Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 marca 2025

"Instytut Absurdu" Justyna Sosnowska

Moda na wydawanie wattpadowych powieści zawitała i do Polski. Mało tego, wyszła nawet z klimatów okołoromansowych i dziarsko przeszła do fantastyki. Takim właśnie rodowodem może pochwalić się "Instytut absurdu" Justyny Sosnowskiej. I niestety, nie ustrzegł się łączących się z takim pochodzeniem wad.

Eliza bardzo chce zostać dziennikarką. Tak bardzo, że składa papiery tylko na jeden kierunek, na jednej uczelni. Jakież jest jej zdziwienie, kiedy okazuje się, że nie tylko nie dostała się na studia, ale jej zgłoszenie zniknęło bez śladu. Kiedy załamana duma nad dalszymi krokami, zauważa dziwnie wyglądającego osobnika, przemykającego po kampusie. Postanawia za nim iść i w ten sposób trafia do Instytutu Absurdu, urzędu do spraw magicznych. Gdzie z miejsca proponują jej staż. Pieniądze przydadzą się z konieczności zaocznej studentce, więc Eliza nie zastanawiając się długo, zaczyna nową pracę. Która dość szybko okazuje się wykraczać poza przepisywanie raportów i porządkowanie dokumentów.

niedziela, 10 grudnia 2023

"Dynia i jemioła" Aneta Jadowska

 

Z twórczością Anety Jadowskiej to ja mam love-hate relationship. Z jednej strony unikam jak ognia powieści, bo po krótkich formach już wiem, że dłuższe tylko by mnie wymęczyły (poza tym wszystkie fantastyczne rozgrywają się w tym samym uniwersum i są powiązane a o ile kilka mogłabym zaryzykować, to na pewno nie mam zamiaru czytać każdej). Z drugiej wciąż i wciąż sięgam po opowiadania, chyba w próbie zrozumienia fenomenu popularności pisarki. Jak dotąd próba ta nie jest szczególnie udana, ale z jakiegoś powodu nie mogę jej zarzucić. 

sobota, 12 marca 2022

"Kołysanka dla czarownicy" Magdalena Kubasiewicz


Powiedzmy, że Magdalena Kubasiewicz nie jest autorką, która urzekła mnie już od debiutu. Czytałam jej „Spalić wiedźmę” i nie byłam zachwycona. Owszem, książka miała swoje plusy i jako debiut prezentowała się obiecująco, ale bohaterka była tak irytująca, że po kolejny tom już nie sięgnęłam. Jednak najnowszej powieści o Jagodzie Wilczek postanowiłam dać szansę, jest to bowiem to samo uniwersum i ci sami bohaterowie, co we „Śnie nocy miejskiej”, opowiadaniu ze zbioru „Harde baśnie”. A opowiadanie mi się podobało.

środa, 13 października 2021

"Harde baśnie" antologia


Harda Horda to jedna z tych inicjatyw w światku fantastycznym, która nieodmiennie budzi moje ciepłe uczucia. Takoż, kiedy pojawiła się opcja przeczytania kolejnej antologii grupy, „Hardych baśni” byłam zainteresowana. Poprzedni zbiór, „Harda horda”, bardzo miło mnie zaskoczył. I chyba w tym jest problem: wtedy nie wiedziałam czego się spodziewać. A teraz spodziewałam się bardzo wiele. I to chyba było za dużo.

piątek, 11 września 2020

"Harda Horda" antologia


Kilka lat temu usłyszałam o inicjatywie, jaką jest Harda Horda. Ot, dwanaście (a potem trzynaście) autorek postanowiło się nieoficjalnie zrzeszyć, aby wzajemnie się wspierać, doradzać i mieć większą silę przebicia w ramach promocji swoich tekstów. Przyznam, że od razu zaczęłam żywić do inicjatywy ciepłe uczucia, bo poza autorkami szeroko znanymi były w niej i te panie, które nie miały do tej pory szczęścia do wydawców (bo fakt, że coś się wydało, ale słuch o autorze zaginął niekoniecznie musi świadczyć o marności dzieła tudzież braku potencjału komercyjnego autora. Przykładem niech będzie tułająca się przez lata od jednego niszowego wydawcy do drugiego Agnieszka Hałas czy Marta Kisiel, którą po pierwszej książce wydawca spisał na straty).

