niedziela, 26 listopada 2017

"Cinder" Marissa Mayer

Są takie serie fantastyczne, które gromadzą wokół siebie prężne grupy fanów. Niestety, grupy te nie zawsze są na tyle liczne, żeby zapewnić odpowiedni poziom sprzedaży. Koniec końców wydawnictwo przerywa wydawanie na którymś tam tomie, pozostawiając grupkę stosunkowo nielicznych, ale bardzo zaangażowanych entuzjastów na lodzie, co kończy się głośnym wyrażaniem niezadowolenia przez tych ostatnich. Do takich serii należy „Saga księżycowa”, która mimo bardzo ciepłego przyjęcia w internecie dotrwała u nas tylko do drugiego tomu. Teraz Papierowy Księżyc tchnął nadzieję w serduszka fanów (i skupił na sobie uwagę tych, którzy nie czytali, tylko nasłuchali się wcześniej samych superlatyw i chcieliby je zweryfikować), gdyż zapowiedział wznowienie całego cyklu. W tym tygodniu wyszedł pierwszy tom, czyli „Cinder”. I muszę powiedzieć, że mam mieszane uczucia.

Mamy tu do czynienia z ciekawym relellingiem baśni o Kopciuszku, osadzonym w dalekiej przyszłości. Oto Cinder, nastoletnia dziewczyna, która jest wziętym mechanikiem w Nowym Pekinie. Specjalizuje się w naprawach androidów i osobistego sprzętu elektronicznego. Niestety, jest też cyborgiem, a to oznacza nie tylko bycie outsiderem, ale także fakt, że jest kompletnie zależna od swojej opiekunki prawnej. Która, tak na marginesie, nie znosi dziewczyny, ale bardzo lubi pieniądze zarabiane przez Cinder. Tak więc Cinder siedzi na swoim stoisku i marzy o ucieczce z miasta, kiedy przychodzi do niej książę (do którego wzdychają wszystkie dziewczęta w cesarstwie), oczywiście incognito, aby zlecić naprawę prywatnego androida. A to dopiero początek serii niefortunnych zdarzeń, w których udział maja epidemia nieuleczalnej choroby i wizyta złowrogiej królowej Księżyca.

Nie da się ukryć, że pomysł na retelling Meyer miała oryginalny i poniekąd udany. Przeniesienie koncepcji znanych z baśni (dręczona przez macochę pasierbica, niska pozycja głównej bohaterki, wreszcie książę i bal) wypadło całkiem zgrabnie, zwłaszcza w połączeniu z zaskakującym zakończeniem, które zupełnie zmienia przekaz finału. Jednak wadą retellingu jako formy (przynajmniej w takim wydaniu, jakie postanowiła nam zaserwować autorka) jest pewna przewidywalność. Mroczny plan królowej Księżyca był dla mnie tak oczywisty od samego początku, że zamiast zaskoczenia jego ujawnieniem było mnie stać tylko na okrzyk „No nareszcie!”, wyrażający radość, że ktoś wreszcie tę oczywistość dostrzegł. Podobnie było zresztą z rozwiązaniem kwestii zaginionej księżycowej księżniczki. Znane motywy to jednak tylko połowa powieści. Z elementami autorskimi, czyli drugą połową, mam kilka problemów, które gryzły mnie od początku lektury.

Największym jest dla mnie pozycja cyborgów w świecie przedstawionym. Cinder jest pariaską , na której widok co mniej uprzejmi obywatele spluwają z obrzydzeniem a ci bardziej uprzejmi patrzą z politowaniem i współczuciem. I to jest ok na poziomie światotwórczym, bo uprzedzenia społeczne nie potrzebują żadnego logicznego wyjaśnienia. Natomiast system prawny już jednak jakieś powinien mieć (choćby i pretekstowe). Widzicie, według ichniejszego prawa fakt, że jesteś cyborgiem sprawia, że automatycznie stajesz się czyimś niewolnikiem, bez możliwości samostanowienia i posiadania majątku, bo tak i co nam pan zrobisz. Zgrzyta mi bardzo brak jakiegokolwiek uzasadnienia takich restrykcji. Co zabawniejsze, cyborgizacja zdaje się być powszechnie stosowaną procedurą medyczną w przypadku utraty kończyny, niezakazaną we Wspólnocie. Co sprawia, że właściwie każdy może mieć pecha i stać się niewolnikiem, ale o dziwo nikt nie protestuje. Zazwyczaj, jeśli autor wprowadza do swojej opowieści prawo szykanujące jakąś grupę społeczną, stara się je uzasadnić w kontekście budowanego świata, tymczasem Meyer kompletnie nie zawracała sobie tym głowy. Co więcej, każe nam lubić osobę, która w jakiś sposób za takim systemem stoi – ani książę Kai (o którym się mówi, że będzie dobrym władcą i na poziomie osobistym całkiem sympatyczny chłopak z niego), ani jego ojciec (uznawany za dobrego i postępowego władcę), nie widzieli nic niestosownego w fakcie, że system prawny w ich jakże postępowym i miłującym pokój kraju de facto sankcjonuje niewolnictwo. Wręcz przeciwnie – wydali zezwolenie na prowadzenie eksperymentów medycznych na tych nieludziach z metalowymi kończynami. 

I tak, wiem, że baśniowość wymaga pewnej umowności. Ale tu mamy do czynienia z tym rodzajem retellingu, który rezygnuje z umowności na rzecz realizmu, żeby jeszcze bardziej skontrastować materiał źródłowy z materiałem wyjściowym. Więc w ten sposób autorki tłumaczyć nie można.

Taka sytuacja sprawia, że ciężko mi patrzeć na rozkwitające zakochanie bohaterki w księciu z jakąkolwiek sympatią. Cóż, Cinder jest nastolatką zauroczoną sympatycznym celebrytą (bo książę i taki ma status, z fanklubami itd.), więc nie winię jej, że  zakochała się de facto w osobie w dużej części odpowiedzialnej za jej beznadziejną sytuację (i która mogłaby ją zmienić, ale nawet o tym nie myśli. Choć niejako usprawiedliwiająco działa fakt, że ma teraz bardziej palące problemy na głowie), natomiast na mnie jako czytelniczkę ten chwyt nie działa. Zakończenie książki daje jednak nadzieję na pewne interesujące rozwiązania i zmiany, więc może dalej coś się wyjaśni.

Bohaterowie są, cóż, poprawni. Cinder jest właściwie typową bohaterką powieści młodzieżowej: nie tak zwyczajna, jak się może wydawać na pierwszy rzut oka, silna, zdecydowana i odważna, a także dość bystra. Jej macocha i jedna z przybranych sióstr to idealne przełożenie baśniowego pierwowzoru, zaś książę Kai to (pomijając obiekcje, które wyłuszczyłam w poprzednich akapitach) marzenie nastolatki: książę w końcu, ładny, miły, powabny, mądry i tak dalej. Właściwie tylko królowa Levana ze swoim orszakiem upiornych księżycowych jest w jakiś sposób zaskakująca. Niby gra w tej opowieści rolę demonicznej złej królowej i rzeczywiście taka jest (a z pewnością nie brak jej chorych ambicji i praktyki w dążeniu do celu po trupach), ale mam wrażenie, że pod tą skorupą kryje się coś więcej.

Językowo „Cinder” jest raczej przeciętna – typowa przedstawicielka przejrzystego stylu, który jest całkiem zgrabny, ale kompletnie niczym się nie wyróżnia. Czyta się to przyjemnie, autorka nie ma problemu z wyrażaniem myśli (czasem się gubi. Na przykład w jednym miejscu pisze, że przyczyny choroby są nieznane, gdy później się okazuje, że drobnoustrój chorobotwórczy nie tylko został określony, ale i z powodzeniem daje się go sztucznie hodować. Choć może to wina mojego przedpremierowego egzemplarza i później zostało to poprawione), ale styl nie ma żadnych charakterystycznych cech.

Przyznam szczerze, że nie rozumiem fenomenu tej książki. Owszem, niezła, ale nie lepsza niż wiele innych młodzieżówek. Autorka miała kilka fajnych pomysłów, ale te najfajniejsze pojawiły się pod koniec i będą mogły się rozwinąć dopiero w drugim tomie. Co jest właściwie jedynym powodem, dla którego chcę po te kolejne tomy sięgnąć. Choć tym razem już bez rozbudowanych oczekiwań.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Cinder
Autor: Marissa Meyer
Tytuł oryginalny: Cinder
Tłumacz: Magdalena Grajcar
Cykl: Saga Księżycowa
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 415

niedziela, 19 listopada 2017

"Ciężko być najmłodszym" Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Każdy ma jakąś swoją wstydliwą przyjemność. Dla mnie ostatnio jest nią rosyjskojęzyczne fantasy. Nie jest ani odkrywcza, ani literacko wybitna, w większości przypadków nawet nie jest jakoś szczególnie dobrze napisana. Niemniej, pochłaniam te proste, ucieszne historyjki z ogromną satysfakcją, ku poprawie humoru. Tym razem padło na tytuł napisany przez dwie, nieznane mi jeszcze autorki: Ksenię Basztową i Wiktorię Iwanową. A że pomysł wydawał się oryginalny, to postanowiłam przetestować go osobiście.

Bycie najmłodszym synem Władcy Ciemnego Imperium (matko, jak mi ten „ciemny” zgrzytał przez całą lekturę… Przecież każdy wie, że zły władca to Mroczny Władca i Mrocznym Imperium winien władać. Ciemna to jest tabaka w rogu. Rzekłam) nie jest łatwe, zwłaszcza, kiedy ma się nadopiekuńczych rodziców i siedemnaście lat – niby człowiek już prawie dorosły, a ciągle go traktują jak przedszkolaka. Wyjść nie ma gdzie, interakcji nawiązać nie ma z kim (bo rówieśników w pałacu brak, a rodzeństwo ma własne sprawy), trzeba albo się cichcem wyrwać, albo umrzeć z nudów. Diran postanawia wybrać tę pierwszą opcję i kiedy tylko rodzice wyjeżdżają z zamku podbijać niepodbite jeszcze krainy, postanawia się ulotnić. A że w lochach akurat przebywa drużyna szlachetnych bohaterów, postanawia ją zabrać ze sobą, jako przykrywkę. Jako że wzajemne relacje mieszkańców Ciemnego Imperium i jasnych królestw od stuleci pełne są narastających stereotypów, wzajemnej niechęci i zastarzałej wrogości, zapowiada się ciekawy eksperyment socjologiczny.

Diran jest postacią (i jednocześnie narratorem lwiej części tekstu) niewątpliwie ciekawą. Z jednej strony to dobry chłopak, serce ma na właściwym miejscu, a że charakter mało subtelny, no cóż, nie mona mieć wszystkiego. Z drugiej dość zabawnie jest obserwować, jak odbił się na jego charakterze status trzymanego w złotej klatce książątka (z czego sam zainteresowany najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy). Nie jest to typ, który dziwi się, że jedzenie w jego misce nie pojawia się samo (względnie nie jest magicznie materializowane przez służbę), to byłoby zbyt nudne. To raczej dzieciak przekonany o swojej niewątpliwej potędze i niezniszczalności, święcie wierzący, że nic złego nie może mu się stać, z każdych kłopotów się wykaraska kosztem najwyżej manta od wściekłego ojca i ogólnie nikt mu nie podskoczy. I niestety, najwyraźniej ma rację.

Książę Diran bowiem, z racji swojego pochodzenia jest potężnym magiem, który w razie potrzeby może się stać właściwie niepokonaną machiną bojową (Ciemni Władcy to w tym uniwersum coś jakby osobna rasa rozumna, obdarzona specjalnymi umiejętnościami). Dzięki temu rzeczywiście z każdej opresji nie tylko wychodzi obronną ręką, ale jeszcze towarzyszy wyciąga i nawet się nie spoci, traktując przy tym wszelkie kłopoty z nonszalancją, która chyba miała być zabawna, ale w pewnym momencie jest już tylko irytująca. Przez pierwszą połowę lektury towarzyszyła mi nieznośnie gęstniejąca aura Garego Stu, unosząca się nad Diranem. No bo jak się tu przejąć losami bohaterów, kiedy człowiek wie, że tak właściwie to żadne zagrożenie nie jest w stanie im zaszkodzić? Na szczęście gdzieś w połowie autorki się zreflektowały i okazało się, że Diran ma jednak powody do obaw, a największym zagrożeniem nie tylko dla drożyny czy wrogów, ale i dla siebie, jest nie kto inny, tylko on sam. I choć rozwiązując tę sprawę autorki poszły cokolwiek na łatwiznę, to doceniam pomysł i wątek.

