niedziela, 10 marca 2013

Jak to widzę?: Krzywołap

Oto przed Wami, drodzy czytelnicy, pierwszy futrzak w tym miesiącu. Wybór padł na kota Hermiony Granger, bohaterki serii książek o Harrym Potterze, czyli Krzywołapa. W książce, o ile dobrze pamiętam, wspominano o jasnorudym, kudłatym i krzywonogim kocie z żółtymi oczami (tu od razu przyznam, że oczy wyszły mi nieco zbyt zielone). W filmach Krzywołapa grał pers, ale ja zawsze wyobrażałam go sobie jako skundlonego maine coona z wadą postawy. I choć ten akurat koteczek dużej roli w fabule nie odegrał, to zawsze wydawało mi się, że jest znacznie inteligentniejszy od przeciętego mruczka (nie bez znaczenia była tu scena z bijącą wierzbą z trzeciego tomu). Obdarzyłam go więc charakterkiem pośrednim między Puszkiem (Kotem w Butach) ze "Shreka" a pratchettowskim Greebo.
Rysunek nieco podstylizowałam na kreskówkę/komiks - w każdym razie, nieco uprościłam formę, żeby pobawić się kolorem. Niestety, jeszcze nie udało mi się zapanować nad nowym skanerem, toteż tutaj widzicie fotkę obrazka zrobioną aparatem - kolor bardziej odpowiada rzeczywistości. W rozwinięciu posta można zobaczyć wersję ze skanera oraz mały bonus.:)

Krzywołap - można go powiększyć kliknięciem.

 Tutaj można zgłaszać własnych kandydatów:)

A w rozwinięciu bonus:)

czwartek, 7 marca 2013

Zmyślenia #3: Co dobra ksiązka fantasy mieć powinna część 3

Część pierwsza tutaj.
Część druga tutaj.

Tyle się mówi o tym, że znaleźć jakąś niezłą powieść fantasy to w zalewie powszechnej tandety nie lada sztuka. Inna rzecz, że każdy ocenia według innych kryteriów. Niektóre pozostają stałe i niezmienne, jak poziom językowy, sprawność posługiwania się piórem i wszystko to, co można określić słowem technikalia – nimi oczywistościami nie będę się zajmować. Reszta może się zmieniać wraz z wiekiem i doświadczeniem czytelniczym. Już za chwileczkę dowiecie się więc, co powinna mieć książka fantasy, żeby Moreni uznała ją za dobrą (przynajmniej teraz, bo za kilka lat lista może się zmienić). Oczywiście książka nie musi zawierać wszystkich wymienionych elementów, jednak w przypadku braków zawsze pozostaje jakiś niedosyt.

Ten obrazek (z otchłani netu, jak wszystkie) bardzo ładnie ilustruje złą postać kobiecą (i nie o charakter mi tu chodzi). Nieśmiertelne pancerne bikini (które chyba chroni tylko w ten sposób, że przeciwnika zahipnotyzowanego podskakującym biustem łatwiej trafić), cud uroda i cud umiejętności. Kogo by tam jakiś charakter obchodził, jakaś rola fabularna - tylko w fantazjach przeszkadza.

 Dobrze napisana postać kobieca
Nie, wcale mi nie chodzi o to, żeby w każdej książce pojawiała się bohaterka cudnej urody, nieprzeciętnej inteligencji i władająca ciętą ripostą co najmniej tak dobrze, jak mieczem i laską maga (miałam napisać, że proszę nie mieć skojarzeń, ale w zasadzie proszę mieć – ten typ ma to do siebie, że w łóżku też jest niezrównany). Wręcz przeciwnie – bohaterki idealne (często niebezpiecznie ciążące w kierunku Mary Sue) nie dość, że strasznie irytujące, często kompletnie nie pasują do realiów, w jakich je autor osadza. A mnie chodzi właśnie o to, żeby babka pasowała do realiów, a jednocześnie wciąż była w stanie budzić jakieś pozytywne emocje w czytelniku – przynajmniej jako postać literacka. Może być wyrachowaną metresą, zatroskaną i do obrzydliwości nadopiekuńczą kurą domową, czy wreszcie wrednym i kąśliwym babsztylem, ale po pierwsze musi pasować do miejsca, jakie jej autor przeznaczył, a po drugie musi być wiarygodna i spójna psychologicznie. Taka Yennefer z cyklu wiedźmińskiego ASa na przykład – wredny, małostkowy babsztyl ogarnięty obsesją posiadania dziecka, a mimo to jest jedną z moich ulubionych postaci kobiecych polskiej fantastyki (choć na kawę bym się z nią nigdy nie umówiła). Nawet Sansa Stark jest dobrze napisaną postacią kobiecą, choć czytelnik ma czasami ochotę porządnie nią potrząsnąć i wykrzyczeć w twarz kilka nieprzyjemnych rzeczy. Z drugiej strony mamy Achaję czy grono bohaterek Pilipiuka. Dziewczęta te nie dość, że oszołamiająco piękne, powalająco inteligentne i wszechstronnie wykształcone, to jeszcze z każdym problemem sobie poradzą, a jeśli jednak coś im się stanie to otrzepią się i bez żadnych konsekwencji pójdą dalej (i się zemszczą), łamiąc prawa wewnętrznej logiki świata przedstawionego, że o spójności psychologicznej postaci nie wspomnę. Dodatkowo gardzą wszystkimi istotami, które nie są tak superfajne i miewają wady, a to jest chyba nawet gorsze od bycia cudem ewolucji (bo tu od razu wyłazi coś brzydkiego, jakieś takie przykryte pozorami równouprawnienia przekonanie o ogólnej nieprzydatności kobiet. W końcu skoro bohaterki mogą być hiperwypasione i sobie radzić, to dlaczego te biedne pozostałe kobiety na drugim planie powieści sobie nie radzą? Musi ostatnie mameje. To było bardzo widać w trylogii o kuzynkach Pilipiuka, gdzie wampirzyczka Moniczka i jedna z sióstr Kruszewskich traktowały dziewczęta z liceum jak kocięta po lobotomii – takie to słodkie i urocze, nawet się starają, ale przecież głupiutkie, no jak one mogą historii Bizancjum w detalach i pełnej listy dzieł średniowiecza i starożytności nie znać? Toż to podstawa wszelkiej edukacji przeca! Takie podejście wcale nie należy do rzadkości, a jeśli dodatkowo rzecz dzieje się nie we współczesności, a w realiach quaziśredniowiecznych, to okazuje się, że owe realia ograniczają wszystkich, tylko nie wypaśną bohaterkę). Dla mnie – kompletnie niestrawne.