Dwa lata temu SQN zaczął wydawać raz do roku wypasione, bogato ilustrowane antologie (na ten rok też były ponoć jakieś plany, ale pandemia pokrzyżowała). W 2018 były to „Inne światy”, w zeszłym roku wyszła w tym formacie „Harda Horda”. Tom zawierał po jednym opowiadaniu każdej zrzeszonej autorki, a poza tym mnóstwo bardzo ładnych ilustracji (niestety, czarnobiałych ku pewnemu mojemu ubolewaniu). Pozwólcie, że pochylę się nad każdym tekstem z osobna. Są na tyle różne, że nie ma sensu omawiać ich w jakikolwiek sposób zbiorczo.

piątek, 15 listopada 2019

"Krew, pot i piksele" Jason Schreier


Może nie jestem wielką fanką gier komputerowych i nie grywam zbyt często (wiecie, są tacy, co nie potrafią, w sensie fizycznie nie potrafią, czytać komiksów – taka forma przekazu jest dla nich nieczytelna i stanowi zbiór przypadkowych obrazków i tekstów, zamiast składać się w spójną historię. Ja mam dokładnie tak samo z grami), ale staram się śledzić na bieżąco, jakie tytuły są wyczekiwane, głośne czy akurat na topie. Lubię też wiedzieć, jak po prostu powstają różne rzeczy. Właśnie dlatego sięgnęłam po „Krew, pot i piksele” Jasona Schreiera.

wtorek, 19 marca 2019

"Iluzja" Marta Malinowska

Każda seria, która z założenia zbiera dzieła debiutujących lub początkujących autorów fantastyki wzbudza moje (zapewne niezdrowo entuzjastyczne) zainteresowanie. Nie inaczej jest z serią „Fantastycznie nieobliczalni”, zapoczątkowanej pod koniec ubiegłego roku przez wydawnictwo SQN (i poprzedzonej darmowym zbiorem opowiadań), a której redaktorem prowadzącym został Michał Cetnarowski. Jak dotąd wyszły w niej trzy książki i teraz chciałabym Wam opowiedzieć o drugiej (bo po co zaczynać od początku, skoro można od środka).
 
Chodzi o powieść „Iluzja” Marty Malinowskiej. Ta niewielka jak na współczesne fantastyczne standardy powieść (trochę ponad 300 stron) opowiada nam dość kameralna historię. Ren jest Przewodnikiem – jego powołaniem jest pomagać Widzącym przechodzić bez uszczerbku przez wieszcze transy i uczyć panowania nad swoją mocą. Niestety, Ren jest też buntownikiem, schwytanym i osadzonym w karnym kamieniołomie za bunt przeciwko diogorskiemu najeźdźcy. Traf chciał, że w tym samym „zakładzie karnym” w innej buntowniczce budzi się moc Widzącej. A taka wieszczka mogłaby być bardzo użytecznym narzędziem dla diogorskiego króla. Ren dostaje więc propozycję nie do odrzucenia: będzie mógł uratować dziewczynie życie (bowiem budząca się moc ma w zwyczaju zabijać nieszczęśnice, które nie uzyskają fachowej pomocy w przejściu pierwszego transu). Ceną ma być przyzwolenie na kradzież jej tożsamości i wszystkiego, czym była do tej pory. W końcu żeby stać się użytecznym narzędziem najeźdźców, musi zapomnieć, że kiedykolwiek im się sprzeciwiała.
 