Drużyna jasnych bohaterów, z którymi książę podróżuje nie prezentuje się szczególnie interesująco. Autorki trochę robią sobie jaja z klasycznych erpegowych drużyn, które jak wiadomo koniecznie muszą się składać z wojownika, łucznika, maga, kapłana/uzdrowiciela i złodzieja, przy czym każda funkcja może być zdublowana, ale tylko pod warunkiem, że będzie pełniona przez istoty różnych ras. No więc mamy elfkę, po której (częściowo słusznie) Diran spodziewa się, że będzie wyniosła i niedostępna (to jest w ogóle interesujące, jak bardzo autorzy zza wschodniej granicy uwielbiają dekonstruować tolkienowskie elfy), mamy gburowatego krasnoluda, mamy barbarzyńskiego wojownika z równie wojowniczą żoną (to też jest ciekawe we wschodniej fantastyce, to rodzinne podejście do wojaczki, w zasadzie niespotykane na zachodzie) i mrocznym sekretem w przeszłości. Mamy małoletnią i dość specyficzną kapłankę i wreszcie złodziejaszka, który chowa do ciemnych osobistą urazę i nie jest tym, na kogo wygląda. Zabawę trochę psuje fakt, że Diran wszelkie sekrety rozgryza trochę za szybko jak na mój gust.

Dużo lepiej wypadają postacie drugoplanowe nie podróżujące z księciuniem, zwłaszcza jego rodzinka. Matka jest oczywiście irytująco nadopiekuńcza względem najmłodszego dziecka, ale poza tym to silna kobieta, która nie tylko potrafi ogarnąć cały zamek i czwórkę niesfornych latorośli, ale i wesprzeć męża w kampanii wojennej. Starsi bracia Dirana to również fajne chłopaki, ciągle jeszcze młodzi i narwani, ale potrafiący tez przyjąć na siebie książęce obowiązki, jeśli zachodzi potrzeba (siostra za to wypada mocno bezbarwnie). Sam Ciemny Władca to taki przykładny ojciec na stanowisku, który próbuje przygotować synów na przejęcie schedy, gdy jego zabraknie, a na razie powierza im proste zadania, żeby nabrali wprawy. Sympatyczny gość ogólnie.

Świat przedstawiony to typowa kraina fantasy nr 329 – nie spodziewałam się niczego innego, więc nie czułam się rozczarowana. Oczywiście autorki starały się nadać swojemu światu rys indywidualny, tylko nie jestem pewna, czy metody, które wybrały się sprawdził. Otóż postanowiły wrzucać do wypowiedzi bohaterów a to nazwę jakiegoś lokalnego zwierzaka, a to powiedzonko w lokalnym narzeczu, które później wyjaśniały w przypisach cytatem z lokalnej literatury popularnonaukowej. I z jednej strony to trochę wygląda jak pójście na łatwiznę, z drugiej, rzeczone zwierzęta faktycznie pojawiają się gdzieś tam w tle i pełnią swoją funkcję, więc nie jest to tak do końca pozbawiona sensu metoda.

Jeszcze zdanie o smokach, bo ktoś pytał. Są, znaczy się tak z imienia to jest jeden – ulubione zwierzątko brata głównego bohatera. Mają status inteligentnych wierzchowców bojowych (ale nie tak inteligentnych, żeby je uznać za rasę rozumną) i nawet ze dwie, trzy sceny.

No i tak – z jednej strony to jest dokładnie taka powieść, jakiej oczekuję w ramach guilty pleasure – lekka, zabawna, przyjemna w czytaniu, może niezbyt mądra, ale pozytywna. Pewnie po kolejny tom sięgnę, zwłaszcza, że z zza horyzontu wyłania się jakaś większa intryga. Ale chciałoby się czegoś więcej jednak. Choć może to jak mieć pretensje do hamburgera w Maku, że nie jest zrobiony z wołowiny kobe.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Ciężko być najmłodszym
Autor: Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
Tytuł oryginalny: Тяжело быть младшим…
Tłumacz: Ewa Białołęcka
Cykl: Książę Ciemności
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 404

środa, 8 listopada 2017

"Daleka droga do małej, gniewnej planety" Becky Chambers

Przemoc jest nudna. Wiem, że to niepopularny pogląd ale im starsza jestem, tym bardziej do mnie przemawia. Niestety, niewielu autorów go podziela – zwłaszcza w fantastyce (szczególnie rozrywkowej) panuje przekonanie, że nic tak nie ożywia fabuły, jak porządne mordobicie. I tylko skala tegoż mordobicia się zmienia w zależności od gatunku: dla urban fantasy to zwykle sparing w którym ostatni sprawiedliwy zbiera bęcki (albo je rozdaje, w zależności od tego, jak blisko końca książki jesteśmy), dla fantasy epickiej będzie to bitwa kilku armii a dla space opery wymiana ognia między możliwie dużą ilością statków kosmicznych. Podziela wielu, ale nie wszyscy – Becky Chambers na przykład uważa, że bardziej interesujące są interakcje między bohaterami.

Rosemary bardzo potrzebuje pracy, najlepiej jak najdalej od domu. Nic więc dziwnego, że chętnie przyjęła posadę urzędniczki (zgrzyta mi ta urzędniczka, nawiasem mówiąc. Zakres obowiązków pasuje raczej do asystentki albo administratorki) na statku dalekiego zasięgu z mieszaną załogą. Statek o wdzięcznej nazwie „Wędrowiec” zamieszkuje dość barwna załoga, składająca się z istot czterech gatunków (pięciu, jeśli liczyć SI). A ponieważ kapitan przyjął intratne zlecenie, wymagające bardzo długiej podróży, będziemy mieli (czytelnicy i Rosemary) okazję bliżej poznać załogę, wraz z jej sekretami i wzajemnymi animozjami.

Przyznam szczerze, że to nie jest pozycja dla miłośników klasycznych space oper (a już z pewnością nie dla miłośników batalistycznego nurtu podgatunku). Fabuła nie opiera się na żadnym konflikcie, którego eskalację/rozwiązanie czytelnik mógłby obserwować. Nie ma żadnego określonego zagrożenia, z którym bohaterowie muszą się mierzyć. Nie ma wielkich bitew. Słowem: nie ma nic, co zwykle tworzy fabuły powieści fantastycznych. Głównym trzonem opowieści jest to, jak grupa istot rozumnych wywodzących się z całkowicie obcych sobie nawzajem kultur i o zupełnie różnych potrzebach, próbuje się dogadywać, zawiązywać przyjaźnie i ogólnie jakoś koegzystować na niewielkiej przestrzeni statku kosmicznego. I czasem tylko dzieją się rzeczy, które, bywa, przytrafiają się podczas długich rejsów. Dla mnie (i dla tych wszystkich, którzy grając w jakiegoś kosmicznego FPSa albo oglądając kolejny film o wojnie w kosmosie pomyśleli: „Rany, jaki to fajny, bogaty setting, aż szkoda go na jakieś głupie strzelanie”) bomba.

A sami bohaterowie? Wbrew pozorom, jakie może sprawiać blurb, autorka nie skupia się na Rosemary, a sprawiedliwie dzieli narrację pomiędzy wszystkich (nawet najbardziej egzotycznych) członków załogi. Otrzymujemy narrację skaczącą między bohaterami, ale nie skupiającą się na wydarzeniach, tylko na osobach. Wypada zaskakująco świeżo, nawet jeśli pewne procesy nie są pokazane w całości. Autorka użyła postaci kosmitów nieco instrumentalnie, aby każdym zilustrować pewien problem etyczno-kulturowy (podobny zabieg zastosowała Le Guin w „Ekumenie”, choć oczywiście literacko zrobiła to dużo lepiej), przy czym część z nich jest prezentowana bardziej jako przedstawiciel gatunku niż odrębna osoba, ale mają przy tym osobowości i charaktery, więc wybaczam.

Nie chcę brnąć tu w konkretne opisy poszczególnych postaci, bo raz, że zepsułabym Wam połowę frajdy z lektury (relacje między nimi bywają bardzo dynamiczne i ewoluują nieraz dość... zaskakująco. Powiedzmy, że czytelnicy o konserwatywnych poglądach mogą być nieco zszokowani), a dwa, rozdrobniłabym się w dygresjach, zapętliła i całkiem zgubiła wątek gdzieś na dwudziestej stronie tej (monstrualnej podówczas) notki. Dodam tylko, że (poza może kapitanem statku) wymykają się schematom znanym z gatunku, pogrywając z nimi po drodze. Przy czym widać pewną nowatorskość w podejściu do komunikacji – większość postaci, zamiast dopiekać sobie gatunkistowskimi docinkami (nawet ubranymi w kostium przyjacielskiego żartu) czy w ramach elementu komicznego oceniać/czuć zażenowanie cudzymi zwyczajami dokłada wszelkich starań, aby nie uprzedzać się do odmienności i nie obrazić nieopatrzna uwagą współzałoganta. Nie dlatego, że mogłoby to wywołać nagły odwet, ale po prostu dlatego, żeby nie sprawić mu przykrości.

Warstwa językowa jest w pewien sposób dwoista. Bo nie oszukujmy się, technicznie to zdecydowanie nie jest wielka literatura. Styl mamy zdecydowanie z tych „przejrzystych” - prosty, dynamiczny, pozbawiony cech charakterystycznych, z pewnymi niezręcznościami (choć przyznam, że nie wiem, czy za te ostatnie obwiniać autorkę, czy tłumaczkę). Z drugiej strony, pewnym kwestiom autorka poświęca bardzo wiele uwagi – na przykład, żeby o przedstawicielach innych ras rozumnych zawsze mówiono „osoby”, a nie ludzie chociażby. Moim zdaniem to dobrze wróży na przyszłość – mamy wszak do czynienia z debiutem, pewne błędy są nieuniknione, ale później można je naprawić.

Poza samymi bohaterami, autorka dba też o różnorodność świata przedstawionego. Co jest dość logiczne, ponieważ aby wiarygodnie opisać różnice kulturowe, niezbędne jest też sprawne nakreślenie kultur. Mamy więc (klasycznie w sumie) Wspólnotę Galaktyczną, która sama w sobie nie jest monolitem, bo różne gatunki ją tworzące mają sprzeczne nieraz interesy. Mało tego, wewnątrz tychże gatunków również istnieją różne frakcje. (Znamienne, że najbardziej skłóceni i zróżnicowani pod tym względem są ludzie). Wszyscy oni jednak mimo wewnętrznych pęknięć i miejscowej niezgody, trzymają wspólny front cywilizacyjny – może nie idealny, ale zrozumiały i pozwalający w miarę bezpiecznie koegzystować. Po przeciwnej stronie mamy toremich, którzy zupełnie nie rozumieją wartości propagowanych przez WG i jawią się jej mieszkańcom jako chaotyczne, agresywne, nieobliczalne stwory (autorka ich zupełną odrębność podkreśliła fajną scenką – otóż w skład WG wchodzi pewien gatunek, który wszystkie inne uznają za wyjątkowo estetyczny. Dla toremich jest paskudny). W większości space oper taki układ szybko eskaluje w pełnowymiarową wojnę, w której bohaterowie mają okazję się wykazać.

No i tak: obiektywnie to nie jest jakaś wybitna lektura. Trochę brakuje jeszcze autorce literackiej ogłady i momentami wyczucia. Ale zupełnie subiektywnie dla mnie to świetna rzecz – takie space opery mogłabym czytać pasjami. Poza tym wyczuwam potencjał – kiedy autorka nabierze trochę doświadczenia, może pisać rzeczy świetne już zupełnie obiektywnie. Mam nadzieję, że tego doczekam.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka.



Tytuł: Daleka droga do małej, gniewnej planety
Autor: Becky Chambers
Tytuł oryginalny: The Long Way to a Small Angry Planet
Tłumacz: Agnieszka Sylwanowicz
Cykl: Wayfarers
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2017
Stron: 494

sobota, 4 listopada 2017

Na co poluje Moreni: listopad 2017

Zakładałam, że listopad będzie dość ubogim miesiącem, ale wygląda na to, że jednak nie. Bo choć tym razem brak jednoznacznych must have, to i tak trochę ciekawych tytułów jest.

Jest też całkiem sporo spadkowiczów z zeszłego miesiąca: "Szepty pod ziemią" Aaronovitcha i "Geniusz ptaków" Ackerman przesunięto na 3 listopada, a "Labgirl" na 8 listopada. Tymczasem przejdźmy do rzeczy.

"Początek" Meredes Lackey
6 listopada

Właściwie to też jest spadkowicz, ale ponieważ nie załapał się w zeszłym miesiącu, to udawajmy, że nic się nie stało.;) Od jakiegoś czasu chciałam się zapoznać z Heroldami z Waldemaru, ale cykl ma zniechęcająca ilość odnóg i podcykli - trudno się w tym połapać. A ten tom ma taki zachęcający tytuł - "początek". Czy coś może pójść nie tak?

Fascynująca powieść fantasy, dziejąca się w pełnym magii świecie Valdemaru.
Trzynastoletniemu osieroconemu chłopcu o imieniu Mags udaje się wydostać z kopalni kamieni szlachetnych, w której zmuszany był do niewolniczej pracy. Dzieje się tak dzięki temu, iż magiczny koń, Towarzysz, wskazuje go jako Wybranego – kogoś, kto w przyszłości stanie się Heroldem. Mags wyjeżdża do Haven i niespodziewanie znajdzie się w samym centrum dworskich intryg, gdzie nikomu nie może ufać. Nagle odkrywa, że posiada talent, o którym wcześniej nie wiedział, stając się jednocześnie świadkiem tworzącej się legendy – formowania Kolegium Heroldów.

