Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Hałas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Hałas. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lipca 2020

"Czerń nie zapomina" Agnieszka Hałas



Zakończenia serii są bardzo ryzykowne dla autorów, wszak trzeba usatysfakcjonować rozochoconą widownię. Zadanie jest tym trudniejsze, im lepsza była seria a ryzyko porażki zawsze spore. Tak więc Agnieszka Hałas stanęła przed wyzwaniem, kiedy pisała „Czerń nie zapomina” - finałowy tom swojego „Teatru Węży”. Czy mu podołała?

Po wycieczce w tropikalne rejony w „Śpiewie potępionych” znowu wracamy w klimaty bardziej umiarkowane. Oraz do bohaterów, których do tej pory znaliśmy raczej przelotnie. Akhania ar Vithenare chwyta dwójkę żmijów i z rozkazu srebra każe im odszukać trzeciego, Krzyczącego w Ciemności, który po wydarzeniach z poprzedniego tomu rozpłynął się w powietrzu (w przenośni, nie dosłownie). Lorraine, młoda, choć utalentowana wróżbitka również go szuka, popychana przez nawiedzające ją wizje. Tymczasem demony z Doliny Śniedzi knują intrygę, której konsekwencje mogą okazać się ostateczne dla świata ludzi, a srebrni magowie mają swoje własne problemy.

środa, 10 lipca 2019

"Śpiew Potępionych" Agnieszka Hałas


Teoretycznie „Teatr Węży” miał być trylogią, więc niektórych czytelników mogłoby nieco zdziwić, że oto ukazał się tom czwarty. Ale prawda jest taka, że pierwotnie cykl miał się składać z pięciu części i tylko realia wydawnicze sprawiły, że dotąd występował jako trylogia. Teraz realia się zmieniły i osobiście jestem z tego bardzo zadowolona.

W „Śpiewie potępionych” zmieniamy dekoracje. Opuszczamy mroczne i brudne slumsy miast znad Zatoki Snów i przenosimy się w znacznie przyjemniejsze miejsce. Brune bowiem, po kilku miesiącach pracy dla sylfów i ukrywania się w stolicy został zmuszony do opuszczenia ich dominium. Wytropiła go Elita, z propozycją nie do odrzucenia – na tropikalnych Wyspach Śpiewu demony Otchłani szykują jakąś potężną katastrofę, a wysłani tam agenci srebrnych padają jak muchy w podejrzanych okolicznościach. Czas więc sięgnąć po nieszablonowe metody i wysłać z misją rozwiązania problemu żmija.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

"W mocy wichru" Agnieszka Hałas


Za mną ostatnia jak dotąd napisana powieść o Krzyczącym w Ciemności (choć przygarnęłabym jeszcze jakiś zbiór opowiadań z uniwersum, nie powiem). Pod pewnymi względami „W mocy wichru” było lektura bardzo satysfakcjonującą (na przykład objętość miło zaskoczyła), pod innymi jakby mniej, ale może przejdźmy do konkretów.

Tym razem zaczyna się od tego, że Marshia ma kłopoty – jej demoniczny mocodawca postanowił podarować jej kontrakt innej dolinie Otchłani, a potencjalny nowy opiekun raczej nie ma dobrych zamiarów, a do tego chce wciągnąć na służbę dwie uczennice żmijki. W cyrografie jest jednak pewien zapis, który daje szansę wyplątania się z całej sytuacji, ale nie będzie to łatwe, a konsekwencje będą poważne...

W zasadzie trzeci tom powieści ze świata Zmroczy to nie tyle kolejna opowieść o Krzyczącym w Ciemności (choć oczywiście Brune dostaje obszerny i kluczowy wątek, o czym za chwilę), co o Anavri. I może dlatego wydaje mi się ciekawszy.

