środa, 26 lipca 2017

"Psi dar" Claire Guest

Przyznam, że mimo mojej nieustającej miłości do wszelkiej literatury o zwierzętach z książkami o psach mam pewien problem. W przypadku czystej fikcji autorzy często próbują czytelnika szantażować emocjonalnie w sposób wyjątkowo mało subtelny (no bo wiadomo, że jak piesek umiera, najlepiej poświęcając za kogoś życie, to się czytelniku wzruszysz. Nie będziesz skończonym męskim organem rozrodczym, żeby się nie wzruszyć, prawda? PRAWDA!?), co mnie wyjątkowo irytuje. W przypadku nie-fikcji… cóż, dość powiedzieć, że czasem mam wrażenie, że każdy psiarz chce napisać biografię swojego jakże wyjątkowego pupila. Co czasem daje fajne efekty, ale raz, że rzadko, a dwa, sprawia, że książek o psach mamy zatrzęsienie i zaczynam instynktownie szukać czegoś bardziej oryginalnego. „Psi dar” był o tyle wyjątkowy, że łączy wątki zwierząt z wątkami medycznymi, czyli ostatniego (po zwierzętach i fantastyce) z wierzchołków trójkąta moich głównych zainteresowań.

„Psi dar” jest historią poszerzenia zastosowania psów w medycynie. Pomocnicy niewidomych są dla nas już od lat czymś oczywistym, asystenci niepełnosprawnych ruchowo też się opatrzyli, jednak wszelka pomoc, jaką chorzy otrzymywali dotąd od psów polegała na wykonywaniu odpowiednich zadań na polecenie podopiecznego. Claire Guest postanowiła sprawdzić, czy da się w medycynie wykorzystać psi węch i temu projektowi poświęciła lwią część swojego życia. Po czym o swoich zmaganiach napisała (po trosze autobiograficzną) książkę.

Z książkami o zwierzętach zazwyczaj jest tak, że ponieważ autor ma do opowiedzenia ciekawą historię, wybacza mu się niedostatki stylu (no niestety, nie każdy jest zawodowym pisarzem jak Koontz czy Woolfson, nie każdy ma ukryty talent do pióra). Z Claire Guest jest podobnie. Jej styl jest po szkolnemu poprawny, płynny, ale bez jakichkolwiek pretensji do literackości. Powiedziałabym, że jest tak przejrzysty i zrozumiały, że aż nudny.

Natomiast sama historia już nudna zdecydowanie nie jest. Mnie osobiście fascynuje medycyna, zwłaszcza w odsłonie literackiej, więc z ogromnym zainteresowaniem śledziłam, jak autorka-narratorka przeciera nowe szlaki nie tylko w szkoleniu psów jako takim, ale w szkoleniu przede wszystkim psów asystujących. Założona przez nią fundacja specjalizuje się w psach wywąchujących choroby – ostrzegających cukrzyków przed hipo(albo hiper)glikemią, ekstremalnych alergików o obecności alergenów czy narkoleptyków przed nadchodzącym atakiem. Możemy poznać kulisy powstawania fundacji i pionierskie programy szkoleniowe, wprowadzane przez Claire.

Jednak największym (i jak dotąd niespełnionym, chociaż prace trwają) marzeniem autorki pozostaje wyszkolenie psów do wykrywania nowotworów we wczesnym stadium. W tej dziedzinie też jest pionierką. Obserwujemy jej zmagania najpierw z ludźmi, którzy nie wierzyli w sukces przedsięwzięcia, później z obojętnością środowiska naukowego i z problemami natury zupełnie prozaicznej (na przykład skąd wziąć próbki do badań). Podziwiam ją za wytrwałość, ale także za skrupulatność w przestrzeganiu naukowych standardów przy eksperymentach i sporą dozę pokory.

Przy czym „Psi dar” to także opowieść o życiu trenerki i jej psów. Autorka opowiada o tym, jak bardzo psy były dla niej zawsze ważne, jak ceni sobie więź człowieka ze zwierzęciem. I jak mocny konkretne zwierzęta wywarły wpływ na jaj życie. Przybliża życiorysy swoich ulubieńców, które splatają się z jej własnym – od pierwszego Stroszka (dlaczego tłumacz postanowił tłumaczyć niektóre imiona, a innych nie, pozostaje dla mnie zagadką) po Daisy i Floren. Każdy jest wyjątkowy.

Myślę, że „Psi dar” to książka dla każdego. Dla miłośników psów – to oczywiste. Ale też dla lubiących opowieści o pionierach i o odkrywaniu nowych dróg w, zdawałoby się, dobrze poznanych dziedzinach. Dla tych, którzy lubią czytać o medycynie i dla miłośników wątków biograficznych. A wreszcie dla lubiących wspomnienia. Taka książka o szerokim spektrum. Poza tym ma jak dotąd najładniejszą okładkę w serii.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.


Tytuł: Psi dar. Jak węch Daisy uratował mi życie
Autor: Claire Guest
Tytuł oryginalny: Daisy's Gift
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2017
Stron: 308

piątek, 21 lipca 2017

Z okazji Dnia Świnki Morskiej: poznajcie Świnkonomicon

Zupełnym przypadkiem tak jakoś wyszło, że od kiedy mam świnki niezobowiązująco pojawiają się raz do roku wpisy na ich temat. I co roku się kryguję, że to zupełnym przypadkiem. Cóż, chyba najwyższy czas przestać się oszukiwać. Niniejszym oświadczam do odwołania, że świński wpis z okazji Dnia Świnki Morskiej staje się nową świecką tradycją na blogu. Rzekłam.

Jak dotąd próbowałam powiązać świnki z popkulturą. Powstał wpis o tym, jak bardzo tam ich nie ma i gdzie jednak odgrywają rolę uroczego tła. W tym roku jednak zabrakło mi pomysłu na popkulturowe konotacje. Dlatego też pomyślałam, że przedstawię Wam moje stado, bo w końcu czemu nie, a w ciągu ostatnich dwóch lat Świnkonomicon mocno się zmienił (na przykład została już tylko połowa składu startowego;(). Poza tym zawsze fajnie pochwalić się swoimi uroczymi zwierzątkami, internet to uwielbia.

Tak więc przystępuję do krótkiej prezentacji mojego wymuskanego czteroświniu.

Momo
Najstarsza jest Momo - jedna z założycielek Świnkonomiconu, zwana też Laserowooką lub Świnką Puchatą. Jest z nami najdłużej, więc znamy się najlepiej i chyba najbardziej się lubimy. Jako jedyna z moich świń jest w stanie docenić uroki leniwego popołudnia z książką. Koneserka literatury, nie przepuści żadnej okazji do sprawdzenia jakości utworu (a że według niej książki dzielą się na smaczne i niesmaczne, to już inna sprawa. Cóż, wielcy krytycy tworzą wszak własne kategorie). Zdecydowana przeciwniczka ebooków. W stadzie jest alfą, od kiedy w styczniu przejęła to opuszczone stanowisko. Nie ma szczególnych predyspozycji do sprawowania władzy i to było widać, ale teraz nabrała doświadczenia i jako tako sobie radzi. Akuratna, kochana i miziasta. Z urodzenia jest rasowym rexem o maści zwanej szafranową.

Skuld
Pół roku młodsza jest Skuld, świnka rasy kundel bury. Adoptowaliśmy ją ze Stowarzyszenia Pomocy Świnkom Morskim, bodaj jedynej w Polsce organizacji zajmującej się wyłącznie świnkami morskimi (całkiem sporo ich czeka na dom, więc jeśli planujecie świnkę, może warto adoptować?). Przedadopcyjna historia Skuld nie jest szczególnie fascynująca, bo mała urodziła się już w domu tymczasowym stowarzyszenia. Jednak jej (nieznany) rodowód obejmuje kilka pokoleń mnożących się w bardzo bliskim pokrewieństwie (wiecie, pan sobie kupił parkę, po czym bardzo się zdziwił, że gryzonie się rozmnażają. Przekazał na rzecz SPŚM kilkadziesiąt świnek, pochodzących od tejże pary, w tym ciężarną mamę Skuld). Co nieco odbiło się na jej zdrowiu w postaci entropiom i wielorzędowości rzęs – czytelnikom obytym ze światem psów rasowych te terminy nie powinny być obce.


