piątek, 29 lipca 2016

"Skrzydła Ognia: Ukryte królestwo" Tui S. Sutherland

Jestem po lekturze trzeciego tomu „Skrzydeł Ognia”. Dla tych, którzy nie wiedzą, o co chodzi, wyjaśniam – jest to cykl o przygodach piątki młodocianych wybrańców (przeznaczony dla młodszych miłośników fantastyki), mających według przepowiedni zakończyć trwającą od wielu lat wojnę. Zasadniczo od wielu innych cykli tego typu różni się tym, że wybrańcy są smokami. Akurat trzeciego tomu byłam ciekawa, bo opowiadać ma o nieco wyalienowanej, izolującej się od grupy członkini zespołu, której właściwie nie powinno w nim być. Brzmi ciekawie, prawda? Cóż, przyznam, że nieco się rozczarowałam.

Po ucieczce z pałacu w Królestwie Morza, nasze dzielne smoczęta udały się do Królestwa Lasu Deszczowego w nadziei, że uzyskają pomoc dla rannego towarzysza. Gloria jest bardziej podekscytowana od reszty, ponieważ nareszcie będzie mogła zobaczyć dom swojego plemienia i spotkać towarzystwo własnego rodzaju. Deszczoskrzydłe mają na całym świecie opinię leniwych, bezużytecznych pacyfistów, ale młoda smoczyca liczy na to, że opinie są mocno przesadzone. Czy pobratymcy ją rozczarują?

Ja wiem, że to powieść dla dzieci, ale miałam pewne oczekiwania. Widzicie, Gloria jest w specyficznej sytuacji – przepowiednia o niej nie mówi. Owszem, wykluła się odpowiedniego dnia, ale o jej gatunku nikt nie wspominał. Dlatego przez dwa poprzednie tomy była kreowana na postać nieco izolującą się od grupy, nie dlatego, że grupa ją odrzuca, ale dlatego, że smoczyca czuła, że do niej nie należy (pomimo szczerych zapewnień przyjaciół). Liczyłam, że w tomie poświęconym Glorii (bo to z jej perspektywy prowadzona jest narracja w „Ukrytym królestwie”) będzie o tym wyalienowaniu i próbach szukania miejsca w grupie trochę więcej. Tymczasem autorka wolała się raczej skupić na plemieniu Glorii, niż na niej samej.

Same Deszczoskrzydłe jawią mi się jako grupa łuskowatych hippisów. To brzydzący się przemocą pacyfiści, wychowujący dzieci wspólnotowo i nie zakładają rodzin (nawet używki mają – słońce działa na nie mniej więcej tak, jak na ludzi trawka). Autorka na ich przykładzie próbowała chyba pokazać, że egzystowanie tak pokojowo nastawionej społeczności, mającej na dodatek w głębokim poważaniu to, co się dzieje poza ich lasem, jest głęboko niewłaściwe i do niczego dobrego nie prowadzi, podobnie jak głęboka niefrasobliwość. Owszem, mają swoje zalety (Deszczoskrzydłe wszystkie konflikty rozwiązują pokojowo i bez ofiar oraz opiekują się tymi członkami społeczności, którzy takiej opieki wymagają – czego nie można powiedzieć o wszystkich smoczych nacjach), ale głęboki pacyfizm i odcięcie od świata sprawia, że leśne smoki są nie tylko bezbronne wobec niebezpieczeństwa, ale także zupełnie go nieświadome. Cóż, jak dla mnie ten motyw znacznie lepiej rozegrała Dorota Terakowska w „Córce czarownic”.

„Ukryte królestwo” to właściwie jedyny jak dotąd tom w cyklu, który nie oferuje zamkniętego zakończenia. Poprzednio, mimo iż istnienie ciągu dalszego powieści było oczywiste, mieliśmy do czynienia z zamkniętymi rozdziałami. Teraz przerwano nam lekturę w połowie opowieści. Cóż, mimo drobnego rozczarowania, kolejna część zapowiada się o wiele ciekawiej i może nieco rozjaśni nam tę część intrygi, która znacząco wykracza poza jednotomowe rozdziały (a i ona nabiera rumieńców). Czekam.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Skrzyła Ognia: Ukryte królestwo
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Three: The Hidden Kingom
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 284

wtorek, 26 lipca 2016

Zmyślenia #33: Świńskie epizody na Dzień Świnki Morskiej

Tę notkę obiecałam Wam na Dzień Świnki Morskiej, który był w czwartek. Ale ponieważ w zeszłym tygodniu przebywałam na (prawie) totalnym bezinternetowiu, dostajecie ją dopiero dzisiaj.

Już w zeszłym roku narzekałam na brak świnek morskich popkulturze. Rzadko bywają głównymi bohaterami czegokolwiek, w przeciwieństwie do takich królików czy innych szczurów. A jak już tymi bohaterami są, to produkcja jest tak kiepska, że lepiej, żeby jej w ogóle nie było. Najwyraźniej twórcy na świnki kompletnie nie mają pomysłu. Choć ciągle mam nadzieję, że jednak ktoś kiedyś będzie miał pomysł.

Niestety, jeśli chodzi o role epizodyczne czy nawet statystowanie, to świnek też nie ma zbyt wiele. Udało mi się zgromadzić tylko cztery przykłady. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będę mogła uraczyć Was dłuższą listą, tymczasem musicie się zadowolić tym, co jest. 


„Siostrzeniec czarodzieja” C. S. Lewis
Świnki morskie co prawda nie dostały żadnej roli mówionej w całym narnijskim cyklu (nie to, co bobry albo myszy, prawdaż), ale w jednej części się pojawiły. Stworzonka (przyznam, że nie pamiętam, czy była jedna, czy dwie) zostały wykorzystane zgodnie z angielskim idiomem (u nich określenia „guinea pig” używa się w tym samym znaczeniu, co u nas królika doświadczalnego. I coraz częściej, zwłaszcza w filmach, tłumaczy się ten idiom dosłownie, ku mojej rosnącej frustracji) do przetestowania przejścia między światami. Testy zakończyły się pomyślnie, toteż świnkom nic się nie stało. Teraz sobie myślę, że spędzenie reszty życia w Lesie pomiędzy światami wcale nie było takim złym obrotem spraw. Święty spokój, ciepło i mnóstwo jedzenia to zdecydowanie rzeczy, których życzyłaby sobie każda świnka.


M*A*S*H (serial)
Osobiście ten serial bardzo lubię – zaskakujące, w jak wielu aspektach w ogóle się nie zestarzał. Ale miało być o świnkach. Otóż jeden z bohaterów serialu, kapral Walter "Radar" O'Reilly, rekompensował sobie wojenne stresy hodując różne zwierzątka domowe, między innymi świnki morskie. Przez wiele odcinków przewijały się różne zwierzątka, ale pierwszym była świnka o polskim imieniu Gapcio. Podobno należała do córki reżysera. Dziewczynce bardzo zależało, aby jej ulubieniec wstąpił w telewizji i najwyraźniej dopięła swego.


Dr Dolittle (film)
Chodzi oczywiście o film z 1998 roku z Eddiem Murphym. Córka tytułowego doktora miała samca świnki morskiej o imieniu Rodney, który od czasu do czasu wtrącał swoje trzy grosze. I jak sam film całkiem lubię, tak Rodneya nieszczególnie, bo to wredna małpa jest (w ogóle gryzoniom w „Doktorze…” się dostało, bo Rodney jest nie do wytrzymania, za to szczury są obrzydliwe. Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że właściwie większość zwierzęcych bohaterów filmu jest mniej lub bardziej niesympatyczna). Ciekawy jest fakt, że Rodneya grały przynajmniej dwie świnki.