Taki Pratchett na przykład nawet jak robi babkę przerysowaną, to z ikrą. A i nieprzerysowane mu wychodzą świetnie.

Odrabianie pracy domowej
Jest takie ładne, angielskie słówko „research” (pozwólcie, że będę używać spolszczonej, potocznej formy – risercz, bo bardzo ją lubię). Oznacza, jak wszyscy wiedzą, przygotowanie merytoryczne do tworzenia czegoś na zadany temat, np. przez przeszukanie źródeł, zapoznanie się z literaturą o interesującym nas zagadnieniu czy nawet przeprowadzenie doświadczeń. Porządny pisarz nie stroni od riserczu, bo wie, że zawsze znajdzie się jakiś fan, którego pasją jest historia i wzornictwo szpilek i wytknie, że szpilka do włosów z piętnastowiecznej Florencji nie może mieć takiego wzoru jak w książce. I o ile jestem w stanie zrozumieć, że sprawdzanie każdego drobiażdżku nie dość, że całkiem zbędne, to wydłużyłoby pisanie powieści w nieskończoność i że nie każdy musi być specjalistą we wszystkich dziedzinach, to jednak pewne podstawy (im większe, tym lepiej) są konieczne. Na przykład warto sobie poczytać o realiach średniowiecza, jeśli planuje się napisać powieść fantasy osadzoną w pseudośredniowiecznym państwie feudalnym. W takim wypadku (zwłaszcza, jeśli bohaterem ma być najemnik lub jakiś inny wojownik, a osią fabuły wojna) warto też poczytać o orężu z epoki, żeby przypadkiem nie uzbroić piechoty w kopie. 

Tak, tak, zanim się napisze własną książkę, trzeba te wszystkie inne książki przejrzeć.

Ogólnie kwestia riserczu mocno wiąże się z dopracowaniem świata przedstawionego, o którym pisałam wcześniej, nie jest jednak z nim tożsama. Bo nie bronię autorowi wymyślić świata, w którym konie piją słoną wodę, a piechota uzbrojona jest w kopie. Ale niech mi wspomni mimochodem na przykład, że „konie” mają po trzy palce u nogi i w zasadzie są gadami (a użycie rzeczownika „koń” w „tłumaczeniu” wynika z podobnej funkcji pełnionej przez zwierzę – widziałam taki numer u McMullana bodajże i bardzo mi się spodobał, a i Grzędowicz nim nie pogardził – tylko w przeciwieństwie do McMullana od razu czytelnika uprzedził). Podobnie może być z „kopiami”. Ale jeśli autor tego nie wyjaśni, to mamy do czynienia z błędami rzeczowymi, powstałymi nie ze złego założenia w konstrukcji świata, ale z braku sprawdzenia źródeł. A to już jest karygodne, bo mimo wszystko (tak przynajmniej uważam), autor winien jest czytelnikowi pewien szacunek, przejawiający się choćby w solidnym odrabianiu pracy domowej (dlatego mierzi mnie okrutnie postawa, w której autor riserczu z zasady nie robi, bo nie – a bywa i tak). W dobie Internetu to żaden problem.

Przyjemne drobiazgi
To chyba najbardziej subiektywna kategoria, bo dla każdego takim drobiazgiem będzie pewnie coś innego. A chodzi o małe rzeczy, szczegóły czy to fabuły, czy opisu świata, czy nawet grafiki okładkowej,  które na usta czytelnika przywołują uśmiech i ogólnie pozytywne emocje. Dla mnie tutaj z pewnością można zaliczyć ciekawe wykorzystanie kotów lub smoków, dobry żart, sprytne nabicie czytelnika w butelkę. Bardzo też lubię wywracanie na lewą stronę ogranych schematów czy nietypowe użycie motywów, o których wszyscy od dawna myślimy, że je znamy i nie mogą już nas zaskoczyć. A także, ale tu to się moje zboczenie po części zawodowe odzywa, jakiś ciekawy gatunek lokalnej fauny (takiego kingowego Eja cenię znacznie bardziej jako przedstawiciela gatunku niż postać – choć i w tym drugim przypadku wypada nieźle). Hm, mnie chyba łatwo zadowolić.

Kot na książce jest równie fajny, jak kot w książce. Tylko tego pierwszego trudniej stosować.

Patrząc na te wszystkie punkty, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że niczego odkrywczego nie napisałam. Bo chyba wszyscy lubimy powieści z dobrą fabułą, fajnymi bohaterami i mające w sobie to „coś”. Problemy są dwa – „coś” dla każdego może być czymś innym, a pozostałe punkty listy również każdy może definiować inaczej. Wszystkim nie da się dogodzić. A Was co zadowala

wtorek, 5 marca 2013

Bardziej umierająca niż nadświat - "Umierająca Ziemia. Oczy Nadświata" Jack Vance

Czytanie klasyki to skomplikowana rzecz. Jeśli chodzi o klasykę gatunków, których się nie lubi, ale trafiły do ogólnego (choć nie do końca sprecyzowanego) kanonu lektur, które trzeba znać, mamy problem – to nas zwyczajnie nie interesuje, a wszyscy oczekują, że będziemy znać i wygłaszać opinie/streszczać na zawołanie. Jeśli nawet zdecydujemy się przeczytać, to będziemy (a jeśli nie my, to na pewno znajdzie się ktoś z zewnątrz) się zastanawiać, czy robimy to dla siebie, czy w wyniku presji. Gdy kanon dotyczy gatunku, który lubimy, problemy są nieco inne. Klasyka powinna się z definicji podobać, jak ten Słowacki, który zachwyca, nawet jeśli nie zachwyca. Czytelnicza dusza najbardziej boli, gdy klasyka gatunku zamiast zachwytu czy choć poznawczej satysfakcji przynosi jedynie rozczarowanie i obojętność.


