wtorek, 28 lutego 2017

"Człowiek, który spadł na Ziemię" Walter Tevis

Tevis to dla mnie trochę kłopotliwy autor. Po pierwsze zdaje się, że wszystkich dość jednoznacznie zachwyca, tylko mnie nie. Po drugi to jest jeden z tych autorów, których rozumem pojmuję, ale do serca przemówić nie potrafią. I tu chyba leży problem. Ale o tym za chwilę. Aha, i spoilery, może nie zabójcze, ale jednak.

Thomas Jerome Newton jest do człowieka podobny, ale człowiekiem nie jest. Jest Obcym. Przybył na Ziemię z konkretną misją – ma uratować swój lud. Zadanie jest rozłożone na lata, trudne i skomplikowane. Czy Newton mu podoła? Czy nie stanie się zbyt ludzki, żeby móc reprezentować interesy swoich kosmicznych braci?

Zanim przejdziemy do rzeczy istotnych, państwo pozwolą, że chwilę poznęcam się nad blurbem (bo muszę, inaczej się uduszę). Otóż to, co w nim napisano wynika albo z celowej dezinformacji (wiecie, żeby czytelnika zaskoczyć/nie zaspoilerować mu), albo z faktu, że blurb napisano po przeczytaniu maksymalnie połowy powieści. Bo widzicie, Obcego fascynuje woda i rzeczywiście na jego rodzimej planecie jest rzadkim dobrem, ale plan ocalenia rasy polega na zgoła czymś innym niż kradzieży H2O. Już pomijając fakt, że w celu napojenia pobratymców wystarczyło zaholować jakąś asteroidę lub inny kawałek kosmicznego gruzu – zaskakująco często składają się z lodu. No ale w latach sześćdziesiątych, kiedy autor pisał powieść, mógł jeszcze o tym nie wiedzieć.

Mam wrażenie, że Tevis w swoich powieściach lubi poruszać temat osamotnienia w tłumie i bardziej lub mniej świadomych prób asymilacji. Bliźniaczy motyw pojawiał się w „Przedrzeźniaczu”. Tam mieliśmy samotnego wśród otępiałego tłumu androida, znacznie inteligentniejszego od przeciętnej jednostki ludzkiej. Tutaj mamy ponadprzeciętnie inteligentnego kosmitę, który (zupełnie jak android z „Przedrzeźniacza”) mimo fizycznych podobieństw jest od ludzi zbyt odległy, żeby kiedykolwiek przestać czuć się samotny pośród nich. Mam wrażenie, że Spofforth i Newton to w zasadzie ta sama postać, rozgrywana w innych fabułach.

Poza motywem samotności i obcości, warto też pochylić się nad tym, jak autor w powieści odmalował ludzkość jako taką. W „Człowieku…” ludzkość to banda krótkowzrocznych małpoludów, nieumiejących spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa, wyznająca maksymę, że po nas choćby potop. Czy w takim razie jedyną drogą do zbawienia byłoby manipulowanie przez istoty inteligentniejsze? Autor zdaje się właśnie to sugerować. Jasno też daje do zrozumienia, że pęd ludzkości do autodestrukcji jest niepohamowany i sama z siebie nie zmądrzeje. W późniejszym "Przedrzeźniaczu" jest nieco mniej pesymistyczny.

Czas chyba przejść do mojego problemu z powieścią. Widzicie, ja naprawdę doceniam warsztat Tevisa – ten przejmujący smutek, jaki potrafił przelać na karty powieści i dogłębne studium osamotnienia. Tylko że ja to wszystko doceniam na poziomie intelektualnym. Autor bowiem nie potrafi we mnie wzbudzić emocji, a co to za literatura piękna, która nie potrafi do czytelnika przemówić na poziomie emocjonalnym. Być może problem tkwi w języku – Tevis lubi suche, ascetyczne wręcz frazy, często pozbawione ozdobników, ale dzięki temu precyzyjne. Może więc nie było jego celem wzbudzenie emocji. Niestety, ja takimi książkami nie potrafię się zachwycić. Choć mogę docenić.

Tevisa nie mogę niepolecić – „Człowiek, który spadł na Ziemię” to zdecydowanie pozycja, którą warto znać. Niemniej, nigdy chyba nie zaliczę go w poczet ulubionych autorów. Choć oczywiście jeśli wyjdzie u nas jego kolejna powieść, chętnie się z nią zapoznam (i mam nadzieję, że następnym razem wydawca bardziej się postara, bo korektor niby w stopce jest, a tekst wygląda, jakby go nie było. Korektora w sensie).
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Człowiek, który spadł na Ziemię
Autor: Walter Trevis
Tytuł oryginalny: The Man Who Fell to Earth
Tłumacz: Wojciech M. Próchniewicz
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 180

niedziela, 19 lutego 2017

"Był sobie pies" W. Bruce Cameron

Co jakiś czas pojawia się na literackim horyzoncie książka o psach, która zdobywa ogromna popularność – do tego stopnia, że film na jej podstawie kręcą. Evergreenem tego typu powieści jest oczywiście „Lassie, wróć!”, która co jakiś czas powraca na ekrany w nowej odsłonie czy tam interpretacji. Parę lat temu mieliśmy labradora Marleya, a dziś tryumfy święci „Był sobie pies” (też głównie o labradorach). Jak widać, psy się sprzedają - zwłaszcza, kiedy kręcą o nich filmy, bo powieść była już u nas pubikowana pod tytułem "Misja na czterech łapach", ale wtedy nie zdobyła aż takiego rozgłosu.

Szczeniak przychodzi na świat w norze nad rzeką. Matka wychowuje go jak najlepiej umie na zdziczałego psa, no ale wiadomo, kundelek z ulicy raczej długo żyć nie będzie. O dziwo, po śmierci wraca w ciele innego psa, aby od nowa przeżyć życie, zupełnie inne od poprzedniego. I tak w kółko. Jaki jest w tym cel? Czy pies w końcu go odnajdzie aby móc odejść raz na zawsze?

Powiedzmy sobie bez ogródek – „Był sobie pies” to nie jest jakiś fenomen literacki. Językowo czy technicznie nie ma się tu czym zachwycać, ot, napisana poprawnie i tak, żeby w oczy nie gryzła powieść. Niemniej, czyta się ją bardzo przyjemnie – autor może nie jest wybitnym artystą, ale sprawnym rzemieślnikiem już jak najbardziej. Dodatkowo, choć czasem mało subtelnie gra na emocjach czytelnika, to stara się nie zrobić ze swojego dzieła wyciskacza łez li i jedynie. Chwała mu za to, bo w filmach i powieściach o zwierzętach jest to często nadużywana sztuczka.

Zastanawiałam się, co jest takiego w tej książce, że wybiła się ponad inne o podobnej tematyce (w Polsce może tak tego nie widać, ale rynek anglosaski jest corocznie zalewany obfitą falą książek o pieskach i kotkach). W przypadku Marleya było to pokazanie szeregowym właścicielom, że wbrew temu, o czytają, nie wszystkie psy to ideały posłuszeństwa. Tutaj doszłam do wniosku, że chodzi o dwie rzeczy. Po pierwsze, każdy chyba właściciel zwierzęcia (ja również, choć psów akurat nie mam) lubi pomarzyć, że gdzieś tam czeka na niego ukochany przyjaciel w innym ciele. Po drugie, jako że narracja jest pierwszoosobowa, autor interesująco opisał sposób postrzegania świata przez psa. 

Wiecie, tematem interesowałam się tylko o tyle, o ile, specjalistką od psiego behawioru nie jestem, ale wydaje mi się, że pewne rzeczy autor odmalował bardzo trafnie i chwała mu za to, bo być może do części z tych mniej odpowiedzialnych właścicieli psów dotrze, że robią coś nie tak (do mnie najbardziej trafił fragment o tym, że chaotyczna czułość jest dla psa komunikatem zupełnie nieczytelnym, a fakt, że coś mu powiemy, absolutnie nie oznacza, że on to zrozumie i to jeszcze tak, jak sobie życzymy). 