Plebejskie pochodzenie nasza kremowa dama nadrabia ambicjami. Dobra, powiedzmy wprost – Skuld ma galopujący kompleks Napoleona. Jest najmniejsza w stadzie, a wydaje jej się, że zasługuje na najwyższą pozycję, którą praktycznie od samego początku próbuje zdobyć. Za czasów poprzedniej alfy, wręcz urodzonej do tej roli, nie było szans na emancypację, więc Skuld zadowalała się prowokowaniem świnek bliższych jej statusem (konkretnie Momo). Kiedy jednak nastąpiła zmiana na głównym stanowisku, zwietrzyła okazję. Przez cały styczeń i luty wszczynała nieustanne bunty i pucze, dręcząc przy tym wszystkich, którzy na to pozwalali. Sny o potędze skończyły się bardzo szybko, kiedy „wszyscy” zorientowali się, że w sumie to są od dręczycielki dwa razy więksi i okazali swoje niezadowolenie. Po tym zdarzeniu Skuld wpadła w trwającą kilka tygodni depresję. Ale już jej przeszło. Choć ciągle jest ciężko obrażona na resztę stada. Świnki są pamiętliwe.


Pomimo trudnego charakteru względem innych świnek, Skuld jest przesłodka dla swoich ludzi. Lubi być głaskana, uroczo się przy tym rozpłaszczając i zaglądając głaskaczowi głęboko w oczy. Mam silne wrażenie, że doskonale wie, jak przybrać najbardziej rozczulającą pozycję.

Ahsoka
Trzecia w kolejności jest Ahsoka – jako rasowy CUY osiąga masę przeciętnego yorka. To właśnie ona została pogromczynią Skuld. Imię ma po jednym z Jedi, to i nie dziwota, że alergicznie reaguje na niedoszłych imperatorów (choć ostatnio dowiedziałam się, że i w „Opowieściach z Narnii” występuje postać o takim imieniu). A i charakter ma dość wojowniczy.


Ahsoka jest bardzo zrównoważoną świnką. Odważna, ale ostrożna, pierwsza zwietrzy zagrożenie i ostrzeże resztę stada (wiadomo przecież, że śmiercionośne jaszczempie i insze drapieżniki są powszechne w polskich mieszkaniach. Trzeba się mieć na baczności). Nie przepada za siedzeniem na kolanach, za to bardzo wdzięcznie rozlewa się, głaskana „na wolności”. Do niedawna Ahsoka była cynglem Momo, delegowanym do tych zbyt brutalnych na wrażliwe momełowe sumienie akcji pacyfikacyjnych. Ale ostatnio dojrzała i najwyraźniej pozycja prawej łapy szefowej przestała jej wystarczać. Podejmuje więc tak kulturalne, jak nieskuteczne próby przejęcia władzy. Chyba za bardzo lubi Momo, żeby ją zwyczajnie zlać.

Serenada
Najmłodszym nabytkiem stada jest Serenada, świnka importowana z drugiego końca Polski, bo tak, nazywana Świnką Puchatszą. Słodki, przytulaśny dzieciak, który uwielbia być głaskany w dowolnej konfiguracji. I zawsze ma mnóstwo do powiedzenia. Zawodowy pocieszacz pokrzywdzonych świnek, truchtający przez świat z jakąś taką dziecięcą naiwnością. Ciągle pracuję nad jej zamiłowaniem do literatury, bo przecież Momo potrzebuje zmiennika w towarzyszeniu mi przy lekturze. Niestety, Serenada nie wykazuje chęci. Ale pracujemy nad tym.

Na zakończenie mały disclaimer. Jak zauważyliście (bądź nie) trzy z moich czterech świnek to zwierzęta rasowe, z rodowodami i w ogóle. Piszę o tym nie dlatego, żeby się chwalić, tylko dlatego, żeby uświadomić Was, że istnieje coś takiego, jak hodowle gryzoni rasowych (najwięcej wiem o tych świńskich, ale istnieje też kilka chomiczych, mysich i szczurzych) i jest to zdecydowanie fajniejsze miejsce do pozyskania puchatego towarzysza niż sklep zoologiczny. Nie chcę się wdawać w szczegóły, bo to nie miejsce ku temu (jeśli ktoś jest zainteresowany, niech pyta w komentarzach), ale pomyślcie o nich, jeśli planujecie zakup zwierzaka. Albo go adoptujcie.:)

Mam nadzieję, że ilość uroczych zdjęć wynagrodziła wam ten mój zwierzęcy ekshibicjonizm.

środa, 19 lipca 2017

[Rok z Nebulą] "Wśród obcych" Jo Walton

Minął pierwszy miesiąc mojego Roku z Nebulą, czas więc napisać o pierwszej lekturze (z drobnym opóźnieniem co prawda, ale udawajmy, że tego nie widzimy). Na początek wybrałam „Wśród obcych” Jo Walton, powieść nie tylko obsypaną branżowymi nagrodami, ale też bardzo ciepło przyjętą przez blogosferę. Cztery lata temu mówili o niej dosłownie wszyscy, co po części przyczyniło się do mojego oporu przed czytaniem. Niemniej, teraz nadeszła odpowiednia chwila.

„Wśród obcych” to dziennik piętnastolatki, trochę ponad pół roku z życia Mori. To nie było dobre pół roku – niedawno straciła w wypadku siostrę bliźniaczkę oraz ruchomość stawu biodrowego. Ponadto musiała uciekać od swojej nie do końca normalnej matki i szukać wsparcia u ojca, którego nawet nie pamięta. Ten ostatecznie wysyła ją do szkoły z internatem, która dla dziewczyny jest zupełnie innym światem, pełnym dziewcząt o tak odmiennym światopoglądzie, że mogłyby pochodzić z obcej planety. Przy zdrowych zmysłach trzymają Mori tylko ukochane powieści SF. No i jest jeszcze magia.

Przyznam, że jak na powieść wręcz zarzuconą gatunkowymi nagrodami, „Wśród obcych” zawiera bardzo mało fantastyki. Z trudem przechodzi test brzytwą Lema, a wystarczyłoby kilka kosmetycznych modyfikacji, żeby go nie przeszła. Chodzi o przedstawienie magii. Mori widzi wróżki (faerie chyba byłoby bardziej adekwatnym słowem. Albo jestem nieodwracalnie zepsuta Dresdenem) i potrafi z nimi rozmawiać, ale magia w tym świecie działa albo nie, a nawet jeśli działa, równie łatwo można ją uznać za zbieg okoliczności. Fakt, że poznajemy wszystkie wydarzenia (oraz prawidła rządzące magią) z perspektywy i ust Mori sprawia, że właściwie nie mamy pewności, czy to wszystko dzieje się naprawdę. To że w magię wierzy piętnastoletnia narratorka nie znaczy, że ona działa obiektywnie. Równie dobrze może to być odpowiedź na bezsilność w obliczu despotycznej matki i śmierci siostry, prosta racjonalizacja i próba uzyskania kontroli nad czymś, nad czym kontroli się de facto nie ma. Ale wiecie co? Kiedy autor pozostawia mi wybór, zawsze wybieram tę ciekawszą opcję. W tym wypadku z magią i wróżkami.