„Umierająca Ziemia. Oczy Nadświata” to właśnie jeden z takich kłopotliwych klasyków. Jack Vance już w latach pięćdziesiątych napisał garść historii ze starej Ziemi pod starym, czerwonym i coraz zimniejszym Słońcem. Całość składa się z czterech tomów, zaś w Polsce opublikowano tylko dwa pierwsze (w omnibusie). Z samą „Umierającą Ziemią” nie mam żadnych problemów, gorzej z „Oczami Nadświata”. Ale może po kolei.

„Umierająca Ziemia” to zbiorek opowiadań, łączących się poprzez bohaterów (najczęściej w ten sposób, że epizodyczna postać z jednego tekstu jest głównym bohaterem innego). Muszę przyznać, że niektóre z nich bardzo przypadły mi do gustu, a pomysły w nich wykorzystane ciągle wydają się oryginalne. „Turian z zamku Miir” to historia czarnoksiężnika, który pragnął w swych magicznych kadziach wyhodować człowieka. Ponieważ mimo prób nie udała mu się ta sztuka, postanowił zasięgnąć rady jeszcze potężniejszego, legendarnego wręcz maga. Ten jednak nie udziela rad za darmo. Cała konstrukcja tekstu przypominała mi baśniową wyprawę po artefakt przeniesioną miliardy lat wprzód i ten klimat właśnie jest najmocniejszą stroną nie tylko tego jednego tekstu, ale całego zbioru. 

„Czarnoksiężnik Mazirian” to z kolei opowieść o człowieku, który pojmał bohatera poprzedniego opowiadania, aby wydobyć z niego sekret tworzenia ludzi. Na ratunek Turianowi wyrusza jego ukochana. Tutaj również mamy pięknie wykorzystany motyw baśniowy, lecz tym razem jest to „pościg z przeszkodami” (zazwyczaj przedstawiany jako magiczny pojedynek przemian, tu przyjął trochę inną formę). 

„T’sais” również opiera się na baśniowym motywie, poszukiwania wiedzy (o sobie) tym razem. Tytułową bohaterkę stworzono bowiem z wadą – nie umie postrzegać piękna, a jej mózg nawet najurodziwsze rzeczy interpretuje jako wstrętne i obmierzłe. Zatem T’sais podejmuje wędrówkę w celu nauczenia się, czym jest piękno. Dla mnie najprzyjemniejszy tekst, bo mam słabość do prostych, archetypicznych niemalże historii (gdyby nie to, że pisana była w jakiejś prehistorii, pewnie nazwałabym ją lekko kiczowatą, ale prawo pierwszeństwa mi nie pozwala).

W „Liane Wędrowcu” najbardziej podobał mi się świetny plot twist na zakończenie opowiadania. „Ulan Dhor” i „Guyal ze Sfere” to wykorzystanie motywów baśniowych obecnych i we wcześniejszych opowiadaniach: odpowiednio quest w celu zdobycia artefaktu (w stylu nieco conanowskim) i w celu zdobycia wiedzy. Przyjemne.

Tutaj kończy się „Umierająca Ziemia”, a zaczynają „Oczy Nadświata” i moje problemy. Bohaterem tej, niewielkiej skądinąd, powieści jest Cugel, oszust i krętacz. Przyłapany przez czarodzieja Iucounu na próbie kradzieży artefaktów, zostaje wbrew swojej woli wysłany na daleką północ z pewną misją. No i fabuła jest w sumie taka sobie, przewidywalna, ale nie boleśnie – ot, Cugel wraca do domu, obmyślając przy okazji zemstę na wrednym magu. Język też nie jest problemem, choć tłumaczenie (bądź język oryginału – nie potrafię określić) wydaje się dość archaiczne na tle obecnych standardów. Problemem jest główny bohater.

Autor umyślił sobie bowiem stworzenie koncertowego sukinsyna, nie jakieś szalone Zło na modłę Saurona, tylko małą szuję na miarę naszych potrzeb i możliwości. Udało mu się – czytelnik dostał popisowego psycho(socjo?)patę, który ma głęboko w poważaniu wszystkich i wszystko i zdecydowany jest narażać cudze życie, powodować śmierć, zarazę i klątwy, byle tylko jemu żyło się wygodniej. A to wszystko bez szczególnej złośliwości, ot tak, samo wychodzi. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że Cugel jest postacią źle skonstruowaną, wręcz przeciwnie. W opowiadaniu albo dwóch mógłby być nawet ciekawym eksperymentem – takie małe badanie, jak czytelnik zareaguje na bohatera kompletnie nieatrakcyjnego. Ale w powieści po prostu męczy. Cugel bowiem, poza swoją małostkową psychopatią, jest postacią nijaką. Zbyt racjonalny i przyziemny, aby wzbudzić negatywną fascynację, pozbawiony też kompletnie uroku osobistego, którym czarują czytelników różni niecni dżentelmeni, brak mu też wyższego motywu, który mógłby okazać się interesujący. Babranie się w miałkości ludzkiego charakteru to naprawdę trochę zbyt mało w tym przypadku.

Podejrzewam, że inaczej byłoby, gdyby w powieści istniał jakiś stały punkt zaczepienia poza Cugelem – drugoplanowa postać, motyw poboczny, rozbudowany wizerunek świata. Narracja ma jednak charakter epizodyczny (kolejne rozdziały są właściwie osobnymi opowiadaniami, ukazującymi migawki z podróży), a wredne numery, jakie Cugel wykręca napotkanym ludziom dla własnej wygody przestają zajmować uwagę czytelnika już po drugim rozdziale. Jeśli chodzi o mnie, na początku przynajmniej pałałam niechęcią do bohatera i życzyłam mu długiej i bolesnej śmierci. Później nawet to mi przeszło. Lubię się przywiązywać do bohatera, a sytuację, kiedy staje mi się on całkowicie obojętny uważam za jedną z najcięższych pisarskich porażek.