Anavri to młoda dziewczyna, którą budzący się czarny dar wyrwał z wygodnego życia umiarkowanie majętnej szlachcianki i wrzucił w kompletnie nieznany świat wiecznie ukrywających się ka-ira, czarnych magów (co właściwie miało miejsce już w poprzednich tomach, ale dziewczyna nie dostała dość czasu antenowego). Inaczej niż w przypadku większości nastoletnich bohaterek powieści dla młodych dorosłych (nie, żeby „Teatr Węży” był cyklem należącym do tego nurtu, ale wiecie, co mam na myśli), które każdą nową moc witają z otwartymi ramionami, Anavri nie chce przyjąć swojego daru. Wie, że nie ma wyjścia i od tej pory musi z nim żyć, ale poza tym stara się ostentacyjnie odrzucać nową moc – stawia bierny opór podczas magicznej edukacji, nie chce słyszeć o swoich nowych możliwościach, podejmuje nawet próby zlikwidowania daru razem ze sobą.

Na kolejnych stronach widzimy, jak Anavri powoli godzi się z tym, że do poprzedniego życia nie ma już powrotu (co rozum wiedział niby od początku, ale serce i emocje nie chciały przyjąć do wiadomości) i że jeśli nie chce umrzeć powolną i bolesną śmiercią jak brat, musi nauczyć się dobrze władać narzędziem, jakie los wcisnął jej w ręce. Ciągle nie lubi siebie jako czarnego maga, nie identyfikuje się z tym określeniem, ale zaczyna doceniać nowe możliwości w ich praktycznych aspektach. Autorce świetnie udało się na stronach powieści oddać ewolucję zagubionej, zrozpaczonej dziewczynki w twardą, młodą kobietę, ciągle poszukującą swojego miejsca we wszechświecie. Do tego stopnia, że znacznie chętniej przeczytałabym powieść o dalszych losach Anavri niż Brune'a (to się odmienia w ogóle?). Co w sumie chyba dotyczy wszystkich żeńskich bohaterek.

Sam Brune też nie próżnuje. Poprzednio zarzucałam mu reaktywność zamiast aktywności i w zasadzie podtrzymuję ten osąd, niemniej autorka tym razem szturcha go fabularnym patykiem niemal bez przerwy, co nie pozwala mu wieść spokojnego, monotonnego i niezbyt dla czytelnika interesującego życia, jakie z pewnością najbardziej by mu odpowiadało. W bardzo satysfakcjonujący sposób otrzymujemy rozwiązanie większości zagadek z przeszłości, głównie tych odnośnie prawdziwej tożsamości żmija i jego powiązań z Otchłanią. Poza tym Brune ma okazję sprawdzić się w roli nauczyciela (z zyskiem dla czytelnika, bo dzięki temu możemy dowiedzieć się nieco więcej o prawach rządzących czarną magią, a to z kolei stanowi nieoceniony dodatek do konstrukcji świata przedstawionego... o czym w sumie też za chwilę). Ponadto autorka wplątuje go w dość niespodziewany romans, którego klasycznym romansem nazwać chyba nie można. Brune bowiem, mimo teoretycznie pozycji siły w tym układzie, dostaje zdecydowanie mniej niż oferuje. Biorąc to pod uwagę, całą tę relację można uznać za oryginalne spojrzenie na temat, w dodatku bardzo dobrze opisane (choć przyznam, że bardzo długo mnie ten wątek uwierał - Brune zdecydowanie nie wyglądał mi na kogoś, kto da się wciągnąć w taki układ).

Sam świat przedstawiony również nieco nam się wzbogacił. Dowiedzieliśmy się trochę o układzie sił w Otchłani, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że geografia planety zaczyna nam przedstawiać się nieco szerzej niż najbliższa okolica pięciu miast nad Zatoką Snów. Dowiadujemy się, że są jakieś oceany, na których występują archipelagi i mamy nawet jakieś inne kontynenty! W sumie to jest ten moment, kiedy obstawałabym za mapką w książce.