No i tak – nie podzielam zachwytów nad „Był sobie pies”, bo i po prawdzie, z literackiego punktu widzenia nie ma się czym zachwycać. Być może gdybym sama miała psa, książka zachwyciłaby mnie bardziej. Ale to wciąż bardzo przyjemne, nie urągające logice czytadło, napisane na bardzo przyzwoitym, rzemieślniczym poziomie. Myślę, że każdemu miłośnikowi zwierząt (a zwłaszcza psów) sprawi sporo radości.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Kobiecego.

Tytuł: Był sobie pies
Autor: W. Bruce Cameron
Tytuł oryginalny: The Dog's Purpose
Tłumacz: Edyta Świerczyńska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Rok: 2017
Stron: 392

poniedziałek, 13 lutego 2017

"Rozjemca" Brandon Sanderson

Teoretycznie proza Brandona Sandersona zawiera wszystkie te elementy, które powinny sprawić, że się w niej zakocham. Są dobrze zbudowane fantastyczne światy, są interesujący bohaterowie, fabuła też nienajgorsza, językowo daje radę. Tyle teorii, bo w praktyce Sandersona mi się po prostu dobrze czyta. Choć są i momenty, kiedy czyta mi się go gorzej – zwykle przypadają na jego wczesną twórczość. I „Rozjemca” wcale nie jest tu wyjątkiem.

Tekst zawiera drobne spoilery.

Hallandren to wspaniałe państwo kolorów, którego klejnotem jest T’Telir, stołeczne miasto, zamieszkane przez Bogów. Kolory są ważne, bo napędzają tutejszą magię, opartą z jednej strony na barwach, z drugiej na biochromatycznych Oddechach. Każdy człowiek ma jeden Oddech, ale może sobie ich kupić więcej – są bardzo użyteczne. Jednak nie wszędzie pochwala się korzystanie z mocy BioChromy. W królestwie Indris na przykład nie – tam rządzą przytłumione brązy i zasady skromności. Niemniej, pakt wojenny sprzed dwudziestu jeden lat mówi, że księżniczka Idris ma zostać poślubiona Królowi-Bogu Hallandren. Jak przebiegnie zderzenie dwóch tak odmiennych kultur?

Może zacznijmy od tego, co mnie najbardziej w „Rozjemcy” boli – ta książka jest straszliwie przegadana (co potwierdza moją zasadę, że Sanderson im krótszy, tym lepszy). Konkretnie przegadane jest życie wewnętrzne dwójki bohaterów. Ja rozumiem, że autor chciał nakreślić głęboki portret psychologiczny każdej ze swoich postaci, ale tego nie osiąga się międleniem przez dziesiątki stron jednego zagadnienia. I tak mamy Viviennę, która bez przerwy rozmyśla nad własną tożsamością. I o ile jej poczucie tożsamości rzeczywiście ewoluuje, to naprawdę nie trzeba o tym pisać kilkustronicowych wewnętrznych monologów. Mamy też Dar pieśni, pomniejsze bóstwo, które dla odmiany swojej tożsamości i sensu istnienia dopiero szuka. Ten wątek jest jeszcze nudniejszy (choć założenia miał ciekawe, szkoda), bo zasadniczo Dar Pieśni głównie rozmyśla, ale żadnych wniosków nie wyciąga, nie ewoluuje też za bardzo jako bohater. Ale w międzyczasie raczy czytelnika przydługimi wewnętrznymi rozważaniami i niczego zazwyczaj niewnoszącymi dialogami ze swoim głównym kapłanem.

Wróćmy może do kwestii księżniczek. Mamy dwie (właściwie trzy, ale tylko dwie są istotne): Siri i Viviennę. Pierwsza bardzo sobie chwaliła bycie niezauważaną i zmartwiła ją mocno zmiana sytuacji, druga odwrotnie. Pierwsza to w zasadzie taki typowy archetyp pięknej, którą wysyłają do bestii – i żeby za wiele nie zdradzać, powiem tylko, że cała relacja między tą piękną i jej bestią rozwija się w bardzo schematyczny (żeby nie powiedzieć kliszowaty) sposób. Co dla mnie jakąś szczególną wada nie jest, bo mam słabość do tej baśni. Ale nie wszyscy mają. Przy czym Siri jest chyba jedną z lepiej napisanych postaci w powieści – to typowa młoda dziewczyna, która, wrzucona w całkiem obcy sobie świat, dzięki elastyczności i miłemu usposobieniu nienajgorzej sobie radzi. Co prawda pewne sceny sprawiały, że fundowałam sobie soczystego facepalma (serio dziewczyno, wszyscy od dziecka mówili ci, ze dwór Hallandren to siedlisko intryganckich żmij, co to tylko nóż w plecy ciągiem wsadzają, a ty się dziwisz, że ludzie ci nie chcą sekretów i ostrzeżeń wprost przy świadkach przekazywać…), ale ogólnie bohaterkę dało się lubić.

Vivienna to trochę inna para kaloszy – na niej autor odegrał scenariusz pod tytułem „poskromienie złośnicy” (na szczęście złośnicy nie poskramia ukochany, tylko ogólna rzeczywistość). Ogólnie jej przemiana i rys charakterologiczny to bardzo ciekawy pomysł sam w sobie – oto mamy bowiem bohaterkę dumną i wyniosłą, gardzącą odmiennością, a jednocześnie przekonaną, że tak naprawdę jest tolerancyjna i skromna, bo w końcu to jej nakazuje religia, a ona z tych mocno wierzących (jestem sobie w stanie wyobrazić bohaterkę rzucającą tekstem w stylu „Jesteś ostatnią, żałosną szmatą, ale ponieważ tak mi nakazuje religia, to ci wybaczam”, plus pełne pogardy spojrzenie). Z czasem ewoluująca w kierunku zrozumienia własnej hipokryzji i fundamentalnej przemiany nie tylko poglądów, ale i charakteru. Tyle że autor wszystko to strasznie rozwodnił. Vivienna ciągle rozmyśla nad sobą, ciągle konfrontuje swoje poglądy z rzeczywistością i monologuje wewnętrznie. Problem w tym, że czytelnik mógłby się spokojnie bez tego obyć. Autor przede wszystkim powinien pokazywać, nie opowiadać – Sanderson bardzo ładnie tutaj pokazuje. Tylko zupełnie niepotrzebnie później o tym samym opowiada.

(A poza tym mam jeszcze problem z przygotowaniem Vivienny do misji. Bo wiecie, ona była praktycznie od maleńkości przygotowywana do funkcjonowania na dworze Hallandren. I pal sześć, że jej nauczyciele byli kretynami na tyle, żeby sprawić, że znienawidziła miejsce, gdzie miała spędzić większość swojego życia. Ale że nie nauczyli jej podstaw psychologii, manipulacji innymi? Jak miała bez tego intrygować na zepsutym w ich mniemaniu i zdradą stojącym dworze? O jej ojcu też nie najlepiej świadczy fakt, ze najwyraźniej wynajął nauczycieli, którzy nigdy w Hallandren nie byli – dzięki temu księżniczkę przez długie lata karmiono mitami i legendami zamiast rzetelnej wiedzy…)

Z resztą bohaterów jest różnie. Dar Pieśni cierpi na te same niedoskonałości, co Vivienna, Król-Bóg zaś odgrywa swoją schematyczną rolę bestii. Interesująca postacią mógłby być Vasher – mający dobre intencje, ale porywczy gbur. Tyle że autor postanowił go uczynić tajemniczym, w związku z czym nie bardzo wiadomo, co w Vasherze siedzi. Jest też Denth, który niestety został typowym najemnikiem, choć był w nim potencjał na więcej.

