Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sy Montgomery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sy Montgomery. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2018

"Ptakologia" Sy Montgomery


Śmiem twierdzić, że książki o ptakach to jeden z trzech głównych filarów literatury z nurtu eko (obok książek o miejscach i o psach i kotach). Dlatego w gruncie rzeczy zakasujące jest, że seria EKO od Marginesów jeszcze swojej nie miała (to w ogóle bardzo zróżnicowana seria i oryginalna w doborze tematyki, nie tak jak niektórzy – Menażeria, wstań jak do ciebie mówię!). Czas najwyższy było naprawić to niedopatrzenie. Niedawno nakładem wydawnictwa ukazała się „Ptakologia” Sy Montgomery.

Autorka w serii pojawiała się już dwukrotnie i mnie zdecydowanie bardziej spodobała się, kiedy skupiała się na zwierzętach, a nie na podróżach. Dlatego też miałam nadzieję, że w „Ptakologii” w centrum dalej pozostaną zwierzęta i na szczęście się nie zawiodłam. Montgomery prezentuje nam kilka tekstów (na poły esejów, na poły reportaży, choć a przewagą tego drugiego), które łączy wspólny motyw ptaków oraz ludzi, dla których stały się pasją i/lub sposobem na życie.

Rozrzut jest zaskakująco duży – mamy bowiem opowieść z własnego podwórka Sy o jej kurach, mamy długi rozdział o miłośnikach wyścigów gołębi pocztowych i ich ptakach, mamy relację z odchowania osieroconych piskląt kolibra oraz opowieść zawodowej sokolniczki (a to bynajmniej nie koniec listy). Najbardziej zaskoczyło mnie, że pisarka potrafiła równie ciekawie pisać o zwierzętach, co o ich ludziach. Z doświadczenia wiem, że wcale nie jest to łatwe i większość autorów (przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu) ma problem ze znalezieniem równowagi. Ale dla Montgomery ludzie i zwierzęta którym poświęcają życie to zawsze jedna opowieść, w której żadnego bohatera nie można faworyzować. Ptaki drapieżne mają silne i obce osobowości, więc ich przewodniczka musi być równie silna, choć już niekoniecznie nieprzystępna. Kolibry są delikatnymi ptaszkami wymagającymi niewyobrażalnego reżimu od zajmującej się nimi osoby, więc wolontariuszka zajmująca się nimi okazuje się wyjątkowo zorganizowana, ale przy tym ciepła i uczuciowa (a w tej opowieści nie brakuje dramatycznych zwrotów akcji). A miłośnicy gołębi na przekór światu kochają ptaki, których wszyscy zdają się nienawidzić.

Językowo to chyba najlepsza jak dotąd książka autorki, co w sumie nie dziwi, bo najnowsza spośród wydanych u nas. Swoją drogą, czytając kolejne książki Montgomery doskonale widać, jak rozwija się jej warsztat pisarski – trafiło mi się czytać je w kolejności napisania (która nie pokrywa się z kolejnością polskich wydań) i najnowsza okazuje się tez najlepiej napisana. Może nie do końca pasują mi skłonności autorki do szukania poetyckich metafor (choć same metafory nie są złe ani uciążliwe), ale w „Ptakologii” widać, jak rozwinęła umiejętność komponowania tekstów, budowania napięcia i tworzenia niezwykle celnych opisów. Oby tak dalej.

Przyznam, że z książki na książkę pisarstwo Sy Montgomery podoba mi się coraz bardziej. Mam nadzieję, że jeszcze coś z jej dorobku zostanie u nas wydane (nie jest to chyba nadzieja całkiem płonna: na skrzydełku którejś z poprzednich książek z serii EKO w zapowiedziach widniała pozycja o ośmiornicach). Chętnie przeczytam.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.

Tytuł: Ptakologia
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: Birdology
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2018
Stron: 412

niedziela, 27 sierpnia 2017

"Dobra świnka, dobra" Sy Montgomery

Przyznam, że moje pierwsze spotkanie z Sy Montgomery zakończyło się pewnym takim rozczarowaniem: spodziewałam się książki przyrodniczej, dostała podróżniczą. I w sumie na tamtej pozycji zakończyłabym pewnie znajomość z autorką, gdybym nie kolekcjonowała serii. A w serii był jeszcze jeden tytuł Montgomery. No to jak już i tak miałam go sobie sprowadzić do domu, to i przeczytać mogłam.