Kore wa Zombie Desu
Jest to anime, które z fascynacją ogląda mój Luby, a którego ja osobiście nie trawię, bo to rzecz dla ludzi o mocnych nerwach (ja się w sumie nie znam, ale mam wrażenie, że autorzy obrali sobie za cel dekonstrukcję trendu magicina girls i kilku innych przez robienie sobie z nich absurdalnych jaj). No więc w tym anime jest odcinek, w którym świnka morska pełni rolę, która zazwyczaj przypada kotu - jest pupilkiem czarnego charakteru. Z którym to pupilkiem czarnych charakter nonszalancko przechadza się po planie, znęcając się oralnie nad tym dobrym. To jest coś!

piątek, 15 lipca 2016

"Marley i ja" John Grogan

„Marley i ja” to swego czasu była książka szalenie popularna (nawet ją zekranizowano, choć to już dobrych parę lat po największej fali popularności w Polsce). Budziła dość skrajne opinie – spotykałam się z zachwytami nad wzruszającą historią i z pełnymi grozy i oburzenia komentarzami o nieodpowiedzialnych właścicielach, którzy nie potrafili się odpowiednio zająć swoim psem. Chciałam więc sama się przekonać, cóż budziło takie gorące emocje (zwłaszcza, że takie mniej lub bardziej oparte na faktach książki o zwierzętach lubię tak samo, jak fantastykę). Tymczasem okazało się, że to po prostu książka o rodzinie z niesfornym psem.

Dla niezorientowanych przypomnę może, że książka jest po prostu zapisem trzynastu lat życia labradora Marleya widzianych oczami jego właściciela i autora jednocześnie. Całość ma formę ułożonych chronologicznie rozdziałów opisujących pojedyncze, co ważniejsze epizody z życia psa i jego rodziny, od wyboru szczeniaka, aż po kres jego życia. Całość nie jest może napisana wybitnie, literacko nie jest to żadna perełka, ale czyta się płynnie i przyjemnie (niebycie perełką literacką jest w ogóle sporym problemem w literaturze „zwierzęcej”. To ten typ, gdzie treść jest bardzo często faworyzowana ze szkodą dla formy).

Podtytuł brzmi „Życie, miłość i najgorszy pies świata” i przyznam szczerze, że nieco mnie rozczarował. Rozumiecie, po najgorszym psie świata spodziewałam się jednak czegoś więcej niż garść frustrujących zwyczajów i paniczny lęk przed burzą. Znaczy, rozumiem, że dla właścicieli mieszkanie z notorycznie niszczącym coś czworonogiem może być ze wszechmiar uciążliwe, ale… trochę nie rozumiem fenomenu tej książki. Bo Marley to zwyczajny pies. Jasne, niewychowany pomimo starań opiekunów i nadpobudliwy, który z pewnością sprawiałby mniej kłopotów biegając po rozległej farmie niż mieszkając w małym domku na Florydzie, ale, no, w rozszarpywaniu poduszek nie widzę nic, co mogłoby z niego zrobić gwiazdę literatury. Myślę, że sukces powieści wynikał nie z tego, że autor opowiada fenomenalną historię, albo że wybitnie pisze. Wziął się stąd, że wreszcie, po setkach opowieści o najwspanialszych, najgrzeczniejszych i najniezwyklejszych psach ktoś napisał o zwyczajnym. I czytelnicy-psiarze (bo nie oszukujmy się, po powieści o zwierzętach najczęściej sięgają ludzie, którzy sami je kochają) mogli z zachwytem odnaleźć tam kawałek swojego nieidealnego przyjaciela, na zasadzie „O, Marley grzebie w śmietniku zupełnie jak mój Azor!”. Niemniej, ja psa nie mam i czułam tylko lekkie rozczarowanie.

Przy czym nie chcę napisać, że to jest zła książka. W skali szkolnej dałabym jej mocne trzy z plusem. Przygody Marleya bywają zabawne. Poza tym, w przeciwieństwie do autorki opowieści o kocie Deweyu, John Grogan rzeczywiście skupił się w swojej książce na psie. Są tam ludzie, bo oczywiście rodzina w życiu Marleya, jak każdego psa, jest niezmiernie ważna, ale nie ma poczucia, że pod pretekstem opowieści o zwierzęciu autor zajmuje się historią swojego życia. Dla mnie osobiście to wielki plus. Grogan nie zbacza też w stronę przesadnego sentymentalizmu i choć bywają fragmenty w sposób oczywisty nacechowane uczuciowo, to zawsze są na miejscu i czytelnik nie ma wrażenia, że autor go próbuje szantażować emocjonalnie.

W sumie nie żałuję czasu spędzonego na lekturze. Może nie jest to dzieło wybitne, ale całkiem sympatyczne czytadło. Na wakacje jak znalazł.

Tytuł: Marley i ja. Życie, miłość i najgorszy pies świata
Autor: John Grogan
Tłumacz: Agnieszka Lis, Magda Papuzińska
Tytuł oryginalny: Marley & Me

Wydawnictwo: Pierwsze
Rok: 2006
Stron: 344

wtorek, 12 lipca 2016

Zmyślenia #32: Irytujące praktyki wydawnicze

Tutaj powinna się znajdować jedna z moich zaległych recek, ale po prawdzie to nie miałam weny, żeby ją pisać. Toteż zamiast męczyć się z tekstem, który wyraźnie nie chce być teraz pisany, zajęłam się czymś, co nam, Polakom, zawsze wychodzi bardzo dobrze. Otóż dzisiaj sobie ponarzekam. Ale żeby było tematycznie, to ponarzekam sobie na wydawnictwa.

Każdy z nas jest w stanie wymienić przynajmniej kilka wydawniczych praktyk, które sprawiają, że mu się nóż w kieszeni otwiera. Nie wszystkich jednak irytuje to samo (choć pewnie spora grupa jednak się powiela). Tutaj wypiszę wam, co irytuje Moreni. W kolejności losowej, czyli takiej, w jakiej mi się przypomniało.

1. Rozbijanie na tomy

Swego czasu prym w tym niecnym procederze wiodła Fabryka Słów (i chyba dalej wiedzie, ale nawet oni już przystopowali). Chyba każdy czytelnik, zwłaszcza fantastyki, spotkał się kiedyś z sytuacją, gdzie oryginalna wersja językowa książki była wydana jednotomowo, ale polska już w dwóch częściach. I zawsze budzi to irytację, bo nie dość że musimy za jedną powieść zapłacić jak za dwie, to jeszcze więcej miejsca na półce zajmuje i nierzadko na drugą połowę trzeba było czekać kilka miesięcy (na przykład w przypadku „Golema i dżina” tak było)… Teoretycznie dla wydawcy jest to czysty zysk, bo może tych durnych czytelników wydoić dwa razy. Ale tyle teorii. W praktyce czytelnik wcale nie jest taki głupi i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jest wykorzystywany. A to rodzi w nim bunt. I w pewnym momencie może się okazać, że książka, która w założeniach miała przynieść zysk podwójny, nie przyniesie żadnego, bo zrażony czytelnik po prostu jej nie kupi – wszak mamy jeszcze biblioteki, prawda?