Zakończenie pozostaje... irytująco otwarte. To znaczy autorka cwanie pozamykała najważniejsze wątki, żeby rozeźleni fani nie wysyłali jej listów z pogróżkami, ale właściwie ucięła to wszystko w momencie, w którym nie sposób nie dopytywać „I co dalej!?”. Jakim cudem nie dochodziło do aktów przemocy, kiedy jeszcze nie wiadomo było o planowanej kontynuacji, doprawdy nie wiem. Cóż, pozostaje tylko czekać na ciąg dalszy. Choć znając hałasowe tempo, przyjdzie czekać kilka lat.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: W mocy wichru
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2018
Stron: 608

sobota, 17 marca 2018

"Pośród cieni" Agnieszka Hałas


Drugi tom (jeszcze) trylogii o Krzyczącym w Ciemności przeczytałam już jakiś czas temu i najwyższa pora napisać o nim kilka słów, zwłaszcza, że na stosie do pilnej lektury zalega już tom trzeci. Lektura utwierdziła mnie przede wszystkim w przekonaniu, że błędem było wydawanie „Dwóch kart” i „Pośród cieni” jako osobnych książek. Fabularnie jest to jedna opowieść (może z niekoniecznie liniową fabułą, ale wciąż), a drugi tom zamyka wiele wątków, które w pierwszym pozostały ordynarnie otwarte.

Krzyczący ciągle gnieździ się w swojej przytulnej norce w podziemiach Shan Vaola – niedawne wydarzenia pozostawiły go dość mocno poturbowanym, ale w gruncie rzeczy niezmienionym i ka'ira ciągle łudzi się, że będzie mogło być po staremu. Tymczasem ktoś obrał sobie za punkt honoru upolowanie naszego czarnego maga. W dodatku młode dziewczęta będą potrzebować pomocy, a zapomniana przeszłość zacznie się powoli ujawniać...

Moim głównym problemem z Krzyczącym w Ciemności jest fakt, że to bohater w gruncie rzeczy bierny. Choć może powinnam raczej powiedzieć: reaktywny, a nie aktywny. W poprzednim tomie mogliśmy to składać na karb narracji – toczyła się obok głównego bohatera, pokazując go nieco z boku i nie dając czytelnikowi wielkiego wglądu w jego motywacje. W „Pośród cieni” perspektywa się zmienia i czytelnik może obcować z Krzyczącym bliżej. I tak obcując bliżej odniosłam wrażenie, że to postać rozpaczliwie pragnąca zachować status quo, jeśli tylko jest ono dla niej względnie wygodne. Woli kisić się w zatęchłych kryptach, choć mógłby zbudować sobie znacznie przyjemniejszą enklawę w Sferach i dopiero atak na jego piwniczne lokum skłania go do podjęcia wysiłku. Podobnie z próbami odzyskania wspomnień – zaczyna je podejmować dopiero wtedy, kiedy pojawiają się męczące koszmary. Tak typowy przykład „nie chcem, ale muszem”. Choć trzeba autorce oddać, że tym razem Brune „musiał” dość często. (I tak go lubię. Ale za zgoła inne rzeczy)

Może przez kontrast (a może nie), znacznie ciekawiej prezentują się czarodziejki płci żeńskiej, po obu stronach magicznej barykady. Dynamicznie rozwijają się wątki dwóch młodych dziewcząt, które na chwilę pojawiły się w „Dwóch kartach”, i których życie dramatycznie się zmienia z przyczyn od nich niezależnych, by w końcu wylądowały u tej samej mentorki. Co prawda panienki niewiele jeszcze miały okazję zaprezentować, ale obiecująco się zapowiadają (i nawet Brune w ich wątkach wydaje się jakiś bardziej zaangażowany). Równie dobrze wypada ich mentorka, która zyskuje w toku powieści nieco głębi (i w sumie podoba mi się kierunek w jakim zmierza ta postać). No i jest jeszcze pewna demonica, o niebagatelnym znaczeniu dla Krzyczącego i jego utraconej tożsamości.

Sama fabuła tym razem jest bardziej standardowa – nabiera liniowości. Brune zaczyna szukać swoich utraconych wspomnień, a przy okazji przytrafia mu się kilka starć z wrażymi siłami i kilka damseli do wyratowania z distresów. Wydaje i się, że czytelnicy, którzy poprzednio narzekali na zbytnie rozmycie wątków, powinni być zadowoleni.

