sobota, 13 października 2012

Jak to widzę?: Paksennarion

Oto kolejna odsłona blogowego cyklu, w którym prezentuję moją wizję zgłaszanych przez was postaci (zgłaszać na przyszły miesiąc można tutaj). Tym razem odsłona powstawała w wielkich bólach, gdyż dopadło mnie jesienne przesilenie, w związku z czym nie mam energii ani ochoty absolutnie na nic. Ale wczoraj zaświeciło słońce i doładowało mi baterię, więc jest obrazek.;) Inkryminowany osobnik to bohaterka trylogii Elizabeth Moon "Czyny Paksennarion". Trylogia opowiada typową historię od zera (czyli córki owczarza) do bohatera (czyli sławnej pani paladyn) - co ciekawe, w trakcie tej przemiany nie występuje wątek ratowania świata. Zaważyło to na mojej sympatii dla trylogii, autorki i bohaterki. Na obrazku mamy Paksennarion z tomu pierwszego, kiedy to postanowiła zaciągnąć się do oddziałów najemnych (w ichnim neverlandzie baba w wojsku była co prawda zjawiskiem raczej rzadkim, ale nie sensacyjnym). Zawsze wyobrażałam ją sobie jako zwykłą wiejską dziołchę, ani ładną, ani brzydką, może nieco bardziej refleksyjnie nastawioną do życia, niż otoczenie. Widzimy ją w pancerzu typu fantasy, czyli kompletnie od czapy i do niczego nie podobnym, ale fajnie wyglądającym. Jak mi minie ta jesienna chandra, to może ją nawet pokoloruję.;)

Paksennarion - można ją powiększyć kliknięciem.

środa, 10 października 2012

Opowiem ci ciekawą historię. A nawet kilka - "M jak maga" Neil Gaiman


Recenzja sponsorowana przez Arię, która pożyczyła mi książeczkę. Dzięki!:)

Neil Gaiman jest autorem niewątpliwie płodnym, chociaż tylko część jego twórczości stanowią książki. Jest też jednym z niewielu autorów, który z równą lekkością piszą dla dzieci i dla dorosłych. Tym razem mamy do czynienia ze zbiorem opowiadań dla młodszych czytelników, jednak teksty zawarte w „M jak magia” jakością bija na głowę wiele opowiadań dla dorosłych. I czasem dostarczają nieporównywalnie większej rozrywki.

Zbiorek rozpoczyna się wstępem, w którym autor wyjaśnia, dlaczego opowiadania są fajne i dlaczego tak bardzo lubił je, kiedy sam był dzieckiem (muszę przyznać, że nie podzielałam jego sympatii). Tekst jest na tyle ciekawy, że zaczęłam po cichu marzyć o jakimś zbiorku felietonów czy esejów Gaimana. Ale to tylko wstęp, przejdźmy więc do opowiadań, zwłaszcza, że autor napisał też, czego się można po „M jak magii” spodziewać.

„Sprawa dwudziestu czterech kosów” to opowieść detektywistyczna rozgrywająca się w mrocznych zaułkach Bajkowa. Śledztwo prowadzi Tom Paluch, a jego przedmiotem są niewyjaśnione okoliczności śmierci Humpty Dumpty’ego. Sposób, w jaki Gaiman wykorzystał zarówno te, jak i inne bajkowe postacie bardzo przywodzi na myśl filmy o Shrecku, ze szczególnym uwzględnieniem „Kota w Butach”. Przestępczy światek Bajkowa to nie przelewki, za to świetna zabawa nie tylko przez odnajdywanie znanych postaci w nowym kontekście, ale też dzięki ciekawej intrydze.

„Trollowy most” to z kolei historia chłopca (a później mężczyzny), który podczas jednej ze swoich wypraw do pobliskiego lasu spotkał trolla. Rzecz to niesłychana, albowiem działo się to w naszym świecie w latach mniej więcej pięćdziesiątych. Co było dalej, przeczytajcie sami, ja dodam tylko, że fabuła, mimo dobrej pointy, nie była szczególnie absorbująca.

„Nie pytaj diabła” to króciutki tekst o złowrogim, zabawkowym diable, który wpływa na życie bawiących się nim dzieci. Chociaż pod względem wykonania nie mam tu nic do zarzucenia, nie trafił do mnie. Dla odmiany „Jak sprzedać Most Pontyjski” ubawiło mnie setnie, jest to bowiem historia jednego z oszust doskonałych, dokonanych na innej planecie. Napisana ze swadą i pomysłem w taki sposób, że czytelnik nie może się doczekać rozwiązania zagadki.