środa, 24 maja 2017

"Pył Ziemi" Rafał Cichowski

Szczerze mówiąc, „Pyłem Ziemi” zainteresowałam się dlatego, że opisy fabuły udostępnione przez wydawnictwo zasugerowały mi (było to wrażenie, przyznam, czysto subiektywne) pewne podobieństwo do „Umierającej Ziemi” Vance’a. Nie, żeby tego drugiego jakoś szczególnie lubiła, ale szalenie podoba mi się konwencja, w jakiej napisana jest „Umierająca Ziemia” (bo już kolejny tom cyklu był dla mnie kompletnie niestrawny). Cóż, czy Rafał Cichowski spełnił moje surrealistyczne wymagania? To skomplikowane…

Mamy XXIV. Rez i Lilo pochodzą z Yggdrasila – statku arki, który opuścił Ziemię setki lat temu. Teraz muszą na nią wrócić, aby wykonać misję, od której zależy być albo nie być ich latającej ojczyzny. Spodziewają się zastać pył i zgliszcza, tymczasem trafiają do bujnego lasu. A to dopiero pierwsze zaskoczenie, jakie przygotowała im Ziemia. Bo ludzkość ma się dobrze i wcieliła w życie sporo absurdalnych pomysłów, jak na przykład rekonstrukcję dziewiętnastowiecznego Londynu w skali jeden do jednego…

Pierwsze podobieństwo do cyklu Vance’a nasunęło mi się dość szybko – nie cierpię głównego bohatera. Może nie jest to taki poziom nienawiści jak do vance’owego Cugela (kiedy to przez cała lekturę mantrowałam w myślach „umrzyj, umrzyj, umrzyj teraz, najlepiej długą i bolesną śmiercią”), ale blisko (cóż, dość powiedzieć, że za największe rozczarowanie lektury uważam fakt, że pierwsze zakończenie nie było tym ostatnim – kto już czytał, ten wie). Rez, będący jednocześnie narratorem (i prowadzi narrację w czasie teraźniejszym. Nie, drodzy autorzy, to nie jest nowatorskie rozwiązanie narracyjne. Jest najwyżej irytujące i/lub bezcelowe, bo nie wiem, jak u innych czytelników, ale mój mózg automatycznie zamienia czas na przeszły) jest osobnikiem nie tyle nawet antypatycznym, co najzwyczajniej w świecie potwornie irytującym. Mimo słusznego już wieku, zachowuje się jak wiecznie angstujący nastolatek. Nie ma też ani krzty charyzmy i właściwie ciężko go lubić za cokolwiek. Jego związek z Lilo też trudno nazwać interesującym. Sam pomysł na tę relację autor miał świetny – Rez i Lilo są połączeni telepatycznie i od najmłodszych lat wyjątkowo sobie bliscy, a obecnie nie mają już przed sobą żadnych tajemnic. Nad czym sam Rez ubolewa i narzeka, że przez to Lilo mu spowszedniała i nie potrafi się nią zachwycić tak, jak na to zasługuje. Można z tym było zrobić sporo ciekawych narracyjnie rzeczy, niestety autor nie skorzystał z okazji i na angście i narzekaniu się skończyło.

Z Lilo mam też ten problem, że mimo bycia kreowaną na równoprawną pierwszoplanową bohaterkę, tak naprawdę jest nieobecna. Serio, jak na najważniejszą osobę w życiu głównego bohatera dostaje żenująco mało czasu antenowego – jej kwestie możnaby spokojnie zmieścić na dwóch, trzech stronach, a fabularnie… cóż, najbliżej jej chyba do „kobiety w lodówce” (choć trzeba autorowi oddać sprawiedliwość, że dość kreatywnie do tego motywu podszedł). Ogólnie mam wrażenie, że Lilo jest tylko po to, żeby bohaterowie mógli się pozachwycać jej jędrnymi cyckami czy tyłkiem (w ogóle te zachwyty odnośnie walorów poszczególnych bohaterek pojawiają się z męczącą częstotliwością. Tak jak wulgaryzmy. Czasem mam wrażenie, że autor dopiero odkrył słowa takie jak „kurwa” czy „cycki” i jest tak zachwycony swą niepokornością językową, że wciska je wszędzie, gdzie może), ponarzekać na dewaluację ich relacji i na decyzje, które ze względu na nią (nie)podjął. I choć Lilo podejmuje jakieś akcje (okładanie przeciwników po pyskach czy występ w serialu) to tak naprawdę fabularnie jest całkowicie bierna, bo nie mają one większego znaczenia.