„Rozjemca” z pewnością spodoba się fanom Sandersona – dostaną tu wszystko, co najbardziej lubią (acz przyznam szczerze, że pod względem światotwórczym, który najbardziej u autora cienię, powieść zajmuje u mnie ostatnie miejsce). Ja jednak nie czuję się usatysfakcjonowana. CO nie znaczy, że ze znajomości a autorem zrezygnuję.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
 
Tytuł: Rozjemca
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Warbreaker
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 632

wtorek, 7 lutego 2017

Na co poluje Moreni: luty 2017

Jak styczeń w zapowiedzi bogaty nie był, tak luty mnie zaskoczył. Niby taki krótki, ale najwyraźniej wyjątkowo atrakcyjny dla wydawców (a marzec wcale nie zapowiada się gorzej). Nie przedłużajmy więc.:)

Ze spadkowiczów: 10 lutego ma wyjść "Pieśń węży" Marii Dunkiel, pierwotnie zapowiadana na sierpień zeszłego roku.

Chcę mieć

"Historia naturalna smoków" Marie Brennan
27 lutego

To jest mój absolutny must have i najbardziej wyczekiwana premiera tego roku (sorry, panie Wegner. I pani Novik też). W końcu kiedyś umieściłam ten tytuł na własnej liście książek, które chciałabym mieć, ale nikt mi ich nie wyda. Skoro więc znalazła się w zapowiedziach wydawniczych, od razu napaliłam się jak szczerbaty na suchary. Teraz mamy nawet konkretną datę (czas pokarze, na ile wiążącą), więc przebieram nóżkami. Mam tylko nadzieję, że wydawca stanie na wysokości zadania i przekład będzie przynajmniej poprawny, a ilustracje zaczerpnięte z oryginału (choć gdyby dali zarobić jakiemuś dobremu, naszemu twórcy to też bym nie narzekała).

Cały świat, od Scirlandii do najdalszych krańców Erigi, zna lady Izabelę Trent jako najwybitniejszą na świecie specjalistkę od smoków. Ta niezwykła kobieta wyprowadziła naukę o smokach z mglistych cieni mitów i nieporozumień w krąg światła współczesnej nauki. Zanim jednak lady Trent stała się sławną osobą, jaką dziś znamy, była pogrążoną w książkach młodą kobietą, dzięki swemu zamiłowaniu do nauki, historii naturalnej i tak, smoków, czym przeciwstawiła się sztywnym konwencjom swoich czasów.
Oto wreszcie, spisana jej własnymi słowami, prawdziwa historia kobiety o duszy pioniera, która zaryzykowała swoją reputację, życiowe perspektywy i wątłe ciało, aby zaspokoić naukową ciekawość. Jest to opowieść o tym, jak pomimo swych godnych pożałowania dziwactw poszukiwała prawdziwej miłości i szczęścia, oraz o jej ekscytującej wyprawie w niebezpieczne góry Wystrany, gdzie dokonała pierwszego z wielu historycznych odkryć, które mogły zmienić świat na zawsze. 

Chcę przeczytać
"Największa tajemnica życia. Jak rozszyfrowano kod genetyczny" Matthew Cobb
14 lutego 

Lubię sobie czasem poczytać coś popularnonaukowego, a genetyka należy do jednych z moich ulubionych tematów. Dlatego historia odkrycia DNA wydaje mi się być interesująca.

Chociaż może się to nam wydawać zaskakujące, pojęcie kodu przenoszącego informację genetyczną pojawiło się dopiero 1953 r. Wprowadzili je James Watson i Francis Crick, w artykule opublikowanym w czasopiśmie „Nature”. Idea została bez zastrzeżeń zaakceptowana przez świat naukowy, chociaż nikt jeszcze nie wiedział, w jaki sposób może działać ów tajemniczy kod, złożony z cząstek czterech zasad, łączących nici DNA w podwójną helisę.
Książka Matthew Cobba, genetyka i historyka, opowiada o niezwykłych źródłach tych koncepcji, których początki można odnaleźć w matematyce, fizyce, a także badaniach nad systemami łączności. Autor pokazuje, w jaki sposób idee dotyczące informacji przeniknęły do biologii za pośrednictwem cybernetyki, umożliwiając naukowcom zrozumienie istoty kodu genetycznego. „Największa tajemnica życia” to historia idei i eksperymentów, pomysłowości, genialnych przebłysków intuicji i porażek, aż do największych odkryć biologii minionego i obecnego stulecia.
Naukowiec i historyk wykorzystał oba talenty, by stworzyć kapitalną, błyskotliwą książkę dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć, jak działają geny.
Brian Cox, autor „Dlaczego E=mc²” i „Kwantowego Wszechświata"

"Był sobie pies" W. Bruce Cameron
15 lutego

Książkę już co prawda od jakiegoś czasu można kupić w empiku, ale oficjalna premiera ma mieć miejsce właśnie piętnastego lutego. Lubię ksiązki o zwierzętach (choć preferuję raczej te oparte na faktach niż czystą fikcję). Przyznam, że książka już do mnie dotarła (i w przyszłym tygodniu planuję coś o niej napisać - mam nadzieję, że plany wypalą zważywszy, że jeszcze jej nie zaczęłam). Mam pewne obawy, czy nie będzie zbyt ckliwa i pełna tanich, emocjonalnych chwytów, ale cóż, kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

Bailey to uroczy kundel, który po serii niefortunnych zdarzeń odchodzi z tego świata. Ku swemu zdziwieniu odradza się ponownie jako złotowłosy szczeniaczek i trafia w ręce ośmioletniego Ethana. Wkrótce stają się nierozłącznymi przyjaciółmi a Bailey dożywa szczęśliwej starości u boku chłopca w poczuciu, że spełnił swoje powołanie. Jednak jego misja dopiero się zaczyna…

"Jeźdźcy dinozaurów" Victor Milan
15 lutego

Poprzedni tom to byłaby taka fajna książka, gdyby nie bohaterowie (serio, są takie powieści, gdzie bohaterowie tylko przeszkadzają w ekspozycji świata). Niemniej, chętnie bym tam jeszcze raz zajrzała - przynajmniej dowiedziałabym się, czy pewna samica allozaura w końcu odnajdzie swojego pana.

Raj jest rozległym, różnorodnym, często okrutnym światem. Mieszkają na nim ludzie, lecz dominują dinozaury, dzikie potwory oraz udomowione, wykorzystywane do pracy, a także w walce. Zakuci w zbroje rycerze wyruszają w bój, dosiadając tych stworzeń, by stawić czoło szkolonym do walki triceratopsom, noszącym na grzbietach załogi złożone z nisko urodzonych.
Jednym z takich rycerzy jest Karyl Bogomirsky – wybrany, by poprowadzić do boju tych, którzy szukają ucieczki od ścieżki wojny i szaleństwa. Fakt, że Cesarstwo ogłosiło krucjatę przeciwko ich pokojowo nastawionego krajowi i wyjęło spod prawa tych, którzy pragną życia wolnego od przemocy, nie pomaga mu nawet w najmniejszym stopniu. Sytuacja pogarsza się dodatkowo, gdy legendarne Szare Anioły – starożytna broń bogów, którzy stworzyli Raj – powracają na scenę po stuleciach nieobecności. Wszyscy uważali, że są tylko bajką służącą straszeniu niegrzecznych dzieci, ale okazało się, że istnieją naprawdę.


"Książka. Najpotężniejszy przedmiot naszych czasów zbadany od deski do deski" Keith Houston
27 lutego

No jak mogłaby mnie nie zainteresować książka o książkach? :) Zwłaszcza, że zapewne jeszcze jest ładna.

Czy wynalazek papieru miał jakiś związek z intrygami na chińskim dworze? Dlaczego w dziewiętnastowiecznej Anglii chowanie zmarłych odzianych w lniane szaty uznawano za niepatriotyczne? Jak dotkliwa kara groziła skrybom, którzy nie wywiązywali się ze swych obowiązków? Czy baczne obserwowanie pracy konduktora pociągu mogło mieć jakieś skutki dla rozwoju drukarstwa?
Papier, pismo, druk, ilustracje – za każdym z tych aspektów książki stoją setki lat historii i wiele ludzkich namiętności. Opowiadając o narodzinach i rozwoju „najpotężniejszego przedmiotu naszych czasów”, Keith Houston kreśli dzieje kilku cywilizacji, nie tracąc przy tym z oczu losów poszczególnych osób – odkrywców, wynalazców i wizjonerów, których ciekawość, żarliwość, praca (a niekiedy i występki) zmieniły kształt naszego świata. Fascynująca opowieść – obejmująca pięć tysięcy lat i pięć kontynentów – jest nie tylko znakomicie udokumentowanym źródłem wiedzy o dziejach tzw. przemysłów książki, ale też po prostu zajmującą i zabawną lekturą dla wszystkich, którzy uwielbiają czytać. I oglądać ilustracje!