„Październik w fotelu” wykorzystuje częsty w baśniach motyw dwunastu miesięcy siedzących wokół ogniska. Tym razem opowiadają sobie historie. I choć opowieść tytułowego miesiąca wypadła świetnie, całego opowiadania jakoś nie mogę zaliczyć do najlepszych tekstów. W przeciwieństwie do „Rycerskości”, która oczarowała mnie klimatem z Monthy Pytona rodem. Bo poszukiwania świętego Graala u współczesnej, angielskiej staruszki nie można inaczej określić.

„Cena” to jedno z moich ulubionych opowiadań z tego tomiku. Po pierwsze dlatego, że jest o kocie. Po drugie dlatego, że bazuje na magii, jaką przypisuje się tym zwierzętom, a po trzecie dlatego, że pokazuje Czarnego Kota w całkiem innym świetle, niż straszne opowieści. Świetna rzecz.

„Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach” ma świetny pomysł, ale wolałabym, żeby autor wykorzystał go inaczej – teraz brakuje tu mocnej pointy. Zupełnie inaczej, niż w „Ptaku słońca” (które to opowiadanie znajduje się też w zbiorze „Rzeczy ulotne”, o ile się nie mylę). Tutaj co prawda nie dałam się zaskoczyć fabułą, ale za to pointa jest powalająco pomysłowa. Sam koncept opowiadania z resztą też. „Nagrobek dla wiedźmy” to jeden z rozdziałów „Księgi cmentarnej” – świetnie wypada w obu rolach. Na koniec zaś autor podał „Instrukcję” radzenia sobie w baśniowych krainach, wierszem pisaną.

Ogólne wrażenia po „M jak magii” są jak najbardziej pozytywne. Jeśli dacie dziecku ten zbiorek, możecie być pewni, że polubi opowiadania.

Tytuł: M jak magia
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: M for Magic
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2007
Stron: 240

poniedziałek, 8 października 2012

Daj się ponieść magii cyrku - "Cyrk Nocy" Erin Morgenstern [Przedpremierowo]

Wiele książek nazywanych jest bestsellerami i chyba większość czytelników zdaje sobie sprawę, że taki napis o niczym nie świadczy, no, może o dochodach wydawcy. Niemniej jednak niektóre książki dobrze się sprzedają z konkretnych powodów – chociażby takich, że są świetnie napisane, mają ciekawych bohaterów czy wciągającą fabułę. „Cyrk Nocy” niewątpliwie posiada konkretne powody, żeby dobrze się sprzedać.

Pewnej nocy dwóch mężczyzn postanawia wystawić swoich uczniów w pojedynku. Nie jest to jednak nic tak prozaicznego, jak walka szermierzy czy zawody w strzelaniu. Obaj panowie są bowiem magami i rozgrywka musi być o wiele subtelniejsza. Jeden szkoli swoją uczennicę wyłącznie za pomocą zajęć praktycznych. Drugi przekazuje wiedzę uczniowi jedynie za pomocą książek. Pojedynek wszakże musi mieć odpowiednią oprawę i tę oprawę ma mu zapewnić coś wyjątkowego – niesamowity cyrk. Z czasem okazuje się, że znaczenie cyrku jest przeogromne, a jego losy splatają ze wszystkimi, którzy przyłożyli rękę do jego powstania. Jak na tej arenie poradzi sobie dwoje zagubionych ludzi, którzy wbrew sobie znaleźli się po przeciwnych stronach barykady?

„Cyrk Nocy” jest z pewnością powieścią niezwykłą. Wbrew pozorom nie jest jednak opowieścią o magicznym pojedynku na tle dziewiętnastowiecznego Londynu. Nie jest też do końca opowieścią o miłości, chociaż wątek ten ma spore znaczenie. Jest opowieścią o miejscu. Roztaczający nieziemską aurę Le Cirqe des Reves jest tu głównym bohaterem. To jego niezwykłość porywa czytelnika, to piękno opisu poszczególnych atrakcji jest duszą książki. Cyrk odpowiada na nasze tęsknoty i jest płótnem, na którym różnobarwnymi nićmi wyhaftowano losy bohaterów. Czym byłby haft bez płótna?

Główni bohaterowie nie są tak zachwycający, jak cyrk. Oczywiście Celia i Marco stanowią bez wątpienia ciekawe i przyciągające uwagę osobowości, ale są dokładnie tym, czego należałoby się spodziewać bo po bohaterach podobnej opowieści. Ich niedoskonałość nie polega na posiadaniu jakiegoś konkretnego mankamentu, lecz właśnie na akuratności. Na szczęście w cyrku pracuje wiele osób, które są kompletnie zaskakujące i nie mam tu na myśli magów, od których się wszystko zaczęło. Mamy więc tajemniczą i egzotyczną kobietę gumę, mamy emerytowaną primabalerinę – obecnie dyktatorkę mody, jest też para ognistowłosych bliźniąt, urodzonych w noc otwarcia cyrku. Wszystkie te postacie są niezsamowite, wszystkie zapadają czytelnikowi w pamięć i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Erin Morgensterh posiada niebywały talent do tworzenia bohaterów.

