam tylko to, co już znamy, dorzucając od czasu do czasu smoka czy trolla. Z science fiction jest trochę lepiej, ale też trudno trafić na naprawdę porywającą wizję. Ale Eden… Eden to kwintesencja fascynującego świata.

Wełniaka niektórzy z was już widzieli na fanpejdżu bloga.:)
Planetar to z założenia miejsce zupełnie różne od Ziemi. Na Edenie nie ma słońca, wszelkie ciepło pochodzi z jego wnętrza, tajemniczych Podziemi. Tak samo jest z życiem, które mimo że wychynęło na powierzchnię, jest z Podziemiem w niejasny sposób powiązane. Fakt, że nie ma gwiazdy, nie oznacza jednak, że na Edenie nie ma świateł – właściwości bioluminescencyjne ma tam chyba każda roślina i większość zwierząt. Z rozkoszą wyobrażałam sobie świecące lasy, przemierzane przez niesamowite, różnorodne zwierzęta. Niewielu autorom udało się stworzyć tak dopracowane ekosystemy – widać, że Beckett bardzo chciał pokazać nie tylko wydarzenia i osoby dramatu, ale też misternie splecioną scenografię. Bo scenografia jest tu równie ważnym aktorem, jak ludzie.

Oczywiście już po samym tytule książki widać, że autor do czegoś nawiązuje. Do Biblii na przykład, a konkretnie do Księgi Rodzaju (tak, to jest ten akapit, w którym stwierdzam oczywistości). Już sama nazwa planety budzi skojarzenia – w kontekście późniejszych wydarzeń zastanawiam się, czy to założyciele kolonii byli tak ironiczni (tudzież optymistycznie naiwni), czy też ktoś wymyślił tę nazwę już wcześniej. Ale to nieistotne. Poza miejscem nawiązują też osoby, albowiem cała populacja Edenu wywodzi się od jednej pary założycielskiej. Tyle że tu autor poszedł jednak inną ścieżką niż Księga Rodzaju – dużo bardziej konkretną i naturalistyczną, bo w pełnej krasie pokazał czytelnikom, czym może się kończyć chów krewniaczy.

Nocarze są zasadniczo czarne, ale nie chciało
mi się kombinować na prostym szkicu.;)
Naturalistyczny sposób prezentowania rzeczywistości jest zresztą fundamentem budowania spójności świata przedstawionego. Bohaterowie Becketta żyją jak ludy pierwotne. Mają oczywiście swoje tabu, ale są one nieco inne niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. I tak seks jest dla nich równie naturalny jak jedzenie, więc mniej więcej z takim samym zaangażowaniem o nim rozmawiają (a sporo tam tego seksu – ostrzegam, w razie gdyby ktoś nie lubił. Tyle że, jak starałam się powiedzieć, kompletnie oderotycznionego). Mówią też specyficznym językiem i tu brawa należą się zarówno autorowi, jak i tłumaczowi. Autorowi za to, że postarał się odtworzyć (stworzyć?) język… bo ja wiem, grup pierwotnych chyba (a żeby zaprezentować go w pełnej krasie, mamy narrację pierwszoosobową, choć z różnych punktów widzenia). Słownictwo bohaterów jest ubogie (znają bardzo niewiele przymiotników, więc intensywność danego zjawiska podkreślają powtórzeniami), ale zarazem kreatywne (jak w przypadku zajęczej wargi – ziemska nazwa się nie przyjęła, bo na Edenie nie ma zajęcy. Za to są nietoperze o rozszczepionych pyszczkach, dlatego tę wadę nazwano nietopyskiem), inne od tego, którego spodziewamy się w powieściach. Dla tłumacza osobne barwa za to, że te wszystkie neologizmy tak zgrabnie przełożył. Nie wiem, czy tłumaczenie „Ciemnego Edenu” zalicza się do tych pięknych, czy do tych wiernych, ale na pewno do tych trudnych. Jako czytelniczka jestem zadowolona z efektu.