"Dobro złem czyń" antologia
28 lutego

Jest to zbiór o tyle ciekawy, że stworzony z opowiadań konkursowych. Jak wiadomo takie zbiory bywają dla czytelnika ryzykowne, ale, szczerze mówiąc, byłabym skłonna takie ryzyko ponieść.

Kiedy Geralt z Rivii miał dokonać wyboru pomiędzy jednym ZŁEM a drugim, wolał nie wybierać wcale. Uczestnicy konkursu literackiego „Dobro złem czyń” nie mieli takiej możliwości. Przedstawiamy Wam dziesięć spośród blisko dwustu nadesłanych opowiadań.
Opowiadania te są tak różne, że trudno znaleźć dla nich inny wspólny mianownik poza tym, że są DOBRE.
Czy można osiągnąć dobro, czyniąc zło? Czy cel uświęca środki? Czy dobro i zło to skrajne przeciwieństwa, czy tylko dwie strony tej samej monety? Oto dziesięć odpowiedzi na te pytania!
1. “Algorytm mniejszego zła”, Magdalena Kucenty
2. “Duchy Ziemi Obiecanej”, Dorota Dobrzyńska
3. “Od nagłej i niespodziewanej”, Łukasz Trykowski
4. “Kapelusz, garnitur i płaszcz z gabardyny”, Filip Laskowski
5. “Papierowe dusze”, Magdalena Kucenty
6. “Wkład własny”, Istvan Vizvary
7. “Sklepik z motylami”, Karolina Cisowska
8. “Dobra robota”, Maciej Oleszek
9. “Poławiaczka pięknych grzechów”, Justyna Lech
10. “Serendypia kontra skopolamia”, Sylwia Finklińska


"Zatopić Niezatapialną" Anna Hrycyszyn
28 lutego

Mam nadzieję, ze ta powieść okaże się bezpretensjonalną, solidnie napisaną przygodówką. Brakuje mi takich w polskiej fantastyce.

Jollienesse Rożnowski, zwana przez przyjaciół Nes, dowodzi parowcem „Niezatapialna”. Pani kapitan i jej załoga są legendą w Palude. Córka skazanego opozycjonisty, od lat siejąca postrach w Krainie Tysiąca Jezior i Rzek, podbiła serca prostego ludu.
Władza jednak nie może dłużej tolerować jej istnienia. Świat ulega społeczno-ekonomicznym przemianom, a ambitny minister postanawia przykładnie ukarać buntowników. Nieubłaganie nadciąga koniec ery rzecznego piractwa.
W pogoń za „Niezatapialną” rusza kapitan Feliks Ucelli i dowodzona przez niego elitarna jednostka Straży. Pętla się zaciska, a sytuacja wydaje się bez wyjścia. Ale zatopić „Niezatapialną” nie jest łatwo. A już na pewno nie uda się zatopić jej na wieki.
Przygodowy steampunk w pełnej krasie: parowce, nadchemia, pościgi, strzelaniny i – oczywiście – odrobina romansu. 


"Gdy życie prawie wymarło. Tajemnica największego masowego wymierania w dziejach Ziemi" Michael J. Benton
28 lutego

Masowe wymierania są równie fascynujące jak genetyka. Jeśli nie bardziej.

250 milionów lat temu życie zostało niemal zmiecione z powierzchni naszego globu.  Co spowodowało tę katastrofę?
Masowe wymieranie z końca permu pod względem zasięgu nie miało sobie równych w historii naszej planety. Kataklizm przetrwał zaledwie co dziesiąty żyjący na Ziemi gatunek, podczas gdy – dzięki dinozaurom znacznie bardziej znana – katastrofa kredowa pochłonęła ich „tylko” połowę. To, co zasadniczo różni oba wymierania, to szansa odrodzenia się życia po katastrofie.
Ziemskie życie można porównać do drzewa, które wykiełkowało miliardy lat temu, potem zaczęło rosnąć i wypuszczać gałęzie w miarę pojawiania się nowych gatunków. Podczas masowych wymierań zniszczeniu ulega znaczna część jego korony, jakby rzucił się na nie szaleniec z siekierą. Całe konary i gałęzie zostają brutalnie usunięte. Jednak ocalone partie po pewnym czasie tworzą nową koronę, bujną jak dawniej. U schyłku permu z drzewa ziemskiego życia zostały tylko żałosne resztki, które wcale nie musiały okazać się zdolne do przetrwania.
Co mogło doprowadzić do takich spustoszeń? Jaka globalna katastrofa je wywołała? W książce „Gdy życie prawie wymarło” Michael J. Benton, renomowany brytyjski paleontolog, opowiada o skomplikowanej sekwencji wydarzeń, które 250 milionów lat temu uczyniły z Ziemi niemal martwą planetę.

piątek, 3 lutego 2017

Stosik #88

Stosik w tym miesiącu taki akuratny. Nie za duży, nie za mały. O taki:


Od góry standardowo dwa Pratchetty: druga część "Świata finansjery" oraz "Para w ruch". Żadnego jeszcze nie znam.

Poniżej dwa łupy z promocji w empiku. "Długą utopię" mam już w ebooku, ale ponieważ pozostałe tomy mam w papierze, to i ten wypadałoby. Zwłaszcza, że Luby marudził, bo on .mobi nie czytuje. A na "Bratobójcę" czaiłam się już od dawna, tylko czekałam na jakąś zacną obniżkę. 55% uznałam za wystarczająco zacne.

Dalej mamy moduł recenzencki. Trzy pozycje z Genius Creations są niejakim zaskoczeniem (zgłosiłam się tylko po jedną), ale skoro już są, to pewnie przeczytam. "Betelowa rebelia" skusiła mnie jaszczuroludźmi (to po nią się zgłaszałam). "Pryncypium" wygląda na sympatyczną młodzieżówkę, a po "Złym" sama nie wiem, czego się spodziewać. Niżej mamy dwie pozycje od Maga. Po "Człowieku, który spadł na Ziemię" sporo się spodziewam, choć poprzednia powieść Trevisa mnie rozczarowała. Po "Bezkresie magii" też spodziewam się czegoś dobrego, w myśl zasady, że Sanderson im krócej, tym lepiej. A na koniec "O ziołach i zwierzętach" Kossak od Marginesów. Bo Eco to mimo wszystko fajna seria jest.:)

wtorek, 31 stycznia 2017

"Strażniczka książek" Mechthild Gläser

Lubię książki o książkach. I tu w zasadzie mam dwie możliwości. Mogę wybrać bardziej realistycznie – czyli felietony, eseje, wywiady z autorami. Albo mogę pójść w stronę fantastyki – poszukać autorów, którzy bardzo kreatywnie wykorzystują świat literatury do budowania własnych światów. W tym ostatnim osobliwie przodują Niemcy, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę dziecięca i młodzieżową. „Miasto Śniących Książek” jest niemieckie, „Atramentowe serce” też, wreszcie „Niekończąca się opowieść”. Dlatego nie dziwi mnie, że i kolejna niemiecka autorka sięgnęła po ten motyw. Mechthild Gläser miała teoretycznie całkiem niezły pomysł – chciała wpuścić bohaterów we wszystkie opowieści na raz i pozwolić im ich strzec. A jak wyszło?

W tym miejscu chciałabym ostrzec, że recenzja zawiera śladowe ilości spoilerów.