I tak – jako kontynuacja „Pośród cieni” jest satysfakcjonujące. Cierpi trochę na syndrom drugiego tomu, bo zajmuje się głównie rozwijaniem wątków zasygnalizowanych w „Dwóch kartach”, ale taki już los kolejnych części. Przynajmniej okazał się na tyle dobrym rozwinięciem, że bardzo chętnie sięgnę po następny tom.

Tytuł: Pośród ceni
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2017
Stron: 348

sobota, 14 października 2017

"Dwie karty" Agnieszka Hałas

Agnieszka Hałas ma w fandomie opinię jednej z najbardziej niedocenionych pisarek. Głównie niedocenionej przez wydawców, bo jak dotąd udawało się jej wydawać w oficynach niszowych z ograniczoną dystrybucją i promocją – a trudno zbudować sobie fanbazę, kiedy twoje książki docierają tylko do osób już zaangażowanych. Teraz za sztandarowy cykl Agnieszki, czyli „Teatr węży”, zabrał się Rebis – czyli wydawnictwo znane i z pewnością umiejące w marketing. Czekałam na to z lekturą. Kruki od lat krakały, że dobre i w ogóle, więc dlaczego miałabym sobie odmawiać rarytasów teraz, kiedy stały się znacznie łatwiej dostępne? Acz muszę przyznać, że to krucze krakanie i ogólny klimat niedocenionej perełki sprawił, że miałam pewne oczekiwania. Które podczas lektury musiałam zweryfikować.

Kiedy bogowie (po iście pyrrusowym zwycięstwie w wojnie z siłami zła) opuszczali świat, okryli go Zmroczą, aby chroniła mieszkańców przed demonami. Pieczę nad Zmroczą sprawują srebrni magowie – pilnują zachowania równowagi niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania osłony. No i są jeszcze czarni magowie, którzy według srebrnych tę równowagę zakłócają…

Tymczasem w Shan Vaola, dużym i bogatym mieście nad Zatoką Snów, grupa nędzarzy znajduje na brzegu morza mężczyznę. Zaczyna się zakłócenie Zmroczy, a to nie jest dobra pora na zostanie na zewnątrz, zwłaszcza dla kogoś, kto jak widać sporo przeszedł i nie bardzo jest z nim jakikolwiek kontakt. Dlatego zbieracze śmieci postanawiają zabrać nieznajomego do swojej kryjówki. Gdzie ten stopniowo wraca do siebie. I choć nie pamięta swojej przeszłości, to dość szybko orientuje się, że jest wyszkolonym czarnym magiem…

Pierwszym zaskoczeniem był fakt, że książka nie ma określonej linii fabularnej. Wiecie, zwykle, kiedy czyta się powieść (zwłaszcza fantasy, bo tutaj autorzy są raczej nieskłonni do eksperymentów konstrukcyjnych), to od razu wiadomo, o co chodzi. Jeśli mamy mroczny artefakt, to fabuła będzie dążyć do jego zniszczenia. Jeśli mamy księcia, który utracił tron, to wiadomo, że będzie próbował go odzyskać. Jeśli mamy drużynę najemników, to będą próbowali wykonać zlecone im zadanie i tak dalej. Tymczasem bohater Hałas po prostu jest, robi różne rzeczy… i tyle. Nie dąży do niczego, z nikim nie walczy, teoretycznie żadne siły rządzące światem się nim nie interesują, próbuje po prostu przeżyć. Owszem, dzieją się wokół niego wydarzenia niesamowite, ścierają się potęgi, ale tak naprawdę Krzyczący w Ciemności jest najwyżej ich mimowolnym uczestnikiem (żeby nie powiedzieć – gapiem). Nie chcę powiedzieć, że taka konstrukcja fabuł jest wadą. Wręcz przeciwnie – przy zalewie fabuł generycznych i przewidywalnych to raczej powiew świeżości. Tylko ostrzegam, że prowadzenia przez cały alfabet, od punktu A przez B do Z nie będzie.