I na koniec lampart leśny.
Może trochę o bohaterach, bo krążę i krążę wokół nich, a nic konkretnego nie napisałam. Ponieważ autor pokazuje nam świat oczami różnych postaci, to i każdego bohatera widzimy z różnych perspektyw. Taki John Czerwoniuch na przykład. Siebie uważa za przywódcę i wizjonera – kogoś, kto poprowadzi nową grupę w nieznane, kto lubi podejmować decyzje i w głębi duszy uważa się za stworzonego do rzeczy wielkich. Ale już w oczach innych wygląda nieco inaczej. Owszem, szanują jego upór i osiągnięcia, ale irytuje ich wieczne dążenie do zmian i egoizm Johna, którego sam zainteresowany zdaje się nie dostrzegać. Obok Johna główną postacią jest Tina Kolczak. I tu podziwiam autora (znowu), bo w pierwotnej społeczności łowiecko-zbierackiej potrafił zbudować wiarygodna i interesującą postać kobiecą, która dodatkowo nie jest w wieku podeszłym (nie żebym miała coś do starszych kobiet w literaturze, ale wiecie, zwykle jedyna wypowiadająca się w plemieniu kobieta to szamanka/wiedźma. Reszta jest neutralnym, niemym tłem). Poza tym jest jeszcze Gerry, który pragnie, żeby wszyscy go lubili oraz lekko nawiedzony Jeff. Czyli przywódca-paladyn, wspierająca postać żeńska, dobry przyjaciel i kapłan nowych idei. Drużyna nowoczesnego fantasy questa, wełniak ich mać. 


Poruszyłam tu tylko kilka zagadnień, o których można wspomnieć w kontekście „Ciemnego Edenu” (bo można jeszcze o dynamice zamkniętych grup, o konfliktach, rozwoju idei i wynalazków, zmian w makro i mikroskali, pewnej ramie fabularnej, której nie chcę zdradzać, bo spoilery, niedopowiedzianej historii początków…), ale pora robi się późna, a notka i tak zbyt długa, więc może w tym miejscu zakończę. Jeśli poszukujecie powiewu świeżości i niezapomnianych widoków, czytajcie „Ciemny Eden”. Wtedy sami odkryjecie wszystkie jego warstwy.

Tytuł: Ciemny Eden
Autor: Chris Beckett
Tytuł oryginalny: Dark Eden
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2014
Stron: 336

wtorek, 14 lipca 2015

Nieregularny Karnawał Blogowy #11

 Od ostatniego karnawału minęło trochę czasu, bom się rozleniwiła i nie chciało mi się zbierać linków. A potem był okres posuchy, więc ten tego, karnawał dopiero dziś. Indżojcie.


Aha analizuje różne tłumaczenia jednej z moich ulubionych disneyowskich piosenek.^^ Wbrew pozorom, taka analiza to bardzo pouczająca lektura.

Ninedin pisze o silnych kobietach w greckiej mitologii. A wiadomo, że jak Ninedin pisze, to będzie warte polecenia.

Z tramwajowych wojaży dookoła świata tym razem polecam wycieczkę do Chin.

Pyza pisze o najczęstszych problemach z konstrukcją bohaterek. Poczytajcie, zwłaszcza jeśli sami piszecie.

Pisałam o tym notkę z pozycji nieufnego czytelnika, teraz o ustawie wypowiada się ktoś pracujący w wydawnictwie.

Kilka ciekawostek o "Powrocie do przyszłości" - bo to fajny film jest.:)

Tutaj temat zaangażowany społecznie, notka o delfinach w delfinariach.

Zwierz napisała ciekawą notkę o problemie uprzedmiatawiania mężczyzn w kinie, który jest dość nowy(ale nie aż tak), bo wcześniej dotyczył kobiet li tylko. A to wszystko w nawiązaniu do premiery "Magic Mike XXL".

Kruk napisał notkę. O podziałach gatunkowych fantasy. Tak mniej-więcej.

Kompletnie nie w temacie, Serenity o architekturze gotyckiej.

piątek, 10 lipca 2015

Film ostatnio widziałam #9 - "Minionki"

Już tak dawno nie pisałam o filmach, że część z was pewnie zapomniała, że mi się to czasem zdarza. Nadszedł jednak ten moment, kiedy mam ochotę podzielić się z wami wykwitami mojego mózgu na temat pewnej animacji. Nie jest to produkcja szczególnie porywająca (w sensie głębokości fabuły) czy obdarzona drugim, trzecim i dziesiątym dnem, ale mam ochotę o niej opowiedzieć. Przygotujcie się więc na fąfdziesiąty w blogosferze tekst o "Minionkach". Będzie to tekst z perspektywy osoby, która serię ogląda według chronologii wewnętrznej (czytaj: dwóch poprzednich części nie widziała. A właściwie jedną widziała, ale po „Minionkach”).