2. Niekończenie serii

To jest przewinienie, za które moim zdaniem należy się osobny krąg w piekle z powodów, których chyba nie muszę nikomu wyjaśniać.

A tak bardziej serio to rozumiem, że czasem to nie jest wina wydawcy, bo zdarza się, że autorzy porzucają swoje cykle i ich nie kończą z takich lub innych powodów. Czasem zdarza się i tak, że dwudziestotomowy cykl już na etapie tomu piątego przynosi same straty. Wydawnictwo nie jest instytucją charytatywną, swoje zarobić musi i trudno od niego oczekiwać, że będzie dokładać do kolejnych piętnastu tomów (bo zakładanie, że co prawda piąty jest stratny, ale przy szóstym z pewnością chwyci to w realiach naszego rynku myślenie życzeniowe level hard). Znacznie mniej mam wyrozumiałości dla tych oficyn, które wydają wszystkie tomy POZA OSTATNIM. No hej, ja doskonale rozumiem, że czasem licencja na ten ostatni jest najdroższa, ale naprawdę, to już można by sobie było wpuścić w koszty pijarowe. Poza tym to jest znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad fanami.

Przy czym dla samych wydawców takie niewydawanie serii do końca nie pozostaje bez wpływu na sprzedaż. Bo po kilku takich akcjach czytelnik wzruszy ramionami i stwierdzi, że poczeka, aż wydadzą wszystko (bardzo często słyszę (czytam?) takie deklaracje w odniesieniu do Fabryki Słów). Więc wydawca nie widzi znaczących zysków przy pierwszym tomie, więc po jakimś czasie zawiesza serię. A czytelnik utwierdza się w swoim przekonaniu, że wydawcy nie można ufać. Po czym cykl powtarza się od nowa.

3. Odwlekanie premier w nieskończoność

Nieco mniej karygodne niż punk poprzedni, bo pozostawia nadzieję i czasem nawet nie jest to nadzieja płonna. Niemniej, czekanie latami na przekład kolejnego tomu ulubionej serii, który już dawno ukazał się w oryginale bywa frustrujące. W niektórych przypadkach oczekujący czytelnik naprawdę zdążyłby się już nauczyć języka oryginału i przeczytać, gdyby wiedział, że to będzie tyle trwało…

4. Zmiana szaty graficznej i/lub technikaliów wydania w połowie serii

Prawdziwy koszmar perfekcjonisty i kolekcjonera. Otóż wyobraźcie sobie, że zebraliście kilka tomów jakiejś serii w twardej okładce z obwolutą, aż tu nagle kolejny wychodzi w miękkiej ze skrzydełkami. Albo o dwa formaty większy. Albo w zupełnie innej szacie graficznej. Przy tym nierówne napisy na grzbietach serii to pikuś. Sama mam dwie takie serie, gdzie wydawca nagle zmienił zdanie, a z nim wygląd książek. I fakt, najważniejsza jest przecież treść i w ogóle, ale z drugiej strony, gdyby mi nie zależała na aspekcie estetycznym, kupiłabym sobie ebooki. No i znacznie łatwiej upychać drugie piętro książek na równo stojącej serii tej samej wysokości, niż na górkach i dolinkach…

To chyba tyle, jeśli chodzi o najgorsze z najgorszych i godne jednoznacznego potępienia praktyki. Ale jeśli was irytuje coś jeszcze, to piszcie.;)

piątek, 8 lipca 2016

"Królowie Dary" Ken Liu

Jak wiecie (lub nie) jestem ogromną fanką opowiadań Kena Liu (do tego stopnia, że ciągle się łudzę, że ktoś mi te opowiadania wyda w formie sympatycznego zbiorku. Niech ktoś wyda, plis). Dlatego kiedy tylko dowiedziałam się, że ktoś zamierza wydać u nas jego debiutancką powieść, zastrzygłam czujnie uszami. Tym kimś okazała się wydawnictwo SQN i ze swojej strony wywiązało się z zadania świetnie (a w zapowiedziach, co prawda odległych, jest już tom drugi). Niemniej, mam z tą książką problem. Za chwilę opowiem, jaki.

Wyspy Dary niegdyś były podzielone między siedmiu królów. To prawo ustanowili Ano, którzy przybyli na wyspy wieki temu i tak było do niedawna. Ale pewnego dnia król Xany wypowiedział wojnę innym królestwom i podbił je wszystkie, tworząc cesarstwo obejmujące całe wyspy. Niestety, rozochocony spełnieniem swego wielkiego snu zaczął przeistaczać w rzeczywistość kolejne, a to wymagało coraz większych podatków i nowych przymusowych robotników. Ucisk ludu zasiewa ziarno rewolucji, które powoli kiełkuje w sercach robotników, drobnych oszustów i ostatniego potomka upadłego, szlacheckiego rodu. Nadchodzą burzliwe czasy…

Może na początku wyjaśnię, z czym mam problem, będziemy mieli to już z głowy. Otóż opowiadania Kena Liu przyzwyczaiły mnie to mocnej puenty. Fakt, jest to puenta grająca raczej na emocjach niż na rozumie (co starsze pokolenie fanów może nieco rozczarować), ale zawsze pozostawiająca czytelnika skonfundowanego i z wrażeniem czegoś niespodziewanego i nowego. Nawet, jeśli sam tekst rozgrywał schematy znane od dawna, podawał je w świeży sposób. Tymczasem w „Królach Dary” nieco zabrakło mi tej świeżości. Nie liczyłam może na (nomen omen) rewolucję, ale na grę ze schematem już owszem. Tymczasem Liu postanowił po prostu kolejny raz wcielić w życie klasyczny schemat powieści, w której bohaterowie włóczą się po autorskim świecie niekoniecznie w celu wykonania questu (to się kiedyś high fantasy nazywało chyba). I trzeba mu przyznać, że wykorzystał go perfekcyjnie, ale pewien niedosyt pozostał.

Ken Liu postanowił pokazać czytelnikom, jak rodzi się rewolucja. Zrobił to jednak inaczej niż Sanderson i inaczej niż Martin (bo „Pieśń Lodu i Ognia” to też opowieść o przewrocie u władzy i w sumie nie wiem, czy w dalszych tomach nie ociera się choć trochę o klimaty rewolucyjne). U Liu widać, co tak naprawdę rewolucję kształtuje, bo pokazał to w szerokim rzucie, skupiając się od czasu do czasu na detalach. I tak z jednej strony mamy sytuację geopolityczną, czyli ogólną politykę uzurpatora, drażniącą możnych i sprawiającą, że pospólstwu też nie żyje się najlepiej oraz takie drobiazgi jak nieurodzaj. Z drugiej mamy czynnik ludzki – drobne decyzje podjęte kiedyś, personalne urazy i chęć zemsty splatają się, aby ostatecznie złożyć się na upadek imperium. A ponieważ to fantasy, do wszystkiego mieszają się jeszcze bogowie.