Sam świat przestawiony jest jak dotąd fragmentarycznie – co jest wymuszone narracją skupioną na bohaterze, który żyje w tunelach pod miastem. Brakuje mi trochę szerszej perspektywy, ale przede mną jeszcze dwa tomy, więc może się pojawi. Tymczasem wycinek, który autorka postanowiła nam pokazać jest faktycznie oryginalny, zwłaszcza na tle rodzimej twórczości. Oto bowiem mamy miasto, plus-minus renesansowe. Ale nie tę jego część, którą eksploatuje większość pisarzy fantasy – nie domu zamożnych mieszczan, nie mieszkanka robotników, nawet nie dzielnice rozrywki, gdzie jedni próbują pozyska pieniądze od utracjuszy dobrowolnie, a inni… mniej dobrowolnie. Hałas skupiła się na tej najmniej reprezentacyjnej stronie miasta: podziemnych slumsach. Gdzie schronienie znajdują nie tylko ludzie niskich warstw społecznych (lub tacy, którzy z racji zawodu nie powinni być zbyt widoczni), ale też odmieńcy. Wszak Shan Vaola to miasto zarządzane przez srebrnych magów, więc i o nienaturalne stworzenia tu łatwo. A że mocno niekiedy różnią się od ludzi, to i nie są mile widziane w lepszych dzielnicach. 

Taki wybór dekoracji sprawia, że powieść jest nieco mroczna - podziemia nie są szczególnie estetyczne a biedacy zdrowi, ścieki nie pachną fiołkami i tak dalej. Tak więc trzeba się przygotować na nieco turpistyczne doznania, jeśli ma się ochotę na lekturę "Dwóch kart".

Hałas bardzo skutecznie porzuciła klasyczny bestiariusz fantasy – jak dotąd zamiast elfów i krasnoludów mamy odmieńców, chowańce i demony (oraz trochę pomniejszego tałatajstwa). Dwa ostatnie to po prostu stworzenia z innych wymiarów – demony mieszkają w… miejscu, które nosi wszelkie znamiona piekła, wygląd też mają klasyczny (z tym, że jest to raczej klasyczny Bosch, a nie brzydal z rogami i kopytami, plus trochę inspiracji różnymi mitologiami), a ich głównym celem jest pozyskanie dusz, od czego zależy potęga ich domeny. Chowańce to po prostu stworki sprowadzane z różnych platform astralnych, aby pełnić funkcje pomocnika maga i mogą mieć dowolny wygląd. Mnie osobiście najbardziej zainteresowali odmieńcy, których genezę i funkcję autorka nakreśliła tylko bardzo z grubsza. Zwykle są humanoidalni, ale zakres tej humanoidalności waha się od zrakowaciałego goblina po mokra fantazję miłośnika furry. Zwykle są inteligentne. I zwykle żyją na marginesie – o ile toleruje się je, kiedy są pożyteczne, to przeważnie woli się ich nie oglądać, a kiedy dzieje się im coś złego, nikt się o nich nie upomni. Maja własną kulturę, dość hermetyczną. Mamy wśród nich kilka bardzo ciekawych postaci – moją ulubioną i chyba najlepiej zarysowaną jest Pyszczek, kobieta kot, która zarabia zwykle jako tancerka. Mam nadzieję, że jeszcze ją spotkam. I że autorka rzuci więcej światła na odmieńców jako takich, bo to dla mnie fascynująca grupa społeczna (gatunek chyba nie do końca).

Magia jako taka też jest przedstawiona ciekawie (jak i magowie w swej masie). Dzieli się, jak wspomniałam wyżej na srebrną i czarną. Srebrni magowie darzeni są szacunkiem (a przynajmniej budzą zdrowy lęk) i ogólnie trzymają władzę, mają swoje uniwersytety, a o prestiżu niech świadczy fakt, że nazywaj się Elitą. To legalna magia, a talent do niej jest pożądanym towarem. Czarna magia jest skażona, wyklęta, a tych, którzy urodzili się z talentem do niej ściga się niczym zbrodniarzy. Autorka nie wyjaśnia nam na tym etapie, jak działa magia srebrna, natomiast wiemy, że czarni magowie żywią się emocjami, zwłaszcza tymi negatywnymi - bólem, cierpieniem, rozpaczą. I to jest ten moment, w którym chyba zaczynam zaczyna nadinterpretować, ale nie potrafię się powstrzymać.