Fabuła filmu przedstawia całą historię minionków (to się powinno pisać z dużej czy z małej litery? Nazwa własna czy gatunkowa?) zanim trafiły do Gru. I to dosłownie całą, bo od momentu, kiedy jeszcze były jednokomórkowcami. Jednak jej główną osią jest służba u niejakiej Scarlet O’Haracz.

No i tak: nie jest to jeden z tych filmów, które chwytają za serce i budzą emocje (jak choćby „Król Lew” czy „Jak wytresować smoka”). To czysta komedia z akcją tak wartką, że widz nie ma okazji złapać oddechu. Zasypywanie gagami i żartami nie ustaje nawet na chwilę, a co gorsza, większość z nich jest trafiona. Ale osobiście poczułam się nieco przytłoczona faktem, że ciągle tyle się dzieje. Jestem widzem „leniwym”, lubię sobie chwilę odsapnąć, wyciszyć się między kolejnymi szalonymi scenami. Brak okazji do tego sprawia, że po seansie czuję się zmęczona. Tak było i w tym przypadku, ale nie narzekam. 

Mało w sieci fajnych gifów z najnowszymi minionkami. To dlatego, ze w USA premiera dopiero dzisiaj, więc tumblr nie zadziałał. Ale coś tam znalazłam.
„Minionki” to film z całkiem ciekawą koncepcją świata przedstawionego – mamy w nim mnóstwo superzłocyńców ( oni nawet własny konwent mają, który w polskiej wersji językowej jest nazywany targami), za to nie występuje ani jeden superbohater. I to jest właśnie takie nowe – dotąd animacje owszem, często bawiły się schematem superbhaterskim (który obejmuje też pojawienie się supervillaina) ale zawsze był to schemat właśnie superBOHATERSKI. Może i ten zły grał główne skrzypce, ale miał dobrego przeciwnika (jak w „Megamocnym” na przykład), równie ważnego dla rozwoju fabuły i tylko historia dla odmiany była opowiadana z innej perspektywy. W „Jak ukraść księżyc”, powiecie, też nie ma superbohatera. Tyle że akurat ten film (w ogóle kto wymyślił, żeby każdą część filmowego cyklu nazwać innym, nawet nie nawiązującym do reszty tytułem? Nie wydaje mi się to szczególnie udanym chwytem marketingowym) opiera się na schemacie przemiany zgorzkniałego faceta pod wpływem małych dziewczynek, a nie na walce dobra ze złem. Ta zła strona jest oczywiście w „Minionkach” przerysowana i przejaskrawiona, ale w tak uroczy sposób, że tylko przyklasnąć (złoczyńcy mają nawet własna telewizję – oczywiście tajną).

Chciałabym w tym miejscu napisać coś o postaciach, tyle że nie bardzo wiem, jak. Dizajn całej animacji nawiązuje oczywiście do poprzednich części (nie wiem, to jakaś niepisana umowa, że główni bohaterowie mają nosy tak szpiczaste, że można nimi wydziobać oko? Czy to po prostu znak, kto tu jest najważniejszy?), a rzecz dzieje się w późnych latach sześćdziesiątych, więc mniej więcej wiadomo, czego można się spodziewać (mnie osobiście urzekła koronacyjna suknia Scarlet, a scena wiązania gorsetu zdecydowanie zawiera żarty skierowane do rodziców, a nie do dzieci). Ale ostatecznie wszyscy bohaterowie są dość bezbarwni. Scarlet i jej mąż Herb zachwycają na ekranie, ale po wyjściu z kina trudno o nich powiedzieć coś konkretnego (poza tym, że są bardzo udanym małżeństwem). A minionki to minionki – charaktery mają określone przez jedną cechę, a poza tym są chodzącym elementem komicznym. Nie ma w tym nic złego, takie od początku było założenie dla tych postaci, ale sprawia, że nie mają głębi, za to mają ogromne pokłady uroczości. Co ciekawe, najbardziej zapadła mi w pamięć królowa angielska. Czy ona naprawdę miała takie wielkie zęby, czy to tylko wybujała wyobraźnia twórców? Nieważne, w każdym razie twarda babka z niej. Twardsza niż Scarlet, bo nie histeryzuje po porażce. 