Ten rok szkolny nie był dobry ani dla Amy, ani dla jej mamy, Alexis. W przypływie frustracji i w myśl hasła „szybko, szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu” postanawiają spędzić wakacje na rodzinnej szkockiej wyspie Stormsday, z której Alexis uciekła, będąc jeszcze w ciąży z siedemnastoletnią obecnie Amy. Nastolatka nie wie, czemu jej matka opuściła dom rodzinny – właściwie zupełnie nie zna swojej rodziny. Nie ma też pojęcia, że wszyscy w jej rodzie dysponują darem: potrafią wnikać do książek. I dlatego podjęli się ochrony ich delikatnego świata.

To jest jedna z tych książek, w których na pierwszy rzut kaprawego oka wszystko gra, ale na kolejny wyłażą problemy. Zresztą, nawet ten pierwszy już niektóre ujawnia, jeśli oko kaprawe nie jest. Większość z nich, mam wrażenie, w prostej linii wynika z tego, że autorka od początku do końca nie za bardzo wiedziała, jaką książkę chce napisać. Na pewno młodzieżową, bo mamy nastoletnią bohaterkę. Mamy też element „magicznej” szkoły, przygotowującej do „magicznych” zawodów. Oczywiście znamy to wszyscy od kiedy wyszła pierwsza powieść Rowling (nie, żeby wcześniej taki motyw się nie pojawiał, ale rozumiecie, wcześniej nie znali go absolutnie wszyscy). Tyle że o ile w Harry Potter czy Percy Jackson ucząc się rzeczywiście poznawali razem z czytelnikiem świat własnej opowieści oraz prawidła nim rządzące, o tyle szkolenie Amy nie daje czytelnikowi nic. O samym zawodzie strażnika książek dowiadujemy się tylko tyle, że pełni się go do 25 roku życia czynnie, potem biernie, bo już do opowieści wnikać nie można (na czym wobec tego polega wtedy zawód strażnika, nie wiadomo). I że trzeba zapobiegać kryzysom. Jakim kryzysom i jak zapobiegać już nikt nie wyjaśnia – nowicjuszka Amy nie dostaje żadnej instrukcji, żadnej listy zakazów i nakazów i żadnych ostrzeżeń (choć wiadomo, że jeśli coś jej się stanie w książce, to stanie się to naprawdę, a nie tylko w opowieści). Czytelnik razem z bohaterka porusza się w świecie, którego zasad nikt mu nie przedstawia. Przez co ten świat zdaje się mieć zasady wymyślane na bieżąco, tak, jak autorkę chwila poniosła.

Pozwólcie, że poznęcam się jeszcze nad szumnie zwaną szkołą strażników i zawodem samym w sobie, bo to jest ten element opowieści, który sprawia, że mi kołek od zawieszania niewiary niebezpiecznie trzeszczy. Bo widzicie – w takiej formie, w jakiej przedstawiła je autorka, to szkolenie i całe stróżowanie nie ma sensu. Nowicjuszce nie wyjaśnia się ograniczeń i możliwości, to raz. Pal sześć, że przez to czytelnik ich nie zna, ale bez tego nie da się wydajnie (i z zachowaniem zasad BHP) wykonywać swoich zadań. Właściwie wygląda na to, że cały motyw szkoły został dodany tylko po to, żeby przedstawić jedno, (kluczowe co prawda dla fabuły, ale możliwe do przedstawienia i bez wątku ciągnącego się przez całą książkę jak smród za pospolitym ruszeniem) wydarzenie z przeszłości, a autorka nie wzięła pod uwagę, że w międzyczasie też dobrze byłoby go wypełnić jakąś treścią. Strażniczenie w książkach też wygląda na mocno nieprzemyślane. Niby ma polegać na zapobieganiu kryzysom, ale okazuje się od razu, że każdy strażnik piastuje tylko jedną opowieść. Zważywszy, że jest ich całych trzech, średnio to wydajne. Zwłaszcza, że w zasadzie jedyną bronią strażnika w walce z kryzysem są… negocjacje. Co może i przydaje się, kiedy trzeba przekonać obrażoną księżniczkę, żeby się jednak przespała na ziarnku grochu, ale w obliczu bardziej krwawego zagrożenia już nie za bardzo.

Wewnętrzny świat literatury też szczególnie spójny nie jest – brak mu zasad łączących go w logiczną całość. Z jednej strony widzimy, że postacie w fabułach swoich opowieści występują jak aktorzy na scenie – najważniejsze to żeby się nie spóźnić i bezbłędnie wypowiedzieć swoją kwestię. Między wystąpieniami można wpaść do miasteczka na ziemi niczyjej na zakupy i drinka, a Amy włóczy się w towarzystwie Wertera i Sheer Khana – bohaterów, którzy nie dożywają końca swoich historii – i jakoś nikt się szczególnie ich losem nie przejmuje. Z drugiej autorka wychodzi ze skóry, żebyśmy strasznie się przejęli faktem, że bohater innej opowieści na jaj końcu ginie. Z jednej strony za żadne skarby nie można zmieniać opowieści, z drugiej chyba nikt tych zmian nie pilnuje, bo liczne spowodowane przez Amy przechodzą bez echa… I tak dalej. Przy czym trochę mnie uwiera też to, że Amy porusza się i fascynuje wyłącznie światami z klasycznej literatury. Rozumiem, że to wszystko przez prawa autorskie do nowszych i popularniejszych światów, ale szczerze mówiąc, będąc współczesną nastolatką ze zdolnością do wnikania w książki pobiegłabym raczej szukać Hogwartu albo Katniss Everdeen niż eksplorować prozę Dickensa. Czyli: rozumiem, ale uwiera.

Przejdźmy może do relacji między bohaterami. I tu też wtopa, bo jedna w pełni zarysowana i ciekawa jest ta pomiędzy Amy a Willem, innym młodym strażnikiem. Wszystko to urocze i interesujące, ale tak bardzo pasuje do kliszy nastoletniej pierwszej miłości, że nie zaskakuje niczym. Aby dodać nieco charakteru Willowi, autorka kreuje go na niezrozumianego wrażliwca o buntowniczych zapędach, ale to też wypada bardzo sztampowo. Druga jest pomiędzy Amy a jej matką i przyznam, że jest to ciepła, zdrowa i podnosząca na duchu relacja matki z córką, całkiem dobrze opisana. Poza tym mamy jeszcze relację Alexis z jej matką a babką Amy – która jest konfliktowa (nastoletnie matki nie uciekają z domu na końcu świata dla kaprysu) i miałaby ciekawy potencjał, ale autorka postanowiła poprzestać na kilku nierozwiązujących niczego pyskówkach i porzuciła temat. W ogóle niewnoszące niczego pyskówki zdają się być główną formą komunikacji dorosłych na Stormsday. No i jest jeszcze Betty. Z którą ma problem najbardziej.

Betty bowiem jest uosobieniem kliszy pustej, zarozumiałej blondi, zainteresowanej przede wszystkim ciuchami i kosmetykami (a chłopakami nie chyba tylko dlatego, że jedyny dostępny na Stormsday jest jej bliskim kuzynem). Mało co mnie tak irytuje, jak wykorzystanie tej kliszy. Autorka co prawda starała się dodać Betty nieco głębi – dziewczyna naprawdę sumiennie wykonuje obowiązki strażniczki i przejmuje się rzeczami, które Amy nawet nie przyszłyby do głowy, ale cóż, widać jak na dłoni, że służy tylko zbudowaniu opozycji między „jedyną taką” Amy, która nie lubi kosmetyków a kiecki nosi wyłącznie, kiedy musi i podobną do tych niewdzięcznych szkolnych koleżaneczek Betty, co to jej głównie własny wygląd w głowie. A była scena, która mogłaby to naprawić, która mogłaby pokazać, że nie szata zdobi człowieka a inni miewają motywacje równie ważne, jak nasze, tylko inaczej je realizują… Kiedy można było pokazać, że subiektywne spojrzenie Amy (bo narratorką jest właśnie ona, przez większość czasu) nie jest jedynie słusznym i że człowiek czasem pewnych rzeczy nie dostrzega… Jednak autorka temat zbyła i zostaliśmy z uroczą kujonką i pustą blondi.