Ale i w chwilach, kiedy magia spychana jest na dalszy plan, powieść też jest bardzo interesująca. W chwilach, kiedy wróżki się nie pojawiają, zostaje samotna, inteligentna nastolatka, która próbuje sobie radzić z dorastaniem w zupełnie nieznanej sytuacji. „Wśród obcych” to właściwie historia dojrzewania nerda płci żeńskiej u schyłku lat siedemdziesiątych. Dla mnie o tyle udana, że widzę wiele punktów stycznych z moim dorastaniem. Mamy tu wszystkie główne punkty z powieści dla nastolatek rodem: problem ze szkolnymi koleżankami, wątki patologii (matka, śmierć siostry, nieobecny ojciec), zagubienie w nowej szkole i powolne odbudowywanie swojego miejsca w społeczności, pierwszą miłość. Aż dziwne, że jeszcze nikt nie zaliczył jej do YA. Może to dlatego, że jest wyjątkowo dobrze napisana.

„Wśród obcych” jest też jednym z nielicznych hołdów dla czytelnictwa, jakie przeciekają na nasz rynek – co tłumaczy jej popularność w blogosferze. Większość bowiem informacji, jakie Mori zamieszcza w swoim dzienniku dotyczy tego, co czytała. A że czyta bardzo dużo, to i rozważania o literaturze się mnożą. Dostajemy więc balsam na serduszko czytelnika, ze szczególnym uwzględnieniem fandomu. A mnie osobiście pewnym optymizmem napawa fakt, że sporo książek, o których w powieści mowa, a których w chwili wydania nie było na naszym rynku, teraz już jest.

Tak już trochę na zakończenie pochylmy się może nad tą magią, co to niby jest, a jakby jej nie było. Mori widzi wróżki – niesamowite, magiczne duszki o rozpiętości kształtów od tolkienowskiego wysokiego elfa po pospolitego gnoma. One mówią jej, co ma robić, aby wpływać na rzeczywistość, ale jest to wpływ bardzo subtelny – nigdy nie wiadomo, czy magia rzeczywiście zadziałała, a jeśli tak, to w jakim stopniu. Dlatego też Mori korzysta z niej rzadko i za każdym razem towarzyszą tego rozważania nad etycznym aspektem sprawy. No bo przecież jeśli poprosi się o przyjaciół i się jakichś w końcu spotka, to człowiek nigdy nie będzie pewny, czy polubili go, bo jest fajny, czy też wyłącznie dlatego, że rzucił urok… To rzadko spotykane przedstawienie magii, a opisane tak sugestywnie, że sama zaczęłam zastanawiać się, czy aby któraś z moich rzeczy nie ma czasem magicznego ładunku. Magia nadaje też metaforycznego aspektu konfliktowi z matką – Mori opisuje ją jako czarownicę, niepoczytalną i niebezpieczną, skłonną manipulować własnymi dziećmi (żywymi czy martwymi) aby osiągnąć swoje cele. Z kart pamiętnika spogląda na nas archetypiczna zła wiedźma – w pewnej scenie widzimy ją wręcz rozczochraną, dziwacznie ubraną i ze znamieniem na policzku. Doprawdy, brakuje tylko haczykowatego nosa. Od początku oczywistym jest, że relacja dziewczyny z matką dąży do spektakularnego rozwiązania w finale powieści. Na poziomie narracji jest to pojedynek magiczny. Ale czytelnik nigdy się nie dowie, czy przypadkiem cały konflikt nie był bardziej przyziemny. Bo równie dobrze możemy tu mieć do czynienia z niepoczytalną kobietą od lat znęcającą się psychicznie nad swoimi córkami (w tych rzadkich chwilach, kiedy w ogóle się nimi zajmowała).

Cóż, wiele miejsca w tym tekście poświęciłam na próbę napisania, że trudno powiedzieć nawet, czy „Wśród obcych” to fantastyka, czy też nie. Rozważania nad tym zagadnieniem są fascynujące, ale niezależnie od ich wyników, powieść jest świetna. Nie wiem, jak wypadła na tle innych nominacji do nagród, które otrzymała. Może faktycznie były tam tytuły lepsze. Ale „Wśród obcych” z pewnością jest dość dobra, żebym za jakiś czas zechciała do niej wrócić.

Tytuł: Wśród obcych
Autor: Jo Walton
Tytuł oryginalny: Among Others
Tłumacz: Izabela Miksza, Marek S. Nowowiejski
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2013
Stron: 366


środa, 12 lipca 2017

"Zawód: wiedźma" Olga Gromyko

Kontynuując swoja przygodę z rozrywkową rosyjskojęzyczną fantasy, postanowiłam wziąć się za chyba najgłośniejsze (przynajmniej u nas) w tej kategorii nazwisko. W dodatku zaczęłam od sztandarowego cyklu, a co (złośliwi mogą twierdzić, że to dlatego, że akurat go wznawiano. Po części to prawda, bo tylko głupi by nie skorzystał z ładnego, nowego wydania, ale tytuł miałam na oku już od lat).

Wolha Redna jest jedną ze studentek na wydziale magii teoretycznej i praktycznej Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. A właściwie jedyną studentką, bo to wydział wybitnie zmaskulinizowany. Świadczy to o pewnej wyjątkowości nie tylko intelektualnej, ale też temperamentu, nie dziwi więc (no dobra, mnie ciągle jednak dziwi), że została wybrana jako emisariuszka z pewną interesującą, ale i niebezpieczna misją. Ma się bowiem udać na ziemie wampirów, aby udzielić pomocy tamtejszemu królowi w sprawie tajemniczych zaginięć obywateli.

Przyznam, że miałam pewne wątpliwości, kiedy zaczynałam lekturę. Widzicie, kiedy reklamowano pierwsze wydanie (popełnione przez inne wydawnictwo), duży nacisk kładziono na to, że Wolha jest wredna: podły charakter, niewyparzona gęba, bezczelność i te sprawy. Osobiście mam problem z bohaterami, których konstrukcję opiera się na antypatycznej bezczelności („Spalić wiedźmę” najlepszym przykładem). Na szczęście ten marketingowy opis postaci okazał się nie do końca zgodny z prawdą. Tak, Wolha zazwyczaj najpierw mówi, a potem myśli. Tak, często jest bezczelna i nie okazuje szacunku ludziom wyżej od niej postawionym. Tak, miewa szalone pomysły i nie szczędzi innym złośliwości. Ale poza tym to zwyczajna, sympatyczna dziewczyna o dobrym sercu, choć kłującej powierzchowności i trudnym charakterze.

Wolha jest tym typem bohaterki, która balansuje na granicy marysuizmu i bardzo łatwo byłoby autorce tę granicę przekroczyć. Bo tak: sierota z biednej rodziny, ale niezwykle utalentowana (i przez to nieszczególnie lubiana przez rektora uczelni), inteligentna i uparta, co pozwala się jej sprawdzać w typowo męskiej dziedzinie. Poza tym interesuje się nią najprzystojniejszy bohater powieści, więc wicie, rozumicie… Tymczasem autorka bardzo zgrabnie te rafy omija. Owszem, dziewczyna jest inteligentną, ambitną uczennicą, ale też niezła rozrabiarą, która nie przepuści okazji do wycięcia numeru znajomym (a często jakimś cudem ofiarami tych numerów padają nie znajomi, ale przypadkowo przechodzący nauczyciele…), co irytuje wychowawców. Fakt, że jest sierotą sprawia jedynie, że musi się do nauki przykładać, bo jak straci stypendium, to nie będzie miała z czego żyć. A z faktu, że jest jedyną dziewczyną na swoim wydziale nie wynika zgoła nic, ot, ma po prostu talent do przedmiotów żmudnych, ścisłych i bezpośrednio destrukcyjnych, podczas gdy koleżanki wolą bardziej subtelne dziedziny. (Wartością dodaną jest sporo wplecionych w fabułę żartów z życia uczelni. Coś, co u nas robi Aleksandra Janusz, tylko że ona skupia się bardziej na kadrze, tymczasem Gromyko na studentach). Zaś przystojny bohater... dość powiedzieć, że nie do końca wiadomo, czy bardziej traktuje Wolhę jako potencjalną partnerkę, czy jako fascynującą, zupełnie nieromantyczną ciekawostkę.