Tym razem przynajmniej było jasne, że nie trafi mi się książka podróżnicza – autorka bowiem postanowiła nam przedstawić życiorys swojej domowej świni o wdzięcznym imieniu Christopher Hogwood. A że z trzystukilogramowym knurem podróżuje się raczej niewygodnie, to i jasne było, że cała opowieść rozegra się raczej stacjonarnie, czyli w domu autorki i jego najbliższych okolicach.

Świnia domowa nie jest nawet dziś szczególnie popularnym zwierzątkiem towarzyszącym, choć teraz nikogo już nie szokuje. Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku sytuacja miała się jednak nieco inaczej, zwłaszcza w wiejskich okolicach – świnie hodowało się po to, żeby je zjeść. Niemniej nie znaczy to, że hodowcy swoich zwierząt nie szanują. I tak znajomym farmerom państwa Montgomery ciężko było patrzeć, jak jedno z prosiąt marnieje w oczach, najsłabsze i niepotrafiące sobie wywalczyć miejsca nawet wśród grupy maluchów odrzuconych przez matki, bo zbyt małych i słabych, aby lochy chciały je wychowywać. I dlatego (wiedząc o fascynacji Sy świniami) zaproponowano państwu Montgmery, żeby sobie je wzięli i odchowali, jeśli dadzą radę – w końcu jaki dom będzie bezpieczniejszy dla świnki, niż ten zamieszkany przez wegetariankę i Żyda?

Oczywiście Christophera udało się odchować (gdyby się nie udało, cóż, książka byłaby znacznie krótsza) i szybko stał się maskotka lokalnej społeczności (zwłaszcza, kiedy zaczął sobie urządzać wycieczki krajoznawcze; zaiste, niewiele jest barier zdolnych powstrzymać wyrośniętego tucznika). Autorka z wielkim uczuciem opisuje reakcje okolicznej ludności, telefony o nieludzkich porach (na wsi ludzie z reguły wiedzą, czyje zwierzęta jak wyglądają i dzwonią do właściciela, jeśli zobaczą jakieś na gigancie), pielgrzymki dożywiających i dzieci… No, ogólną sympatię, społeczności do jedynej świni, której nie groziło przerobienie na kiełbasę. Są to opowieści sympatyczne, zabawne i ciekawe, a miejscami nawet podnoszące na duchu, widać w nim ogromny szacunek i miłość, jakimi autorka darzy swoją małą społeczność.

Jednak książka, poza poczynaniami wieprza zawiera również spory element autobiograficzny. Autorka opisuje nie tylko relacje z Christopherem, ale też ze swoimi rodzicami (a te nie zawsze były łatwe) i mężem, perypetie związane z domem i zamieszkującymi go lokatorami (po połowę budynku Montgomery’owie wynajmowali) oraz różne przeciwności losu. Całkiem przyjemnie się o tym czyta.

Przy czym styl autorki pozostał taki sam, jak w opowieści o delfinach: przystępny, nieco suchy, ale przejrzysty z jednej strony, a przejawiający gdzieniegdzie przebłyski erudycji z drugiej. Przyznam jednak, że „Dobrą świnkę, dobrą” czytało mi się znaczniej przyjemniej niż „Podróż różowych delfinów” – ale nie wiem, czy to autorka się przez te kilka lat wyrobiła, czy po prostu bardziej interesująca mnie tematyka sprawiła, że przymknęłam oczy na niedoróbki.

I tak – o ile tematycznie „Podróż różowych delfinów” była zdecydowanie bardziej fascynująca, to „Dobrą świnkę, doprą” najnormalniej w świecie przyjemniej mi się czytało. Najwyraźniej Sy Montgomery to jedna z tych licznych autorek, którym lepiej się pisze o tym, co kochają, niż o tym co tylko je fascynuje. A ja zyskałam powód, żeby dać jej jeszcze jedną szansę.

Tytuł: Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: The Good Good Pig: The Extraordinary Life of Christopher Hogwood
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2015
Stron: 284

piątek, 19 sierpnia 2016

"Podróż różowych delfinów" Sy Montgomery

Serią ECO zainteresowałam się, od kiedy właściwie o niej usłyszałam, czyli od trzeciego tomu (co ogólnie jest do mnie niepodobne, bo tego typu serie „ozwierzęce” uwielbiam i zwykle śledzę je od pierwszych zapowiedzi). Trzecim tomem była właśnie „Podróż różowych delfinów”. Przyznam, że od razu wpadła mi w oko, bo w tej kategorii już sam fakt napisania książki o zwierzętach innych niż domowe jest wyróżnikiem. A żeby ktoś pisał o słodkowodnych delfinach, to jeszcze nie słyszałam.