Klimat powieści również jest niesamowity – czytanie tej książki przypomina odwiedziny w tytułowym cyrku, który jest bardziej wyrafinowanym teatrem ulicznym, niż klasycznym cyrkiem. Główna w tym zasługa wyobraźni autorki i niezwykłej subtelności, z jaką posługuje się piórem. Opisy niezwykłości są niebywale żywe, aż czytelnik czuje, że może ich wszystkich dotknąć. I nawet narracja w czasie teraźniejszym nie jest w stanie tego zepsuć – wręcz przeciwnie.

Powieść Erin Morgenstern jest z pewnością warta polecenia – zwłaszcza dla tych, którzy szczyptę magii przedkładają ponad twardą rzeczywistość, jak i dla tych, którzy wolą subtelność dymów i luster od miotania ordynarnych ognistych kul. Polecam – odrobina magii na jesienne wieczory.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.

Tytuł: Cyrk Nocy
Autor: Erin Morgenstern
Tytuł oryginalny: The Night Circus
Tłumacz: Patryk Gołębiowski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2012 (premiera 17 października)
Stron: 429

piątek, 5 października 2012

Space marines ciąg dalszy - "Czas silnych istot" księga 2 Marcin Przybyłek

W recenzji  poprzedniego tomu pisałam, że podzielenie „Czasu silnych istot” nie było dobrym pomysłem. Teraz zmieniłam zdanie, bowiem to pomysł nad wyraz udany. Obawiam się, że takiego stężenia militarystyki w jednej książce nawet najwytrwalsi miłośnicy gatunku by nie wytrzymali.

Fabularnie tom drugi rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym kończy się pierwszy. I bardzo dobrze, bo kończy się tak, że czytelnik nie może się doczekać dalszego ciągu, ale oznacza to też, że nie ma sensu wspominać o fabule. Dla porządku dodam tylko, że wojna trwa w najlepsze, a nasi dzielni bohaterowie kombinują, jak ją zakończyć w najkrótszym możliwym czasie.

Skoro już przy dzielnych bohaterach jesteśmy, to zabrakło wyrazistych postaci. O ile w tomie pierwszym pokazało się kilku sympatycznych (lub nie, ale w dalszym ciągu ciekawych) zuchów różnorakiej proweniencji, to w tomie drugim pozostał tylko wszechobecny Torkil. Inni bohaterowie niby są, ale poza nielicznymi wyjątkami nie pokazują niezbędnego do wzbudzenia czytelniczych emocji pazura. Najciekawsze jednak jest to, że autor najwyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, że główny bohater może w sposób męczący przysłonić wszystkich innych i sporo czasu i miejsca przeznaczył na tworzenie postaci drugo- i trzecioplanowych. Wynik co prawda nieszczególnie zadowala, ale warto docenić wysiłek.

Kolejnym zarzutem jest dość monotonna linia fabularna. Wiem, że fantastyka militarystyczna ma swoje prawa, ale drugiemu tomowi „Czasu silnych istot” przydałoby się nieco urozmaicenia. Tak jak w tomie pierwszym opisy codziennych technologii dawały wytchnienie od salw z superpukawek, tak tutaj nie bardzo jest przy czym odetchnąć (a kwestia arki pojawia się zbyt późno, żeby to zrekompensować).  Trochę szkoda, bo okazji było w bród, ale widać autorowi towarzyszyły inne priorytety.

Skoro już zajęłam się kwestiami fabularnymi, będę temat kontynuować. Irytująca jest maniera autora, polegająca na widowiskowych opisach bitew tylko po to, by moment kulminacyjny podsumować jednym lub dwoma zdaniami. Rozumiem, że ma być to pewnego rodzaju gra z konwencją, ale niestety, do mnie nie przemawia  - pozostawia nieprzyjemne wrażenie deus ex machina. Nie wątpię jednak, że takie rozwiązanie, będące poniekąd wbrew, znajdzie fanów.