Niemniej, nie można napisać powieści, operując jedynie ogólnikami, bo wyjdzie nam rocznik statystyczny. Potrzebni są bohaterowie. A tych Liu potrafi pisać jak mało kto. Mamy więc dwóch nieco (no dobra, jeden z nich nawet bardzo) archetypicznych głównych bohaterów. Kuni Garu jest utracjuszem i drobnym oszustem, a jego główną bronią jest spryt - można go nazwać triksterem. Mimo tego ma dobre serce i problemami innych interesuje się bardziej, niż wypada przyznawać. Los sprawia, że jego najlepszym przyjacielem zostaje Mata Zyndu – heros wyciągnięty jakby prosto ze starych pieśni. Mata, jako potomek świetnego niegdyś rodu, był wychowywany w szacunku dla jego pamięci i od małego karmiony opowieściami o honorze, odwadze i waleczności. A ponieważ i postury był słusznej, i talent do wojaczki miał wrodzony, stał się wojownikiem idealnym, bez skazy makiawelizmu czy podstępu. Paradoksalnie, choć Kuni jest mi bliższy jako postać, ciekawiej wypada właśnie Mata – bo autor postanowił dobitnie pokazać, jak taki wojownik z pieśni rodem działa w realnych warunkach. I postanowił to zrobić w sposób rzadko wybierany przez twórców.

Oczywiście poza tą dwójką w powieści roi się od postaci drugoplanowych i pobocznych. Najbaczniejszą uwagę zwróciłam oczywiście na kobiety, bo taki mam fetysz, że zawsze bacznie się im przyglądam. W „Królach Dary” mamy ich wiele i prezentują się bardzo różnorodnie. Najczęściej pojawia się Jia. Z początku zdaje się być typową cool bohaterką – zielarka z zadziornym charakterem, która wie, czego chce i będzie do tego dążyć nawet, jeśli środowisko ją potępi. Z czasem jednak bardzo interesująco ewoluuje. Liu przedstawiając bohaterki stara się je opisywać w sposób możliwie zniuansowany – są równie pełne sprzeczności i ograniczone konwenansami, co mężczyźni i radzą sobie z tym w różny sposób, wykorzystując wszelkie możliwe przewagi. Przy czym autor stara się pokazać, że jego bohaterki, mimo lekko feminizującego ogólnego charakteru części wątków (można by się pokusić o trzeci stopień w skali Martin), nie są jakimś postępowym overmindem. To, że żyją w świecie mężczyzn nie znaczy jeszcze, że równym frontem rozpoczną marsz ku emancypacji. Wręcz przeciwnie, często gotowe są powielać krzywdzący sposób myślenia, bo tylko taki znają.

Ponieważ więcej frajdy sprawia mi rysowanie
fantastycznej fauny niż bohaterów, macie tu
crubena. To taki lokalny, rogaty i łuskowaty megawieloryb
(albo równie dobrze rodzaj ichtiozaura).
Sam świat Dary również został skonstruowany z dbałością o szczegóły i widać w nim inspiracje Krajem Środka. Pewnie gdybym się trochę bardziej interesowała tematem, mogłabym przytoczyć konkretne odwołania, ale niestety tak głęboko wiedzą nie sięgam. Za to mogę wymienić kilka różnic względem standardowego zachodniego świata fantasy. Otóż pierwsza to historia. Pisane źródła Dary sięgają setek, jeśli nie tysięcy lat wstecz a dawni mistrzowie i poeci są cytowani na równi z bardziej współczesnymi. U nas, jeśli pisze się świat fantasy, to jego dawniejsze dzieje giną w pomroce dziejów, zostawiając najwyżej jakieś budowle starożytnych na pamiątkę. Znacznie więcej jest tu też melancholii i tęsknoty za minionym, co ostatnio w zachodniej fantasy jest passe. Takoż dążenia do harmonii.

Kilka słów o technikaliach na koniec. „Królowie Dary” są wydani prześlicznie – mapa na wklejce, glosariusz i wykaz bohaterów (co może się przydać, bo jest ich sporo), poza tym poziom edytorski też bardzo przyzwoity. No piękna książka po prostu, nic tylko macać. Choć osobiście trochę mi szkoda, że tytułowy dziki kwiat został mleczem, a nie mniszkiem. Wbrew obiegowej opinii to są dwie różne rośliny. Ale to mnie boli moje wykształciusze serduszko, dla większości to jest różnica niezauważalna (no i rozumiem, dlaczego tłumacz akurat na mlecza się zdecydował. Choć i tak trochę żal).

Cóż, liczę na to, że kolejny tom nie pozostawi mi niedosytu. Głównie dlatego, że teraz będę wiedziała, czego mam się spodziewać i nie pozostanie miejsce na bezpodstawne rojenia. Bo obiektywnie „Królowie Dary” to kawał porządnej fantasy w mistrzowskim wykonaniu. Tyle, że człowiek zawsze chce więcej. 

Książkę otrzymałam od wydawnictwa SQN Imaginario.

Tytuł: Królowie Dary
Autor: Ken Liu
Tłumacz: Agnieszka Brodzik
Tytuł oryginalny: The Grace of Kings
Cykl: Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu
Wydawnictwo: SQN
Rok: 2016
Stron: 592

wtorek, 5 lipca 2016

Na co poluje Moreni: lipiec 2016

Jeszcze w zeszłym tygodniu zapowiadało się na to, że w tej notce przedstawię wam tylko dwie ksiązki. Na szczęście (albo i nie) od tamtego czasu zapowiedzi zrobiły się nieco bogatsze, więc notka będzie nieco dłuższa.

Chcę mieć

"Biała noc" Jim Butcher
22 lipca

Kolejny tom Akt Harry'ego Dresdena to oczywiście must have. Jeszcze mi się nie znudził ten cykl a sam Harry wciąż pozostaje jednym z ulubionych bohaterów.

Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) chicagowskiego maga-detektywa. Okazuje się, że w naszym „zwykłym” świecie wprost roi się od niezwykłych, magicznych istot, które najczęściej mają z ludźmi na pieńku. I tu na scenę wkracza Harry.
Zaniepokojona serią domniemanych samobójstw policja wzywa na pomoc Harry’ego, który na miejscu zbrodni natychmiast trafia w dziesiątkę i odkrywa magiczną skazę, której nie można z niczym pomylić. Znajduje również przeznaczoną dla niego wiadomość, która nie jest bynajmniej sympatyczna. „Zabójstwa” będą trwały, dopóki Harry nie zdoła powstrzymać swojego dręczyciela – tymczasem wszystkie poszlaki prowadzą do jego przyrodniego brata, co zupełnie nie ma sensu.
Tak się nieszczęśliwie składa, że w toku śledztwa Harry ściąga sobie na kark bandę wampirów żywotnie zainteresowanych wynikami dochodzenia. Wkrótce okazuje się, że wszyscy jego przeciwnicy mają przewagę liczebną i siłową, on zaś zostaje wystawiony na groźne pokusy. Jeśli zawiedzie, jego przyjaciele zginą.

Chcę przeczytać:

"Lustro pana Grymsa" Dorota Terakowska
7 lipca

Do Doroty Terakowskiej mam słabość od bardzo dawna, jako dziecko i młodsza nastolatka uwielbiałam jej książki. I do tej pory uwielbiam, taką "Córkę czarownic" czy "W krainie kota" chętnie postawiłabym sobie na półce (choć z drugiej strony obsypywanej pochwałami powieści "Ono" jakoś nie mogłam zdzierżyć). "Lustra..." nie znam chyba jako ostatniej powieści autorki, a że akurat Literackie wznawia, to tu położę.