„Podróż różowych delfinów” to opis wyprawy do Amazonii, jaką autorka odbyła w celu zgłębienia tajemnicy inii – tytułowych słodkowodnych delfinów, zamieszkujących Amazonkę. Mamy więc odwiedziny w ośrodku zajmującym się propagowaniem ochrony tego gatunku, rozmowy z naukowcami, zajmującymi się badaniem tych delfinów i tak dalej. Ale najciekawszym aspektem książki są rozmowy z tubylcami – ponieważ różowe ssaki zajmują wiele miejsca w tamtejszym folklorze.

To jest, paradoksalnie, bardziej książka podróżnicza niż przyrodnicza. Autorka skupia się na opisywaniu piękna i historii Amazonii (zresztą, już w przedmowie pisze wprost, że to wszystko jest wyrazem jej uczucia do miejsca, mniej do gatunku, który pojechała oglądać), na poznawaniu życia codziennego jej mieszkańców (którego nieodzowną częścią, a jakże, są niestworzone opowieści o delfinach. Taki ichni folklor, przy czym obserwowanie za pośrednictwem pani Montgomery stosunku tubylców do dzikiej przyrody jest zaiste ciekawe. Oraz potwierdza tezę, że bez woli lokalnych społeczności żadna ochrona przyrody nie może na dłuższą metę się udać) i własnych wędrówek oraz przygód. Czyli oferuje nam wszystko to, co zwykle podróżnicy określający się mianem pisarzy umieszczają w swoich książkach (a nawet więcej). Niemniej widać dokładnie, że ta podróż jest celowa, nie służy li tylko zwiedzaniu. Ale autorka najwyraźniej słusznie uznała, że skoro otacza ją tyle cudowności, marnotrawstwem byłoby pisanie o samych delfinach.

I wiecie co? To idealnie pasowało. Nawet mimo tego, że oczekiwałam więcej zwierząt w tej opowieści, koncepcja podróżnicza zdawała się znacznie bardziej do niej pasować. Przy tym opowieści Sy są napisane bardzo ładnym językiem (autorkę na okładce wydawca nazywa poetką i te skłonności do poetyzowania często widać w tekście. Niestety, czasem efekt jest odwrotny do zamierzonego. Na szczęście rzadko). Widzicie, w pisaniu o zwierzętach i podróżach charakterystyczne jest to, że często autor ma nam tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia, że sposób, w jaki to robi schodzi na dalszy plan i nawet jeśli trochę kuleje, czytelnicy wybaczają. „Podróż różowych delfinów” natomiast ma pewne pretensje do literackości. Może nie jest to poziom Woolfson z „Corvusa”, ale zdecydowanie powyżej przeciętnej.

Na koniec może jeszcze kilka słów o technikaliach wydania. Obecnie seria ECO ma dwa formaty: większy, w którym wyszły dwie najnowsze pozycje i mniejszy, w którym wyszły trzy pierwsze. „Podróż…” ma mniejszy format i jest on bardzo poręczny. Okładka jest bardzo miękka, ale dzięki temu, że strony są dość sztywne (osobiście takich nie lubię, ale doceniam walor praktyczny), grzbiet się nie łamie. A w środku mamy bardzo przyjazną czcionkę i mnóstwo ilustracji (jestem bardzo ciekawa, czy wszystkie pochodzą z oryginalnego wydania, czy też polski wydawca dodał coś od siebie). Żeby nie było tak słodko dodam, że tłumacz albo redakcja w pewnym momencie przysnęli i pomylili miliardy z bilionami. Ale tylko w jednym miejscu.

„Podróż różowych delfinów” jest z pewnością książką, którą mogę polecić zarówno miłośnikom literatury podróżniczej, jak i „ekologicznej”. Ani jedni, ani drudzy nie powinni czuć się zawiedzeni. Ja w każdym razie się nie zawiodłam i przeczytam z pewnością inne książki autorki.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.


Tytuł: Podróż różowych delfinów. Wyprawa do Amazonii
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: Jurnay of the Pink Dolphins
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2016
Stron: 378
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...