Kolejną kwestią są wampiry. Cały ten wątek jest sukcesem, z wielu powodów. Po pierwsze autorka postanowiła zerwać ze stereotypem wyniosłej arystokracji w zamczyskach (sparklących meyerpirów jeszcze wtedy nie było, miały się pojawić za dwa lata), dając nam tajemniczą i izolującą się co prawda, ale całkiem zwyczajną inną rasę rozumną. Ale to tylko jedna, pomniejsza kwestia. Otóż cały wątek, przynajmniej w pierwszej części powieści, jest właściwie lekko podaną i nienachlaną metaforą ksenofobii. To przebrana w kostium humorystycznej przygotówki opowieść o irracjonalnym strachu prowadzącym do wyniszczających wojen i pogromów, o tym, że kruchą, powojenną równowagę może zakłócić pojedynczy incydent i o tym, że boimy się tego, czego nie rozumiemy, ale i to zrozumienie może zostać wykorzystane przeciwko nam. Może nie tak subtelnie, jak u Pratchetta, ale zdecydowanie w podobnym duchu.

Literacko jest to powieść co najmniej o klasę lepiej napisana, niż „Sztylet Rodowy”. Historia składa się na spójną całość, a w tle majaczy zarys czegoś większego, świat przedstawiony trzyma się kupy, jest bogaty (momentami nawet za bardzo, moim zdaniem) i barwny, a postacie trójwymiarowe, z nie do końca jasnymi intencjami w niektórych przypadkach. Może tylko bohaterów mogłoby być więcej, bo w zasadzie jest to powieść napisana na dwie-trzy osoby jakieś role w tle. No ale przecież nie każdy ma obowiązek tworzyć stada równoprawnych bohaterów.

Mimo obaw, to było zdecydowanie udane spotkanie. Niedługo zabieram się za kolejną część. I mam nadzieję, że pozostawi równie dobre wrażenie, a autorka ciągle będzie się opierać pokusie pójścia na łatwiznę.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Zawód: wiedźma
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Профессия: ведьма
Tłumacz: Maria Makarevskaya, Małgorzata Kaczorowska
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2016
Stron: 544

środa, 5 lipca 2017

Na co poluje Moreni: lipiec 2017

Lato nie jest najgorętszym okresem w branży wydawniczej i to widać po zapowiedziach. Czerwiec był miesiącem niezbyt obfitym, lipiec zapowiada się podobnie.

Mamy też spadkowiczów. Na 28 lipca przesunięto premierę "Zdrajcy" Jima Butchera, a na 5 lipca "Lily i ośmiornicy" Stevena Rowleya, które wcześniej zapowiadane były na czerwiec.

Chcę mieć

"Dzieci czasu" Adrian Tchaikovsky
4 lipca

Okładka tej ksiązki wygląda trochę jak "dawno temu w trawie" 20 000 lat później i... w sumie to coś w tym jest. Niemniej, mam dobre zdanie o autorze (co nie przeszkodziło mi porzucić jego poprzedni cykl po czterech tomach. I kupić pozostałe 6, żeby patrzyły na mnie z wyrzutem z półki) i zamierzam to nabyć. Choć fakt, że część bohaterów to rasa kosmitów wywodząca się w prostej linii od pająków może niektórych odstraszyć (mnie nie).

Ostatni ludzie opuścili umierającą Ziemię, by desperacko poszukiwać wśród gwiazd nowego domu. Odkrywają prawdziwy skarb, pozostałość po dawnej eksploracji kosmosu: terraformowaną planetę, jakby wprost przygotowaną na ich przyjęcie. Nowy Eden okazuje się jednak daleki od idyllicznej przystani dla ludzkości. Eksperymenty z czasów ziemskiego Starego Imperium stworzyły tam cywilizację, która dla ludzi jawi się niczym najgorszy koszmar. Szybko staje się jasne, że w nieuchronnym konflikcie może ocaleć tylko zwycięzca. Gra o przetrwanie będzie bezwzględna. Czy ludzie zasługują na to, by zostać spadkobiercami nowej Ziemi?

Chcę przeczytać

"Wilcza godzina" Andrius Tapinas
5 lipca

Fantastyka spoza kręgu anglosaskiego jest gratką sama w sobie, toteż litewski autor musiał mnie zainteresować (i to już ładnych kilka miesięcy temu, kiedy tylko wydawca zaczął o nim przebąkiwać). Zwłaszcza, że to steampunk, a więc gatunek u nas rzadki. No i okładka - raz, że ładniejsza od oryginału(choć to akurat nie było żadne wyzwanie), a dwa, że mocno mi się kojarzy z baśnią o Żelaznym Wilku. Mam nadzieję, że uda mi się zweryfikować te skojarzenia.

Wilno A.D. 1905
Wynalazek alchemików z Uniwersytetu Wileńskiego wywrócił życie w Europie do góry nogami. Teraz między miastami Aliansu latają potężne sterowce, po ulicach jeżdżą karety parowe, porządku pilnują golemy, a mechanicy konstruują automatony.
Wilno wyrwało się ze szponów Imperium Rosyjskiego i stało się wolnym miastem – ośrodkiem postępu, nauki i mistyki. A teraz grozi mu niebezpieczeństwo.
Tajemnice alchemiczne, przebiegli szpiedzy, tajne organizacje, miłosne intrygi, przerażające morderstwa, okrutne potyczki w wileńskiej przestrzeni powietrznej, ponure podziemia i dobrze znane postaci historyczne przedstawione w nowym świetle. Przygotujcie się na grozę i niebezpieczeństwa w pierwszej litewskiej powieści steampunkowej!
Śledźcie wydarzenia i czekajcie, aż wybije… WILCZA GODZINA

"Ogień przebudzenia" Anthony Ryan
5 lipca

W zasadzie to pewnie i tak skończy się na tym, że tę książkę kupię, bo smoki. Ale na razie postaram się sprawiać wrażenie czytelnika rozsądnego, który poczeka na opinie innych. czy coś.

Na rozległych terytoriach kontrolowanych przez Żelazny Syndykat Handlowy najcenniejszym towarem jest smocza krew. Spuszczana z trzymanych w niewoli lub odławianych w dziczy Czerwonych, Zielonych, Niebieskich i Czarnych, po przedestylowaniu służy do wytwarzania eliksirów dających niewiarygodną moc. Tych, którzy potrafią z niej korzystać, nazywa się Błogosławionymi.
Mało kto zna jednak prawdę: smocze rody słabną, a gdy wygasną całkowicie, wojna z sąsiednim Cesarstwem Corvuskim będzie nieunikniona. Ostatnią nadzieją Syndykatu są pogłoski o istnieniu innej rasy smoków, znacznie potężniejszej od pozostałych. Nieliczni wybrańcy losu udają się na jej poszukiwania.
Claydon Torcreek – drobny złodziejaszek i niezarejestrowany Błogosławiony – po wcieleniu do służby w Protektoracie zostaje wysłany w głąb dzikich, niezbadanych krain w poszukiwaniu stworzenia rodem z legend. Lizanne Lethridge – kobieta-szpieg i znakomita zabójczyni – podczas misji na terytorium wroga musi stawić czoło wielkiemu zagrożeniu. Podporucznik Corrick Hilemore służy na krążowniku Syndykatu, który w pogoni za okrutnymi rozbójnikami na odległych rubieżach napotyka inne, znacznie gorsze niebezpieczeństwo. Kiedy żywoty ludzi i państw spotykają się i przeplatają, a to, co znane, zderza się z nieznanym, wszyscy troje muszą dołożyć wszelkich starań, żeby powstrzymać nadciągającą wojnę, która w przeciwnym razie ich pochłonie.

"Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli" Adam Ruthrtford
6 lipca

Bo czasem trzeba jakąś książkę popularnonaukową przeczytać, a genetyka jest cool (mam już nawet ebooka).

Ta książka to opowieść o tobie. Twoja historia jest niepowtarzalna, podobnie jak historia każdego spośród ponad stu miliardów ludzi, którzy kiedykolwiek żyli. Jednak jest to także nasza zbiorowa historia, ponieważ w każdym z genomów przechowujemy dzieje gatunku – narodzin, śmierci, chorób, wojen, klęsk, migracji oraz mnóstwa seksu. Wystarczy cofnąć się zaledwie o kilkadziesiąt stuleci, żeby się przekonać, że większość z siedmiu miliardów żyjących dzisiaj osób pochodzi od garstki ludzi – tylu, ilu mogłoby być mieszkańcami niewielkiej wioski.
Od czasu odczytania przez naukowców genomu ludzkiego, co nastąpiło po raz pierwszy w 2001 roku, stał się on tematem najprzeróżniejszych mitów. Adam Rutherford wyjaśnia, że nasz genom trzeba odczytywać nie jak instrukcję obsługi, ale jak epicki poemat. W porywającej wędrówce po rozległych przestrzeniach genetyki autor zdradza nam, co geny mówią nam obecnie o historii i co historia mówi nam o genach. Od neandertalczyków do morderców, od rudowłosych do ludzkich ras, od martwych królów do epidemii, od ewolucji do epigenetyki – oto nasz nowy portret, który rozwieje wiele nieporozumień i objawi nam, kim jesteśmy i skąd się wzięliśmy.

"Illuminae" Amie Kaufmann, Jay Kristoff
26 lipca

Książka miała dość nietypową promocję (preorder wystylizowany na "pomóżcie nam zebrać fundusze") i fakt, jest to raczej gadżet niż książka, ale mam słabość do Kristoffa i jak mi wpadnie w łapki, to przeczytam.

Rok 2575. Kolejny zwykły dzień w kolonii Kerenza, założonej przez megakorporację KWU, by wydobywać rzadkie surowce. O poranku Kady Grant rzuca swojego chłopaka Ezrę Masona i postanawia, że już nigdy się do niego nie odezwie. Nie spodziewa się jednak, że za kilka godzin będzie świadkiem inwazji BeiTechu, która ją i tysiące innych osób pozbawi domu.
Tych, którym udało się przeżyć, ewakuują trzy statki kosmiczne: Alexander, Hypatia oraz Copernicus. Ściga je wrogi pancernik Lincoln. Jego zadaniem jest uciszyć świadków brutalnego ataku na planetę. Tymczasem na pokładzie Copernicusa rozprzestrzenia się śmiertelnie niebezpieczny wirus, a system sztucznej inteligencji sterujący Alexandrem staje się... największym wrogiem ocalałych.
Kady włamuje się do zaszyfrowanej pamięci statków i odkrywa przerażającą prawdę o wydarzeniach dziejących się na jej oczach. Tylko jedna osoba może powstrzymać zagładę – jej (były!) chłopak Ezra.
Illuminae to powieść, która wprowadzi cię w XXVI wiek. Zamiast klasycznej narracji –niezwykłe dossier: tajne raporty wojskowe, e-maile, plany i schematy, odczyty z procesorów komputerowych. Czytając je, poczujesz się, jakbyś był w samym centrum wydarzeń!


sobota, 1 lipca 2017

Stosik #93

Czerwiec zmusił mnie do odkurzenia idei stosików na płasko. Co mnie w sumie z jednej strony martwi (bo oznacza, że część premier, na które bardzo czekałam w czerwcu się przesunęła, tudzież paczki nie doszły na czas), a z drugiej cieszy, bo oznacza mniejsze zaległości.;) Nie przedłużajmy.


To jedyne papierowe ksiązki, jakie do mnie dotarły w tym miesiącu. "Wiedźma opiekunka" Gromyko to egzemplarz recenzencki od Papierowego Księżyca. Poprzednia część już przeczytana, recenzji możecie spodziewać się na dniach.:) A "Okup Krwi" to jedyny tom cyklu o Herbercie Kruku, którego mi brakowało w papierze (czytałam go już dawno temu, w ebooku).

Wpadło też trochę ebooków.


Wszystkie trzy to egzemplarze do recenzji. "Zabawa w Boga" to antologia Śląskiego Klubu Fantastyki - moja następna w kolejności lektura. "Czarownicę znad kałuży" wzięłam właściwie tylko dlatego, że Silaqui jej patronuje (choć, biorąc pod uwagę fakt, jak rozbieżne miewamy gusta, była w tym odrobina przewrotności). Od Genius Creations. A na koniec pozycja popularnonaukowa od Prószyńskiego i s-ki, czyli "Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli". Bo genetyka jest cool.

środa, 28 czerwca 2017

"Poison City" Paul Crilley

Mam pewną słabość do urban fantasy. Może nie jest to mój ulubiony gatunek, z którego muszę czytać absolutnie wszystko (co, biorąc pod uwagę fakt, jak niewiele u nas wychodzi, nie byłoby jakimś szczególnym wyzwaniem), ale lubię sobie sięgnąć. Do niedawna nie zastanawiałam się, co właściwie sprawia, że niektóre powieści mi się podobają, a inne nie. „Poison City” (nie bardzo rozumiem decyzję wydawcy o pozostawieniu oryginalnego tytułu, serio) sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać.

Gideon Tau jest policjantem w Durbanie – ale nie zwyczajnym krawężnikiem. Pracuje dla wydziału specjalnego, zajmującego się problemami natury nadprzyrodzonej. W chwilach wolnych od pracy zajmuje się prywatnym śledztwem w sprawie porwania własnej córki, którą uprowadzono trzy lata temu. Jest przekonany, że mała nie żyje i teraz zależy mu już tylko na zemście. Tymczasem w mieście zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Policja odnajduje zwłoki ludzi (i nie tylko) zamordowanych najwyraźniej w jakiś rytualny sposób a orisza (bo tak się w Durbanie i okolicy nazywa wszelkie byty nadprzyrodzone) są niespokojne. Coś wisi w powietrzu.

Czytając „Poison City” miałam wrażenie, że autor postanowił wyciągnąć kilka motywów z co bardziej popularnych serii urban fantasy i skompilował je w jednej, na zasadzie „to nie tak powinno być, zrobię to jak należy”. Niestety, to „jak należy” jest bardzo subiektywnym zdaniem autora i jako czytelniczka niekoniecznie je podzielam. Ogólnie mam wrażenie, że autor starał się napisać coś na kształt „Akt Dresdena”, tylko żeby było mroczniej (bo mrok jest bardziej tru) i bardziej realistycznie (z tym specyficznym realizmem rozumianym jako „więcej smrodu, brudu i ubóstwa oraz powtarzania, że ludzie to podłe gnidy”). Bo co my tu mamy? Wydział delficki policji do spraw nadprzyrodzonych różni się od chicagowskiego Wydziału Śledczego do Spraw Specjalnych tylko tym, że ten pierwszy walczy oficjalnie magią i z magią, a ten drugi musi wydatki na nietypowe uzbrojenie i wsparcie ukrywać. Główny bohater ma za towarzysza magicznego psa, ale to wredny, parszywy kundel z problemem alkoholowym, gdzie mu tam do dresdenowskiego Myszka… i tak dalej w tym guście. Oczywiście ta zbieżność motywów może wynikać po prostu z faktu, że gatunek operuje pewnym ograniczonym rekwizytorium. Niemniej, jak dotąd czytani przeze mnie autorzy potrafili tym fabularnym rekwizytom nadać jakiś niewymuszony, indywidualny rys. Crilleyowi się to nie udało.