"Belgariada" David Eddings
7 listopada

Kolejna klasyka gatunku (po trzech tomach Le Guin. Swoją drogą, liczyłam na czwarty, z czymś, co nie będzie wznowieniem, ale cóż) w tradycyjnym już kolekcjonerskim, listopadowym wydaniu od Prószyńskiego. Mam już ebooka do recenzji, więc czeka was pięć recek tego leciwego już cyklu.;)

 Miliony czytelników na świecie zachwyciły się magią bestsellerowego cyklu "Belgariada" Davida Eddingsa. Teraz dawni wielbiciele mogą raz jeszcze przeżyć tamten zachwyt, a niewtajemniczeni wyruszyć w niezwykłą podróż, pełną fantazji i przygód.
Wszystko zaczyna się od kradzieży Klejnotu, który od tak dawna chronił Zachód przed złym bogiem. Dopóki Klejnot przebywał w Rivie, jak stwierdzało proroctwo, tutejszy lud będzie bezpieczny od niszczącej mocy. Garion, prosty chłopak z farmy, dobrze zna legendę o Klejnocie, ale co do magii pozostaje dość sceptyczny. Aż zrządzeniem losu przekonuje się, że nie tylko legenda Klejnotu jest prawdziwa, ale że on sam musi wyruszyć z misją niebezpieczną i niezwykłą, by go odzyskać. Garion bowiem jest dzieckiem przeznaczenia, sam los prowadzi go coraz dalej od domu, nieuchronnie pchając ku dalekiemu celowi, ku przerażającej konfrontacji z najczarniejszą magią – a od wyniku starcia zależeć będzie przyszłość świata.

"Białowieża szeptem" Anna Kamińska
8 listopada

Dość ciekawe zjawisko w sumie - w serii biografii znanych osób pojawia się nagle biografia miejsca. Niezobowiązująco zapisuję, ku pamięci.

Biografia jedynego takiego miejsca na Ziemi. Szeptem o najgłośniejszym lesie w Europie.
Nowa, reporterska książka Anny Kamińskiej, autorki hitowych wspomnień o Simonie Kossak oraz Wandzie Rutkiewicz.
"Puszcza ginie!" – alarmował w 1922 roku młody reporter Józef Mackiewicz, obserwując niszczycielską działalność kornika i masowy wyrąb lasu. Niemal pięćdziesiąt lat później w Puszczy Białowieskiej pojawiła się Simona Kossak, córka słynnego malarza, która pragnąc wolności, osiadła w pobliskiej leśniczówce. Na początku XXI wieku śladami ostatniej Kossakówny do Białowieży zawitała z kolei młoda pisarka, Anna Kamińska.
Wszyscy oni byli "nawłocz", co w języku miejscowych oznacza przybysza, który dotarł z daleka. Każde z nich trafiło do Białowieży z innych powodów. Połączyła ich miłość do tego niezwykłego miejsca i ludzi – tych, których jeszcze dziś można spotkać na ulicach oraz tych, których legenda wciąż żyje wśród białowieżan.
"Wiedźmar" był prawdziwym czarnoksiężnikiem, "Mordala" – zapalonym kłusownikiem, Filimon Waszkiewicz – ostatnim bartnikiem. Olga Nieścierowna miała własny rower za całodobową karetkę pogotowia. Halinę Kopalińską do Białowieży rzuciła burzliwa historia XX wieku, która odebrała jej męża i majątek pod Wilnem, zaś Jan Potoka – późniejszy hodowca żubrów – przetrwał dziesięć lat łagru tylko dzięki nadziei, że jeszcze kiedyś wróci do Puszczy. Podobnych "kolorowych ptaków" było znacznie więcej... Prawosławnych, katolików, Żydów i partyjnych. Drwali i ekologów. Jedni poświęcali życie, by chronić las, inni bez skrupułów go ograbiali. Wszyscy nierozerwalnie związani przez los z Puszczą.
Wielopokoleniowe rodzinne wspomnienia, dwie wojny światowe, historie udokumentowane w kronikach kryminalnych, pijackie majaki, w których zaciera się granica między trudną rzeczywistością a niemniej ciężkim snem. Pasjonująca biografia Białowieży, ukazująca ludzką twarz najgłośniejszego lasu Europy.

"Wszyscy powinniśmy być feministami" Chimamanda Ngozi Adichie
13 listopada

Może być ciekawie. No i spojrzenie raczej świeże, bo autorka z innego kręgu kulturowego (choć okładka paskudna).

Autorka bestsellerowej powieści "Amerykaana" zastanawia się, co to znaczy być dzisiaj kobietą i zachęca, byśmy wszyscy zostali feministami.
Cieszący się wielkim uznaniem, skłaniający do refleksji bestseller z listy "New York Timesa" – osobisty, poparty doskonałymi argumentami esej powstały na podstawie podziwianej prelekcji o tym samym tytule wygłoszonej na konferencji TEDx.
Chimamanda Ngozi Adichie formułuje jedyną w swoim rodzaju definicję feminizmu dla XXI wieku, zakorzenioną w pojęciach wspólnoty i świadomości. Czerpiąc pełnymi garściami z własnego doświadczenia oraz głębokiego zrozumienia często ukrytych realiów polityki seksualnej, ta niezwykła autorka stara się obalić stereotypy i obłaskawić złe skojarzenia zwykle wywoływane przez ten termin. Twierdzi, że koniecznie należy położyć nacisk na feminizm, ponieważ skupianie się jedynie na ogólnych prawach człowieka sprawia, że odrzuca się problemy związane z płcią kulturową. Byłoby to w pewnym stopniu udawanie, że to nie kobiety są od wieków wykluczane. Jej nacisk na doświadczenia czarnoskórych kobiet to aspekt tego ruchu, na który nie zawsze zwracano należytą uwagę, a Adichie przedstawia swoje własne feministyczne przeżycia w bardziej konserwatywnej nigeryjskiej kulturze.

"Nieznane więzi natury" Peter Wohlleben
22 listopada

Poprzednia książka autora głęboko mnie zawiodła, ale po pierwsze, one są takie śliczne a po drugie jestem zdecydowana dać mu kolejna szansę. Choć po prawdzie nie wierzę, żeby mógł pisać o sieci powiązań w środowisku choć w połowie tak dobrze, jak Haskell.

Jeśli spotkałeś się z opinią, że korniki to pasożyty niszczące zdrowy las, a wilki to tylko niebezpieczne drapieżniki, które wymagają odstrzału, to sprawdź, jakie są fakty. W swojej kolejnej książce Peter Wohlleben ujawnia niewidoczne dla zwykłych obserwatorów więzi między wszystkimi stworzeniami – od niepozornych bakterii po dumne dęby i buki. Pokazuje nam, jak ich wzajemne relacje trzymają w ryzach cały bogaty ekosystem przyrody, dzięki czemu pozostaje on w równowadze. Uświadamia, że o środowisko musi dbać nie tylko "leśna policja". Przyszłość niebieskiej planety zależy również od tego, jaką rolę w tym procesie odegrają ludzie.

"Artemis" Andy Weir
22 listopada

"Marsjanin" podobał mi się bardzo, więc chętnie przyjrzę się nowej powieści autora. Może tym razem tłumaczenie będzie lepsze.

Nowa powieść autora bestsellerowego "Marsjanina"! Prawa filmowe kupione na pniu przez producentów hitu "Marsjanin" z Mattem Damonem w roli głównej.
Dwudziestokilkuletnia Jazz marzy o życiu pełnym przygód i dostatków, ale musi pogodzić się z rzeczywistością małego prowincjonalnego miasteczka. Nawet bardzo prowincjonalnego, bo na Księżycu. Dobrze żyje się tam właściwie tylko turystom i ekscentrycznym miliarderom, a tak się składa, że Jazz nie należy do żadnej z tych kategorii. Ma nudną, nisko płatną pracę i sporo długów do spłacenia, nic więc dziwnego, że dorabia drobnym przemytem. Nic dziwnego, że kiedy pojawia się okazja zarobienia naprawdę wielkich pieniędzy, nie waha się ani chwili. Tym, że misterny plan oznacza konieczność wejścia na ścieżkę przestępstwa, nie przejmuje się ani przez chwilę. Prawdziwe problemy pojawiają się wtedy, kiedy okazuje się, że plan ma drugie i trzecie dno oraz że Jazz dała się wplątać w gigantyczną aferę o potencjalnie katastrofalnych konsekwencjach.


"Cinder" Marissa Meyer
22 listopada

Wbrew obiegowej opinii, fantastyka zaskakująco rzadko korzysta z motywów baśniowych. A Sagę Księżycową polecano mi już od dawna, ma też mnóstwo wiernych fanów w sieci. Toteż chętnie spróbuję, choć zaufanie do internetowych opinii mam dość umiarkowane. Ma być w twardej oprawie.

Po raz pierwszy w Polsce – pełne wydanie Sagi Księżycowej w oryginalnej oprawie graficznej!
Cinder to hit, który zachwycił czytelników na całym świecie. Ta baśniowo-futurystyczna adaptacja
opowieści o Kopciuszku zachwyca, wprawia w osłupienie, porusza i oczarowuje, a imponująca wizja
świata odmalowana piórem Marissy Meyer na zawsze zapisze się w historii literatury.
Ulice Nowego Pekinu zapełniają ludzie i androidy. Szaleje śmiertelna zaraza. Bezlitośni księżycowi
ludzie patrzą z kosmosu, czekając na swoją okazję. Nikt nie wie, że los ziemi spoczywa w rękach
jednej dziewczyny…
Cinder, utalentowana mechanik, jest cyborgiem. Tym samym należy do obywateli drugiej kategorii.
Jej przeszłość to tajemnica. Macocha jej nienawidzi i wini ją za chorobę przyrodniej siostry. Ale kiedy
jej życie splątuje się z życiem przystojnego księcia Kaia, Cinder nagle wpada w sam środek
międzygalaktycznej wojny i doświadcza zakazanego zauroczenia. Rozdarta pomiędzy obowiązkiem a
pragnieniem wolności, lojalnością a zdradą, musi odkryć prawdę o swojej przeszłości, by uratować
przyszłość świata.


"Siedem prawd" Eduardo Jauregiu
23 listopada

Jest kot, jest impreza.

"Sens życia? Zawracanie głowy. Musisz wiedzieć tylko jedno: kiedy jesz, jedz. Kiedy idziesz, idź. "
Sybilla, kotka
Na krótko przed czterdziestymi urodzinami Sara León uświadamia sobie, że nie jest szczęśliwa. Praca w Londynie nie sprawia jej już satysfakcji. Związek z Joaquínem niepokojąco stygnie. Na skutek kryzysu gospodarczego nad jej rodziną w Hiszpanii zebrały się czarne chmury. Ale najgorsze dopiero ma nadejść. To wówczas w jej życiu pojawia się (ściśle rzecz biorąc, wchodząc do niego przez okno) Sybilla, pełna elegancji i tajemniczości abisyńska kotka, która zdaje się wiedzieć o egzystencji Sary więcej niż ona sama. Ze swoim przenikliwym, kocim spojrzeniem, osobliwym poczuciem humoru i mądrością gatunku obserwującego ludzi od tysięcy lat Sybilla oferuje Sarze pomoc w uporaniu się z jej problemami oraz w odzyskaniu marzeń. Jest tylko jeden szkopuł: Sara podejrzewa, że Sybilla może być kolejnym potwierdzeniem początkowego stadium jej rozchwiania emocjonalnego. A może niektóre koty potrafią mówić?
Jest wiele dróg prowadzących do szczęścia, ale koty znają wszystkie skróty.


"Atlantis Rising 1: Rycerze Atlantydy" Evan Currie
23 listopada

Przyznam, że akurat zapowiedzi tego wydawnictwa śledzę wyłącznie ze względu na Lubego - nie cierpię militarnego SF, ale on uwielbia i regularnie czytuje kilka cykli od tegoż wydawcy. Stąd sprawdzam, co też u nich. I natrafiłam na coś w podobie fantasy. I jeśli to przeczytam, będę pewnie żałować, ale od czego są guilty pleasures. A zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że się pozytywnie zaskoczę.

Przegraliśmy wojnę. Nadeszła zguba. Czas na rewanż.
Po upadku cywilizacji władzę w dawnej domenie ludzi objęły demony. Wspaniałe dzieła ludzkości zostały zniszczone, ci, którzy przetrwali, żyli pokornie w niewoli, nie pamiętając o wielkich osiągnięciach swoich przodków. Byli jednak też tacy, którzy chcieli walczyć, i zapłacili za swój opór krwią. Ostatecznie demony zwyciężyły, pozostało im tylko pozbyć się resztek ludzkości z terytorium podbitego świata.
Młoda dziewczyna, która wchodzi w dorosłe życie, wkracza zarazem w cień przeznaczenia.
Demony nauczą się jeszcze czegoś od ludzi, zanim nazwą nasz świat swoim.
Ogień oczyszczenia zapłonie od małej iskierki... a przed świtem panują zawsze najgłębsze ciemności.