BANANA!
Mogłabym jeszcze trochę pociągnąć tę chaotyczną notkę. Nie napisałam na przykład nic o dubbingu (bardzo dobry, porządnie zagrany i zgrabnie dobrany), o tłumaczeniu (nienajgorsze moim zdaniem) czy o muzyce (przyjemna, ale niewiele pamiętam ze ścieżki dźwiękowej. Muszę sobie powtórzyć). Nie wspomniałam też o licznych nawiązaniach, a to z tego powodu, że po jednym seansie zauważyłam ich pewnie z jedną czwartą (tylko kilka muzycznych). W każdym razie, w tym miejscu kończę. Niniejszym minionki dołączyły do grona postaci, które tak skutecznie ukradły film, że dostały własny. A wam radzę iść – bo to jednak bardzo fajna baja jest.

"Minionki" ("The Minions")
reż. Pierre Coffin, Kyle Balda
Uniwersal Pictures
2015

wtorek, 7 lipca 2015

Szósty Book Box: lipiec 2015

O co chodzi z Book Boxem, można przeczytać tutaj.

Odpuściłam sobie notkę o czerwcowym Book Boxie, bo szczerze mówiąc, w ofercie nie znalazłam niczego, co wydawałoby mi się warte choć rozważenia kupna. Kompletnie nie moje klimaty czytelnicze. Ale lipcowy to już zupełnie coś innego.

Tym razem jest dość różnorodnie, bo i książka o Latającym Cyrku Monty Pytona, i mniej zasłużony, ale lubiany Kabaret Ani Mru Mru, i kultowy w niektórych kręgach "Znaczy kapitan", i Krystyna Kofta, i trochę sensacji. Ale mnie oczywiście najbardziej interesuje fantastyka,której też sporo.:)

Gdybym miała coś kupić, to jedną z tych książek:

"Tysiąc jesieni Jakuba de Zoeta" David Mitchell
To jest poważny kandydat i najprawdopodobniej właśnie na niego się skuszę. Nie oszukujmy się, papierowe wydanie nie porywa (książka dość gruba, a tu mały format, miękka oprawa... choć grafika okładki bardzo ładna), a od dłuższego czasu rozważałam kupno. Byłoby to też moje pierwsze spotkanie z Mitchellem, bo ładnego wydania "Atlasu chmur" szczęśliwie nie mogę się doczekać (a na UW się nie załapałam). Gdyby okazało się udane, pewnie następny byłby "Widmopis". Ale to już w papierze.

"Mars" Rafał Kosik
Jeśli ktoś nie załapał się na dwudziestoczterogodzinną przecenę książek Powergraphu, to ma okazję nadrobić (oprócz Kosika jest też "Ektenia" i "Pies i klecha"). We wspomnianej promocji Kosika sobie odpuściłam, bo ciągle nie mogę się zdecydować, czy chcę papier, czy jednak ebooka, ale wydaje mi się, że warto wspomnieć o "Marsie". Z doświadczenia (zdobywanego na "Verticalu", ale zawsze jakiegoś doświadczenia) wiem, że "dorosły" Kosik to Kosik zupełnie inny (i IMO dużo lepszy) niż ten "młodzieżowy".

"Wszyscy na Zanzibarze" John Brunner
Wiadomo - Artefakty. Sama mam już tę pozycję w papierze (bo Artefakty to seria tak przepięknie wydana, że człowiek chce móc ją pomacać od czasu do czasu), ale jeśli ktoś nie ma dość regałów, to myślę, że powinien się zainteresować. Treść w końcu taka sama.;)

A pełna lista tytułów tutaj.

piątek, 3 lipca 2015

Stosik #69

W tym miesiącu stosik nie za duży, nie za mały, lecz w sam raz. No i oczywiście, same smakowitości. Na początek to, co posiada formę fizyczną.


Na samej górze jedyny fizyczny egzemplarz recenzencki w tym miesiącu, czyli "Mroczny tron" - kontynuacja "Tysiąca imion", których jeszcze nie czytałam, ale mam zamiar jako rozgrzewkę przed Wegnerem.;) Od Rebisu.