„Strażniczka książek” miała potencjał – ten pomysł mógł wyewoluować w coś interesującego. Jednak autorka nie potrafiła go wykorzystać. Właściwie jedyna interesującą rzeczą w powieści jest zakończenie, w którym wyjątkowo pani Gläsernie poszła po linii najmniejszego oporu. Ale nie wiem, czy warto się dla niego przebijać przez całą powieść.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka

Tytuł: Strażniczka książek
Autor: Mechthild Gläser
Tytuł oryginalny: Die Buchspringer
Tłumacz: Mirosława Sobolewska
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 392

środa, 25 stycznia 2017

Zmyślenia #35: Ksiązki, na które czekam w 2017 roku

Właściwie miałam tej notki nie pisać, z powodów bliżej nieokreślonych (a właściwie określonych mianem "chyba mi się znudziło"), ale jakoś tak wyszło, że niepisanie nie wyszło, więc jest. Tymczasem przejdźmy może do rzeczy, czyli na początek weryfikacji.

Weryfikacja

Cofnę się w tej weryfikacji aż do 2015 roku, albowiem wstępnie to wtedy miały wyjść "Szepty pod ziemią" Aaronovitcha, trzeci tom cyklu zainaugurowanego przez "Rzeki Londynu". Ostatecznie mają wyjść w tym roku (choć wiadomo, że w tak odległych planach wszelka ostateczność jest względna), razem ze wznowieniem dwóch poprzednich w nowej szacie graficznej. Tak tu tylko położę ten fakt, żeby wszyscy chętni mogli się ucieszyć lub zagotować, wedle preferencji.

"The Thorn of Emberlain" Scotta Lyncha ciągle ani widu, ani słychu, ale wszyscy mają nadzieję.

Dresdena za to wydają regularnie.

A teraz przejdźmy do weryfikacji pozycji z 2016 roku:
  1. "Wiatrogon aeronauty" Butchera mam, przeczytałam i zrecenzowałam. Czekam na jeszcze.
  2. "Dwanaście srok za ogon" Łubieńskiego też mam, przeczytałam i zrecenzowałam. Bardzo dobra rzecz, autor mógłby coś jeszcze napisać.
  3. "Zagubieni książęta" Nixa toż samo - przeczytałam i miło wspominam. Acz jakichś szczególnie mocnych uczuć nie wzbudziło.
  4. "Bratobójca" Jay Kristoff - zanabyłam niedawno, ale jeszcze nie przeczytałam. Czeka na swoją kolej i mam nadzieję, że autor mnie nie zawiedzie.
  5. "Bezsennych" Jamiołkowskiego też mam i zrecenzowałam. Chętnie przeczytałabym kolejny tom, ale w zapowiedziach wydawniczych na razie cicho na temat.
  6. "League of Dragons" Novik jak dotąd po polsku nie wyszło. Ale ciągle jest nadzieja, że w tym roku się uda.
  7. "Olga i osty" Agnieszki Hałas oczywiście wyszło o czasie, ale jeszcze się nie zaopatrzyłam. Ale nic straconego przecież.
  8. "Królowie Dary" Liu też wyszli, też mam i też zrecenzowałam. W tym roku ma wyjść kolejna część i jakkolwiek z zainteresowaniem przeczytam, to nie czekam jakoś szczególnie na nią nie czekam.
  9. Podobnie z "Władcami dinozaurów" Milana - też zrecenzowałam i jakkolwiek lekko mnie rozczarowali, to przy najbliższej okazji chętnie przyjrzę się kontynuacji, która ma wyjść w lutym. Ale nie czekam z niecierpliwością.
Wyczekiwane w 2017

A oto lista co bardziej wyczekiwanych premier na ten rok. (Oczywiście niekompletna, bo o tak wczesnej porze wydawcy nie wyciągają jeszcze wszystkich asów z rękawa). Oczywiście kolejność nie ma związku z przewidywaną datą wydania.

1. "Historia naturalna smoków" Marie Brennan
Pamiętacie, jak kiedyś pisałam notkę o książkach, które chciałabym mieć, ale nikt mi ich nie chce wydać? To jest właśnie jedna z książek z tej notki. Toteż napaliłam się na nią jak szczerbaty na suchary i już przebieram nóżkami. W związku z powyższym jest to najbardziej wyczekiwana premiera tego roku, przynajmniej dla mojej skromnej osoby.  Książka ma się ukazać już w lutym, jeszcze dokładnie nie wiadomo którego - dlatego do daty podchodzę sceptycznie, ale nie przeszkadza mi to cieszyć się na zaś. Mam tylko nadzieję, że tłumacz podoła i że będą ilustracje z oryginalnego wydania.

2. "Cień Gildii" Aleksandra Janusz
Co prawda ciągle jeszcze nie przeczytałam drugiej części tej trylogii w czterech tomach (za to przeczytałam pierwszą i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, polecam), ale już z niecierpliwością czekam na czwartą, która ma się ukazać w drugim kwartale bieżącego roku. Wstępna wersja tekstu już jest, jeszcze tylko redakcja, korekta, skład, łamanie, druk i będzie można czytać.;)

3. "Endsinger" Jay Kristoff
Jest to trzecia i ostatnia część "Wojny Lotosowej" - jednego z moich ulubionych cykli YA. Jak dotąd czytałam tylko część pierwszą, czyli "Tancerzy burzy", ale niedawno zaopatrzyłam się też w drugą. Uroboros zapowiada ostatnią na ten rok, więc pewnie też się zaopatrzę (acz poczekam na jakąś atrakcyjną przecenę w sempiku, a co). Dodatkowo Mag interesuje się też kolejnym cyklem autora, ale co do wydania "Nevernight" w Polsce plany są na razie tak mgliste, że równie dobrze może wyjść w tym roku, jak i za pięć lat.

4. Cykl "Teatr węży" Agnieszki Hałas
Szczerze mówiąc to jest cykl, który od dawna chciałam przeczytać, ale odstraszała mnie ograniczona dostępność i, oględnie mówiąc, wydania wątpliwej urody. No autorka nie miała szczęścia, ciągle trafiała do niszowych wydawnictw i dystrybucja jej książek odbywała się raczej na zasadzie "kto ma wiedzieć, ten wie". Ale w tym roku najwyraźniej jej się poszczęściło i serią zainteresował się Rebis. Miejmy nadzieję, że skończy się przyzwoitym wydaniem.:)

5. "Zima" Michał Ochnik
Bo zawsze bardzo ciekawi mnie książka, której autorem jest kolega bloger.;) "Zima" cosik nie miała szczęścia, premierę przekładano już wiele razy. Mam nadzieję, że teraz wreszcie wyjdzie.

I to chyba w sumie byłoby na tyle. Oczywiście liczę również na kontynuację serii Menażeria i Eco, jest też parę tytułów, które zapowiadają się interesująco, ale jeszcze za mało o nich wiadomo. A na co Wy czekacie?

piątek, 20 stycznia 2017

"Sztylet Rodowy" Aleksandra Ruda

Muszę przyznać, że moje kontakty z fantastyka rosyjska były jak dotąd dość sporadyczne. Głównie dlatego, że niewiele się u nas tego wydaje. Do klasyków jakoś nikt się nie kwapi (chyba, że mowa o niskonakładowej serii Solarisu), typowo rozrywkowe teksty najpierw próbowała wydawać Fabryka Słów, a teraz wziął się za nie Papierowy Księżyc. Zdaje się, że temu ostatniemu idzie znacznie lepiej niż Fabryce, tak więc pomyślałam, że czemu by nie sięgnąć po „Sztylet Rodowy” Aleksandry Rudej.