Ostatecznie polecę książkę Vance’a miłośnikom fantastyki, tym bardziej zagorzałym. Autor miewa bowiem ciekawe pomysły i prezentuje oryginalny styl, ale jeśli ktoś nie gustuje w wyjątkowo bezbarwnych antybohaterach, nie będzie zadowolony.
Tytuł: Umierająca Ziemia. Oczy Nadświata
Autor: Jack Vance
Tytuł oryginalny: The Dying Earth. The Eyes of the Overworld
Tłumacz: Jolanta Pers
Wydawnictwo: Solaris
Rok: 2010
Stron: 450
Książka przeczytana w ramach wyzwania "Eksplorując nieznane".

niedziela, 3 marca 2013

Stosik #41

Tym razem stosik raczej niewielki i głównie biblioteczny. Ale za to same smaczne kąski.:)


Od góry mamy "Nowy wspaniały świat" Huxleya w okładce zastępczej, ale za to z ilustracjami Krzysztofa Kiwerskiego. Dostarczył oczywiście Luby, bo mu strasznie marudziłam.
Niżej "Piknik na skraju drogi" Strugackich - wydanie z lat siedemdziesiątych wygrzebane w bibliotece (wie ktoś może, czy jest to wydanie pełne?). Przy okazji grzebania natrafiłam też na dwie powieści Zajdla, które również niebawem przywlokę do domu. Nie jest to co prawda wyczekany "Limes inferior", ale zawsze coś.
"Najwyższy czas na miłość" Izabeli Degórskiej to zwierzę, o którym pierwszy raz słyszę - dostaliśmy z DKK, zobaczymy, kto zacz.
"Kobieta w lustrze" Schmitta również została przywleczona z biblioteki. Jakkolwiek lubię tego autora, tak kolejne opowiadania wydawane jako samodzielne książki zaczęły mnie nużyć, zwłaszcza, że treść robi się mocno powtarzalna. Zobaczymy, jak to będzie z mającą większe gabaryty "Kobietą...".
"Harry Potter i Zakon Feniksa" to wynik wymiany. Brakuje mi już tylko trzech tomów.^^
"Forteca w cieniu" Glena Cooka - do recenzji od Unreal Fantasy.

piątek, 1 marca 2013

Jak to widzę? - tematyczni wybrańcy na marzec i zwyczajny nabór na kwiecień

Luty zakończyłam trochę niefortunnie - nie udało mi się dokończyć portretu Griaule'a. Tak to jest kiedy wymagający temat trafia na niesprzyjające okoliczności przyrody, ale postaram się go skończyć i Wam zaprezentować - w końcu nie będzie mi taki rozbabrany rysunek leżał. Mam nadzieję, że uda mi się w marcu, ale niczego nie obiecuję.


Tymczasem marzec ogłosiłam miesiącem tematycznym, a tematem będą futrzaki. Spośród zgłoszonych przez Was kandydatur wylosowani zostali:

Lord Conall Maccon z cyklu "Protektorat Parasola" Gail Carriger
Nymeria z cyklu "Pieśń Lodu i Ognia" G. R. R. Martina (recenzja tomu drugiego)
Krzywołap z cyklu o Harrym Potterze J. K. Rowling

Jako ciekawostkę dodam, że lord Maccon zdobył największą liczbę głosów poparcia w całej historii akcji.:) A teraz zapraszam do zgłaszania kandydatur, już bez ograniczeń tematycznych.

Zasady:
  1.  Zanim kogoś zgłosicie, zapoznajcie się z listą bohaterów, którzy już wzięli udział w akcji. Po co marnować głos, na kogoś, kto już był (ponownie wybrany i tak nie zostanie)?
  2. Jedna osoba zgłasza jednego kandydata w miesiącu. W razie, gdyby nie został wybrany, można powtarzać kandydaturę w kolejnych miesiącach.
  3. Zgłaszamy tylko postacie z książek, które czytałam, czyli zrecenzowanych na blogu, bądź widniejących na mojej półce na LC.
  4. Zgłaszać można ludzi, nieludzi, zwierzęta, rośliny, przedmioty - dosłownie wszystko (najbardziej lubię zwierzęta i nieludzi;)).
  5. Można sugerować styl wykonania prac (jeden z trzech: manga, realistyczny, komiksowo-kreskówkowy).
  6. Paranormal romance nie obsługujemy (chyba, że ktoś mnie przekona - nie dotyczy to powieści Stephanie Meyer). Szkolnych lektur z gatunków innych, niż fantastyka też nie.
  7. Uwaga dodatkowa: zastrzegam, że nie każda praca, którą zamieszczę w ramach eventu, będzie szczegółowo dopracowanym rysunkiem - mogą się zdarzyć szkice. Ale postaram się, żeby było ich możliwie mało.
Zapraszam do zabawy!:)

Lista kandydatów na ten miesiąc - ciągle można zgłaszać nowych (w nawiasie liczba głosów):
Luthien (1)
Ziemniak (1)
Alicja Jacka Piekary (1)
Woland (1)

wtorek, 26 lutego 2013

Nieregularny Karnawał Blogowy #1


Idea karnawałów blogowych zdaje się mieć dwojakie korzenie. Pierwsze, rozpowszechnione zwłaszcza wśród zachodnich blogów) to korzenie rosnące na akord: ktoś co miesiąc wymyśla temat, zaś osoby biorące udział w zabawie piszą na tenże notkę. U nas popularniejsza jest wersja wspominkowa: co miesiąc tworzy się wpis gromadzący linki do cudzych notek, które w danym miesiącu nas zachwyciły. Zwłaszcza ta druga idea zawsze mi się podobała, tylko jakoś nigdy nie zebrałam się na gromadzenie co miesiąc odpowiedniej liczby linków. Stąd pomysł na karnawał nieregularny - jak nazbieram notek, to będzie kolejny odcinek.

Od razu też zaznaczę, że będą trafiały się notki starsze - mam sporo ulubionych staroci, którymi chciałabym się z Wami podzielić. Zatem zaczynajmy.

"Mroczny sekret siostrzeńców Donalda" autorstwa Misiaela to próbka ciekawostek, jakie można znleźć, zajmując się disney'owską archeologią. Zastanawialiście się kiedyś, co się stało z rodzicami Hyzia, Zyzia i Dyzia? Tu macie próbę odpowiedzi na to pytanie.

"Jeśli coś żyje znaczy, że nie umarło, czyli dlaczego Jack Sparrow nie przyprowadził kumpli do kina" - zwierzowe dywagacje na temat: dlaczego w kinach mamy tak mało piratów, skoro "Piraci z Karaibów" stali się hitem.

"Własna biblioteka" Padmy to wpis, który zmobilizował mnie do zorganizowania karnawału - w końcu jeśli ktoś tak cudnie pisze o gromadzeniu książek, żal nie mieć tego linka pod ręką.;) Choć wątpię, żeby wielu czytających moje wypociny nie znało jeszcze Miasta Książek.