 Agata była trochę inna niż większość dzieci. Nie mówiła zbyt wiele, miała za to dar widzenia rzeczy nieuchwytnych dla pozostałych. Nie każdy dostrzega zatrzymany na ścianie kamienicy cień człowieka, który przeszedł tamtędy parę minut temu. Nie każdy słyszy w słuchawce telefonu echa dawno przebrzmiałych rozmów. Nie wszyscy potrafią dostrzec w lustrze coś więcej poza własnym odbiciem. Nawet wtedy, gdy lustro, zamiast wiernie odzwierciedlać rzeczywistość, świadomie zwodzi, a wreszcie połyka istoty ze świata, któremu powinno służyć.
Książka porywa czytelników zajmującą akcją oraz bardzo pomysłowym, nasyconym kolorami światem, ale także w piękny, wyczuwalny dla każdego sposób zwraca uwagę na to, co w naszym życiu najważniejsze.
Bo takie jest lustro pana Grymsa: skrywa ono świat, który może wydać się wspaniały, a jednak czegoś w nim brakuje... Czy Agata zrozumie, co to takiego i zdąży ocalić zamieszkujące go istoty? Czy zobaczy jeszcze tych, których kocha?

"Mroczniejszy odcień magii" V. E. Schwab
11 lipca

Książka zdaje się popularna za Kanałem La Manche. Znowu mamy, jakże oryginalnie, alternatywny Londyn (sama znam już cztery i to tylko książkowe, bo filmowych nawet mi się liczyć nie chce. A i tych książkowych nawet nie szukałam. Strasznie mało oryginalni ci Anglicy), ale pomysł autora do mnie przemawia i byłabym skłonna testować. Choć pryznam, że jakoś się do daty premiery nie przywiązuję.

Intrygująca powieść fantasy, w której magicznej wizji równoległych Londynów dorównuje oryginalna kreacja barwnych bohaterów.
Witajcie w Szarym Londynie – brudnym i nudnym, pozbawionym magii, rządzonym przez szalonego króla Jerzego III. Istnieje też Czerwony Londyn, w którym w równej mierze szanuje się życie i magię, oraz Biały, miasto wycieńczone wojnami o magię. A niegdyś, dawno temu, istniał jeszcze Czarny Londyn... Teraz jednak nikt o nim nawet nie wspomina.
Oficjalnie, Kell jest podróżnikiem z Czerwonego Londynu – jednym z ostatnich magów, którzy potrafią przemieszczać się pomiędzy światami – i działa jako posłaniec między Londynami i ambasador Czerwonego królestwa rodziny Mareshów. Nieoficjalnie, uprawia przemyt – bardzo niebezpieczne hobby, o czym przekonuje się na własnej skórze, kiedy wpada w pułapkę wraz z zakazanym przedmiotem z Czarnego Londynu. Ucieka więc do Szarego, gdzie z kolei naraża się Lili Bard, złodziejce o wielkich aspiracjach. To właśnie z nią Kell wyrusza w podróż do alternatywnej krainy, której stawką jest uratowanie wszystkich światów…

"27 pięter" Bradley Somer
12 lipca

To zapowiada się ciekawie. Szczególnie interesuje mnie perspektywa złotej rybki i małoletni podróżnik w czasie. Nie nastawiam się na jakieś objawienie, ale liczę, że autor mnie zaskoczy.

Spragniona przygód złota rybka imieniem Ian przy pierwszej nadarzającej się okazji wyskakuje ze swojego kulistego akwarium, stojącego na balkonie dwudziestego siódmego piętra, i tak rozpoczyna swój lot. Mijając kolejne piętra, obserwuje życie mieszkańców bloku o nazwie Sewilla na Roxy.
A są wśród nich: atrakcyjny przyszły paleoklimatolog, obecnie erotoman, studentka obarczona niezmiernie ważną misją, femme fatale w różowej koszulce nocnej, robotnik budowlany z tajemniczym pakunkiem, kobieta cierpiąca na agorafobię, a także jedenastoletni podróżnik w czasie. Łączą ich wszystkich czas i przestrzeń, ale też coś o wiele istotniejszego: każde stoi przed podjęciem decyzji, po której ich życie już nigdy nie będzie takie samo.
Czasami jedynym sposobem na wyrwanie się z marazmu codzienności jest podjęcie ryzyka. Jak trafnie zauważa Ian: „Po życiu spędzonym w akwarium zdycha się jako stara ryba, która nie doświadczyła ani jednej przygody”.

"Mechaniczny" Ian Tregilis
20 lipca

Mam jedną książkę Tregilisa w domu, ale oczywiście jeszcze jej nie czytałam. Niemniej, "Mechaniczny" wydaje mi się ciekawym pomysłem. Zobaczymy, jak to wypadnie.

Mam na imię Jax.
Tak mnie nazwali moi ludzcy panowie.
Jestem klakierem – mechanicznym człowiekiem napędzanym mocą alchemii. Armie złożone z mi podobnych podbiły Europę i uczyniły Mosiężny Tron jedynym supermocarstwem.
Jestem wiernym sługą i doskonałą machiną wojenną.
Zostałem obdarzony ogromną siłą i nieskończoną wytrzymałością.
Jestem posłuszny życzeniom moich panów.
Jestem niewolnikiem. Ale wkrótce będę wolny.
Zegarmistrzowie kłamią!
Zaraz po tym, jak naukowiec i zegarmistrz Christiaan Huygens stworzył w XVII wieku pierwszego Klakiera, Holandia powołała do życia mechaniczną armię. Nie trzeba było długo czekać, żeby legion mosiężnych piechurów pomaszerował na Westminster. Królestwo Niderlandów stało się supermocarstwem dzierżącym niepodzielną władzę w Europie.
Trzy stulecia później stan rzeczy nadal się utrzymuje. Jedynie Francja zawzięcie broni swoich przekonań, że każdy powinien mieć prawo do wolności, niezależnie czy zbudowany jest z ciała, czy mosiądzu. Po dziesięcioleciach zawieruchy wojennej Holandii i Francji udało się osiągnąć kruchy rozejm.
Ale jeden zuchwały Klakier o imieniu Jax nie może już dłużej znieść geas – niewolniczych więzi ze swoimi panami. Jak tylko nadarzy się okazja, wyciągnie mechaniczną rękę po wolność, a konsekwencje jego ucieczki zatrząsną fundamentami Mosiężnego Tronu.


piątek, 1 lipca 2016

Stosik #81

No więc każdy kolejny miesiąc ma być już spokojniejszy pod względem ilości książek, jaką ściągam do domu. Ha ha ha, wyśmienity żart, milordzie. A oto fotka tego żartu.

Tradycyjnie zdjęcie robione kartoflem. Nic na nim nie widać, więc czytajcie notkę.
Trzy moduły, zaczynamy od lewej. Na górze dwie pozycje z biblioteki. Ta mniejsza to "I stanie się czas" Poula Andersona, zajumane Lubemu, który wypożyczył był. Za jedyne rekomendacje służy mi fakt, że na okładce jest logo Nowej Fantastyki, książka jest starsza ode mnie oraz Sapkowski coś w swoim kanonie wspomina o autorze (no i Luby stwierdził, że może mi się podobać). Pod spodem "Marley i ja", książka jakiś czas temu niezwykle popularna wśród miłośników zwierząt i budząca dość skrajne emocje. Teraz będę miała okazję wyrobić sobie własne zdanie.