Kolejne trzy pozycje to zakupy. Na dwa przecudnej urody tomy Artefaktów napaliłam się jak szczerbaty na suchary od chwili, kiedy pierwszy raz zobaczyłam je na żywo. Ze startowej trójki interesowała mnie co prawda tylko "Trawa" i "Wszyscy na Zanzibarze", ale że interesują mnie jak dotąd wszystkie kolejne zapowiadane tomy, to chyba i "Trylogię ciągu" w końcu dokupię, niech będzie do kompletu... Pod nimi "Pieczęć robaka" ostatni tom "Cieni Pojętnych", bo przecież trzeba skompletować cykl.;)

A na dole przepiękna "Diuna", która nie jest moja, tylko Lubego. Ale doszłam do wniosku, że skoro taki piękny okaz pojawił się w domu, to trzeba się pochwalić.;)

Część wirtualna nabytków też raczej skromna:


"Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina" to egzemplarz recenzencki od Genius Creations. Zdążyłam go już przeczytać i zrecenzować (a niedługo mam nadzieję dostać w formie papierowej,więc pewnie się pochwalę przy okazji następnego stosu). Za to "Herosi" to efekt jednodniowej promocji na ebooki Powergraphu - wszystkie były za 10,99 zł, więc żal było nie skorzystać.;)

"Trawa" kusi mnie najbardziej. A Was?

wtorek, 30 czerwca 2015

"Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina" Jacek Wróbel

W polskiej fantastyce utarła się tradycja, że co poczytniejsze cykle wyrastają ze zbiorów opowiadań. Praktyczne to, w końcu debiutantowi łatwiej wyszlifować na początek kilka krótszych tekstów niż jeden długi, a i beta testy w czasopismach łatwiej robić. Ostatnio ta tradycja zamarła, głównie dlatego, że drastycznie spadła u nas liczba wydawanych debiutantów. Wydawnictwo Genius Creations stara się temu przeciwdziałać i to właśnie oni wydali zbiorek Jacka Wróbla pt. „Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina”.

Po prawdzie zbiorek nie jest stuprocentowym debiutem, bo dwa z dziewięciu opowiadań ukazywały się już w Nowej Fantastyce, a trzecie w Fantastyce wydaniu specjalnym, ale to raczej mało istotny detal. Przejdźmy do rzeczy ważniejszych, czyli omówienia poszczególnych opowiadań (jeśli was to nie interesuje, możecie przeskoczyć dziewięć kolejnych akapitów), a na koniec dorzucę jeszcze kilka akapitów ogólnie o całości.

„Nie wszystko złoto, co się świeci” jest właśnie jednym z opowiadań publikowanych wcześniej w Nowej Fantastyce (ponad dwa lata temu) i co prawda w książce mamy do czynienia z jego nieco rozwiniętą wersją, ale moja ocena nie zmieniła się. Fabuła mówi o tym, jak to Mistrz Haxerlin został zmuszony okolicznościami (o konkretnym imieniu i nazwisku, dodajmy) do złapania pewnej nimfy. Postanowił to zrobić za pomocą farbowanego bohatera. I teraz tak: tekst jest sprawnie napisany i nawet jakiś swój urok ma, ale pomysł na niego nie należy do tych pierwszej świeżości (a żarty ze zniewieściałych mężczyzn są już od dawna nudne…). Krótko mówiąc, oceniłabym go jako poprawny, ale gdybym tylko po nim miała ocenić, czy czytam dalej, to nie byłabym do końca przekonana.

Na szczęście pierwszy tekst jest jednocześnie najsłabszym (choć do innych miewam zastrzeżenia, to literacko zawsze stoją przynajmniej o poziom wyżej). Kolejny „Monopolista” to raczej miniaturka, ale nie pozbawiona uroku. Autor dworuje sobie w niej z wielkich korporacji, stosujących nie zawsze uczciwe metody konkurencji. Acz przyznam, że pod koniec opowiadania spodziewałam się czegoś więcej – czytając ostatnią linijkę, byłam przeświadczona, że na następnej stronie znajdę ciąg dalszy. Być może to nie wina autora, bo pointa, którą zastosował jak najbardziej może tekst zamykać, ale jakiś niedosyt pozostał.