"Are the Worms Really Big?" by Robert V.S. Redick - jest to tekst z bloga Fantasy Reader, napisany przez jednego z amerykańskich pisarzy fantasy. Traktuje o metodach, jakich pisarze używają, aby ułatwić czytelnikowi uwierzenie w co bardziej niezwykłe wymysły. Po angielsku.

"Wzglendem tego co i owszem" - walentynkowy wpis Ninedin, leciwy co prawda, ale wciąż na czasie. Wracam do niego często, kiedy mam gorszy humor. Blog Ninedin to jest w ogóle kopalnia moich ulubionych notek, więc często będzie w karnawałach gościł.

"Łeb jak bania, czyli księżniczka w koszarach" - pierwsza część analizy "Achai" Andrzeja Ziemiańskiego dokonanej przez załogę Niezatapialnej Armady Kolonasa Wazoona. Druga jest tutaj, a trzecia tutaj. Dla osób niezorientowanych - analiza przypomina redakcję tekstu dokonaną przez bardzo złośliwego redaktora i zazwyczaj przytrafia się nieporadnym (bądź zatrważającym w inny sposób) internetowym opowiadankom. Czasem zdarzy się jednak książka na poziomie tychże opowiadanek i wtedy jej się obrywa. A ja mam czym sobie poprawiać humor.;)

"Dlaczego krytyka nie działa" to z kolei tekst o tym, dlaczego nie ma sensu krytykować (nawet konstruktywnie) perfekcjonistów. W sumie dotyczy grafiki, ale główne założenia można chyba odnieść do perfekcjonistów każdego rodzaju. Nie ukrywam, że bardzo jest bliski moim własnym odczuciom.;)

A na koniec informacja: ponieważ dopadła mnie część egipskich plag, nie będzie obrazka z Griaulem. Może kiedyś go dokończę.

piątek, 22 lutego 2013

Zmyślenia #2: Co dobra ksiązka fantasy mieć powinna część 2

Część pierwsza tutaj.

Tyle się mówi o tym, że znaleźć jakąś niezłą powieść fantasy to w zalewie powszechnej tandety nie lada sztuka. Inna rzecz, że każdy ocenia według innych kryteriów. Niektóre pozostają stałe i niezmienne, jak poziom językowy, sprawność posługiwania się piórem i wszystko to, co można określić słowem technikalia – nimi oczywistościami nie będę się zajmować. Reszta może się zmieniać wraz z wiekiem i doświadczeniem czytelniczym. Już za chwileczkę dowiecie się więc, co powinna mieć książka fantasy, żeby Moreni uznała ją za dobrą (przynajmniej teraz, bo za kilka lat lista może się zmienić). Oczywiście książka nie musi zawierać wszystkich wymienionych elementów, jednak w przypadku braków zawsze pozostaje jakiś niedosyt.

 Ciekawa fabuła
Osobiście wyznaję pogląd, że w literaturze wszystko już było, a w fantasy tym bardziej. No ileż można czytać o prostaczku, który okazuje się wybrańcem albo o zaginionym księciu, który pragnie wrócić na tron? Tacy, co ratują świat tylko dlatego, że ów świat zupełnym przypadkiem zawiera także ich własny tyłek też się przejedli… Dlatego całkowicie odmienna fabuła jest czymś nad wyraz pożądanym. Oczywiście jestem też trochę konserwatywna w moich czytelniczych poglądach i o ile zwariowane fabuły umiem docenić (choć nie zawsze się zachwycam), to jednak do moich ulubieńców należy stary, dobry i klasyczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Dlatego opowiadanie opiewające piękno potrawki z galaktycznego pstrąga raczej mnie nie zadowoli, zaś tekst opisujący heroiczną walkę o zdobycie tego niezwykle cennego i rzadkiego gatunku na rzeczoną potrawkę już owszem, może.

Jasne, że się dzieje. W fantastyce musi się dziać, bo inaczej nikt by jej nie czytał.*

Niemniej, byłabym hipokrytką, gdybym nie wspomniała o jednej rzeczy. Mam słabość do tych wszystkich prostaczków i zaginionych książąt płci obojga. Pod warunkiem wszakże, że autor opowiada ciekawie. Weźmy takiego Patrick Rothfussa. Napisał facet już dwa (w Polsce trzy) opasłe tomiska o Harrym P. dla dorosłych, tylko w neverlandzie. Jak dotąd protagonista snuje się po kątach ichniej szkoły magii i czarodziejstwa, tudzież po książęcym dworze, na którym dorabiał. I co? I niby nic się nie dzieje, a Moreni pochłania z wypiekami na twarzy. Bo autor tak sprytnie baja, że udaje mu się wmówić Moreni, że tam cały czas śledzimy zdarzenia ważne, kamieniami milowymi fabuły będące (choć oczywiście większość z nich dla głównego wątku ma znaczenie minimalne lub zgoła żadne). I chyba o to chodzi, bo przecież snucie opowieści to przede wszystkim sztuka oszukiwania.

Coś więcej
Tutaj sprawa jest prosta – chodzi o przesłanie, ewentualnie możliwe do zastąpienia jakimś zgrabnym toposem. Wiecie, taki „Kolor magii” Pratchetta czytało mi się całkiem fajnie, ale gdzie mu tam do choćby „Potwornego regimentu”. W pierwszym bowiem mamy tylko warstwę satyry, zabawę wyświechtanymi konwencjami fantastycznymi czy gierczanymi, odrobinę błyskotliwości autora – i tyle. Nie mówię, że to źle, ale ciut mało. W późniejszych książkach Terry’ego P. nie dość, że była FABUŁA, to występował dodatkowo jakiś przekaz (no i to, co było wcześniej, nie zniknęło przecież). Zgrabnie wpleciony dodajmy, bo z jednej strony nie zasłaniał nachalnie fabuły, machając łapkami i wrzeszcząc „Tu jestem, wielka i ważna sprawa, nie przeoczcie mnie aby!”, z drugiej nie trzeba mieć fakultetu z trzech różnych filologii i literaturoznawstwa, aby go dostrzec. A ja, wspominająca ze zgrozą szkolne przerabianie lektur (tak, właśnie „przerabianie”, nie „omawianie” – teraz nic się nie omawia, tylko przerabia indywidualne interpretacje uczniów na jedynie słuszny klucz odpowiedzi) bardzo lubię wiedzieć, że autor jednak coś miał na myśli – bo często na lekcji miewałam wrażenie, że uczeni dali się autorowi pięknie strollować. Więc jeśli potrzebuję szwadronu literaturoznawców, żeby mnie oświecili w kwestii głębi i artystycznej interpretacji, węszę szwindel. Jeśli odbiorcy docelowemu trzeba pokrętnie przesłanie dzieła objaśniać, to znaczy, że albo forma jest głęboko do bani, albo żadnego przesłania nie ma.