Bohaterowie drugoplanowi dla odmiany wychodzą znacznie ciekawiej. Makiaweliczna królowa Lys, która gra rolę głównej przeciwniczki Reza może i jest przerysowana, ale wzbudza autentyczne emocje w czytelniku (niepokój na przykład). W ogóle przerysowanie jest cechą właściwie wszystkich postaci, jakie spotykamy na kartach powieści: Lord Jack i jego groteskowa dekadencja (mam wrażenie, że jego wątek miał być też w jakiś sposób dekonstrukcją motywu prawowitego księcia po latach obalającego uzurpatora), doktor Hilarius ze swym chłodnym profesjonalizmem, arystokracja rekonstruowanego Londynu… Postacie w różnym (bardzo różnym) stopniu udane, ale dla czytelnika i tak znacznie bardziej atrakcyjne, niż narrator.

Przy czym to te nie jest tak, że w „Pyle Ziemi” nie ma niczego, co by mi się spodobało. Sama wizja Ziemi przyszłości, będącej z jednej strony jednym wielkim rezerwatem przyrody, z drugiej pełnym kosmicznie wręcz nowoczesnych miast (albo przeciwnie, retro nowoczesnych, dzięki nowoczesnej technologii mogących udawać dziewiętnastowieczne oryginały). Opisy Ziemi, życia na Yggdrasilu czy wspomnień dawno zmarłych ludzi to najmocniejsza strona powieści. Nawet wziąwszy pod uwagę, że styl i język Cichowskiego nie do końca mi opowiadają, doceniam. Wracając do wspomnianego na początku Vance'a - to są właśnie te elementy, które sprawiają, ze powieść jest do "Umierającej Ziemi" odrobinę podobna klimatem.

Mam wrażenie, że moim głównym problem z tą powieścią jest fakt, że moja wrażliwość czytelnicza nie pokrywa się (w każdym razie w dużym stopniu się nie pokrywa) z wrażliwością autora. Mam wrażenie, że wszystkie postacie w powieści są właśnie takie, jakie autor chciał mieć, ale nie potrafię się nimi zachwycać. Zamiast sympatii czy przynajmniej chęci śledzenia poczynań budzą irytację i nawet fakt, że poruszają się w bardzo ciekawym świecie nie ratuje sytuacji. Dodajmy do tego trochę wymuszone plot-twisty i drażniący styl i wychodzi lektura nie dla mnie. Ale, na tyle obiektywnie, na ile mnie stać, jestem w stanie sobie wyobrazić, że znajdą się osoby, którym się spodoba. Takie, które maja podobną wrażliwość do autora. Ale czy się do nich zaliczacie, to musicie już sprawdzić sami.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa SQN

Tytuł: Pył Ziemi
Autor: Rafał Cichowski
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok: 2017
Stron: 318

piątek, 8 lipca 2016

"Królowie Dary" Ken Liu

Jak wiecie (lub nie) jestem ogromną fanką opowiadań Kena Liu (do tego stopnia, że ciągle się łudzę, że ktoś mi te opowiadania wyda w formie sympatycznego zbiorku. Niech ktoś wyda, plis). Dlatego kiedy tylko dowiedziałam się, że ktoś zamierza wydać u nas jego debiutancką powieść, zastrzygłam czujnie uszami. Tym kimś okazała się wydawnictwo SQN i ze swojej strony wywiązało się z zadania świetnie (a w zapowiedziach, co prawda odległych, jest już tom drugi). Niemniej, mam z tą książką problem. Za chwilę opowiem, jaki.