„Succi vitalis” osobiście uważam za jeden z najlepszych tekstów zbioru. Fabuła jest dość prosta – ot, w mieście, z którego Haxerlin musiał się bardzo szybko wydostać, ogłoszono kwarantannę. Próbując podstępem wymusić przepustkę farbowany mag wplątuje się w działania grupy wałczącej z tajemniczą epidemią. Kilka epidemii już w historii polskiej fantastyki mieliśmy, sama nawet znam jeden brawurowy przypadek zwalczania, więc pomysł na fabułę jakoś szczególnie innowacyjny nie jest. Jednak nie w tym tkwi jego siła – siła tkwi w postaciach (no i w poincie, ale nad nią nie będę się rozwodzić ze zrozumiałych względów). Moim faworytem jest młody zastępca burmistrza – bohater bardzo złożony; niby dojrzały, opanowany i odpowiedzialny, ale kryjący w sercu zadrę.

„Większe związanie Hatecrafta” wprowadza postać, która będzie towarzyszyła nam przez kilka kolejnych tekstów – chodzi o demona uwięzionego w ciele jedenastolatka. Pomysł moim zdaniem bardzo fajny i ciekawie wykonany, ze sporym potencjałem komicznym. A samo opowiadanie przestrzega przed pułapkami rodzicielskiej nadopiekuńczości.

„…aż po grób” to sztandarowy przykład problemu, jaki mam niektórymi opowiadaniami Wróbla. Pomysł wydaje się rewelacyjny, autor zastosował nietuzinkowe rozwiązania, udało mu się zaskoczyć czytelnika. Po czym najbardziej innowacyjne wątki są zamykane w sposób co najmniej rozczarowujący.

„Najcenniejszy skarb na świecie” niektórym czytelnikom jest już znany – również ukazał się kiedyś w Nowej Fantastyce. Jest to tekst bardzo pocieszny, czysto humorystyczny (w innych zdarza się autorowi trącić poważniejszą nutę), z bardzo ciekawym pomysłem i pointą przecudnej urody (może nie jakąś szczególnie innowacyjną, ale idealnie pasującą do całości). Możemy się z niego dowiedzieć, dlaczego należy ostrożnie podchodzić do znalezionych map skarbów.

„Śpiew przez łzy” to moje osobiste największe rozczarowanie tomu. Pomysł na pierwszy rzut oka jest świetny – Haxerlin spotyka barda, który jest jakiś taki cosik podejrzany. I choć przeczucia Mistrza okazują się trafne, to pointa tekstu jest bardzo niezadowalająca (o ile postawimy brawurową tezę, że w ogóle istnieje). A zapowiadało się tak pięknie…

Dla kontrastu „Grota Valdura” to moim zdaniem jeden z najlepszych tekstów w zbiorze (to dobrze, bo przedostatni – widać, że autor z opowiadania na opowiadanie coraz bardziej się rozwija). Jest to typowa parodia RPGowego questa, bardzo udana zresztą (nawet gobliny są). Niemniej, dla mnie jest to ostatecznie tekst bardzo smutny, bo tajemnica tytułowej groty nastraja do raczej ponurych przemyśleń.

„Totalna evangelizacja” to również bardzo dobre opowiadanie i może nie aż tak ponure w ostatecznym rozrachunku, ale za to zdecydowanie nie tylko do śmiechu. Autor porusza w nim temat fanatyzmu religijnego – robi to dość przewrotnie, ale moim zdaniem bardzo trafnie komentuje całe zjawisko. Mamy tu też jakiś wstęp do teologii i kosmologii uniwersum, zapowiadającej się bardzo ciekawie. Mam nadzieję, że temat w przyszłości powróci.