Wojna z pomroką się skończyła (a przynajmniej podpisano traktat pokojowy), ale niepokoje wewnętrzne trwają. W zasadzie to nic nowego – po wojnie co bardziej odległe prowincje niezbyt rzetelnie rozliczają się ze skarbem państwa, a że ten po działaniach wojennych pusty, trzeba kontrolę nasłać. I tak powstała służba głosów królewskich. Do której to wstąpiła Mila Kotowienko, bo poprzedni plan na życie jej nie wypalił, a coś jeść trzeba. A że płacą nieźle, to jakoś wytrzyma te pół roku tłuczenia się po bezdrożach z wyniosłym arystokratą, trollem, emo elfem, niedojrzałym krasnoludem i wojowniczką…

Mogłoby się wydawać, że „Sztylet Rodowy” to poniekąd powieść drogi – bohaterowie przemieszczają się po kraju i właściwie czytelnik miałby prawo oczekiwać, że charaktery będą się rozwijać, a relacje dynamizować (czy tam odwrotnie). Względnie, że będziemy mieli coś w rodzaju questu – dzielna drużyna z zadaniem do wykonania na tle zmieniających się okoliczności przyrody. No cóż, nie do końca. Fabuła powieści najbardziej przypomina bowiem lekko prowadzoną autorską sesję RPG.

Bo cóż my tu mamy? Przed wyruszeniem w drogę należy przecież zebrać drużynę, więc się ją zbiera. Drużyna składa się z uzdrowiciela, arystokraty, dwóch tanków (czyli jednostek walczących i zdolnych osłaniać pozostałe, słabsze) maga i rzemieślnika, każdy na innym levelu. Fabuła zaś składa się z przemieszczana się tejże drużyny po świecie (nieszczególnie opisanym, bo przecież i tak każdy wie, że jak Mistrz Gry rzuci „las”, „średnie miasteczko” czy „podejrzany zaułek”, to już sobie gracze wyobrażą, co trzeba. A do tego jeszcze autorka ma tendencje o opisywania mechanizmów świata monologami postaci, zamiast go czytelnikowi pokazywać). Kolejne przygody, jakie spotykają bohaterów przez dłuższy czas (w zasadzie przez ¾ książki) są kompletnie niepowiązane i ich jedynym zadaniem jest sprawienie, żeby coś się działo, nie ważne co – ani nie popychają akcji do przodu (raczej ją zapychają), ani nie bardzo służą ekspozycji bohaterów czy świata. Serio, przez większość czasu miałam przed oczami obraz Mistrza Gry gorączkowo przeglądającego tabelę spotkań losowych, żeby mu się gracze nie zanudzili. I słyszałam dobiegające zza narracji polecenia w stylu: „Prowadzisz powóz leśną drogą. A teraz rzuć na spostrzegawczość”.

Nasza drużyna też jest dość… sztampowa. Postacie co prawda są napisane dość sympatycznie, ale my to już wszystko widzieliśmy, w tej czy innej wersji. Arystokrata jest więc chłodny, wyniosły i profesjonalny (co narrator i główna bohaterka podkreślają z uporem godnym lepszej sprawy), elf jest zapatrzonym w siebie bubkiem, któremu jednak nie można odmówić umiejętności (a tym, którzy sądzą, że elfy-bubki to coś nowego pod słońcem, radzę spojrzeć na te tolkienowskie chłodnym okiem, bez nimbu tajemniczości i mistycyzmu). Mila – początkująca magiczka - to kobieca kobietka z miasta, zaś Tisa wręcz przeciwnie – wojowniczka gardząca kobiecymi zajęciami. Troll jest pewnym nowum, bo to sympatyczny i niegłupi gość, choć nieco porywczy. No i jest jeszcze krasnolud – maminsynek, który jako jedyny zaje się w trakcie powieści ewoluować. Przy czym trochę przykre jest, że autorka kreuje kilka bardzo ciekawych relacji pomiędzy bohaterami, których nie potrafi lub nie chce rozegrać ciekawie. Usiłując napisać powieść lekką i przyjemną, całkowicie spłyca problematykę i sprowadza interesujące rzeczy do running gagów. Cóż, nie każdy jest Pratchettem.

W ogóle z jedną z tych relacji mam pewien problem – chyba nieszczególnie jestem kompatybilna z pewnym rodzajem rosyjskiego poczucia humoru. Mianowicie autorka wymyśliła sobie, że nasz dzielny troll zakocha się na zabój w Mili od pierwszego wejrzenia i, nie zwracając uwagi na jej zdanie na ten temat, zacznie ją traktować jak przyszłą żonę. No i tak: z jednej strony żarty z podszczypywania po tyłku czy te w stylu „ja cię kocham, a ty nic” są dla mnie głęboko nieśmieszne niezależnie od układu płci uczestników – choć kiedy wielki facet, o jakby nie patrzeć, wyższej pozycji nagabuje zależną od siebie dziewczynę, która nie ma możliwości się oddalić, to robi się niesmacznie nawet, jeśli ostatecznie nie ma złych intencji. Z drugiej strony autorka wyraźnie kreuje Darnisza jako pozytywną postać – i taką on się faktycznie jawi, nie tylko z opisu narratora, ale i z tego, jak się zachowuje. A że trolle, choćby i te długi czas wychowywane wśród ludzi, takie zwyczaje matrymonialne mają... No niezgodność kulturowa, cóż. Mam problem z tą relacją, bo z jednej strony postacie się lubią, są sympatyczne, a sam zainteresowany ma świadomość, że ludzie operują odmiennym kodem kulturowym i to, co normalne u trolli u ludzi już niekoniecznie takie jest, a z drugiej – to po prostu jest irytujące, a nie zabawne.

Przyczepię się jeszcze do strony technicznej. Tłumaczką jest Ewa Białołęcka i jakkolwiek jej autorskie teksty bardzo lubię, tak o przekładów podchodzę nieufnie (choć od strony czysto formalnej raczej nie jestem w stanie się do czegokolwiek przyczepić): każdy, z jakim miałam dotąd do czynienia bardzo przypominał stylem własne pisarstwo Białołęckiej. Nie wykluczam, że tłumaczka po prostu wybiera teksty źródłowe o stylu zbliżonym do własnego, no ale wiecie, mimo wszystko trochę to podejrzane.

Korekta i redakcja też mogłaby się bardziej przyłożyć do roboty. Jestem, powiedzmy wprost, mało spostrzegawcza więc wychodzę z założenia, że jak ja widzę kiksy, to sprawa jest poważna. A w „Sztylecie Rodowym” sporo tego jest: zostawione rusycyzmy, losowe wielkie litery podoklejane do słów, zagubione spacje, że o pospolitych literówkach nie wspomnę. Szkoda.

Dziwna sprawa: widząc te wszystkie niedoróbki, powinnam gorąco odradzać „Sztylet Rodowy”. Ale wiecie, jak to się fanie czyta? Pochłania się migusiem, bezboleśnie i z niejaką przyjemnością. Jest to idealna lektura do tramwaju czy pociągu, bo nie wymaga specjalnego skupienia, daje nieco przyjemności, a fabuła, mimo że kuleje, nie urąga logice. Tak że jeśli szukacie lektury na podróż lub odmóżdżenie, to ta będzie jak znalazł.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc. 

Tytuł: Sztylet Rodowy
Autor: Aleksandra Ruda
Tytuł oryginalny: Родовой кинжал
Tłumacz: Ewa Białołęcka
Cykl: Sztylet Rodowy
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2016
Stron: 364

piątek, 13 stycznia 2017

Książkowe podsumowanie 2016 roku

Ogólna część podsumowania rocznego nie napawała optymizmem. O dziwo, część książkowa wypada znacznie lepiej. Nie przedłużając więc, przejdźmy do rzeczy.

Trochę liczb i fikuśnych wykresów

Zacznijmy może od informacji, że nie udało mi się przeczytać tyle, ile mam wzrostu. I chyba sobie już ten event daruję.

W liczbie przeczytanych książek można w tym roku odnotować znaczący wzrost - przeczytałam 47 książek. Co prawda to nie są założone 52 książki, ale i tak o 13 więcej niż w zeszłym roku. Mam zamiar kontynuować swoją ekspansję i liczę, że pod koniec tego roku będzie co najmniej 52 (a jak nie będzie, to w sumie też nic wielkiego się nie stanie). Najbogatszym czytelniczo miesiącem był maj (7 książek), najuboższe były aż trzy, z tą samą niską ilością: czerwiec, sierpień i listopad, kiedy to przeczytałam tylko po 2 książki.