"Modyfikowany węgiel" Richard Morgan
24 listopada

Tutaj, przyznam, jestem rozdarta - niby klasyka cyberpunku, ale opinie ma różne. A ja raczej nie jestem miłośniczką gatunku. Zobaczymy.

W dwudziestym szóstym wieku ludzkość rozprzestrzeniła się po galaktyce, zabierając ze sobą w zimny kosmos podziały rasowe i religijne. Pomimo napięć i wybuchających tu i ówdzie krwawych wojen, Protektorat NZ trzyma nowe światy żelazną ręką, wykorzystując do tego elitarne oddziały uderzeniowe: Korpus Emisariuszy.
To, czego nie mogła zagwarantować religia, zapewniła technika. Teraz, gdy świadomość można zapisać w stosie korowym i w prosty sposób przenieść do nowego ciała, śmierć stała się zaledwie drobną niedogodnością. O ile tylko stać cię na nowe ciało...
Były Emisariusz NZ, Takeshi Kovacs, zna smak umierania, to ryzyko zawodowe. Jednakże ostatnia śmierć była szczególnie brutalna. Przetransferowany strunowo na odległość wielu lat świetlnych, upowłokowiony w nowym ciele w San Francisco na Starej Ziemi i rzucony w środek spisku bezwzględnego nawet jak na standardy społeczeństwa, które zapomniało o wartości ludzkiego życia, szybko uświadamia sobie, że pocisk, który wybił dziurę w jego piersi na Świecie Harlana, to dopiero początek problemów.


"Wieża" Daniel O'Malley
29 listopada

To urban fantasy, rzadki ptak na naszym rynku wydawniczym. A ponieważ lubię ten gatunek (mimo że częściej przynosi rozczarowanie niż satysfakcję), chętnie przyjrzę się bliżej.

Myfanwy Thomas budzi się w parku w Londynie otoczona martwymi ciałami. Niczego nie pamięta, więc jej jedyną nadzieją na przetrwanie jest zaufanie instrukcjom, które zostawiła w kieszeni jej poprzedniczka. Wkrótce dowiaduje się, że jest Wieżą – wysoko postawionym członkiem sekretnej organizacji, która chroni świat przez nadnaturalnymi zagrożeniami. Ale wewnątrz organizacji jest zdrajca, który pragnie jej śmierci.
Walcząc o własne bezpieczeństwo, Myfanwy trafia na osobę z czterema ciałami, apodyktyczną kobietę, która może wejść w jej sny, sekretny ośrodek szkoleniowy, gdzie dzieci przekształca się w zabójczych wojowników i spisek większy, niż mogłaby sobie wyobrazić.
Zaskakująca i zabawna, Wieża jest szokująco pomysłowym debiutem, skierowanym do czytelników, którzy lubią powieści szpiegowskie z dawką fioletowego szlamu.


Dodatkowo

"O ziołach i zwierzętach" Simona Kossak
8 listopada

Marginesy postanowiły wznowić niektóre tytuły ze swojej serii Eco w twardej oprawie i nowej szacie graficznej. W zeszłym miesiącu wyszła "Mądrość i cuda świata roślin" (o której wiedziałam, że będzie w nowej lepszej oprawie już wcześniej, ale stwierdziłam, że dwa różne formaty w jednej serii wydawniczej to już i tak za dużo i nie będę dodawać trzeciego), a w tym - "O ziołach i zwierzętach". Tak więc jak macie miłośnika książek i przyrody w znajomych i zastanawiacie się, co mu dać na mikołajki, to to jest jakaś opcja.

Żeby się zachwycać, nie trzeba mieszkać w lesie – wystarczy rozejrzeć się przed blokiem, w parku, nad strumykiem. Wszędzie wokół rosną rośliny pozornie banalne – lebiodka, babka, macierzanka, pokrzywa. Żyją zwierzęta, na które na co dzień nie zwraca się uwagi – mrówki, winniczki, trzmiele.
Ale dzięki Simonie Kossak okazuje się, że żadne z nich nie jest zwykłe ani banalne: są trujące rośliny, które uzdrawiają, takie, którymi przepędzano złe uroki, i takie, które najlepiej leczyły rany głowy. Poznamy zwyczaje seksualne korników, pokojową naturę dzików i przekonamy się, czy dymówki zimują w mule na dnie zamarzniętych jezior. Pojawią się też żurawie, sarny, wilki, rysie, rusałki czy ropuchy. Dziurawiec, fiołek, jarzębina czy bukwica.
O ziołach i zwierzętach to księga dziwów. Cudowny zielnik. Simona Kossak daje tu wyraz swojej niezwykłej wrażliwości, która ujawnia się w szczególnym widzeniu świata.
Nowe, jeszcze piękniejsze wydanie książki, dzięki której świat wokół nas już nigdy nie będzie wyglądał tak samo.


 

środa, 1 listopada 2017

Stosik #97

Stosik tym razem mamy dość pokaźny, ale nie przesadny. Zaspokoiłam większość swojej zakupowej żądzy (jeszcze kilka tytułów chętnie bym nabyła, ale wicie, rozumicie, zbliżają się święta, trzeba pozostawić bliskim jakiś wybór), przyszło też trochę rzeczy do recenzji. No i tak o:


Na górze zdobycz z biblioteki - zbiór reportaży Mariusza Szczygła "Gottland". Swego czasu zbierały tony zachwytów w blogosferze, więc liczę na smaczny posiłek.

Dalej mamy set zakupowy. "Jak zwierzę" planowałam kupić od kiedy tylko wypatrzyłam je w zapowiedziach. "Prywatne życie łąki" nie interesowało mnie aż tak, ale jest bardzo ładnie wydane i spójne wizualnie z "Jak zwierzę", więc stwierdziłam, że dam kredyt zaufania (obym nie rozczarowała się jak z Wohllebenem). Swoją drogą, to chyba jakaś nowa moda - wydawajmy książki spójne tematycznie i wizualnie, jakby były serią, ale nie nazywajmy ich oficjalnie serią. Czarne też ostatnio podobnie robi (co w sumie też na stosiku widać).

"Pośród cieni" Agnieszki Hałas to był oczywisty must have - jak ktoś chce wiedzieć, dlaczego,to może poczytać tutaj.

"To nie jest kraj dla pracowników" zwabiło mnie tytułem i faktem, że było w promocji. Po czym okazało się, że jest to książka nieco inna, niż zakładałam, ale nic to, kiedyś się przeczyta.

Dalej mamy dwie pozycje z Czarnego. "Farba znaczy krew" to byłą książka z rodzaju "i chciałaby, i boję się" -  no i ostatecznie kupiłam ją spontanicznie w promocji. Jak na razie jest trochę rozczarowująca, ale tylko ją nadgryzłam, więc może się jeszcze rozwinie. "W królestwie Monszatana" traktuję... sama nie wiem, jak. Trochę jak reportaż popularnonaukowy, trochę jak książkę debunkującą najpopularniejsze mity na temat. Mam nadzieję, że będzie dobra.

Dalej mamy set reenzencki. "Daleka droga do małej, gniewnej planety" to mój absolutny hit od Zyska i s-ki. Acz nie dla każdego to będzie hit. A dlaczego to na dniach napiszę, bo książka już przeczytana.

Na koniec zalew nowości (lub wznowień, jak kto woli) od Papierowego Księżyca. Jako że lekka wschodnia fantasy to ostatnio moje ulubione guilty pleasure, nie mogłam nie zwrócić uwagi na "Ciężko być najmłodszym" (swoją drogą, okładki rosyjskiego fantasy od PK ostatnio wyglądają coraz bardziej tak, jakby wszystkie te powieści rozgrywały się w jednym uniwersum). A trylogia "Silos" to wyraz mojej gotowości do zapoznania się z jakimś postapo.

Poza papierem, mam jeszcze dwie rzeczy wirtualne, do recenzji od Prószyńskiego i s-ki:


Po lewej omnibus "Belgariady" Eddingsa - klasyki gatunku wydawanej przez Prószyńskiego w nieoficjalnej serii klasyki gatunku (w której do tej pory pojawiała się wyłącznie Le Guin). Znać wypada, ale kupić bym raczej nie kupiła w papierze, bo ponoć już się zestarzało. Choć wydanie będzie piękne zapewne. A obok "Dziesięć tysięcy żyć", które, mam nadzieję, nie okaże się li tylko ckliwym romansidłem.

środa, 25 października 2017

Film ostatnio widziałam #13 - "Geostorm"

Mam słabość do wysokobudżetowych filmów katastroficznych – pełnią dla mnie tę samą rolę, co dla większości kobiet głupiutkie komedie romantyczne. Są jacyś tam bohaterowie, którzy przeżywają swoje konflikty, są wielkie dramaty, ale ogólnie zawsze wszystko kończy się dobrze, źli zostają ukarani, dobrzy nagrodzeni i zwykle ktoś znajduje miłość życia/godzi się z drugą połówką. Wyższość filmów katastroficznych jak dla mnie polega na tym, że mają znacznie więcej widowiskowych efektów specjalnych, które wysoko cenię. Bo poza tym to są równie głupiutkie, jak te komedie.

I Geostorm bardzo ładnie się w moje oczekiwania wpisuje. Choć przyznam, że jest kilka rzeczy i akcentów, które rozgrywa (rozkłada) w sposób niezbyt często spotykany. A ponieważ chcę się nad tymi różnymi rzeczami pochylić, to ostrzegam – nocia zawiera ZABÓJCZE SPOILERY.

Fabularnie w sumie nic szczególnie nowego – po modzie (spotęgowanej przez mający nastąpić pięć lat temu koniec świata) na niszczycielskie żywioły, przed którymi można najwyżej uciec, bo zapobiec się nie da, mamy teraz odwrót ku złej i dobrej ludzkości. Zła ludzkość zrobiła efekt cieplarniany i wobec nasilających się huraganów, powodzi i susz utrzymywała, że to tylko chwilowe anomalie (zabawne, że jedynym chyba krajem wysoko rozwiniętym oficjalnie utrzymującym takie poglądy są Stany Zjednoczone. Wychyla nam się z filmu taka samokrytyka). Dobra ludzkość spięła pośladki i wspólnymi, światowymi siłami ONZ zbudowała system satelitów kontrolujących klimat (kolejnym zabawnym faktem jest to, że najwyraźniej cały ten wybudowany za grube miliardy – i pewnie niewiele mniej ich pożerający na utrzymanie – system ma jedynie utrzymać status quo w najwyraźniej coraz bardziej zanieczyszczonej atmosferze, zamiast ją jakoś, nie wiem, pomagać przywrócić do pierwotnego stanu, kiedy utrzymywanie systemu kosztującego grube miliardy nie byłoby już potrzebne. Acz w obronie twórców filmu dodam, że po ulicach jeżdżą elektryczne samochody. Przynajmniej dla mas). System przez kilka lat sprawował się bardzo dobrze, ale cosik ostatnio zaczął szwankować. Na przykład zamrażając przypadkowe wioski w Afganistanie. W związku z tym dwóch skonfliktowanych braci, pracujących do tej pory (choć nie razem) nad projektem (jeden ze strony administracyjno-rządowej, drugi – naukowej), musi zakopać topór wojenny i sprawdzić, co z systemem jest nie tak.

To jedna z tych fajnych, widowiskowych scen. Ale nieliczna.
Pierwszym miłym zaskoczeniem jest fakt, że jeśli chodzi o interakcje między bohaterami, główny nacisk został położony na konflikt pomiędzy dwoma braćmi. Z mojego doświadczenia wynika, że scenarzyści preferują raczej układy rodzic-dziecko lub związki okołomałżeńskie (hej, nawet w bajkach Disneya mamy tylko dwa filmy o rodzeństwie), a tu proszę. I jest to chyba najmocniejsza strona filmu (bo efekty specjalne są mocno takie se, najciekawsze ujęcia były w trailerze): konflikt eskaluje na początku, aby w trakcie fabuły bracia, w ogniu wykuwania spisku przeciw spiskowi, mogli się pogodzić (przy okazji zyskuje potwierdzenie ludowa prawda, że odległość ułatwia dogadanie się z rodziną. W tym przypadku trzeba się było wystrzelić na orbitę).