Taki Terry Pratchett nawet na zdjęciach dodaje coś więcej. Smoka na przykład, choć nie tylko.

Intrygujący bohater(owie)
Intrygującego bohatera niełatwo zdefiniować, bo jest to pojęcie bardzo szerokie. Łatwiej napisać, kto się w nim nie mieści. Po pierwsze, nie mieszczą się wszystkie odmiany Mary Sue – bohatera/bohaterki idealnej, wszystko umiejącej i ewidentnie będącej postacią, którą autor sobie coś rekompensował. Podręcznikowe Mary Sue (forma męska – Gary Stue) w prawdziwych powieściach zdarzają się niezwykle rzadko (i jeśli jednak się zdarzą zawsze mam wątpliwości, czy to aby na pewno jest prawdziwa powieść), ale nietrudno trafić na bohatera mniej lub bardziej nacechowanego marysuizmem. Zazwyczaj mi to nie przeszkadza – powieści fantastyczne pisze się o ludziach w jakichś sposób niezwykłych, więc to, że są wybrańcami nikogo nie dziwi i nie zniesmacza (a jeśli owszem, to chyba nie powinien czytywać fantastyki, zwłaszcza heroicznej czy epickiej). Gorzej, jeśli niezwykłość zaczyna czytelnika uwierać, bo przykładowo bohater jest tak napakowany magicznymi zdolnościami, że zastanawiamy się, dlaczego jeszcze nie rozgniótł złego lorda małym paluszkiem (innym wariantem tej przypadłości jest urządzanie przez autora wyścigu zbrojeń między złymi a dobrymi, który już przy drugiej ripoście staje się niewiarygodny, nudny i śmieszny w swej absurdalności).

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę - i to właśnie taka standardowa (no, może trochę mniej, bo zamiast półorka powinien być człowiek). Brakuje jeszcze tylko ponętnej czarodziejki, ale to w następnej części.

To skoro już wiemy, jaki bohater z pewnością nie jest intrygujący, jeszcze raz spróbujemy zdefiniować tego intrygującego. Nie ulega wątpliwości, że najbardziej pożądanym elementem tego typu postaci jest tajemnica, bo cóż jest bardziej pociągającego dla ciekawskiej, dwunożnej małpy, niż zagadka. Oczywiście autor powinien ją (znaczy zagadkę, nie małpę) jeszcze dobrze sprzedać czytelnikowi, żeby ten poczuł zainteresowanie, i zainwestować w jakieś spektakularne rozwiązanie, bo inaczej czytelnik poczuje się zawiedziony. Na pocieszenie mogę autorowi powiedzieć, że rozwiązanie może ujawnić dopiero pod koniec cyklu, a w przypadku bohaterów drugoplanowych – wcale (powinien się wtedy liczyć z możliwością powstania najbardziej egzotycznych fanfików, ale po pierwsze: nie ma nic za darmo, a po drugie: one pewnie i tak powstaną, zaraz po ekranizacji).

W filmie i grach to mają łatwo - wystarczy kadr z zakapturzoną postacią i mamy tajemniczego bohatera instant.

Poza tajemnicą intrygujący bohater powinien mieć już tylko jedną rzecz (oprócz czegoś tak elementarnego, jak prawdopodobieństwo psychologiczne): odrobinę sympatii czytelnika. Jest ona niezbędna, aby czytelnik mógł się choć trochę z bohaterem identyfikować lub przynajmniej zaangażować emocjonalnie (z tym, że zaangażowanie typu: „Kill it, kill it with fire!” nie jest tym, o które mi chodzi). Odrobina zaangażowania i ciekawości jest czymś, co sprawia, że obchodzi nas bardzo, co autor z daną postacią zrobi. I o to chodzi.

*wszystkie obrazki jak zwykle pochodzą z otchłani netu.

środa, 20 lutego 2013

Jak to widzę?: Joscelin Verreuil

W dzisiejszej odsłonie akcji "uroczy kasjelita" z cyklu "Dziedzictwo Kusziela" Jacqueline Carey. Joscelin należał do zakonu ascetów - bodyguardów, zobowiązanych do zachowania celibatu. To ostatnie jest o tyle istotne, że akcja powieści rozgrywa się w kraju o dość ciekawej kulturze i lekkim podejściu do seksualności, a jego podopieczna była luksusową kurtyzaną. Jak to się mogło zakończyć, każdy może sobie dośpiewać, więc nie muszę spoilować. Dodam tylko, że kasjelici walczyli zazwyczaj dwoma sztyletami (mieczem tylko zabijali), które na obrazeczku widać. 
Wzięło mnie na ćwiczenie męskiej sylwetki, co też na obrazku widać (zbyt obficie go obdarzyłam mięśniami piersiowymi, ale przynajmniej wiem, co robię źle; muszę rysować więcej nagich, męskich torsów...). Styl rysunku jest trochę mangowy, bo bohater do takiego właśnie stylu mi pasował. Ogólnie jestem nawet zadowolona z efektu.

Joscelin Verreuil - można go powiększyć kliknięciem.

Zapraszam do zgłaszania własnych bohaterów - klik!

sobota, 16 lutego 2013

Zmyślenia #1: Co dobra ksiązka fantasy mieć powinna część 1

Jak już gdzieś kiedyś wspominałam, nosiłam się z zamiarem pisania notek bardziej ogólnych, esejopodobnych. Oto właśnie jedna z takich notek - a właściwie jedna trzecia takiej notki, bo jakkolwiek wierzę w dobrą wolę moich czytelników, tak znam możliwości swojego wątłego warsztatu pisarskiego i wiem, że nie piszę aż tak zajmująco, żeby pięć stron mojej pisaniny ktoś wytrzymał. Kolejne części w odstępach tygodniowych.