Pod spodem łupy przywiezione z ODFiNów. "Po katastrofie" to właściwie zakup Lubego, ale skoro już mam w domu, to chętnie przeczytam (ten London intryguje). Niżej ósmy tom cyklu o szpitalu kosmicznym, czyli "Lekarz dnia sądu". Postanowiłam sobie zbierać, chociaż raczej nie liczę, że uda mi się skompletować cały (mam już 1/4 cyklu w domu, ale to o niczym nie świadczy). "Wyznania idioty" Jacka Soboty, to coś, czego właściwie nie miałam zamiaru kupować, bo obiecałam sobie tych koszmarnie brzydkich Krytyków o Fantastyce kupować w ebookach. No to widać, ile warte są moje obietnice. A na samym dole "Kroki w Nieznane 2014", czyli ostatni tom tej kultowej antologii.

Środkowy moduł to coś w rodzaju "zakupów różnych". Na górze dwie części "Niucha" z pratchettowej kolekcji. Niżej dwie części kolekcji fantastyki wydawnictwa Literackiego. "Dzienniki gwiazdowe" to bardzo ważna pozycja na mojej liście książek, które muszę przeczytać jeszcze raz - od wielu lat w topce. Za to "Extensa" Jacka Dukaja może będzie odpowiednią okazją, żeby się z tym autorem zapoznać książką, która nie wymaga izolowania się na miesiąc od świata, żeby ogarnąć hektary tekstu.

A pod nimi trzy łupy za grosze z antykwariatu (antykwariaty to zło i szatany. Omijajcie). "Prądy czasu" Silverberga były stare i tanie, ale za to w dobrym stanie (i miało gołą babę na okładce). Od dawna chciałam poznać autora, więc czemu nie, pomyślałam. Ne wiem, czy to akurat dobre na początek, ale już za późno. "Dopóki nie zgasną gwiazdy" Patykiewicza umiarkowanie interesowały mnie od dawna, ale miałam twarde postanowienie upolowania w bibliotece. Aż tu nagle znalazłam w stanie idealnym za kilkanaście peelenów, więc zgarnęłam. A "Tropem zaginionych" to kolejna książka o psach, tym razem ratowniczych. Nawet jeśli okaże się najgorszą szmirą, to za tą cenę nie będzie bolało.

Ostatni moduł, recenzyjny. Na górze dwie rzeczy od Genius Creations, które wcześniej pokazywałam w ebooku, teraz mam w papierze. "Bezsennych" już czytałam, "Redlum" jeszcze nie (ale mogę powiedzieć, że na żywo ma równie paskudną okładkę, co w sieci). Pod spodem dwie pyszne lektury od Marginesów, obie z serii Eko, którą mam ambicje skompletować. "Podróż różowych delfinów" to wiadomo, o delfinach jest, a "Saga Puszczy Białowieskiej" - nie zgadniecie! - o Puszczy Białowieskiej. I obie mają obrazki. Gdyby nie to, że całkiem nie odpowiada mi papier, zachwycałabym się wydaniem (a tak to się tylko opracowaniem graficznym zachwycam). Zapowiada się na urlop całkowite zezwierzęcenie (zwłaszcza, że jeszcze słoń morski do czochrania czeka). A na spodzie trzy ładne rzeczy od Maga. "Duszę cesarza" mam już w "Krokach w Nieznane", ale to wydanie jest takie szykowne, że aż. No i jako że to są różne tłumaczenia, może kiedyś je porównam (na zasadzie "nie znam się, to się wypowiem"). Niżej cyklu o młodych smokach część trzecia, czyli "Ukryte królestwo". A na samym dole największa zagadka miesiąca, czyli "Wiatrogon aeronauty", czyli odpowiedź na pytanie "Jak pisze Butcher, kiedy nie pisze o Dresdenie?".

Tyle papier, ale mam jeszcze dwa ebooki.:)


Dziecięca "Strażniczka książek" od Prószyńskiego i s-ki oraz "Opowiem ci pewną historię" w ramach czytadła na lato od Świata Książki.

Od czego by tu zacząć...

wtorek, 28 czerwca 2016

Zmyślenia #31: Dlaczego dla blogerów książkowych Patronite nie ma sensu

Od jakiegoś czasu bardzo popularna wśród twórców internetowych staje się strona patronite.pl. Chodzi w tym o to, że taki twórca (czy to piszący, rysujący czy lepiący) zakłada sobie konto na owej stronie i już fani mogą go, w zamian za różne gratisy i drobne przywileje, wspierać finansowo. Za oceanem istnieje wielu twórców, którzy całkiem dobrze sobie z tego żyją, ich zarobki na tego typu platformach sięgają dziesiątek tysięcy zielonych miesięcznie. Nic dziwnego, że i rodzimi twórcy bardzo chętnie zakładają konta na serwisie. Niech im będzie na zdrowie. Tyle że mam przeczucie graniczące z pewnością, że w przypadku blogerów książkowych takie działania są bezcelowe.

Może na początek zaznaczę, że idea stojąca za serwisem patronite.pl szalenie mi się podoba. Oto bowiem jest prostym uwspółcześnieniem idei mecenatu. Mecenasi wspierający wybitnych artystów pewnie nadal gdzieś tam istnieją i wspierają, gorzej miała się sytuacja artystów tworzących ku uciesze mas (na potrzeby tego wpisu zdefiniujmy sobie artystów jako osoby tworzące treści bądź przedmioty, zaspokajające potrzeby fanowskie, estetyczne lub rozrywkowe pomijając ich aspiracje do bycia sztuką). A teraz każdy może być mecenasem i głosować portfelem, jak to się modnie mówi. I to jest piękne. Mój problem z Patronite polega głównie na tym, że dla pewnych grup niestety stosowanie go pozostaje bezcelowe i jedną z tych grup jest, jak sądzę, blogosfera książkowa. A dlaczego tak sądzę, to mam zamiar teraz po kolei wyłuszczyć.

1. Zasięg

Truizmem jest stwierdzenie, że tylko mały ułamek czytelników treści internetowych jest skłonny rzucić piniondz ich autorowi. Weźmy takiego Zwierza Popkulturalnego – na ponad piętnaście tysięcy fanów na Facebooku patronów (czyli ludzi wspierających go na Patronite) ma tylko trochę ponad stu. Czyli 0,7%. A teraz, drodzy blogerzy książkowi, sprawdźcie, ilu fanów macie na fejsie i policzcie, ile z tego to będzie 0,7%. Wyniki raczej nie są satysfakcjonujące.

A specyfika blogosfery książkowej może je jeszcze pogorszyć. Bo widzicie, większość osób czytających blogi książkowe to inni blogerzy książkowi. Którzy będą mniej skłonni rzucić piątaka niż zwykły czytelnik. Nie z zawiści, tylko z chłodnej kalkulacji – tego piątaka mogą przecież zainwestować we własnego bloga.

Z tego wynika też, że niewiele osób wśród blogerów książkowych wytworzyło wokół swoich blogów prężną sieć aktywnych odbiorców (nazwałabym to mini fandomem) – ludzi na tyle osobiście zaangażowanych w to, co robimy w sieci, żeby nam rzucili kasę. Nasi czytelniczy owszem, są zaangażowani, ale raczej w tworzenie własnych blogów i społeczności. W końcu w większości sami są blogerami.