Problem polega na tym, że jeśli chodzi o komplementy dotyczące bohaterów, to… więcej ich nie ma. Poza jeszcze dziewczyną Maxa (młodszego z braci, agentkę Secret Service), która wykazuje jako takie objawy osobowości, reszta postaci to kartonowe kukiełki, scharakteryzowane jedna cechą, a czasem nawet i to nie (scenarzyści najwyraźniej doszli do wniosku, że w większości przypadków wystarczy za charakterystykę pełnione stanowisko). I tak mamy naukowca Azjatę, który odkrywa spisek i musi uciekać przed złymi ludźmi, żeby ostrzec Maxa (poza byciem naukowcem i Azjatą, znajomość z maksem to już jego ostatnia cecha). Problem w tym, że gdy dopadają go ci źli ludzie i ginie wepchnięty pod samochód, to mnie było z tego powodu bardzo wszystko jedno. No trochę przykro, że chłopaka przejechali, ale w sumie to jakiś losowy gość, o którym nic nie wiadomo, więc trudno. Tak samo jest z załogą stacji kosmicznej, na którą w ramach śledztwa udaje się grany przez Gerarda Butlera Jake Lawson – starszy z braci i właściwie twórca całego systemu. Jest taka urocza scenka, w której poznaje najważniejsze osoby na stacji – i w zasadzie dla większości tych szych, które teoretycznie powinny być ważne dla prowadzonego śledztwa jakakolwiek charakterystyka kończy się na podaniu funkcji. Jeden gostek z Meksyku jeszcze dwa razy kieruje robotycznym ramieniem, Niemka Ute, która teoretycznie jest najwyżej postawionym człowiekiem na stacji, z którym Jake się kontaktuje, służy do potakiwania mu i odnajdywania właściwych drzwi. 

Jestem tu ważnym naukowcem, więc będę za tobą, Główny Bohaterze, łazić i zadawać pytania w stylu "kto?", "jak?" i "dlaczego?", aby widzowie na pewno nie przegapili niczego z twojego wnikliwego rozumowania. Poza tym będę ci otwierać drzwi.
No i jest jeszcze Sabotażysta, oczywiście Anglik. Z którym mam kilka problemów. Pierwszy jest taki, że cła sytuacja na stacji kosmicznej to właściwie zagadka typu zamknięty pokój. Cała zabawa z tym typem zagadek polega na tym, żeby autor/twórca dał wystarczająco dużo poszlak, aby konsument mógł typować własnych podejrzanych na ich podstawie. A ponieważ nie wiemy niczego o bohaterach na stacji, bo scenarzysta z reżyserem postanowili zrobić z nich wydmuszki, to cała zabawa nie ma sensu. Sam Sabotażysta pojawia się w trzech scenach, z których dowiadujemy się, że a) lubi grać w gry i b) nie lubi Amerykanów. A to z kolei sprawia nie tylko, że ujawnienie go nie zaskakuje i nie obchodzi widza. Sprawia też, że nie ma sensu. Bo właściwie nie wiemy, dlaczego ten koleś zdecydował się zabić kilka miliardów ludzi. No niby coś tam krzyczy, że pieniądze go skusiły ale… dla mnie to słaba motywacja. Zwłaszcza w momencie, kiedy tymi pieniędzmi zapłacili ci za a) zniszczenie miejsca, w którym mógłbyś je wydać i b) zrobienie czegoś, co de facto uniemożliwia ci powrót do resztek tego miejsca, gdzie miałbyś ewentualnie tę kasę wydać (tu nadmienię, że cały mroczny plan polega na wywołaniu geosztormu – niszczycielskiej anomalii pogodowej o globalnym zasięgu, która zniszczy wszystko, co odstaje od ziemi. Łącznie z infrastrukturą umożliwiającą bezpieczne lądowanie promów kosmicznych…). Poza tym ogólnie śmierdzą mi bohaterowie, co do których nie wiemy, dlaczego właściwie chcą za kasę wymordować całą swoją rodzinę (bo o rodzinie Sabotażysty nie wiemy nic, ergo logika każe zakładać, że jakaś tam istnieje).

Ogólnie film jest nijaki. Bohaterowie płascy i nieciekawi, choć bezpiecznie sympatyczni, ilość epickich scen niszczenia czegoś niesatysfakcjonująca, za to całkiem ładne ujęcia stacji kosmicznej. Całe szczęście, że nastawiałam się na głupiutką rozrywkę bez szczególnej treści, bo inaczej wyszłabym z kina rozczarowana.

Geostorm
reż. Dean Devlin
2017

niedziela, 22 października 2017

"Dzieci Norwegii" Maciej Czarnecki

Kilka lat temu gorącym tematem w mediach były sprawy zabierania polskim rodzicom dzieci przez Bernevernet – norweski urząd do spraw ochrony dzieci. Telewizje prześcigały się w publikowaniu rozdzierających serce materiałów ze spłakanymi rodzicami walczącymi o odzyskanie swoich dzieci ze szponów bezdusznej instytucji, powstawały nawet firmy specjalizujące się w nie do końca zgodnym z prawem odbijaniu progenitury znajdującej się pod opieką norweskiego państwa. Ale jak to ze wszystkimi hot newsami bywa, wielkie media dość szybko się tematem znudziły i zwróciły w stronę zieleńszych pastwisk, sprawa przyschła i opinia publiczna o niej zapomniała. Poza może społecznością polskich imigrantów w Norwegii. I Maciejem Czarneckim, który postanowił sprawie przyjrzeć się bardziej wnikliwie i z większej ilości perspektyw, niż pozwalały na to trzydziestosekundowe materiały w programach informacyjnych. Z tego przyglądania powstały „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym”.

Autor w swojej książce zebrał głownie relacje rodziców – tych pokrzywdzonych przez Bernevernet, ale też tych, którym urząd pomógł albo kontakt z nim wspominają po prostu neutralnie. Przeplatają to wszystko rozmowy z socjologami, kadry z historii Norwegii czy wypowiedzi pracowników samego Bernevernetu.

Już od pierwszych stron książki widać, że głównym celem autora nie było udowodnienie jakiejś konkretnej tezy, ale przedstawienie pewnego zjawiska takim, jakie ono jest w rzeczywistości, na tyle, na ile da się to zrobi na ograniczonej przecież ilości stron. Czarnecki stara się być w swojej książce jak najbardziej niewidzialny, oddając głos swoim interlokutorom czy przedstawiając jako bezosobowy narrator kolejne rodzinne historie. Zależy mu, aby czytelnik, mając do dyspozycji jak najbardziej różnorodne informacje, sam sobie wyrobił zdanie.

A materiał bywa zaskakujący. Poza bowiem przypadkami niejasnymi czy też takimi, w której jakże opiekuńcze państwo zawiodło na całej linii (jeden z opisanych przez Czarneckiego należy do tych autentycznie mrożących krew w żyłach), mamy też obalanie krążących po sieci i rozrastających się niczym hydra o setkach łbów mitów. Niektórych wręcz szalonych, jak ten, jakoby Norwegowie byli szczególnie łasi na polskie dzieci, aby uzupełniać nimi swoją słabującą pulę genetyczną. Mało sensacyjne statystyki mówią zaś, że Bernevernet zabiera procentowo tyle samo dzieci imigrantom, co norweskim obywatelom, a wśród tych pierwszych zdecydowanie dominują dzieci z rodzin arabskich, afrykańskich i azjatyckich.

Poza nakreśleniem obrazu sytuacji, autor stara się też dociec, z czego ona wynika. Dlaczego Polacy, przecież rozsiani po wielu krajach europejskich, z których większość ma zdecydowanie ostrzejsze i konsekwentniej egzekwowane przepisy ochrony dzieci niż u nas, boja się akurat Norwegii? Czy wina leży po stronie różnic kulturowych, bezkompromisowości urzędu, czy też to tylko czarny pijar? Czarnecki stawia te pytania i podsuwa materiały, które mogą przynieść rozwiązanie, ale tego ostatniego czytelnikowi nie narzuca. Trzeba do niego dojść samemu (o ile istnieje).

Przyznam, że ”Dzieci Norwegii” to kawał dobrej, reporterskiej roboty. Takiej, jaką lubię. Takiej, która zamiast sugerować gotowe rozwiązania, zachęca do samodzielnego przemyślenia problemu. I może nie jest to jakiś wybitny literacko reportaż (język jest raczej prosty i surowy, ma prezentować, nie zachwycać), ale z pewnością jeden z lepszych, jakie zdarzyło mi się czytać.

Tytuł: Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym
Autor: Maciej Czarnecki
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2016
Stron: 238

środa, 18 października 2017

"Skrzydła Ognia: Mroczny sekret" Tui T. Sutherland

Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio odwiedziłam Pyrrię. Wydawnictwo zafundowało fanom serii ponad roczną przerwę i to w dość niefortunnym miejscu, bo ostatnio skończyło się cliffhangerem. Mnie osobiście poprzedni tom trochę rozczarował, ale muszę przyznać, że historia Gwiezdnego Lotnika (bo to z jego perspektywy poznajemy wydarzenia „Mrocznego sekretu”) to zupełnie nowa jakość. Autorka strzeliła z grubej rury.

No i UWAGA, SPOILERY! Głownie do tej, ale i do poprzednich części.

Gwiezdny Lotnik został porwany przez swoich pobratymców, Nocoskrzydłe, do ich tajemniczego królestwa. Co prawda okoliczności przybycia nie były najszczęśliwsze, a pierwsze wrażenie nie nastraja optymistycznie, ale młody smok ciągle ma nadzieję, że jego rodzaj okaże się tak wspaniały, jak mówią  ukochane zwoje. Przecież przerażający, wredny i okrutny Wieszcz (jedyny przedstawiciel własnego gatunku, jakiego Lotnik kiedykolwiek poznał) nie może być reprezentatywny, prawda?

Jak dotąd autorka, przedstawiając nam społeczności poszczególnych gatunków smoków zamieszkujących Pyrrię, była raczej umiarkowana. Owszem, każda miała swoje wady, swoją niekoniecznie pozytywną charakterystykę i często okrutne obyczaje, ale szczerze mówiąc, nie było to nic, czego nie możnaby się spodziewać po fantasy dla młodszego czytelnika (znaczy, są krwawe walki między smokami i padają trupy, ale dla mnie to nie jest nic, czego bym się nie spodziewała po akurat tym cyklu…). Tymczasem teraz… cóż, stworzyła nacjonalistów.

Społeczność Nocoskrzydłych ma dwa główne problemy. Pierwszy (i jedyny, jaki zauważają), to fakt, że ich królestwo umiera. Wyspa, na której dotąd mieszkały, została jakieś dziesięć lat wcześniej zmieniona w pustkowie przez wybuch wulkanu, więc przetrzebiona populacja smoków głoduje, a z powodu zanieczyszczenia powietrza pyłem i wyziewami wciąż aktywnego wulkanu wykluwa się niewiele młodych. Zrozumiałe, że w takich warunkach smoki będą desperacko poszukiwać przestrzeni do życia. I każde rozwiązanie dające szanse na sukces będzie dobre. Nawet jeśli obejmuje wybicie i zniewolenie (w dowolnej kolejności i proporcjach) innego ze smoczych gatunków.

Przy czym to samo w sobie nie jest dziwne – potrafię zrozumieć desperację narodu, który za wszelką cenę chce znaleźć takie miejsce do życia, które nie zabija ich dzieci. Ale Nocoskrzydłe są przy tym głęboko przekonane o swojej wyższości nad innymi smokami. Wierzą, że mają prawo je wykorzystywać i traktować instrumentalnie, że są nadsmokami, których naturalnym przeznaczeniem jest rozkazywać każdemu, komu chęć rozkazywania wyrażą. Mamy więc scenkę że smoczym odpowiednikiem doktora Mengele, który każe porywać i torturuje łagodne Deszczoskrzydłe, aby prowadzić badania nad ich jadem – przy czym traktuje swoje prawo do poświęcania innego rodzaju smoków w imię nauki jako oczywistość. Kiedy Gwiezdny Lotnik zwraca mu uwagę, że jest de facto katem, naukowiec jest głęboko wstrząśnięty. Wychowano go w przekonaniu, że inne smoki można traktować jak zwierzęta laboratoryjne i potrzeba było kogoś z zewnątrz, żeby zauważyć, że coś tu jest nie tak. Owszem, organizująca walki gladiatorów między pojmanymi jeńcami królowa Nieboskrzydłych też była okrutna, ale było to prymitywne okrucieństwo silniejszego - który wie, że kiedyś już może silniejszy nie być, ale tymczasem cieszy się chwilą. Tutaj mamy okrucieństwo systemowe, wynikające z głębokiego przeświadczenia o własnej wyższości,uświęcającej wszelkie występki.

I w takie otoczenie tafia idealistyczny Gwiezdny Lotnik. Który naczytał się w (pisanych oczywiście przez Nocoskrzydłe) zwojach o wspaniałości i rozlicznych zaletach własnej rasy. Który dodatkowo jest bierny z natury, brak mu przebojowości, a jego sposób radzenia sobie z problemami polega na czekaniu, aż same się rozwiążą. I któremu brutalne zderzenie z rzeczywistością uświadomi, że tym razem musi działać, bo dojdzie do katastrofy, której konsekwencje poniosą dwa smocze gatunki. Przyznam, że w przeciwieństwie do poprzednich tomów "Mroczny sekret" nie mówi nam, jaka przemiana zaszła w jego głównym bohaterze - końcowe wydarzenia powieści były dla Lotnika bardzo traumatyczne i pewnie dopiero w kolejnej części dowiemy się, jakie ostatecznie wywarły na nim piętno. Widać, że autorka powoli odchodzi od prostego schematu weryfikacji dziecięcych marzeń swoich bohaterów i zaczyna stawiać na ich dojrzewanie jako proces, nie akt (co było zasygnalizowane już w poprzedniej części).