Opowiedziałam już o każdym utworze z osobna, czas na wszystkie razem, czyli kilka uwag ogólnych. Opowiadania w zbiorze mają być z założenia humorystyczne i powiem wam, że autor sobie trudny kawałek fantastyki wybrał. Ale skoro już wybrał, to postanowił wykorzystać każda możliwość rozbawienia widza. I jakkolwiek z większości tych prób wyszedł zwycięsko, to nie zawsze tak samo zwycięsko. W moim przypadku najmniej skuteczne były zabawne w założeniu sytuacje – część nie śmieszyła wcale, czasem wywoływały lekki uśmiech. Lepiej wypadały nawiązania do popkultury, choć niektóre nawet jak na mój odporny gust były zbyt bezpośrednie (na przykład te do Gwiezdnych Wojen). Za to pochwała należy się za zabawy językiem. W tej kwestii autor ma poczucie humoru podobne do Pratchetta – lubi rzucić celnym  bonmocikiem, co wychodzi mu bardzo dobrze. W warstwie humorystyczno-językowej właśnie to najbardziej mi się podobało.

A jak bohaterowie? Wszak to oni mają spajać tego typu zbiory opowiadań. Szczerze mówiąc, bohaterów jest dwóch. Jednym, głównym i najważniejszym, jest oczywiście sam Haxerlin. Przed lekturą zastanawiałam się, czy będzie podobny do innego polskiego farbowanego maga – Arivalda. Cóż, nie do końca. Pozwólcie, że sięgnę po nomenklaturę RPGową: Arivald był neutralny dobry, Haxerlin jest zdecydowanie chaotyczny dobry. Oszustwo jest jego sposobem na życie i nasz magik nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Z drugiej strony, stara się nie czynić nikomu krzywdy (także dlatego, że w tym biznesie to się bardzo często i wyjątkowo złośliwie mści). W ostatecznym rozrachunku mamy dość sympatycznego, zdroworozsądkowego osobnika, mimo że swoje za uszami ma.

Drugim bohaterem jest Bo’akh–Bonthuzel (zwany pieszczotliwie Thuzem), wspomniany już demon uwięziony w ciele dwunastolatka. Autor bardzo ładnie wykorzystał ten pomysł, kontrastując odruchy potężnego (acz obecnie pozbawionego mocy) demona z odruchami dziecka. Wygląda to bardzo pociesznie i powiem szczerze, że bardzo jestem zainteresowana, co też by z Thuza wyrosło (najprawdopodobniej psychopata, ale wierzę, że autor jest w stanie wznieść się ponad tak oczywiste rozwiązania). Poza tym Wróbel miewa świetne pomysły na postacie drugo- i trzecioplanowe. Niestety, nie rozwija ich, a szkoda. Mam nadzieję, że z niektórymi będę miała okazję jeszcze się spotkać.

Teraz czas na akapit poświęcony kwestiom feministycznym. Jak być może widać, jestem kobietą płci żeńskiej i lubię mieć jakąś bohaterkę do lubienia w książce, którą akurat czytam (nie musi być miła i puchata, może być wredną suczą). Polska fantastyka jest w tej kwestii wyjątkowo kulawa, więc bacznie się jej przyglądam. „Cudom i Dziwom…” też. I kiedy się tak człowiek przygląda pod tym kątem, to mu się robi bardzo smutno. Nawet nie jest tak, że Wróbel nie umie pisać kobiet, bo zdecydowanie widać, że umie. Tylko jakoś tak się dzieje, że wszystkie jego kobiety to postacie smutne/pokrzywdzone/skrzywione, albo wszystko na raz (a jak już któraś okazuje się nie pasować do żadnej kategorii, to ostatecznie też okazuje się nie być kobietą). Facetów to nie dotyczy – mamy pełną gamę charakterów i dróg życiowych. Trochę mnie uwiera ten dysonans (a jest to dysonans bardzo powszechny u nas, więc uwiera mnie tym bardziej). Panie Wróbel, jesteśmy w fantasylandzie, wyobraźni dodaj mi skrzydeł i te sprawy, naprawdę tak trudno napisać normalną, zadowoloną z życia babkę, której nie grozi straszny koniec? Przecież widać, że pan potrafi.