Z ebookami w tym roku było słabo - tylko 6. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko, że nabrałam dziwnego zwyczaju symultanicznego czytania tej samej książki w formie elektronicznej i papierowej jednocześnie, a takich przypadków nie liczyłam jako ebooki. Niemniej, mam zamiar w tym roku czytać więcej elektronicznie.

Przeczytałam łącznie 20036 stron, czyli średnio na książkę wypada 426. To oznacza nie tylko, że czytałam o jedną książkę miesięcznie więcej niż w zeszłym roku, ale że były one też średnio o 40 stron grubsze. Co poczytuję sobie za niejaki sukces.

Oczywiście sprowadzanie książek do domu szło mi znacznie lepiej. Przybyło 113 różnych tytułów (większość w papierze, część w ebookach, niektóre w obu formatach). Kilku w międzyczasie się też pozbyłam na szczęście. Przeczytanych mam z tego 49 (nie dziwcie się, niektóre czytałam już kilka lat temu).

Czas na podział płciowy. Na 31 panów przypada 15 pań (jedna książka miała dwóch autorów różnej płci). Czyli jest progres - kolejny powód do zadowolenia.

Teraz czas na część z wykresami. Najpierw, klasycznie, narodowości autorów.

Znacznie mniej różnorodnie niż w zeszłym roku, ale i nie miałam parcia na zwiększanie różnorodności. Standardowo przeważają autorzy anglojęzyczni (jakieś 2/3), ale znacznie zwiększył się też udział polskich. To ostatnie poczytuję sobie za niejaki sukces.

Gatunkowo również bez zaskoczeń.


Ciągle widoczna postępującą ekspansję fantasy, kosztem SF. Choć zasadniczo bardziej kosztem SF rozwinęła się tu literatura faktu. Ten wzrost zainteresowania non-fiction wynika z faktu, że czytam znacznie więcej książek o zwierzętach, które najczęściej są właśnie długimi reportażami, wspomnieniami lub analizami przypadku, a wszystkie te grupy zaliczyłam do kategorii "non-fiction". Jeśli coś bym chciała zmienić, to może zwiększyć udział SF w zestawieniu.

Wyróżnienia

W kategorii najlepsza rozrywka roku otrzymuje: "Wiatrogon aeronauty"
Za bezpretensjonalną, przygodową historię, która nie próbuje być niczym innym i której jedynym zadaniem jest danie czytelnikowi czystej radości z lektury. Przy czym jest to też powieść technicznie dobrze napisana, z prawidłowo zbudowanymi, dającymi się lubić bohaterami. Krótko mówiąc - solidne, uczciwe rzemiosło ze sporą dozą wyobraźni (bo autor wymyślił naprawdę ciekawy świat).

W kategorii najlepsze non fiction otrzymuje: "Dwanaście srok za ogon"
Za garść świetnie napisanych esejów w stylu, który lubię najbardziej. Oraz za poruszenie tematyki ochrony przyrody w najlepszym stylu i udowodnienie, że żeby merytorycznie pisać o zwierzętach nie potrzeba tytułu naukowego.

W kategorii najlepszy debiut: "Idź i czekaj mrozów" 
Za prozę na poziomie wyższym, niż sugeruje staż pisarski oraz za to, że po Annie Brzezińskiej ktoś wreszcie przypomniał, że polska fantastyka nie składa się wyłącznie z twardych facetów z dużymi mieczami (lub spluwami, co kto woli). Za przypomnienie, że małe problemy też bywają ważne, a dobra historia niekoniecznie musi zawierać ratowanie świata.


wtorek, 10 stycznia 2017

Blogowe podsumowanie roku 2016

Rok 2016, mimo złego pijaru, jakiego sobie w internetach narobił, w moim przypadku miał szansę być całkiem dobrym rokiem. Poza bologowo było całkiem dobrze, blogowo też niezgorzej, choć niezbyt intensywnie. 

Niestety, zepsuł się pod koniec. Zaraz po świętach nagle i niespodziewanie straciłam najukochańszą ze swoich świnek morskich (tą, która kilka dni wcześniej życzyła Wam wesołych świąt). Co w oczywisty sposób zepsuło mi rok 2016. Do tej pory boli.

Ale miało być blogowe podsumowanie, a nie gorzkie żale. Wygląda na to, że tym razem będzie stosunkowo krótkie, bo nie mam za bardzo żadnych innowacyjnych pomysłów. Blog z rękodziełem dalej zamiera w stazie i mam poważne wątpliwości, czy chce go budzić (w związku z rzeczami, o których poniżej). Za to blog o świnkach morskich jest aktualizowany zrywami i pewnie tak mu już zostanie.
Co do notek, to mam sytuację odwrotną, niż w zeszłym roku - za mało mi tekstów okołoksiążkowych pomiędzy recenzjami.  Mogłabym też nieco więcej pisać o filmach, bo kilka tytułów bardzo chcę zrecenzować. Cóż może w tym roku się uda. Udawało mi się natomiast pisać dwie notki tygodniowo. W tym roku zamierzam do tego podejść luźniej - to znaczy, jak się uda to będą dwie, a jak nie, to nie.


Z rzeczy, które sobie obiecywałam w zeszłym roku niewiele wyszło. Z cyklu notek o smokach pojawiła się na razie jedna. Pozostałe też się pewnie pojawią, ale na razie brakuje mi materiałów (premiera trzeciej części HTTYD opóźnia się, ostatni tom Novik dopiero w tym roku, mam nadzieję). Z nienapisania cyklu notek o Harrym Potterze czuje się rozliczona, jako iż Misiael zaczął pisać swój, a on robi to lepiej niż ja. Dałam sobie też spokój z planami minimum.

A, z sukcesów to dostałam w tym roku swój pierwszy patronat medialny.:) Jeśli ktoś z Was jeszcze nie czytał "Idź i czekaj mrozów", to powinien jak najszybciej to niedopatrzenie nadrobić.

Teraz czas na weryfikację zeszłorocznych postanowień:
  • Nie przeczytałam 52 książek, jak sobie założyłam. Ale raz, przeczytałam ich więcej, niż rok temu, a dwa, niewiele zabrakło, więc nie czuję się tak do końca przegrana.
  • Nie przeczytałąm większej liczby ebooków. Natomiast sporo książek przeczytałam częściowo w ebooku, a częściowo w papierze. No cóż może teraz będzie lepiej.
  • Z 12 książek do przeczytania na ten rok przeczytałam tylko 4. Chyba nie będę się już w to bawić.
  • Poniekąd udało mi się publikować więcej notek na innych blogach. Szczególnie na świnkoblogu.
  • Trudno powiedzieć, czy udało mi się więcej rysować. W każdym razie powstało więcej szkiców kosztem bardziej dopracowanych obrazków.
A teraz czas na postanowienia na rok 2017, choć powyższa rozpiska pokazuje, że jestem w nich beznadziejna:
  • Przeczytać 52 książki. Gonienie króliczka jest fajne.
  • Czytać więcej ebooków. W końcu od czegoś ten czytnik mam.
  • Rysować codziennie. Cokolwiek, może być kilka kresek, ale codziennie,  w związku z...
  • ...założeniem konta na Instagramie. Konto zakładałam z myślą o zdobyciu motywacji w postaci lajków. Im więcej lajków i komci, tym większe prawdopodobieństwo regularniej publikacji i rysowania. Więc ten, zachęcam do obserwacji: KLIK!
Z uwagi na nowe konto na Instagramie zamykam też akcję "Jak to widzę". I tak był już dawno martwa, a jest szansa, że gzie indziej będzie więcej rysunków.

A na koniec tradycyjna autopromocja - kilka linków do najbardziej udanych zeszłorocznych notek. Miłej lektury.:)
Lung Tien Lien - seria "Temeraire" Naomi Novik 
PS. A teraz możecie mi podrzucać tytuły książek najbardziej fanartogennych, to sobie zrobię listę.;P

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...