Z pewnością jest to tom bardziej udany niż poprzedni: dzieje się więcej, a i ciężar wydarzeń zdaje się bardziej znaczący dla fabuły całości cyklu. Bardzo przyjemnie czyta mi się o młodych smokach. I chętnie będę czytać kolejne tomy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Skrzyła Ognia: Mroczny sekret
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Four: The Dark Secret
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 278

sobota, 14 października 2017

"Dwie karty" Agnieszka Hałas

Agnieszka Hałas ma w fandomie opinię jednej z najbardziej niedocenionych pisarek. Głównie niedocenionej przez wydawców, bo jak dotąd udawało się jej wydawać w oficynach niszowych z ograniczoną dystrybucją i promocją – a trudno zbudować sobie fanbazę, kiedy twoje książki docierają tylko do osób już zaangażowanych. Teraz za sztandarowy cykl Agnieszki, czyli „Teatr węży”, zabrał się Rebis – czyli wydawnictwo znane i z pewnością umiejące w marketing. Czekałam na to z lekturą. Kruki od lat krakały, że dobre i w ogóle, więc dlaczego miałabym sobie odmawiać rarytasów teraz, kiedy stały się znacznie łatwiej dostępne? Acz muszę przyznać, że to krucze krakanie i ogólny klimat niedocenionej perełki sprawił, że miałam pewne oczekiwania. Które podczas lektury musiałam zweryfikować.

Kiedy bogowie (po iście pyrrusowym zwycięstwie w wojnie z siłami zła) opuszczali świat, okryli go Zmroczą, aby chroniła mieszkańców przed demonami. Pieczę nad Zmroczą sprawują srebrni magowie – pilnują zachowania równowagi niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania osłony. No i są jeszcze czarni magowie, którzy według srebrnych tę równowagę zakłócają…

Tymczasem w Shan Vaola, dużym i bogatym mieście nad Zatoką Snów, grupa nędzarzy znajduje na brzegu morza mężczyznę. Zaczyna się zakłócenie Zmroczy, a to nie jest dobra pora na zostanie na zewnątrz, zwłaszcza dla kogoś, kto jak widać sporo przeszedł i nie bardzo jest z nim jakikolwiek kontakt. Dlatego zbieracze śmieci postanawiają zabrać nieznajomego do swojej kryjówki. Gdzie ten stopniowo wraca do siebie. I choć nie pamięta swojej przeszłości, to dość szybko orientuje się, że jest wyszkolonym czarnym magiem…

Pierwszym zaskoczeniem był fakt, że książka nie ma określonej linii fabularnej. Wiecie, zwykle, kiedy czyta się powieść (zwłaszcza fantasy, bo tutaj autorzy są raczej nieskłonni do eksperymentów konstrukcyjnych), to od razu wiadomo, o co chodzi. Jeśli mamy mroczny artefakt, to fabuła będzie dążyć do jego zniszczenia. Jeśli mamy księcia, który utracił tron, to wiadomo, że będzie próbował go odzyskać. Jeśli mamy drużynę najemników, to będą próbowali wykonać zlecone im zadanie i tak dalej. Tymczasem bohater Hałas po prostu jest, robi różne rzeczy… i tyle. Nie dąży do niczego, z nikim nie walczy, teoretycznie żadne siły rządzące światem się nim nie interesują, próbuje po prostu przeżyć. Owszem, dzieją się wokół niego wydarzenia niesamowite, ścierają się potęgi, ale tak naprawdę Krzyczący w Ciemności jest najwyżej ich mimowolnym uczestnikiem (żeby nie powiedzieć – gapiem). Nie chcę powiedzieć, że taka konstrukcja fabuł jest wadą. Wręcz przeciwnie – przy zalewie fabuł generycznych i przewidywalnych to raczej powiew świeżości. Tylko ostrzegam, że prowadzenia przez cały alfabet, od punktu A przez B do Z nie będzie.

Sam świat przestawiony jest jak dotąd fragmentarycznie – co jest wymuszone narracją skupioną na bohaterze, który żyje w tunelach pod miastem. Brakuje mi trochę szerszej perspektywy, ale przede mną jeszcze dwa tomy, więc może się pojawi. Tymczasem wycinek, który autorka postanowiła nam pokazać jest faktycznie oryginalny, zwłaszcza na tle rodzimej twórczości. Oto bowiem mamy miasto, plus-minus renesansowe. Ale nie tę jego część, którą eksploatuje większość pisarzy fantasy – nie domu zamożnych mieszczan, nie mieszkanka robotników, nawet nie dzielnice rozrywki, gdzie jedni próbują pozyska pieniądze od utracjuszy dobrowolnie, a inni… mniej dobrowolnie. Hałas skupiła się na tej najmniej reprezentacyjnej stronie miasta: podziemnych slumsach. Gdzie schronienie znajdują nie tylko ludzie niskich warstw społecznych (lub tacy, którzy z racji zawodu nie powinni być zbyt widoczni), ale też odmieńcy. Wszak Shan Vaola to miasto zarządzane przez srebrnych magów, więc i o nienaturalne stworzenia tu łatwo. A że mocno niekiedy różnią się od ludzi, to i nie są mile widziane w lepszych dzielnicach. 

Taki wybór dekoracji sprawia, że powieść jest nieco mroczna - podziemia nie są szczególnie estetyczne a biedacy zdrowi, ścieki nie pachną fiołkami i tak dalej. Tak więc trzeba się przygotować na nieco turpistyczne doznania, jeśli ma się ochotę na lekturę "Dwóch kart".

Hałas bardzo skutecznie porzuciła klasyczny bestiariusz fantasy – jak dotąd zamiast elfów i krasnoludów mamy odmieńców, chowańce i demony (oraz trochę pomniejszego tałatajstwa). Dwa ostatnie to po prostu stworzenia z innych wymiarów – demony mieszkają w… miejscu, które nosi wszelkie znamiona piekła, wygląd też mają klasyczny (z tym, że jest to raczej klasyczny Bosch, a nie brzydal z rogami i kopytami, plus trochę inspiracji różnymi mitologiami), a ich głównym celem jest pozyskanie dusz, od czego zależy potęga ich domeny. Chowańce to po prostu stworki sprowadzane z różnych platform astralnych, aby pełnić funkcje pomocnika maga i mogą mieć dowolny wygląd. Mnie osobiście najbardziej zainteresowali odmieńcy, których genezę i funkcję autorka nakreśliła tylko bardzo z grubsza. Zwykle są humanoidalni, ale zakres tej humanoidalności waha się od zrakowaciałego goblina po mokra fantazję miłośnika furry. Zwykle są inteligentne. I zwykle żyją na marginesie – o ile toleruje się je, kiedy są pożyteczne, to przeważnie woli się ich nie oglądać, a kiedy dzieje się im coś złego, nikt się o nich nie upomni. Maja własną kulturę, dość hermetyczną. Mamy wśród nich kilka bardzo ciekawych postaci – moją ulubioną i chyba najlepiej zarysowaną jest Pyszczek, kobieta kot, która zarabia zwykle jako tancerka. Mam nadzieję, że jeszcze ją spotkam. I że autorka rzuci więcej światła na odmieńców jako takich, bo to dla mnie fascynująca grupa społeczna (gatunek chyba nie do końca).

Magia jako taka też jest przedstawiona ciekawie (jak i magowie w swej masie). Dzieli się, jak wspomniałam wyżej na srebrną i czarną. Srebrni magowie darzeni są szacunkiem (a przynajmniej budzą zdrowy lęk) i ogólnie trzymają władzę, mają swoje uniwersytety, a o prestiżu niech świadczy fakt, że nazywaj się Elitą. To legalna magia, a talent do niej jest pożądanym towarem. Czarna magia jest skażona, wyklęta, a tych, którzy urodzili się z talentem do niej ściga się niczym zbrodniarzy. Autorka nie wyjaśnia nam na tym etapie, jak działa magia srebrna, natomiast wiemy, że czarni magowie żywią się emocjami, zwłaszcza tymi negatywnymi - bólem, cierpieniem, rozpaczą. I to jest ten moment, w którym chyba zaczynam zaczyna nadinterpretować, ale nie potrafię się powstrzymać.

Otóż widzicie, korzystanie z obu rodzajów magii wymaga podobnych mechanizmów - pentagramy, rytuały, zioła, krew. Pomimo jednoznacznie kojarzących się nazw nie można im przypisać dobra i zła - czarni magowie, którzy zatracili się w swoim talencie bywają okrutni i niebezpieczni (cóż, ktoś, kto robi się potężniejszy od cudzego cierpienia będzie pewnie bardzo kreatywny w dążeniu do zwiększenia swojej potęgi), ale srebrni wcale nie są lepsi pod tym względem (ich dla odmiany interesuje tylko Ekwilibrium, równowaga Zmroczy i dla jej utrzymania stosują zasadę, że cel uświęca środki. Naprawdę wszystkie środki). Dlatego nie chce mi się wierzyć w to, że czarna magia jest nienaturalna i trzeba ją tępić. Przecież równowagi nie osiąga się przez wyeliminowanie jednego z pary. Układ między czarnymi a srebrnymi magami bardziej pasuje mi do sytuacji, kiedy historię napisali zwycięzcy - srebrni w tym przypadku (a autorka zasugerowała nam jeszcze, ze oficjalne wersje mitów w jej świecie niekoniecznie są jedynymi wersjami, nie bardziej prawdopodobnymi niż reszta). Dlatego nasuwa mi się myśl, że destabilizacja Zmroczy nie jest przyczyną tępienia ka'ira, czarnych magów. Tylko jej skutkiem. Być może ta teoria umrze wraz z przeczytaniem kolejnego tomu, ale na razie bardzo mi się podoba.;)

Chyba popadłam za bardzo w dygresje i detale, wróćmy więc może do spraw istotnych. Głównego bohatera na przykład. Sam Krzyczący w Ciemności to jest ten typ bohatera, który bardzo lubię – niby mroczny, po przejściach, ale jednak na swój sposób szlachetny. Coś pomiędzy chaotyczny dobry a neutralny dobry. Problem w tym, że nie czuję, żebym dobrze go poznałam. Autorka trzyma czytelnika na dystans od swojego bohatera i pozwala się do niego zbliżyć dość rzadko. Widzimy, co robi, ale nie wiemy, co myśli. Oczywiście z biegiem fabuły sytuacja się poprawia, ale wiąż nie wiemy, co w głowie maga siedzi, jak widzi świat i czego pragnie. Być może wynika to z faktu, że Krzyczący sam nie do końca wie, kim jest. Nie pamięta przeszłości i od czasu do czasu dopada go lęk związany z tym, do czego może doprowadzić go nadmierne i niekontrolowane użycie mocy, ale poza tym nie ma żadnych celów i ambicji, a fabuła nie zmusza go do porzucenia wygodnej kryjówki w podziemiach. Widzę w nim ogromny potencjał, ale obawiam się, że zaprezentuje go w pełni dopiero, kiedy ktoś go wykurzy z przytulnej krypty. Na co liczę (sorry, Krzyczący).

Przyznam, że mimo kilku wad i zgrzytów, z niecierpliwością czekam na premierę kolejnej części „Teatru węży”. Krzyczący w Ciemności jest bohaterem, jakiego w znanej mi rodzimej fantasy mi brakowało, dlatego cieszę się nako lejne spotkanie (kto wie, może tym razem da się lepiej poznać?). To samo dotyczy w sumie świata przedstawionego. No kawałek dobrej fantastyki po prostu. Lubię takie. 

Książkę otrzymałam od autorki

Tytuł: Dwie karty
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2017
Stron: 370

sobota, 7 października 2017

Na co poluje Moreni: październik 2017

Po obfitym wrześniu nastał równie obfity październik - jesień to w ogóle najbogatsza w premiery pora roku i tak jest od lat. Zamierzam z tego skorzystać.

Mamy też w październiku sporo spadkowiczów z września: "Daleka droga do małej, gniewnej planety" Becky Chambers ukaże się dopiero 9 października, "Zaszyj oczy wilkom" Marty Krajewskiej ostatecznie ukazało się chyba 5 października, a "W Kasprowym mateczniku" Wojciecha Gąsienicy-Byrcyma ma się ukazać dopiero 10 października. "Trudno być najmłodszym" Basztowej i Iwanowej spadło na 11 października.

Chcę mieć

"Pośród cieni" Agnieszka Hałas
10 października

Sam fakt, ze drugi tom cyklu "Teatr węży" znalazł się w tym zestawieniu, dobrze świadczy o pierwszym (o którym będziecie mogli przeczytać w środę). Po prostu chcę wiedzieć, co będzie dalej.