Wyspy Dary niegdyś były podzielone między siedmiu królów. To prawo ustanowili Ano, którzy przybyli na wyspy wieki temu i tak było do niedawna. Ale pewnego dnia król Xany wypowiedział wojnę innym królestwom i podbił je wszystkie, tworząc cesarstwo obejmujące całe wyspy. Niestety, rozochocony spełnieniem swego wielkiego snu zaczął przeistaczać w rzeczywistość kolejne, a to wymagało coraz większych podatków i nowych przymusowych robotników. Ucisk ludu zasiewa ziarno rewolucji, które powoli kiełkuje w sercach robotników, drobnych oszustów i ostatniego potomka upadłego, szlacheckiego rodu. Nadchodzą burzliwe czasy…

Może na początku wyjaśnię, z czym mam problem, będziemy mieli to już z głowy. Otóż opowiadania Kena Liu przyzwyczaiły mnie to mocnej puenty. Fakt, jest to puenta grająca raczej na emocjach niż na rozumie (co starsze pokolenie fanów może nieco rozczarować), ale zawsze pozostawiająca czytelnika skonfundowanego i z wrażeniem czegoś niespodziewanego i nowego. Nawet, jeśli sam tekst rozgrywał schematy znane od dawna, podawał je w świeży sposób. Tymczasem w „Królach Dary” nieco zabrakło mi tej świeżości. Nie liczyłam może na (nomen omen) rewolucję, ale na grę ze schematem już owszem. Tymczasem Liu postanowił po prostu kolejny raz wcielić w życie klasyczny schemat powieści, w której bohaterowie włóczą się po autorskim świecie niekoniecznie w celu wykonania questu (to się kiedyś high fantasy nazywało chyba). I trzeba mu przyznać, że wykorzystał go perfekcyjnie, ale pewien niedosyt pozostał.

Ken Liu postanowił pokazać czytelnikom, jak rodzi się rewolucja. Zrobił to jednak inaczej niż Sanderson i inaczej niż Martin (bo „Pieśń Lodu i Ognia” to też opowieść o przewrocie u władzy i w sumie nie wiem, czy w dalszych tomach nie ociera się choć trochę o klimaty rewolucyjne). U Liu widać, co tak naprawdę rewolucję kształtuje, bo pokazał to w szerokim rzucie, skupiając się od czasu do czasu na detalach. I tak z jednej strony mamy sytuację geopolityczną, czyli ogólną politykę uzurpatora, drażniącą możnych i sprawiającą, że pospólstwu też nie żyje się najlepiej oraz takie drobiazgi jak nieurodzaj. Z drugiej mamy czynnik ludzki – drobne decyzje podjęte kiedyś, personalne urazy i chęć zemsty splatają się, aby ostatecznie złożyć się na upadek imperium. A ponieważ to fantasy, do wszystkiego mieszają się jeszcze bogowie.

Niemniej, nie można napisać powieści, operując jedynie ogólnikami, bo wyjdzie nam rocznik statystyczny. Potrzebni są bohaterowie. A tych Liu potrafi pisać jak mało kto. Mamy więc dwóch nieco (no dobra, jeden z nich nawet bardzo) archetypicznych głównych bohaterów. Kuni Garu jest utracjuszem i drobnym oszustem, a jego główną bronią jest spryt - można go nazwać triksterem. Mimo tego ma dobre serce i problemami innych interesuje się bardziej, niż wypada przyznawać. Los sprawia, że jego najlepszym przyjacielem zostaje Mata Zyndu – heros wyciągnięty jakby prosto ze starych pieśni. Mata, jako potomek świetnego niegdyś rodu, był wychowywany w szacunku dla jego pamięci i od małego karmiony opowieściami o honorze, odwadze i waleczności. A ponieważ i postury był słusznej, i talent do wojaczki miał wrodzony, stał się wojownikiem idealnym, bez skazy makiawelizmu czy podstępu. Paradoksalnie, choć Kuni jest mi bliższy jako postać, ciekawiej wypada właśnie Mata – bo autor postanowił dobitnie pokazać, jak taki wojownik z pieśni rodem działa w realnych warunkach. I postanowił to zrobić w sposób rzadko wybierany przez twórców.