2. Zdobywanie materiałów

Blogerzy na patronite.pl zwykle piszą, że fundusze od patronów przeznaczą na zakup materiałów do prowadzenia bloga (najczęściej chodzi tu o rzeczy do recenzowania, rzadziej sprzęt do nagrań). Co jest ogólnie dobrym pomysłem i bardzo fajnym uzasadnieniem, istnieje jednak małe „ale” odnośnie blogosfery książkowej (wyjąwszy może tych, którzy piszą o książkach nieprzełożonych na polski). Otóż materiały z naszej dziedziny znacznie łatwiej zdobyć niż z jakiejkolwiek innej dziedziny popkultury. Wiele starszych pozycji można bez problemu znaleźć w którejś bibliotece (a i nowości czasem też. Większość z nas to stali bywalcy bibliotek, więc załatwienie sobie jakiejś nowości do wypożyczenia nie powinno być problemem). No i są współprace, które jedni uwielbiają, inni krytykują, a jeszcze innym są całkiem obojętne. Współprace, czyli otrzymywanie egzemplarzy książek do recenzji.

Przy pewnym stażu, ilości wyświetleń i regularności pisania zdobycie takiego egzemplarza jest dość proste. Ale ma też pewien aspekt psychologiczny, który może odstraszać patronów. Bo widzicie, większość czytelników widzi tylko, że dostajecie książki za darmo, ergo po co mają wam się do czegokolwiek dorzucać, przecież nawet kupować materiałów nie musicie, same do was przychodzą.

Jest jeszcze kwestia różnych tematycznych imprez, z których relacje czasem się tu i ówdzie pojawiają. Otóż w świetle zdobywania potencjalnych patronów są one raczej niezbyt nośne. Głównie dlatego, że w notce o zbieraniu na wyjazd najlepiej wygląda kwestia zakupu wejściówki. A wiele książkowych imprez oferuje blogerom wejściówki za darmo. I ja wiem, że samo wejście to tylko jedna ze składowych wyjazdu na taką imprezę, zwłaszcza, jeśli odbywa się ona na drugim końcu Polski. Ale sami przyznacie, że nocleg, bilet na pociąg czy szama nie wyglądają już tak dobrze w rozpisce celów dotacji.

3. Czas

Patronite (czy może raczej jego amerykański pierwowzór, Patreon) został stworzony głównie z myślą o freelancerach, którzy ciągle łupiąc zlecenia komercyjne żeby żyć, nie mają czasu ni energii na robienie własnych projektów czy ogólny rozwój artystyczny. Założenie jest takie, że jeżeli fani ich twórczości własnej sypną groszem, wtedy freelancer będzie mógł zrezygnować z części zleceń, a zaoszczędzony w ten sposób czas poświęcić na rozwój osobisty, ku uciesze płacących fanów. W blogosferze książkowej ten scenariusz w większości przypadków nie ma szans się sprawdzić.

Powodem jest fakt, że niewielu blogerów pracuje jako freelancerzy. Część pracuje w sposób bardziej normowany (może nawet na etacie), część jeszcze się uczy. W tych przypadkach zwykle trudno jest od tak sobie regulować czas poświęcany na pracę zawodową (a w ogóle niemożliwe regulować sobie czas poświęcony na naukę) w zależności od tego, ile patron sypnie, więc czas przeznaczony na szeroko pojęte tworzenie treści raczej się nie zwiększy. Oczywiście przy odpowiednio dużej kwocie wsparcia bloger mógłby rzucić nawet pracę etatową i zająć się wyłącznie blogowaniem za pieniądze patronów, ale głęboko wątpię, żeby ktokolwiek w rodzimej blogosferze (nawet nie tylko książkowej, całej popkulturowej) miał aż tak bogatych i licznych fanów.

Ta cała tyrada nie została napisana po to, żeby was przekonywać, że kompletnie nie warto się patronite.pl interesować. Ależ interesujcie się, na zdrowie, mam zamiar wam kibicować i trzymać kciuki. Może nawet sama kiedyś założę tam konto (ale rozważać to zacznę dopiero, kiedy liczba fanów na fejsie przekroczy 500, żeby te mniej niż 0,7% z nich nie stanowiło ułamków ludzi). Chciałam tylko pokazać, że należy się nastawić raczej na małe cele. Na zrezygnowanie z pracy dzięki patronite.pl raczej nie macie szans, choć może uda się wam kupić kolejną książkę.

piątek, 24 czerwca 2016

"Zakazane ciało" Diane Ducret

Nie mam bladego pojęcia jak zacząć tę notkę. W ogóle nie bardzo mam pojęcie, jak ją napisać, bo w sumie nie pisałam tutaj jeszcze nic o literaturze feministycznej (rozumianej jako literatura bardziej przedmiotu niż podmiotu. Bo taka Le Guin to jednak w większości przypadków też jest literatura feministyczna, tylko tak jakby bardziej podmiotu – feminizm na fantastycznym przykładzie, nie jako rzeczywiste dane). Co za tym idzie, nie bardzo jestem w stanie przewidzieć, co mi z tego tekstu wyjdzie. Ale będę się starać, żeby wyszedł zrozumiały wywód.

„Zakazane ciało” Ducret to zbiór krótkich tekstów o tym, jak też opisywano, przedstawiano a także odbierano kobiece narządy płciowe na przestrzeni wieków – od starożytności aż po współczesność. Czasem wagina jest tu tylko pretekstem – mamy bowiem przy okazji sporo informacji o pracy położnych albo o tym, jak też na wyzwolenie seksualne wpłynęła pornografia. Tak więc mimo dość konkretnego motywu przewodniego, przekrój tematyczny jest dość szeroki.

Na początku byłam nieco rozczarowana lekturą. Przy opisach rytuałów Starożytnego Egiptu i innych cywilizacji trochę brakowało mi szerszego kontekstu. Wiecie, sam opis rytuału niewiele mówi. Jednak im dalej w epoki, tym kontekstu pojawiało się więcej (jak sądzę, proporcjonalnie do ilości dostępnych tekstów źródłowych) i czasem rozwijały się nawet w historie konkretnych kobiet. A te czytało się bardzo dobrze i niczego im nie brakowało.

Ducret stara się przedstawić pewną drogę, jaką kobieca seksualność przeszła w ciągu tych kilku tysiącleci cywilizacji. A że cywilizacje miewały do tego podejście różne, to i jest o czym pisać. Właściwie zaskakujące jest, jak często waginie przypisywano żarłoczność i nienasycenie, przed którym należy chronić mężczyzn, tak bezbronnych przecież. Ciekawa lektura i jakże pouczająca.

Napisane jest to wszystko bardzo przystępnie i w sposób łagodny, choć wdać, że autorka dobierała argumenty i opowieści pod konkretną tezę (a jaka to teza, to już ustalcie sami). Co nie jest wadą, bo, szczerze mówiąc, w tej dziedzinie bardzo trudno jest stworzyć dokument prezentujący w równym stopniu stanowiska obu stron (choćby z tej przyczyny, ze kobietom bardzo długo odmawiano prawa do edukacji i pracy w niektórych zawodach, a w konsekwencji i tworzenia pism, na których współcześni badacze mogliby opierać zdanie drugiej strony). Z jeszcze innej strony, autorka przecież nie obiecuje obiektywizmu, a jedynie prezentację pewnej drogi, jaką kobiecość przeszła na przestrzeni stuleci.