Wkraczacie w świat Zmroczy – przesyconą magią, posępny i fascynujący.
"Pośród cieni" to drugi tom cyklu dark fantasy "Teatr węży" – mrocznego, intrygującego, pełnego plastycznych szczegółów, z pełnokrwistymi postaciami i przemawiającą do wyobraźni społecznością.
Dla Krzyczącego w Ciemności schronienie w Podziemiach przestaje być bezpiecznym azylem. Dręczą go wizje i sny. Pokazują utraconą przeszłość czy kłamią? Tymczasem w realnym świecie czyhają srebrni magowie, przed którymi nie da się uciec nawet w śmierć. W labiryncie sfer są miejsca, gdzie można się ukryć lub szukać odpowiedzi. Czy to wystarczy, aby umknąć prześladowcom? A jeśli to cienie z przeszłości stanowią największe zagrożenie?

"Jak zwierzę. Intymne zbliżenia z naturą" Charles Foster
11 października

Wygląda na to, że Czwarta Strona ma swoją nieformalną serię eko. I na ile wiarygodne było moje macanie w empiku, są to książki ślicznie wydane. Ale nie tylko dlatego chciałabym mieć tę - ciekawy jest też pomysł na nią, a ja lubię ciekawe pomysły. Choć siedzący we mnie cynik ostrzega, że się rozczaruję.

Charles Foster chciał wiedzieć, jak naprawdę wygląda życie z perspektywy borsuka, wydry, jelenia, lisa i jerzyka. Postanowił doświadczyć tego na własnej skórze.
Przez kilka tygodni niczym borsuk mieszkał w norze i odżywiał się dżdżownicami. Jako wydra pływał nocą w rzekach północnej części hrabstwa Devon. Wzorem żyjącego w mieście lisa szukał jedzenia w kontenerach na śmieci londyńskiego East Endu, a jako jeleń szlachetny stał się przedmiotem polowania, jakie mogłoby się odbyć w górzystej części Szkocji. Podążając trasą migracyjną jerzyka, odbył podróż z Oksfordu do Afryki Zachodniej.
Jak zwierzę to nowe podejście do literatury przyrodniczej i kameralne spojrzenie na życie dzikich zwierząt. 

"Ten łokieć źle się zgina" Sebastian Frąckiewicz
18 października

No jakże bym mogła przejść obojętnie obok ksiązki o ilustracji?

Co łączy projekty postaci do gry Wiedźmin, koszulkę Slayera, przewodnik po Szczecinie dla dzieci i Księgę dżungli? Za każdym projektem stoi człowiek – ilustrator.
Polska ilustracja od lat 60. jest światowym fenomenem – ceniona, dostrzegana i nagradzana, ale zawieszona między światem sztuk wizualnych, projektowaniem graficznym a literaturą nieczęsto staje się tematem książek innych niż naukowe. W jakiej kondycji jest polska ilustracja dziś? Co inspiruje twórców? Czym się zajmują poza pracą? I jak szeroko rozumiana ilustracja radzi sobie na wolnym rynku, nie tylko w przypadku projektów artystycznych, ale także działań usługowych i komercyjnych?
Sebastian Frąckiewicz rozmawia z jedenastoma przedstawicielami tej profesji – zarówno bardzo młodymi twórcami, jak i klasykami, na których pracach się wychowaliśmy. Każdy z rozmówców trochę inaczej traktuje swój zawód, inaczej też rozumie rolę ilustracji, a niektórzy nawet nie lubią używać tego pojęcia.
To książka o inspirujących, barwnych ludziach, dla których obraz jest pierwszym językiem.
O pracy ilustratora opowiadają: Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz i Józef Wilkoń.

Chcę przeczytać

"Tajemnicze życie grzybów" Robert Hofrichter
3 października

Popularyzatorskiej książki o grzybach (nie, atlasy się nie liczą) jeszcze chyba nie mieliśmy. A ja mam ogromną ochotę sprawdzić, czy jest bardziej przystępna od moich podręczników do mikologii. I będę miała okazje, bo książka już czeka na czytniku.

Nie są ani roślinami, ani zwierzętami. Żyją najczęściej w ukryciu. A jednak bez grzybów nie byłoby naszych lasów, klimatu, a może i w ogóle życia na Ziemi – takiego, jakie znamy dzisiaj. Grzyby są panami świata, mają niezwykłe cechy, nawiązują zaskakujące sojusze, są pełne zagadek. Robert Hofrichter otwiera nam oczy na niewidzialny ekologiczny wszechświat, który rozciąga się pod naszymi stopami – i nie tylko tam! Książka nie jest leksykonem ani atlasem grzybów. Nie chodzi w niej o porady, jak zbierać i przyrządzać te – niekiedy smaczne, niekiedy podstępne – skarby lasów. Ma raczej na celu wprawić w zdumienie czytelników nieznanym światem i jego fascynującymi zależnościami.
Wybierzmy się więc na ekscytującą wędrówkę przez tajemniczy świat grzybów. Spotkamy w nim prawdziwych arystokratów i przebiegłych oszustów, sieci współpracy i oszałamiających mistrzów przemiany. Przede wszystkim jednak dowiemy się sporo o kontekście życia, o świecie wypełnionym walką i symbiozą, partnerstwem i współzawodnictwem.
Dajmy się oczarować!

"Silos", "Zmiana", "Pył" Hugh Howey
11 października

Z okazji wizyty autora w Polsce Papierowy Księżyc wznawia całą trylogię. To chyba jest jakaś okazja do zapoznania się z całością.;)

Światowy bestseller!
Początek fascynującej trylogii dla fanów “Marsjanina”.
“Silos” to niezwykły sukces wydawniczy, który zamienił nieznanego autora, publikującego na własny rachunek w światową gwiazdę literatury science-fiction ze szczytów list bestsellerów New York Timesa.
Po wielkim sukcesie wydawniczym “Silosu” prawa do sfilmowania tej niezwykłej powieści zakupił sam Ridley Scott, reżyser takich klasyków jak “Obcy” czy “Łowca androidów”.
“Silos”, który został nazwany Igrzyskami Śmierci dla dorosłych, to niezwykłe zaproszenie do wyjątkowo wykreowanej rzeczywistości, w której społeczność zamieszkuje w ogromnym podziemnym silosie.
Ta powieść odkryje przed tobą prawdziwy labirynt tajemnic, sekretów i kłamstw i sprawi, że będziesz pochłaniał ją w napięciu do ostatniej strony.
*
W przyszłości, gdy Ziemia stała się toksycznym pustkowiem, przetrwać zdołała ledwie garstka ludzi, zamieszkujących gigantyczny podziemny silos.
Odcięci od świata zewnętrznego, wiodą życie pełne nakazów i zakazów, sekretów i kłamstw.
By przeżyć, muszą ściśle przestrzegać pewnych zasad. Niektórzy jednak się na to nie godzą.
Ci stanowią największe zagrożenie – mają czelność marzyć i śnić, zarażać innych swoim optymizmem.
Czeka ich prosta i zabójcza kara: zostaną wypuszczeni na zewnątrz.
Jules jest jedną z takich osób. Być może już ostatnią.

Zmiana to drugi tom trylogii Silos, która stała się jednym z największych bestsellerów w gatunku literatury fantastycznej i postapokaliptycznej ostatnich lat.
***
Przyszłość, mniej niż pięćdziesiąt lat od dnia dzisiejszego.
Świat nadal jest taki, jakim go znamy, a czas wciąż biegnie swoim dawnym rytmem.
Prawda jest jednak taka, że nasz czas się kończy.
Garstka wpływowych ludzi wie, co nas czeka. Przygotowują się. Próbują nas ochronić.
Wyznaczają dla nas ścieżkę, z której już nigdy nie zdołamy zawrócić.
Ścieżkę, która poprowadzi do zniszczenia; ścieżkę, która zawiedzie nas głęboko pod ziemię.
Karty historii silosu czekają, by je zapisać.
Nasza przyszłość wkrótce się zacznie.

Znakomite zakończenie trylogii dla fanów “Marsjanina”.
Pył to znakomite zwieńczenie trylogii Silos, która stała się jednym z największych bestsellerów książkowych ostatnich lat na rynku amerykańskim.
***
KAŻDY POCZĄTEK MA SWÓJ KONIEC
Powstanie dobiegło końca. Mieszkańcy silosu 18 uczą się żyć w nowej rzeczywistości.
Niektórzy akceptują zmiany, inni obawiają się nieznanego.
Nikt z nich nie ma kontroli nad własnym losem.
Silosowi wciąż zagrażają ludzie dążący do jego zniszczenia, a Jules wie, że musi ich powstrzymać.
Bitwa o silos została wygrana.
Wojna o ludzkość dopiero się rozpoczyna.

"Opowieści z Dziedziczki" Simona Kossak
12 października

Mam dwie przyrodnicze ksiązki Kossak oraz jej biografię, więc czemu by nie kolajna?

"Opowieści z Dziedzinki" to zbiór fascynujących gawęd Simony Kossak o świecie roślin i zwierząt, ich uzależnieniu od siebie i wzajemnym uzupełnianiu się dla wspólnych korzyści, o miejscu człowieka w tym świecie. Wciągają nas w ten świat, wydawałoby się, tajemniczy i nie do przeniknięcia. Nagle zaczynamy go rozumieć i chciałoby się to, o czym Simona Kossak opowiada, natychmiast zobaczyć. Autorka tłumaczy zjawiska przyrody tak ciekawie i obrazowo, że zaczynamy je czuć prawie namacalnie. Zachwyca swoją sztuką opowiadania o świecie, który nas otacza i pokazuje, że bez przyrody trudno byłoby nam żyć.
Nikt wcześniej tak jasno i czytelnie nie pokazał życia przyrody, jej tajemnic, codzienności, ciekawostek i zaskakujących w tym świecie zachowań. Jak mówi Anna Kamińska, historie, które Simona snuje... nadają się do czytania w samotności, w parze lub w stadzie. Na dzień dobry i na dobranoc. Niezwykły teatr wyobraźni, fenomenalne opowieści i zmysłowe lekcje historii. Nikt z takim pazurem, werwą i swadą nie opowiada dziś o przyrodzie!

"Koń doskonały" Elizabeth Letts
17 października

Wojenne losy lipicanów (bo o nie chodzi) są mi z grubsza znane z "Czystej, białej rasy". A że dla tamtej ksiązki mam mnóstwo sympatii, to chętnie przekonałabym się, jak inna autorka opisała temat.

Wojna dobiega końca. Amerykański oddział przechwytuje informację o stadninie, w której ukryto najcenniejsze polskie araby z Janowa Podlaskiego i austriackie lipicany z Wiednia. Naziści starają się stworzyć z nich rasę doskonałych koni wojskowych. Tymczasem ze wschodu nadciąga wygłodniała Armia Czerwona, gotowa bez wahania posłać czempiony na rzeź. Pułkownik Hank Reed musi zorganizować zuchwałą akcję ratunkową. Walcząc z czasem, jego oddział przedziera się przez linię wroga, by ocalić szlachetne zwierzęta.
"Koń doskonały" to porywający reportaż historyczny, odsłaniający kulisy jednej z najbardziej spektakularnych misji wojskowych. Elizabeth Letts, łącząc kronikarską skrupulatność z literacką wrażliwością, przybliża czytelnikom nieznane wydarzenia II wojny światowej. Prowadząc czytelnika przez zagrożone spadającymi bombami stajnie, zniszczone walkami osady i amerykańskie sztaby dowodzenia, autorka przedstawia nam galerię niezwykłych postaci – nie tylko opiekunów wierzchowców i kawalerzystów, lecz przede wszystkim konie na czele z Witeziem II - dumą Janowa Podlaskiego.
Książka znalazła się w czołówce listy bestsellerów The New York Times
.

"Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni" Alan Bradley
18 października

Niby obiecałam sobie, ze nie będę w zestawieniach uwzględniała kolejnych tomów cykli, których nie znam nawet pierwszego, ale ponieważ pierwszy akurat czeka na swoją kolej na półce, to pomyślałam, że czemu by nie oznajmić światu, ze siódmy tom przygód Flavii ma się niedługo ukazać.:)

Banitka! Tak właśnie jedenastoletnia Flawia de Luce lamentuje nad swym trudnym położeniem, kiedy odkrywa, że jej ojciec i ciocia Felicja wysłali ją za ocean do Kanady, do Żeńskiej Akademii panny Bodycote – szkoły z internatem, do której niegdyś uczęszczała także jej mama, Harriet. Zanim jeszcze nastał pierwszy poranek niewoli, u jej stóp wylądował podarunek od losu. Ponieważ Flawia to Flawia – dobrze zapowiadająca się chemiczka i detektyw – tym podarunkiem jest okopcone i zmumifikowane ciało, które wypada z ceglanego komina. Od tej chwili, uczęszczając na lekcje, zdobywając przyjaciół (oraz wrogów), a także oceniając surową dyrektorkę szkoły i jej ciało pedagogiczne (które ma w swym gronie między innymi uniewinnioną morderczynię), Flawia stara się jednocześnie ustalić tożsamość ofiary, czas śmierci, podejrzanych, motywy i środki. Krążą pogłoski, że akademia jest nawiedzona, a kilka dziewcząt zniknęło bez śladu. Kiedy dochodzi do rozwiązania tych zagadek, Flawia staje na wysokości zadania, lecz nie zna jeszcze swego prawdziwego przeznaczenia.