Czy polecam? Polecam. „Cuda i Dziwy…” to kawałek naprawdę relaksującej i bardzo przyzwoicie napisanej rozrywki, idealnej na lato. Może nie jest to debiut powalający, ale bardzo sympatyczny. Mam nadzieję, że autorowi nie zabraknie pary i pomysłów na rozwijanie Haxerlina, bo potencjał jest, i to jaki (a chodzą słuchy, że to nie będzie ostatnie spotkanie z Mistrzem Haxerlinem). I że rozwinie kilka wątków (na przykład teologiczny; jak zazwyczaj mnie irytują, tak tutaj czuję się zaintrygowana). Czekam z pewną taką niecierpliwością.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations

Tytuł: Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina
Autor: Jacek Wróbel
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2015
Stron: 375

piątek, 26 czerwca 2015

O tym, jak zaświniłam mieszkanie

Doszłam do tego momentu w swoim życiu, że zaczęło mi ogromnie brakować w domu futra. Bo w domu rodzinnym jakieś futro zawsze było - często raczej podwórkowe czy łańcuchowe, ale wystarczyło otworzyć drzwi i zawołać "kici, kici", żeby mieć kogo pogłaskać. Chciałam mieć kogo pogłaskać i "na swoim", a od niedawna warunki mi na to pozwalają. Poza tym Luby już dawno obiecał mi dowolnie wybrane zwierzę - miał to być jego wkład w budowanie naszego wspólnego domu.:) Zaczęły się poszukiwania.

Na początku myślałam oczywiście o kocie, bo u rodziców najwięcej było kotów i były od zawsze. Ale po zastanowieniu doszłam do wniosku, że chyba jednak na kota nie jestem gotowa. Nie mam do zwierzęcia na tyle zaufania, żeby puścić je luzem po mieszkaniu pod moją nieobecność. Poza tym, jak niektórzy może zauważyli, czasem zajmuję się handmadem i mam mnóstwo specyfików do niego w biurku, często w szklanych butelkach. A moje biurko ma otwarte półki, nie szafki, więc zwierze tak aktywne jak kot mogłoby łatwo taką butelkę ściągnąć pod moją nieobecność... Tak więc na razie kot odpada.

Pozostało mi przejrzeć zwierzęta "klatkowe". Na początku faworytem był szczur, ale jednasz szczur i książki to nie jest najlepsze połączenie (poza tym to niestety chorowite stworzenia). Po porównaniu "szkudności", interaktywności i wymagań obu stron (tzn. mnie i kolejnych gatunków) doszłam do wniosku, że najlepszym towarzyszem Moreni będą świnki morskie. I tak dziewiętnastego czerwca pojawiły się u nas Momo i Appa, dwie panny rasy rex.

Ta czerwona (ciemniejsza) to Appa, ta szafranowa (jaśniejsza) to Momo.
W sumie planowałam swojego zwierzaka nazwać Zergling, bo niewiele jest zwierząt, do których to imię nie pasuje. Niestety, jednymi z nich są właśnie świnki morskie, a poza tym, co z drugim zwierzakiem (świnki, tak samo jak szczury, to zwierzęta stadne i barbarzyństwem byłoby trzymanie w domu tylko jednego)? Wybrałam więc imiona pary bohaterów jednego z moich ulubionych seriali animowanych. Co prawda z charakterami nie trafiłam, bo Momo jest bardziej zrównoważona i odważniejsza, a Appa to mała panikara, ale chyba im to nie przeszkadza.:)

Jedzenie sensem życia.
Jak na razie panienki bardzo niechętnie pozwalają (to akurat eufemizm, prawdaż) się głaskać, czy brać na ręce, ale z każdym dniem jest coraz lepiej (w krytycznej sytuacji zawsze można przekupić je ogórkiem). Jedzą, rosną i popcorningują sobie (niestety, jak na razie tego nie udało mi się nagrać, bo świniory wstydzą się aparatu. Ale jeśli mi się uda, nie omieszkam was popcorningującymi prosiakami poszczuć, bo widok jest przepocieszny). Cóż, pozostaje wam się przygotować na znacznie częstsze pojawianie się świnek na blogu i fanpejdżu - zwłaszcza na fanpejdżu. Będziecie musieli jakoś z tym żyć.

Na koniec dodam jeszcze, że ja swoje świnki kupiłam (co prawda w dobrym i sprawdzonym miejscu, ale jednak kupiłam), ale jeśli też zastanawiacie się nad takim zwierzakiem, może warto rozważyć adopcję. Na stronie Stowarzyszenia Pomocy Świnkom Morskim możecie znaleźć wiele świnek, które czekają na nowy dom - świnek zdrowych, oswojonych i bez "wkładki" w przypadku samiczek. Może któraś czeka niedaleko was na nowy dom.

I jeszcze filmik z Momo. Bo mogę.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...