Oczywiście poza tą dwójką w powieści roi się od postaci drugoplanowych i pobocznych. Najbaczniejszą uwagę zwróciłam oczywiście na kobiety, bo taki mam fetysz, że zawsze bacznie się im przyglądam. W „Królach Dary” mamy ich wiele i prezentują się bardzo różnorodnie. Najczęściej pojawia się Jia. Z początku zdaje się być typową cool bohaterką – zielarka z zadziornym charakterem, która wie, czego chce i będzie do tego dążyć nawet, jeśli środowisko ją potępi. Z czasem jednak bardzo interesująco ewoluuje. Liu przedstawiając bohaterki stara się je opisywać w sposób możliwie zniuansowany – są równie pełne sprzeczności i ograniczone konwenansami, co mężczyźni i radzą sobie z tym w różny sposób, wykorzystując wszelkie możliwe przewagi. Przy czym autor stara się pokazać, że jego bohaterki, mimo lekko feminizującego ogólnego charakteru części wątków (można by się pokusić o trzeci stopień w skali Martin), nie są jakimś postępowym overmindem. To, że żyją w świecie mężczyzn nie znaczy jeszcze, że równym frontem rozpoczną marsz ku emancypacji. Wręcz przeciwnie, często gotowe są powielać krzywdzący sposób myślenia, bo tylko taki znają.

Ponieważ więcej frajdy sprawia mi rysowanie
fantastycznej fauny niż bohaterów, macie tu
crubena. To taki lokalny, rogaty i łuskowaty megawieloryb
(albo równie dobrze rodzaj ichtiozaura).
Sam świat Dary również został skonstruowany z dbałością o szczegóły i widać w nim inspiracje Krajem Środka. Pewnie gdybym się trochę bardziej interesowała tematem, mogłabym przytoczyć konkretne odwołania, ale niestety tak głęboko wiedzą nie sięgam. Za to mogę wymienić kilka różnic względem standardowego zachodniego świata fantasy. Otóż pierwsza to historia. Pisane źródła Dary sięgają setek, jeśli nie tysięcy lat wstecz a dawni mistrzowie i poeci są cytowani na równi z bardziej współczesnymi. U nas, jeśli pisze się świat fantasy, to jego dawniejsze dzieje giną w pomroce dziejów, zostawiając najwyżej jakieś budowle starożytnych na pamiątkę. Znacznie więcej jest tu też melancholii i tęsknoty za minionym, co ostatnio w zachodniej fantasy jest passe. Takoż dążenia do harmonii.

Kilka słów o technikaliach na koniec. „Królowie Dary” są wydani prześlicznie – mapa na wklejce, glosariusz i wykaz bohaterów (co może się przydać, bo jest ich sporo), poza tym poziom edytorski też bardzo przyzwoity. No piękna książka po prostu, nic tylko macać. Choć osobiście trochę mi szkoda, że tytułowy dziki kwiat został mleczem, a nie mniszkiem. Wbrew obiegowej opinii to są dwie różne rośliny. Ale to mnie boli moje wykształciusze serduszko, dla większości to jest różnica niezauważalna (no i rozumiem, dlaczego tłumacz akurat na mlecza się zdecydował. Choć i tak trochę żal).

Cóż, liczę na to, że kolejny tom nie pozostawi mi niedosytu. Głównie dlatego, że teraz będę wiedziała, czego mam się spodziewać i nie pozostanie miejsce na bezpodstawne rojenia. Bo obiektywnie „Królowie Dary” to kawał porządnej fantasy w mistrzowskim wykonaniu. Tyle, że człowiek zawsze chce więcej. 

Książkę otrzymałam od wydawnictwa SQN Imaginario.

Tytuł: Królowie Dary
Autor: Ken Liu
Tłumacz: Agnieszka Brodzik
Tytuł oryginalny: The Grace of Kings
Cykl: Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu
Wydawnictwo: SQN
Rok: 2016
Stron: 592
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...