Świat przedstawiony jest… niespójny. Przy czym jest to rodzaj niespójności tworzony raczej przez nieumiejętność dobierania informacji przez autora, a nie nieprzemyślaną kreację. Ot, taki choćby Traktat, który ludzkość zawarła z oriszami, mający chronić jednych przed agresją drugich (i na odwrót). No i wszystko proste fajne, ale na początku dowiadujemy się, że Tau musi jednego orisza zdjąć po cichu i nieoficjalnie, bo inaczej pogwałciłby Traktat. A musi go zdjąć, bo tenże orisza… porywa dzieci, które później kończą martwe. Czyli wychodzi, że Traktat chroni tylko stronę magiczną… jednak jakieś sto stron dalej mamy scenę, w której bohatera zaatakowały wampiry, a on jest zdziwiony, bo wampiry w ten sposób złamały Traktat. Więc czyżby Traktat nie obejmował dzieci? Dlaczego i w jakich konkretnie okolicznościach? Tego autor nie wyjaśnia.

Takich niedomówień, niedopatrzeń i wynikających z nich kiksów jest sporo (na przykład podobno każdy policjant po zakończeniu magicznego szkolenia w wydziale delfickim dostaje duchowego przewodnika – czyli istotę magiczną, mającą udzielać szeroko pojętego wsparcia. Ale w powieści, mimo występowania kilku delfickich policjantów w scenach, w których bardzo przydałoby im się jakiekolwiek wsparcie, widzimy tylko jednego duchowego przewodnika, psa należącego do Tau). Dość znacząco psują one przyjemność z lektury, a autor zdaje się ich kompletnie nieświadomy – beztrosko wprowadza kolejne elementy świata przedstawionego, nie przejmując się dziurami. Oczywiście można w ten sposób prowadzić narrację – Butcherowi na przykład całkiem zgrabnie się udaje, ale on przynajmniej dba o to, żeby bezsensowny na początku element bardzo szybko stał się sensowny. Crilley o tym drugim etapie zapomina. Oczywiście jest szansa, że coś się zepsuło w przekładzie i polskiej redakcji, ale szczerze mówiąc, wątpię.

Postacie wypadają znacznie lepiej niż scena, na której przyszło im grać. Co prawda sam Gideon Tau nie należy do mojego ulubionego typu bohaterów (widzicie, wole dobrych chłopaków/dziewczyny, którzy czasem muszą zastosować nieczyste metody niż twardych gliniarzy z traumą i brakiem wiary w ludzkość, a Tau bliżej do tego drugiego), ale jest napisany spójnie. W tym bardzo ładnie wypada motyw jego obsesji na punkcie córki i ogólne pokazanie, jak bardzo dezorganizuje mu życie (ach te uroki nieprzepracowanych traum). Znacznie ciekawszą postacią (choć, mimo że autor poświęcił jej sporo czasu antenowego, boleśnie słabo wyeksponowaną) jest Armitage – przełożona i w pewnym sensie przyjaciółka głównego bohatera. Niestety, poza tym, że to baba ze stalowymi jajami, niewiele o niej wiemy. Być może autor miałby większe pole manewru, gdyby to nie Gideon był narratorem. Ale jest, a on o Armitage wie wszystko i nie czuje potrzeby powtarzania tego czytelnikowi. Pozostałe postaci to bardziej rekwizyty fabularne – nie potrafiły zaciekawić, a ich role (poza może dwoma, trzema wyjątkami) były bardzo trzecioplanowe.

Doszliśmy do miejsca, w którym powtórzę swój leitmotiv: narracja w czasie teraźniejszym nie jest fajna. Albo nie działa wcale (bo mózg czytelnika automatycznie zmienia czas narracji na wygodniejszy, czyli przeszły), albo odnosi skutek odwrotny do zamierzonego. Nie idźcie tą drogą w klasycznych fabułach. Criley niestety poszedł.

Niewątpliwym plusem „Poison City” jest egzotyczność dekoracji. Rzecz dzieje się przecież RPA i autor postanowił oczarować czytelnika afrykańską menażerią stworzeń nadnaturalnych. To pewna nowość na rynku zalanym kulturą anglosaską (i, rzadziej, słowiańską).

No i z jednej strony nie jest to książka tragiczna – ot, przeciętny przedstawiciel tej grupy utworów, w których prowadzący śledztwo bohater głownie zbiera oklep ogólny. Gdybyśmy mieli do czynienia z debiutem, stwierdziłabym, że autor mimo potknięć, dobrze rokuje. Niestety, nie mamy (i tu być może leży problem – autor pisywał głównie rzeczy osadzone w znanych światach, powieści i scenariusze z różnych franszyz. Tam ekspozycja świata nie jest tak ważna jak ekspozycja fabuły. W utworach własnych niestety ważne są obie te rzeczy). Nie czuję, żeby zmarnowała sobie kawałek życia, czytając ją. Ale jeśli nie wyjdzie u nas kolejny tom (już się pisze), to nie będę płakać. Choć jeśli wyjdzie, to pewnie przy okazji przeczytam.

Tytuł: Poison City
Autor: Paul Crilley
Tytuł oryginalny: Poison City
Tłumacz: Jerzy Malinowski
Cykl: Wydział Delficki
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2016
Stron: 432

środa, 21 czerwca 2017

Na Fantasmazurii 2017 byłam

Wiecie, jestem jedną z tych osób, które nieustannie narzekają, że jak się dzieją fajne rzeczy, to za daleko, żeby można było tam sensownie dotrzeć. I jest to w sumie prawda, bo środkowa północ Polski jest wyjątkowo uboga w eventy, które by mnie interesowały (w ogóle północ Polski jest uboga w eventy). Hipokryzją byłoby olać konwent, kiedy ten już się pojawi.


Dlatego też na pierwszej edycji Fantasmazurii musiałam się pojawić, bo honor blogera nie pozwalał inaczej. Wynikiem czego ta oto notka. A ponieważ po ostatnich Targach Książki spodobała mi się forma wymienionych w punktach luźno powiązanych impresji, ta relacja będzie w tej samej konwencji.

1. Dzień zaczęłyśmy (ja i koleżanka G., która się ze mną na imprezę wybrała) od raźnego tuptania w kierunku Expo Mazury - od przystanku Polskiego Busa i PKSu jest kawałek, a uznałyśmy, że komunikacja miejska jest dla słabych. Acz trzeba przyznać uczciwie, że przystanek jest pod samym budynkiem targów.

2. Byłyśmy dość wcześnie w sobotę. Atrakcje zaczynały się od 10.00, dlatego przycupnęłyśmy w otwartej wcześniej strefie planszówek. Trzeba przyznać, że gdybyśmy chciały skorzystać (nie chciałyśmy) to byłoby w czym wybierać - wypożyczalnia była zaskakująco bogato zaopatrzona.

Konwent bez pluszowych poków to nie konwent. A tym razem maskotki były jakieś ładniejsze niż zwykle.
3. Pierwszym punktem programu, jaki mnie interesował, był dyżur autografowy Aleksandry Janusz-Kamińskiej, który zaczynał się o 11.00. Miałyśmy więc godzinkę na zwiedzanie strefy targowej i wystawowej. Powiem szczerze, że targowa wypadła bardzo przyzwoicie, jak na początkujący konwent. Oczywiście na ogromnej hali zmieściłoby się jeszcze znacznie więcej stoisk, ale i tak było lepiej niż oczekiwałam. Część wystawowa natomiast wypadła trochę ubogo. Za to był czołg (którego nie sfotografowałam, bo fotoreporter ze mnie jak z koziej rzyci waltornia. Fajnych fotek spodziewajcie się dopiero, jak zabiorę ze sobą Lubego).