Książkę polecam. Nie powiem, że jest to literatura wybitna czy cokolwiek, co zrewolucjonizuje czyjekolwiek poglądy, z powodu swoich gabarytów jest też nieco ograniczona (jak sądzę, aby przedstawić wszystkie zagadnienia odpowiednio dokładnie, trzebaby kilkunastu tomów). Jest to raczej coś dobrego na początek. Autorka nawiązuje do wielu ciekawych zagadnień czy postaci, które czytelnik może sobie potem zgłębiać na własna rękę, jeśli chce. A jeśli nie chce, to i tak ukończy lekturę bogatszy o pewną wiedzę.

Tytuł: Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji
Autor: Diane Ducret
Tłumacz: Anna Maria Nowak
Tytuł oryginalny: La Chair interdite

Wydawnictwo: Znak
Rok: 2016
Stron: 382

wtorek, 21 czerwca 2016

"Bezsenni" Marcin Jamiołkowski

Najgorsze jest pisanie wstępów. Niby powinno być oryginalnie, ale co tu oryginalnego wymyślić, kiedy się zaczyna notkę na temat trzeciego tomu jakiegoś cyklu (a co dopiero będzie przy dziesiątym)? Niemniej, fantastyka cyklami stoi, więc był czas przywyknąć. W tym przypadku przywykałam od dwóch tomów, więc powinnam być zahartowana. Nie przedłużając więc, zapraszam o przeczytania moich wrażeń z lektury trzeciego (i nie ostatniego) tomu Herberta Kruka.

Herbertowi udało się dostać na przyjęcie organizowane przez Złotą Kaczkę. A to nie w kij dmuchał, Złota Pani to najpotężniejsza magiczna istota w Warszawie (a przynajmniej jedna z najpotężniejszych). Oczywiście Herbert przybył tam w konkretnym celu – dowiedzieć się, gdzie na ostatnie trzydzieści lat przepadła jego matka. Ale Złota Pani ma dla niego przy okazji zadanie do spełnienia, a szaleństwa kilkudniowej imprezy mają dość nieoczekiwane konsekwencje.

„Bezsenni” są dłużsi od „Orderu”, mają objętość zbliżoną do „Okupu krwi”. Wyszło im to na dobre, bo akcja nie jest tak mocno skondensowana. Autor wprowadza dwa równoległe wątki, przez co czytelnik nie nuży się jednym, wałkowanym bez przerwy tematem. Dzięki temu też akcja nie leci na łeb, na szyję, choć pozostaje wartka. Inna rzecz, że Jamiołkowski wprowadził bardzo dużo nowinek właściwie znienacka, co może czytelnika przytłaczać (mogą sobie z Butcherem rękę podać).

Przykro mi, bardzo się starałam, ale nie mogę nie porównywać cyklu o Herbercie Kruku z „Aktami Dresdena” – obie serie są zbyt podobne i obie bardzo lubię. Ale na etapie trzeciego tomu widać pewne różnice. Pierwsza jest taka, że podczas gdy Butcher, pisząc trzeci tom swojej opowieści, zdawał się już wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza i zakładał jakąś zamkniętą całość, tak Jamiołkowski chyba jeszcze tego nie wie i nie zakłada. Nie ma w tym nic złego, w końcu seria o warszawskim Kruku może równie dobrze pozostać zbiorem luźno związanych epizodów, nikt nie karze jej się łączyć w spójną całość. Ale osobiście uważam, że wrażenie celowości wyszłoby cyklowi na dobre. W ten sposób można pokazać czytelnikowi, że się wie, co się właściwie robi.

Sam Herbert robi się coraz bardziej podobny do Harryego Dresdena. Niby nie jest detektywem, ale coraz bardziej w swoje poczynania angażuje służby (inna rzecz, że jeżeli akurat poluje na jakieś magiczne niewiadomoco, które morduje ludzi, to w normalnym kraju nie ma siły, żeby służby się sprawą nie zainteresowały). Fascynująca jest jednak różnica, z jaką obaj bohaterowie podchodzą do zabijania swoich wrogów. Harry co prawda bez wyrzutów sumienia ciśnie w nich fireballem w zamkniętym pomieszczeniu, ale kiedy musiał własnoręcznie odstrzelić człowieka, to przeżywał to przez wiele miesięcy. Herbert zdaje się nie mieć takich rozterek, jeśli wina jest ewidentna, zostanie wykonana najwyższa kara. I to mnie trochę zastanawia. Bo tak, z jednej strony czytelnicy przyklasną decyzjom Herberta, boć to właśnie należało zrobić. Ale z drugiej… to jest przecież zwykły człowiek, nie miał dotąd do czynienia z niczym wystarczająco paskudnym na tyle często, żeby się całkiem uodpornić, a u zwykłych ludzi zabicie kogoś powinno zostawić jakiś ślad lub opór. Jak dotąd nie mamy informacji żeby coś takiego się z Herbertem działo. I być może jest to wpływ magicznej metalowej ręki i tytułu obrońcy miasta oraz syreniej magii (jak sugerowano w poprzednim tomie), ale trochę brakuje mi w tym momencie refleksji. Jeśli czujemy, że coś zmienia naszą osobowość, to chyba poświęcamy temu jednak nieco więcej uwagi, niż jedno zdanko. Tak mi się wydaje.

Skoro już przy bohaterach jesteśmy, to oczywiście kilku starych znajomych spotkamy. Jest więc Zazel, gdzieś tam miga Anna, a i oficer BORu z poprzedniego tomu się pojawia. Poza tym autor wprowadził kilka nowych postaci, co do których jeszcze nie jestem pewna, czy zostaną na dłużej, czy już się nie pojawią (oceniając po dotychczasowych dokonaniach, raczej to drugie, ale nie przesądzajmy). No i jest Tycjana. Z nią mam pewien problem.

Tycjana mogłaby być bardzo interesująca postacią kobiecą. Ale nie do końca wyszło, bo autor za mało nam o niej mówi. Właściwie wiadomo tylko, że kręci się przy Dworze Złotej Pani, miała ciężkie dzieciństwo, cięty język ciągle ma. I to wszystko. Bardzo fajnie czyta się jej rozmówki z Herbertem i docinki z Zazelem, ale niewiele z tego wynika. Dodatkowo człowiek ma wrażenie deja vu, bo kwestie Tycjany, jej przebojowość i zachowanie bardzo przypominają to, co prezentowała nam Anna w pierwszym tomie (plus drobne złośliwości). Mam nadzieję, że Jamiołkowski nie okaże się jednym z tych autorów, który potrafi pisać tylko jedną postać kobiecą w fąfdziesięciu odsłonach. (No dobra, jest jeszcze Złota Kaczka, ale ona pełni tu całkiem zasłużoną rolę udzielnej królowej. Bardzo łaskawej zresztą, jak na istotę nadprzyrodzoną. Wychodzi na to, że w Polsce mamy łaskawe istoty nadprzyrodzone i bezwzględnych magów, zaś w USA na odwrót).

Podsumowując, „Bezsenni” są opowieścią dużo zgrabniejszą niż „Order”. Mają co prawda wady, ale nie aż takie, żeby zepsuć mi radość czytania tej czysto rozrywkowej opowieści. Czekam na kolejny tom. 

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations

Tytuł: Bezsenni
Autor: Marcin Jamiołkowski
Cykl: Herbert Kruk
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2016
Stron: 308
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...