"Lab Girl" Hope Jahren
19 października

Lubię powieści o kobietach. A ta nie dość, że o kobiecie, to jeszcze o naukowcu (!) i przyrodniczce (!!) - botaniczce co prawda, ale niech stracę. No nie mogłam się nie zainteresować.

Fenomenalny pamiętnik z botanicznego laboratorium, który zdobył uznanie czytelników Barnes&Noble i zagranicznych mediów!
Jako mała dziewczynka Hope Jahren zawsze od zabawy z innymi dziećmi wolała wizyty w laboratorium taty. Tak zrodziła się niebywała pasja do nauki i życiowa misja badania sekretów świata roślin. Dziś Hope prowadzi trzy laboratoria i zajmuje miejsce wśród najwybitniejszych naukowców. Kobieta, która potrafi całymi dniami badać anatomię malutkiego liścia, w swojej autobiografii z niebywałą wrażliwością opowiada o pielęgnowaniu pasji, wzlotach i upadkach, ogromnej determinacji, a także ludzkiej przyjaźni i miłości. To również historia jej bratniej duszy – Billa, genialnego odkrywcy, z którym przebyła długą drogę od niebiańskiego Bieguna Północnego, przez Stany Zjednoczone, aż do rajskich Hawajów.
Oto książka o nieuchronnych rozczarowaniach, triumfach, ekscytujących odkryciach oraz tajemnicach liści, gleb, nasion i korzeni, która pozwoli nam spojrzeć na świat natury jako wspaniały cud życia.

"Geniusz ptaków" Jennifer Ackerman
25 października

Książki o ptakach stają się ostatnio tak popularne, jak te o psach i kotach. Może to i dobrze, bo zwiększa prawdopodobieństwo trafienia na perełkę. Mam nadzieję, że to będzie perełka.

Od dziś "ptasi móżdżek"nabiera nowego znaczenia!
Autorka przedstawia najnowsze odkrycia naukowe dotyczące niezwykłych ptasich zdolności, ubarwiając opowieść licznymi anegdotami. Jak się okazuje, poza doskonałą orientacją w terenie czy umiejętnością korzystania z narzędzi, zwierzęta te wykazują ogromną inteligencję społeczną. Potrafią zwodzić, manipulować i podsłuchiwać. Wzywają świadków, gdy odkryją śmierć swoich pobratymców, opłakują zmarłych i całują na pocieszenie. A niektóre potrafią nawet rozpoznać swoje odbicie w lustrze. To idealna lektura nie tylko dla miłośników ptaków, ale także dla wszystkich ciekawych otaczającego nas świata.
Czy wiesz, że... ?
Czarnowron zdobywa swoje ulubione orzechy, kładąc je na przejściu dla pieszych. Czeka, aż przejeżdżające samochody zmiażdżą łupiny, a na czerwonym świetle spokojnie zbiera smakołyki.
Orzechówka popielata ukrywa swoje zapasy – nawet 30 000 ziaren – na obszarze kilkunastu kilometrów kwadratowych i potrafi je wszystkie odnaleźć po kilku miesiącach.
Przedrzeźniacz umie zapamiętać do 2000 różnych melodii, choć jego mózg jest ponad tysiąc razy mniejszy od naszego.
 

"Na południe od Brazos" Larry McMurtry
25 października

Przyznam szczerze, że nie znam się na westernach. Jedyny jakie oglądałam, to "Wild Wild West", czytać nie czytałam żadnego. Ale to jest ponad osiemset stron bardzo plastycznie napisanego westernu... Więc się waham.

Oddana po raz pierwszy do rąk czytelników w 1985 roku „Na południe od Brazos” Larry'ego McMurtry’ego to powieść wyjątkowa. Doceniona zarówno przez krytyków (nagroda Pulitzera za 1985 rok), jak i czytelników (średnia ocen na goodreads.com to 4,5 w pięciostopniowej skali, z kolei na lubimyczyac.pl: 8,5 na 10 możliwych), doczekała się też wspaniałej ekranizacji w postaci miniserialu z życiowymi (jak sami przyznają) rolami wybitnych aktorów, Roberta Duvalla i Tommy’ego Lee Jonesa. Larry McMurtry stworzył western z krwi i kości, zachwycający nawet tych, którzy za westernami nie przepadają; napisany z rozmachem, pełen mistrzowsko wykreowanych, wielowymiarowych postaci, uchwyconych w nad wyraz realistycznej, niespiesznej fabule. Książkę bez wad, literackie arcydzieło, które bawi, smuci, wzrusza, skłania do refleksji.
Wydanie powieści, które Czytelnik ma przed sobą, w doskonałym, klasycznym tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego (który m.in. za ten przekład otrzymał nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich za 1991 rok), wzbogacone zostało o obszerne posłowie Michała Stanka oraz wkładkę z unikalnymi materiałami ilustracyjnymi – oryginalnymi fotografiami z epoki, a także zdjęciami z planu filmowego opartego na powieści serialu.

"Mitologia słowiańska" Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona
25 października

Można powiedzieć, że ksiązki wydawnictwa Bosz to przedmioty dla kolekcjonerów - zawsze dopracowane artystycznie. A że jakoś tak się złożyło, że żadnej mitologii słowiańskiej w domu nie mam, czemu nie miałaby to być śliczna (zakładam) wersja od nich?

"Mitologia słowiańska" Jakuba Bobrowskiego i Mateusza Wrony zabiera czytelników w fascynujący świat pradawnych Słowian oraz ich wierzeń. Autorzy, w oparciu o aktualne opracowania naukowe z dziedziny historii, religioznawstwa i językoznawstwa, w sposób barwny i pobudzający wyobraźnię prezentują sylwetki pradawnych bogów i herosów, jak również postaci słowiańskiej demonologii. Tym, co wyróżnia "Mitologię słowiańską" spośród innych dostępnych tego typu książek jest przyjazny każdemu czytelnikowi język przedstawionych historii, pozbawiony naukowych, często trudno rozumianych terminów. Publikacja ta jest zbiorem fabularnych opowiadań ilustrujących treść słowiańskich mitów, jednak wszystkie kulturowo-historyczne składniki zawartych w niej tekstów – imiona bóstw i demonów, ich atrybuty i zachowania – zgodne są z wiedzą naukową. W połączeniu z atrakcyjną i przejrzystą formą narracji, czyni to niniejsza książkę atrakcyjną nie tylko dla badaczy historii Słowian, ale także miłośników literatury fantasy, gier komputerowych i wszelkich działań mających charakter rekonstrukcji przeszłości.

"Nie mamy pojęcia" Jorge Cham, Daniel Whiteson
25 października

Książka popularnonaukowa z ciekawym pomysłem. Lubię takie. Mam nadzieję, że to nie będzie li tylko zbiór ciekawostek (takich nie lubię).

Już za chwilę dowiecie się o wszystkim, czego nie wiemy o naszym dziwnym i tajemniczym wszechświecie!
Wiedza człowieka o świecie, jaki go otacza, jest pełna luk. I nie są luki małe, takie, które można by bez obaw zignorować – mowa tu raczej o ziejących pustką otchłaniach! Tak – aż do tego stopnia nie mamy pojęcia, jak działa wszechświat! Twórca znanej serii pasków komiksowych PHD, a także robotyk – Jorge Cham – wraz z fizykiem cząstek elementarnych Danielem Whitesonem połączyli swe siły, by zbadać stan naszej wiedzy – a raczej ogromnej niewiedzy! – o wszechświecie. Za pomocą zabawnych komiksowych rysunków, przemawiających do wyobraźni infografik i niezwykle humorystycznych, a przy tym bardzo klarownych naukowych wyjaśnień, Jorge i Daniel zaprezentują nam cały wachlarz zdumiewających pytań, które wciąż wprawiają naukowców w zakłopotanie, i spróbują poszukać najlepszych możliwych i zgodnych ze stanem obecnej wiedzy odpowiedzi.
Co to za pytania? Oto zaledwie kilka z nich:
Dlaczego we wszechświecie obowiązuje ograniczenie prędkości?
Jak to się stało, że nie jesteśmy zbudowani z antymaterii?
Co (lub kto) atakuje Ziemię strumieniem małych ultraszybkich cząstek?
Czym jest antymateria? I dlaczego uparcie nas ignoruje?
Wygląda zatem na to, że wszechświat jest pełen dziwactw, które na pierwszy rzut oka są zupełnie bez sensu. Ale Jorge i Daniel stawiają sprawę inaczej: pokazują, że pytania, na które nie znamy odpowiedzi, są równie intrygujące jak te, które już mamy z głowy.
Ta książka to w pełni ilustrowany wstęp do największych nierozwikłanych tajemnic fizyki – ale to nie wszystko; to także wspaniała lektura, która odczarowuje i wyjaśnia wiele rzeczy, o których bardzo dużo już wiemy: od kwarków i neutrin, przez fale grawitacyjne, aż do wybuchających czarnych dziur. Jorge i Daniel zachęcają nas, byśmy spojrzeli na wszechświat jak na niezmierzony, niezbadany obszar, który wciąż możemy poznawać – a czynią to, pisząc niezwykle lekko i z wielkim poczuciem humoru.

"Dzika biblioteka" Paweł Dunin-Wąsowicz
25 października

Rozmowy o książkach zawsze na propsie. Zwłaszcza, że autor kiedyś coś o fantastyce skrobnął, więc jest nadzieja na tytuły nie tylko z mainstreamu. Ciekawam.

Paweł Dunin-Wąsowicz opowiada o ważnych dla niego książkach. O detektywistycznych powieściach, które poznał w dzieciństwie i dziwactwach wyszperanych w antykwariatach. Także o tym, jak wydał pierwsze książki Doroty Masłowskiej i Jakuba Żulczyka i jak nie wydał innych bestsellerów.

"Sekrety zwierząt" Fleur Daugey
26 października

Przyznam, że tę książkę odnotowuje bardziej ku pamięci - nie zainteresowała mnie niczym szczególnym, ale jest o zwierzętach, więc dobrze o niej pamiętać.

Fascynujące tajemnice świata, który szczeka, miauczy, syczy, bzyczy, ryczy, buczy, muczy, kląska i pohukuje…
Zwierzęta - dzikie i te oswojone, nasze domowe pieszczochy – mają wiele sekretów. Pora je poznać. Dzięki Fleur Daguey odkryjesz, że twój ulubiony kot może stać się prawdziwym zabójcą, niektóre ryby są w stanie przeżyć nawet w temperaturze 50°C, a japońskie makaki dzielą się między sobą… kulinarnymi przepisami! Poczujesz dreszcz na plecach, czytając o tygrysach ludojadach i żarłocznych ptasznikach… Nauczysz się też w końcu odróżniać gawrony od kruków, a pingwiny od alek. W tej zielonej książeczce, kontynuacji bestsellerowych Sekretów roślin Anne-France Dautheville, znajdziesz ponad 300 anegdot, historyjek i legend na temat zwierząt. Są poważne i zabawne, czysto naukowe i bardzo praktyczne, użyteczne i całkiem zbędne, i niezmiennie nas fascynują oraz zaskakują
.

"Szepty pod ziemią" Ben Aaronovitch
27 października

Mag postanowił nareszcie wydać trzeci tom cyklu o Peterze Grancie, przy okazji wznawiając dwa poprzednie w nowej, twardej oprawie (pisałam już o nich: tu o pierwszym, a tu o drugim). Chętnie się dowiem, co będzie dalej, choć jakoś szczególnie nóżkami nie przebieram.

Nazywam się Peter Grant i jestem detektywem posterunkowym w potężnej armii sprawiedliwości znanej jako policja londyńska (tudzież psiarnia). Szkolę się także na czarodzieja, jestem pierwszym takim uczniem od pięćdziesięciu lat. Oficjalnie pracuję w wydziale do zwalczania przestępstw gospodarczych i innych, w jednostce dziewiątej, znanej też jako Szaleństwo i jako jednostka, o której grzeczni, dobrze wychowani gliniarze nie rozmawiają w kulturalnym towarzystwie.
Od poniedziałku mam okazję zająć się prawdziwą policyjną robotą. Niezidentyfikowana Ofiara została zadźgana na torach metra przy stacji Baker Street. Obecność magii niewykluczona.
Niezidentyfikowana Ofiara okazuje się synem amerykańskiego senatora i zanim zdążysz powiedzieć „międzynarodowy incydent” do sprawy posterunkowego detektywa Granta dołącza agentka FBI Kimberley Reynolds.
A w ciemnych tunelach londyńskiego metra, pośród pogrzebanych rzek i wiktoriańskich rynsztoków niesie się szept o zemście zza grobu.
Najnowsza sprawa posterunkowego detektywa Granta zaraz się wtoczy na śliskie tory…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...