Autorka dyżuruje...
4. Sam program natomiast wypadł nieco... ascetycznie. Plusem tego było, że na panele dyskusyjne przewidziano po dwie godziny (bo czasem naprawdę godzina to za mało), ale wolałabym mieś trochę większy wybór. A już zupełnie subiektywnie ubolewam, że najwięcej ciekawych punktów było w piątek, kiedy nie było mnie), ale... wolałabym mieć większy wybór. Jednak ponieważ to pierwszy raz, wybaczam.

...i takie autografy daje.:)
5. Aleksandra Janosz to bardzo fajna osoba i trochę szkoda, że nie było do niej najmniejszej kolejki po autograf (serio, zasłużyła na nią). Choć może pomogłoby, gdyby stanowisko dyżurów było jakkolwiek oznakowane. Bo poza ścianką z logo imprezy (i sponsorów), stolikiem i krzesłem nie było tam nic - nawet kartki z nazwiskiem autora mającego akurat dyżur. Co obrotniejsi pożyczali własne ksiązki z mieszczącego się naprzeciwko stoiska MadBooks, żeby się jakoś oznakować, no ale chyba nie o to chodzi...

6. Problematyczne było też, że program nie zawierał informacji o wszystkich atrakcjach. Na przykład nie było w nim nic o turniejach gier planszowych...

Cosplay też był.
7. Pierwszym panelem, na który poszłam, było "Czy fantastyka ma przyszłość, czy pozostają tylko odgrzewane kotlety?". Sam panel była bardzo ciekawy, niestety, skończył się przedwcześnie. Cierpiał jednak na pewną przypadłość, wspólną z innymi panelami, na których na tym konwencie byłam. Mianowicie - dyskutanci na podobny temat rozmawiali w piątek entuzjazm do dyskusji w nich opadł. Poza tym wszyscy się ze sobą zgadzali. To nudne.;P

8. Drugim panelem, było "Nauka a science fiction" i przyznam, że był znacznie ciekawszy (głownie dlatego, że wśród dyskutantów nie panowała aż taka jednomyślność). Co prawda dyskutanci poszli zdecydowanie w kierunku nauki i kiksów fabularnych, niż science fiction jako takiej, ale w sumie to chyba wyszło całej dyskusji na dobre. Najlepiej mi się słuchało Aleksandry Janusz (może to wygląda trochę na psychofaństwo, ale nic nie poradzę, że lubię słuchać praktykujących naukowców z doświadczeniem w narracji). Artur Olchowy też fajnie wypadł, poczułam się zachęcona do przeczytania jego ksiązki.;)

Autorzy zagraniczni też dyżurowali.;)
9. Potem zostało mi już tylko spotkanie z Adrianem Tchaikovskym. Trochę smutne jest to, że Rebis nie skorzystał z okazji i nie wypuściła na Fantasmazurię przedpremierowo nowej powieści autora (która ma premierę za dwa tygodnie), fani byliby wniebowzięci (w tym niżej podpisana, zwłaszcza, że po wysłuchaniu wypowiedzi autora jestem zaintrygowana jeszcze bardziej). Za to zapowiedź turnieju w "Rosyjską Ruletkę" (ogłaszana przez radiowęzeł, bo w programie imprezy jej nie było...) wywołała u Tchaikovsky'ego ogromną wesołość. Ach, no i autor puścił farbę, że "Dzieci czasu" będą miały kontynuację.

Nawet modliszkę mi narysował ^^
10. Zdobyłam autograf! Pierwotnie chciałam wziąć wszystkie dziesięć tomów, ale kiedy okazało się, że mój Nadworny Tragarz nie pojedzie ze mną, musiałam ograniczyć się do jednej...

A na koniec, tradycyjnie, łupy konwentowe.
Co w podsumowaniu? Cóż, Fantasmazuria ma z pewnością potencjał, żeby stać się konwentem może nie tak wielkim jak Pyrkon cy Polcon, ale co najmniej średnim. Miejsce jest, baza hotelowa też pewnie się znajdzie (w końcu to, było nie było, miejscowość turystyczna). A i organizatorzy muszą być obrotni, skoro na pierwszy konwent udało im się sprowadzić kilku zagranicznych gości - to też dobrze wróży. Na chwile obecną trzymam kciuki i kibicuję. W przyszłym roku też pojadę.

środa, 14 czerwca 2017

Siódme urodziny bloga: wyzwanie ROK Z NEBULĄ

Powiem Wam, że mając bloga w tym wieku, czuję się jak dinozaur blogosfery. Większość z tych, którzy zaczynali ze mną (lub mieli prosperujące blogi, kiedy zaczynałam), już od dawna nie pisze lub pisze bardzo sporadycznie. Czasem czuję się jak jakiś ostatni smok.

Ale taki wiek blogaska oznacza też, że miałam już kilka ładnych okazji do pisania notek rocznicowych - podawania statystyk, dziękowania czytelnikom i czasem robienia konkursów. Tym razem pomyślałam, że może zrobię coś innego. Coś, co w jakiś sposób pozwoliłoby mi się rozwinąć i w co mogłabym zaangażować innych. I tak oto zrodził się pomysł. Zapraszam Was do wzięcia udziału w wyzwaniu czytelniczym Rok z Nebulą.
Słowem wstępu
Najpierw może kilka słów wstępu, zanim przejdziemy do konkretnych wytycznych. Dlaczego Nebula? Bo to bardzo prestiżowa nagroda, to raz. Dwa, że przyznawana przez Komisję, a wiadomo, że wszystko, co przyznawane przez komisję, jest lepsze od tego, na co głosują fani. A poważnie, to po prostu wybrałam akurat tę nagrodę dlatego, że spośród wyróżnionych nią książek sporo wyszło po polsku, w porównaniu do innych nagród branżowych. Ale nie martwcie się, mam zamiar blogaska jeszcze kilka lat prowadzić i kolejne rocznice będę obchodzić z kolejnymi nagrodami, tak że jakby co, możecie zgłaszać kandydatów na przyszłość.;)

Cel i zasady
Z listy powieści nominowanych i nagrodzonych Nebulą (pełna lista tutaj) wybrałam 12, po jednej na każdy kolejny miesiąc - to ilość, której nawet taki nieogar jak ja powinien podołać. Wybierałam według prostych kryteriów. Po pierwsze - książka musiała być po polsku. Po drugie, musiała mnie interesować, a po trzecie, dostawała dodatkowe punkty, jeśli miałam ją w domu (z oczywistych względów odpadły ksiązki, które już czytałam). Oczywiście nie ma żadnego powodu, żebyście kierowali się przy wyborze takimi kryteriami, stwórzcie sobie własne.

Według powyższych zasad wybrałam dwanaście tytułów i po jednym będę co miesiąc czytać i recenzować. Nie przyporządkowywałam jednak konkretnych książek do konkretnych miesięcy, choć jeśli chcecie, to oczywiście możecie tak zrobić.

W skrócie:
1. Z pełnej listy nominowanych i nagrodzonych Nebulą powieści wybieramy 12.
2. Co miesiąc recenzujemy jedną.

Moje recenzje będę starała się umieszczać do 15 każdego miesiąca (więc czerwcowa pojawi się przed 15 lipca i tak dalej).