***

Tyle się mówi o tym, że znaleźć jakąś niezłą powieść fantasy to w zalewie powszechnej tandety nie lada sztuka. Inna rzecz, że każdy ocenia według innych kryteriów. Niektóre pozostają stałe i niezmienne, jak poziom językowy, sprawność posługiwania się piórem i wszystko to, co można określić słowem technikalia – nimi oczywistościami nie będę się zajmować. Reszta może się zmieniać wraz z wiekiem i doświadczeniem czytelniczym. Już za chwileczkę dowiecie się więc, co powinna mieć książka fantasy, żeby Moreni uznała ją za dobrą (przynajmniej teraz, bo za kilka lat lista może się zmienić). Oczywiście książka nie musi zawierać wszystkich wymienionych elementów, jednak w przypadku braków zawsze pozostaje jakiś niedosyt.
No i znajdź tu człowieku coś ciekawego... Obrazek nie jest mój i nie wiem, kto jest autorem (choć dziwnie przypomina mi ilustracje Moersa). Jak wszystkie (chyba, że zaznaczę inaczej) został ściągnięty z otchłani netu.

Świat przedstawiony
Jaki w końcu jest ten dobry świat przedstawiony? Przede wszystkim – dopracowany, czyli taki, w którym każdy z licznych szczegółów wskazuje na to, że autor wszystko opracował w głowie i pieczołowicie rozplanował, a czytelnikowi wydziela informacje w ściśle określonych dawkach. Brak tej cechy w skrajnych przypadkach można rozpoznać po tym, że w trzecim tomie sagi pojawia się coś, co mogłoby być już w tomie pierwszym, ale autor wpadł na to dopiero teraz – vide „Dziedzictwo” Paoliniego i smoczy punkt widzenia. Są co prawda autorzy, którzy tak sprawnie tkają swoją opowieść, że potrafią wmówić czytelnikowi, iż danego elementu wcale nie wymyślili miesiąc temu, przeciwnie, to było zaplanowane. Ponieważ trzeba do takiego wodzenia za nos nie lada warsztatu, chętnie udaję, że dałam się nabrać (a częściej – faktycznie daję się nabrać i wszyscy są zadowoleni).

Zapuszczone średniowieczne miasteczko rzadko bywa pokazywane przez autorów. Chyba, że w tle widać miejsce uwięzienia Wielkiego Zła.

Drugą cechą dobrego neverlandu jest wewnętrzna logika. Przejawia się w tym, że nawet jeśli autor jakieś prawo fizyki zmienia, to zgrabnie uzasadnia, z czego zmiana wynika i jak wyglądają jej skutki. Wiecie, średniowieczne realia wyglądały, jak wyglądały z pewnych konkretnych przyczyn. Miecz trzyma się za tępy koniec nie dlatego, że ten ostry tak ładnie błyszczy. Wiec jeśli autorowi zamarzy się, żeby w jego powieści miecze trzymano za głownie, niech mi wytłumaczy, dlaczego. Jeśli postanowi na kartach książki umieścić wielkie latające gady, też niech wytłumaczy, jak, do cholery, latają: bo magia napędza (ale z magią trzeba bardzo ostrożnie), bo mają pęcherze wypełnione gazem lżejszym od powietrza, bo to wcale nie gady, tylko co innego, bo jednak gady, ale stałocieplne i o wysoce wydajnym metabolizmie (tu jest pułapka – jeśli mają szybki metabolizm, muszą dużo jeść, a skąd biorą jedzenie? Z drugiej strony, bardzo ładnie w ten model wpisują się legendarne i mityczne gadziny, które przybywają skądś i dokądś mogłyby odlatywać, po oczyszczeniu terenu z ofiar, gdyby ich jakiś bohater nie utłukł – ale to temat na osobne rozważania). W przeciwnym razie czytelnik może się dowiedzieć, że konie piją morską wodę (potem autor trzymał się wersji, że to były „specjalne” konie, ale w tekście o tym nie wspomniał), krowy karmione są suszonymi grzybami, a wraz ze wzrostem wysokości o 3 metry temperatura spada o połowę (z czego nic nie wynika dla fizyki, meteorologii i biologii przedstawionego świata).
Jakiś zamek zawsze musi być.

Gdy występują te dwie główne cechy, niejako w konsekwencji powstaje kilka kolejnych: głębia i wielowymiarowość świata przedstawionego, dopracowana linia czasowa (czytelnik wie, że coś się w krainie działo, zanim rozpoczęła się akcja powieści i to „coś” zostawiło jakieś ślady), mitologia i wiele innych drobiazgów, których imię jest Legion, ale znaczenie mniej istotne, więc dam im spokój. Dopiero, gdy świat ma wymienione właściwości, mogę go uznać za naprawdę dobry.

Chatka wiedźmy też musi być, bo to najczęstsza, poza królewną, postać kobieca w fantasy. O kobietach jeszcze będzie.

Co ciekawe, polskim autorom najnormalniej w świecie nie wychodzi tworzenie neverlandów – osobiście znam dwa (a ze słyszenia trzeci) naprawdę dobry, skomplikowany i rozległy świat stworzony przez Polaków na potrzeby ich powieści (Meekhan i okolice Wegnera oraz świat wiedźmina  Sapkowskiego, ten trzeci to Szerer Kresa; jakby ktoś znał coś jeszcze, to chętnie przeczytam). Znacznie lepiej wychodzi im przerabianie tego, co znają – stąd popularność urban fantasy i wszystkich „zamkniętych drzwi”, gdzie obok naszego świata funkcjonuje jeszcze jakiś inny, mniej lub bardziej podobny (na podobnej zasadzie działają wszystkie fikcje historyczne). Tylko wiecie, ja jestem czytelnik wymagający – najbardziej cenię krainy stworzone od podstaw. I tak na przykład seria o Patrolach Łukianienki (choć ją uwielbiam) nie za bardzo się kwalifikuje do otrzymania najwyższej noty za świat przedstawiony, bo jest to tylko współczesna Moskwa przefiltrowana przez magiczny sączek. Tu z resztą leży i cuchnie mój osobisty problem związany z gatunkami urban fantasy i alternatywnymi historiami – nie oferują mi nowych uniwersów do poznania (no chyba, że jednak oferują, bo i na to są metody, ale my nie o tym). Nawet jeśli w tych powieściach mamy świetnych bohaterów, nieprzeciętne postaci kobiet, zaskakujące pomysły, wartką fabułę i co tam jeszcze czytelnicza dusza by chciała, nie umiem ocenić powieści fantastycznej osadzonej w naszej rzeczywistości wyżej od posiadającej podobne atuty powieści fantasy osadzonej w nie naszej rzeczywistości.