Otóż widzicie, korzystanie z obu rodzajów magii wymaga podobnych mechanizmów - pentagramy, rytuały, zioła, krew. Pomimo jednoznacznie kojarzących się nazw nie można im przypisać dobra i zła - czarni magowie, którzy zatracili się w swoim talencie bywają okrutni i niebezpieczni (cóż, ktoś, kto robi się potężniejszy od cudzego cierpienia będzie pewnie bardzo kreatywny w dążeniu do zwiększenia swojej potęgi), ale srebrni wcale nie są lepsi pod tym względem (ich dla odmiany interesuje tylko Ekwilibrium, równowaga Zmroczy i dla jej utrzymania stosują zasadę, że cel uświęca środki. Naprawdę wszystkie środki). Dlatego nie chce mi się wierzyć w to, że czarna magia jest nienaturalna i trzeba ją tępić. Przecież równowagi nie osiąga się przez wyeliminowanie jednego z pary. Układ między czarnymi a srebrnymi magami bardziej pasuje mi do sytuacji, kiedy historię napisali zwycięzcy - srebrni w tym przypadku (a autorka zasugerowała nam jeszcze, ze oficjalne wersje mitów w jej świecie niekoniecznie są jedynymi wersjami, nie bardziej prawdopodobnymi niż reszta). Dlatego nasuwa mi się myśl, że destabilizacja Zmroczy nie jest przyczyną tępienia ka'ira, czarnych magów. Tylko jej skutkiem. Być może ta teoria umrze wraz z przeczytaniem kolejnego tomu, ale na razie bardzo mi się podoba.;)

Chyba popadłam za bardzo w dygresje i detale, wróćmy więc może do spraw istotnych. Głównego bohatera na przykład. Sam Krzyczący w Ciemności to jest ten typ bohatera, który bardzo lubię – niby mroczny, po przejściach, ale jednak na swój sposób szlachetny. Coś pomiędzy chaotyczny dobry a neutralny dobry. Problem w tym, że nie czuję, żebym dobrze go poznałam. Autorka trzyma czytelnika na dystans od swojego bohatera i pozwala się do niego zbliżyć dość rzadko. Widzimy, co robi, ale nie wiemy, co myśli. Oczywiście z biegiem fabuły sytuacja się poprawia, ale wiąż nie wiemy, co w głowie maga siedzi, jak widzi świat i czego pragnie. Być może wynika to z faktu, że Krzyczący sam nie do końca wie, kim jest. Nie pamięta przeszłości i od czasu do czasu dopada go lęk związany z tym, do czego może doprowadzić go nadmierne i niekontrolowane użycie mocy, ale poza tym nie ma żadnych celów i ambicji, a fabuła nie zmusza go do porzucenia wygodnej kryjówki w podziemiach. Widzę w nim ogromny potencjał, ale obawiam się, że zaprezentuje go w pełni dopiero, kiedy ktoś go wykurzy z przytulnej krypty. Na co liczę (sorry, Krzyczący).

Przyznam, że mimo kilku wad i zgrzytów, z niecierpliwością czekam na premierę kolejnej części „Teatru węży”. Krzyczący w Ciemności jest bohaterem, jakiego w znanej mi rodzimej fantasy mi brakowało, dlatego cieszę się nako lejne spotkanie (kto wie, może tym razem da się lepiej poznać?). To samo dotyczy w sumie świata przedstawionego. No kawałek dobrej fantastyki po prostu. Lubię takie. 

Książkę otrzymałam od autorki

Tytuł: Dwie karty
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2017
Stron: 370
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...