A oto i moja lista:


"Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?" Philip K. Dick (nominacja 1969)
"Wszyscy na Zanzibarze" John Brunner (nominacja 1969)
"Lewa ręka ciemności" Ursula K. Le Guin (nagroda 1970)
"Wiosna Helikonii" Brian W. Aldiss (nominacja 1983)
"Czerwony Mars" Kim Stanley Robinson (nagroda 1994)
"Paladyn dusz" Lois McMaster Bujold (nagroda 2005)
"Piekło pocztowe" Terry Pratchett (nominacja 2006)
"Mały brat" Cory Doctorow (nominacja 2009)
"Nakręcana dziewczyna" Paolo Bacigalupi (nagroda 2010)
"Wśród obcych" Jo Walton (nagroda 2012)
"Cudzoziemiec w Olondrii" Sofia Samatar (nominacja 2014)
"Piąta pora roku" N. K. Jemisin (nominacja 2016)

Mam  nadzieję, że przyłączycie się do zabawy. A jeśli nie, to przynajmniej trzymajcie kciuki za mnie i za innych.;)

sobota, 10 czerwca 2017

"Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli" Nathanael Johnson

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o „Sekretach roślin i zwierząt w miejskiej dżungli” (szkoda, że wydawca nie został przy oryginalnym tytule. „Niewidoczne miasto” brzmi dużo lepiej, ale rozumiem, że chciał od razu wyłożyć kawę na ławę), od razu zwróciłam na nią uwagę. Widzicie, o ile w gronie naukowców ekosystemy miejskie są coraz bardziej modne (bo to mało wyeksploatowany, tani i niekłopotliwy w badaniu temat) o tyle większość literatury przyrodniczej, popularnonaukowej czy pięknej, ciągle próbuje nam wmawiać, że przyroda to jest gdzieś tam, daleko, gdzie nie ma ludzi. Nathanael Johnson postanowił wałczyć z tą tendencją.

Otóż wychodząc na spacery ze swoją malutką córeczką i odpowiadając na niekończącą się litanię pytań „A co to?”, doszedł do wniosku, że kompletnie nie wie, jakie rośliny i zwierzęta go otaczają, a w pewnym momencie duma rodzicielska nie pozwalała mu już udzielać ogólnikowych odpowiedzi typu „drzewo” czy „ptak”. To doświadczenie uświadomiło mu, jak wielu rzeczy nie jest w stanie pokazać córce, ponieważ sam intencjonalnie je ignoruje. Postanowił to zmienić.

W „Sekretach…” szalenie podobają mi się dwie rzeczy. Po pierwsze samo, konsekwentnie realizowane, założenie tekstu: natura jest tuż obok, nawet w największej metropolii. Autor nie ustaje w wysiłkach, aby przekonać czytelników, że nie muszą wyjeżdżać w totalną dzicz, aby zająć się amatorsko obserwacją przyrody – nawet w największej metropolii w zupełności wystarczy przejść się do starszej dzielnicy domków jednorodzinnych albo większego parku. Wystarczy pewna otwartość. Jeśli tylko zechcemy przyjrzeć się bliżej gołębiowi albo własnemu trawnikowi, możemy tam dostrzec rzeczy fascynujące. Wystarczy chcieć.

Druga rzecz, to to, jak zgrabnie autor przekonuje czytelników, że obserwacja natury to sport, który poza samym zaangażowaniem właściwie nie wymaga od nas żadnych dodatkowych nakładów. Radzi, co może nam się przydać, jak dobrać najlepsze modele i wydać na to jak najmniej. Przyznam, że to pierwsza książka o hobby (bo Johnson prezentuje obserwację przyrody nie jako sirius biznes, ale właśnie jako hobby, coś, czym zajmujemy się dla relaksu, po godzinach i na luzie), z jaką miałam styczność, która próbuje przekonać czytelnika, że to, o czym traktuje to prosta przyjemność nie wymagająca poświęcania miliona godzin. Kieruje swoje słowa do kompletnych laików, robiąc to w taki sposób, aby realnie ułatwić początkującym zadanie oraz przekonać nieprzekonanych.

Sama konstrukcja książki też wypada bardzo zgrabnie. Autor najpierw przedstawia kilka rozdziałów wstępnych w duchu „dlaczego, czym i jak to się je”, po czym wybiera kilka wyjątkowo pospolitych miejskich stworzeń i każdemu z nich poświęca rozdział w próbie udowodnienia, że nawet to, co najpospolitsze i trochę obrzydliwe na pierwszy rzut oka, może być fascynujące (choć w polskich realiach zamysł momentami bierze w łeb, bo na przykład sępnik różówogłowy to dla polskiego czytelnika czysta egzotyka). Taka konstrukcja się sprawdza.

Żeby jednak nie było za słodko, teraz będę się czepiać. Widzicie, w tego typu publikacjach bardzo cenię sobie dwie rzeczy: konsultacje naukowe i pewną swobodę tłumacza i/lub redaktora w zostawianiu przypisów. W „Sekretach…” nie uświadczysz ani jednego, ani drugiego, przez co powstają merytoryczne nieścisłości (albo zwyczajnie błędy). I tak w rozdziale o gołębiach mamy akapit, z którego wynika, że gołąb miejski i grzywacz to ten sam gatunek, ale ten drugi jest biały. Otóż nie – grzywacz, moi mili, jest od zwykłego gołębia około dwa razy większy, ale, żeby było zabawniej, podobnie ubarwiony (główną różnicę stanowi biała plama na karku grzywacza). To jest przypadek, w którym chyba tłumaczka coś pomieszała, bo cały akapit nie wygląda na szczególnie spójny. Ale na przykład w rozdziale o mrówkach konsekwentnie mówi się o mrówkach „amazońskich”, kiedy chodzi o „amazonki” (nazwa pochodzi od mitycznych wojowniczek, bo i zwyczaje te owady mają odpowiednie). Niby drobny błąd, ale wiecie, biologia to taka nauka, gdzie stawiając obok siebie sowę i sówkę mamy ptaka i owada, więc warto pilnować detali.

Inna kwestia to rzeczy, które wymagają doprecyzowania, a którym to doprecyzowaniem mogłyby być przypisy. Ot rozdział o wiewiórkach – autor rozprawia o wiewiórce czarnej i szarej, w pewnym momencie pada nawet zdanie, że jeśli w mieście spotkacie tego gryzonia, będzie to wiewiórka szara. I dla Kalifornii, w której mieszka autor, jest to prawda, ale dla Europejczyka już nie. Wziąwszy pod uwagę, że książka kierowana jest do kompletnych laików, wypadałoby krótko doprecyzować tę kwestię. Podobnie wygląda rozdział o wronach – kalifornijski autor opisuje zupełnie inny gatunek niż ten, który za oknem może zobaczyć polski czytelnik, a dopiero w kilku ostatnich podrozdziałach pada stwierdzenie „amerykańska wrona”, ale w taki sposób, że można je odczytać jako wskazanie miejsca występowania, a nie nazwę gatunku. Niby drobnostka, ale w pewnym momencie pada opis tego, jak odróżnić wronę od kruka. No i opis wrony (tej amerykańskiej, Corvus brachyrhynchos) niewiele ma wspólnego z europejską wroną. Za to doskonale pasuje do naszego gawrona. Niezręcznie.

Cóż, dostałam egzemplarz recenzencki, mam nadzieję, że w ostatecznym udało się nieco naprawić.

Mimo wymienionych niedociągnięć uważam, że „Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli” to książka warta przeczytania i bardzo potrzebna. Bo uświadamia, że nawet mieszkając w metropolii można niewielkim nakładem sił i środków chronić przyrodę (co jest ważne o tyle, że bez zaangażowania lokalnych społeczności ciężko o skuteczne działania w temacie). Wystarczy ją dostrzec tam, gdzie, jak nam od lat wmawiano, nie ma nic wartego uwagi. 

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Vivante

Tytuł: Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli, Majestat gołębi, dyskretny urok ślimaków i inne cuda przyrody
Autor: Nathanael Johnson
Tytuł oryginalny: Unseen City. The Majesty of Pidgeon, The Discret Charm of Snails, and Other Wonders of the Urban Wilderness
Tłumacz: Kinga Markiewicz
Wydawnictwo: Vivante
Rok: 2017
Stron: 308
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...