czwartek, 14 lutego 2013

Mroczna strona dorastania - "Córka żelaznego smoka. Smoki Babel" Michael Swanwick

„Córkę żelaznego smoka” Andrzej Sapkowski uznał za tak dobrą, że aż wartą umieszczenia w jego kanonie fantasy. Coś w tym musiało być, bo wydawnictwo MAG po kilkunastu latach zdecydowało się wznowić powieść w prestiżowej „Uczcie Wyobraźni”, dodając kolejny utwór Swanwicka z tego samego uniwersum. I tak oto w ręce czytelników trafiła „Córka żelaznego smoka. Smoki Babel”. A ponieważ dostajemy dwie pełnowartościowe opowieści, będzie to recenzja trochę typu dwa w jednym.

Zacznijmy od „Córki żelaznego smoka”. Jest to jedna z tych powieści, które urzekają już od pierwszego zdania. Najwyraźniej oczarowało ono również wydawcę, gdyż umieścił je w tekście z czwartej strony okładki: „W dniu, gdy dzieci spotkały się, by uknuć śmierć nadzorcy, w głowie dziewczynki-podmieńca zrodziła się decyzja, by ukraść smoka i uciec”. Czytelnik dopiero później dowiaduje się, skąd dziewczynka chciała uciec, dlaczego tam przebywała i że kradzież smoka to bardzo poważne przedsięwzięcie, którego konsekwencje będą się za nią ciągnąć latami.

Z kolei „Smoki Babel”, po lekturze wcześniejszej powieści, nie zaskakują  pierwszym zdaniem. W zasadzie można je czytać nawet bez znajomości „Córki…” – straci się co prawda pewne smaczki, ale nie ma to znaczenia dla fabuły. Zamiast dziewczynki-podmieńca mamy tu chłopca-sierotę z zapadłej wioski, a autor w pokrętny sposób wykorzystuje jeden z motywów najbardziej charakterystycznych dla fantasy (nie zdradzę który, bo powiedziałabym zbyt dużo; obeznanym z tematem sporo powinna powiedzieć pierwsza część tego zdania).

Wnioskując z obu powieści, motywem szczególnie cenionym przez autora jest motyw dorastania jako procesu stopniowej utraty niewinności. I nie takie samo, jakie prezentują nam powieści młodzieżowe. Tam mamy ukazany proces, w którym bohater będący jeszcze dzieckiem stopniowo zmienia się w osobę dorosłą, co jest dobre i pożądane. Swanwick pokazuje, jaka jest cena tej przemiany i w jak bardzo plugawy sposób trzeba ją niekiedy płacić. Zdaje się też sugerować, że niektórzy najwyższą cenę płacą zupełnie niepotrzebnie i niejako na własne życzenie. Co jest prawdą o tyle gorzką, że nie mają świadomości przepłacania. Tak dzieje się w przypadku Jane, dziewczynki-podmieńca, która swoje życie ukradła wraz ze smokiem. I jednocześnie wplątała się w sieci przemożnego fatum, pełne nieszczęść i powtarzających się tragedii, nie wiedząc, że może być zupełnie inaczej i lepiej. I nie wiedząc, co zrobić, żeby tak było.

Właśnie – fatum, nieuchronność pewnych rzeczy, również zdaje się fascynować autora. Jak w przypadku Jane, bohaterki „Córki żelaznego smoka”, mamy do czynienia z losem-pajęczą siecią, w którym im więcej się szarpiemy, tym bardziej jesteśmy zaplątani, tak w przypadku Willa ze „Smoków Babel” nieuchronność pewnych zdarzeń to niezbędny element kształtujący osobowość. A może największa różnica polega na tym, że pomimo tego, iż oboje padli ofiarami manipulacji, Willem manipulowały osoby mu życzliwe?

Teraz może przejdziemy od tego, co autor miał na myśli, do tego, co powypisywał. A powypisywał sporo ciekawych rzeczy. Stworzył bowiem świat połączony z naszym (a może będący jedynie jakąś alegorią naszego, występują w nim przecież bardzo znajome marki – zippo, motocykle kawasaki, miasto zwane Wielkim Jabłkiem i posiadające swoją Piątą Aleję; ten trop wydaje się słuszny zwłaszcza w „Smokach Babel”, bo „Córka żelaznego smoka” jest uboga w nawiązania), ale bogaty w tysiące ras mitycznych duszków: driady, nimfy, fauny, krasnoludy i arystokratyczne elfy to tylko najczęściej spotykane z nich. To bogactwo ras jest niemal przytłaczające, a jeśli dodać do tego umiejętne splecenie nowoczesnych technologii z wysoką magią i prostymi urokami, powstaje coś, co albo zachwyca, albo odrzuca (mnie zachwyca).

Swanwick ma bardzo sprawne pióro – potrafi tworzyć niezwykle klimatyczne i przemawiające do wyobraźni scenerie, nie siląc się na udziwnienia czy wygibasy. Pisanie prostym, ale powabnym językiem o rzeczach niezwykłych to rzadka umiejętność – tym bardziej należy ją cenić. Powieści pełne są też erotyki w wydaniu mocno naturalistycznym, dlatego nie polecam ich osobom, którym mogłoby to przeszkadzać.

Komu w takim razie polecam? Osobom, które lubią mocną, ale nie przekombinowana fantastykę. Także tym, które cenią sobie utknięcie mnóstwa „wartości dodanych” w interesującą fabułę i lubią w owych wartościach grzebać. A także wszystkim, którzy tęsknią za czymś wyraźnie odstającym od średniej.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Córka żelaznego smoka. Smoki Babel
Autor: Michael Swanwick
Tytuł oryginalny: The Iron Dragon's Daughter. The Dragons of Babel
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2012
Stron: 720
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...