Cały czas narzekam na zakończenie „Czasu silnych istot”, ale może po prostu zbyt dużo wymagam? Może szukam czegoś, czego nie ma, bo i nie miało tego być, zaś koneserzy gatunku będą się zastanawiać, dlaczego się czepiam? W końcu powieść ma pewien urok, jaki zawsze towarzyszy opisom wojennym, nawet mimo przeładowania rozwiązaniami rodem z Power Rangers (które, Bogiem a prawdą, w tomie drugim już tak się w oczy nie rzucają)? Cóż, sądzę, że każdy powinien to ocenić sam – po samodzielnej lekturze obu tomów.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Czas silnych istot księga 2
Autor: Marcin Przybyłek

Cykl: Gamedec
Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok: 2012
Stron: 479

środa, 3 października 2012

Stosik #36 i chwalę się tym, co zrobiłam.;)

To już pewnie będzie taka nowa świecka tradycja, że przy okazji stosików będę się chwalić też tym, co akurat zrobiłam w dekupażu czy jakiejś innej technice rękodzielniczej. Od przyszłego miesiąca do stosików będę też doklejać bukieciki z Googla, bo szkoda, żeby mi się okazy zmarnowały, a na osobną notkę to trochę zbyt mało. Ach, wkrótce (znaczy dzisiaj) dodam zakładkę "Sprzedam/wymienię", więc gdyby kogoś interesowały książki, których chcę się pozbyć, to zapraszam wieczorem.;) A teraz przejdźmy do rzeczy, czyli do zdobyczy:


Stosik recenzencki:
"Nowe Imperium. Szmaragdowy sztorm" Michael J. Sullivan - od Prószyńskiego. Tom pierwszy uznałam za przyjemnego przeciętniaczka. Ciekawe, jak będzie z tym.
"Paskuda & Co." Magdalena Kozak - egzemplarz przedpremierowy. Przeczytane, recenzja już napisana i czeka na wrzucenie w machinę redakcyjną. Od Insimilionu.
"Elyria" Brigitte Melzer, "Szpady kardynała" Piere Pevel i "Cyrk Nocy" Erine Morgenstern to efekt świeżo nawiązanej współpracy ze Światem Książki. Ten ostatni już przeczytany, więc w przyszłym tygodniu spodziewajcie się recenzji przedpremierowej.:)
"Century. Ognisty pierścień" Pierdomenico Baccalario od Firmy Księgarskiej Olesiejuk. Przepięknie wydana powieść młodzieżowa. Zobaczymy, jak z jakością tekstu.:)


Stosik pochodzenia różnorakiego:
"Tygrysie Wzgórza" Sarita Mandanna -zakup własny. Od dawna miałam chrapkę na tę powieść, a że się napatoczyła wersja kieszonkowe...^^'
"Conan wojownik" Robert E. Howard - stareńkie wydanie trzech oryginalnych opowiadanek conanowskich. Z biblioteki.
Dwa tomy "Planety dinozaurów" Anne McCaffrey - cos mnie na czytanie ramotek wzięło. Luby chwali, więc chyba będzie dobrze.:) Z biblioteki.
"Gobeliniarze" Andreas Eschbach - w ramach niemieckiej fantastyki.;) Z biblioteki.
"Oznaki życia" Ken Hillman - ostatnio mam fazę na książki o tematyce medycznej.;) Hillmana już prawie skończyłam i będę pochwalać. Z biblioteki.
"Czarne" Anna Kańtoch - pożyczanka od Serenity.
"Lubię być fantastą" Agnieszki Kawula-Kubiak i "Lepiej" Atula Gawande to pożyczanki od JoannyzKociewia.:)
"Serce Kaeleer" Anne Bishop - zakup własny za grosze.:) W sumie nie wiem po co.;)

A teraz się pochwalę moim dekupażowym pudełeczkiem, o:

Pokrywka.
A tu lepszy profil.;)
Coś, nad czym obecnie pracuję:


I naszyjnik:)


wtorek, 2 października 2012

Podsumowanie ankiety sierpniowej - ostatniej i bukiecik - nie ostatni

Na początek chciałabym zakomunikować, że więcej ankiet z tego cyklu już nie będzie. Uważam, że pomysł dawno się wyeksploatował i stał się zwyczajnie nudny. Zamiast tego pierwszego dnia miesiąca będą się pojawiać bieżące wyniki mojej akcji.:)

Ale tymczasem przejdźmy do wyników ankiety. Tym razem głosowały 23 osoby, oddając łącznie 31 głosów. Oto podium:

1. "Zaklęcie dla Cameleon" Piers Anthony - 52% (12 głosów)
2. "Życie jak w Tochigi" Anna Ikeda - 26% (6 głosów)
3. "Lare i t'ae" Eleonora Ratkiewicz & "Juniper Berry i tajemnicze drzewo" M. P. Kozlowsky - 17% (4 głosy)

Poza podium (malejąco):
"Człowiek ze złotym amuletem" Simon R. Green
"Czy mężczyzna może być w ciązy" Bill i Rich Sones & "Złoto i magia" Isaac Asimov
"Drzwi o trzech zamkach" Sonia Fernandez-Vidal

W zasadzie nie jestem zdziwiona wynikami, chociaż nie przypuszczałam, że stary, dobry "Xanth" będzie się cieszył takim powodzeniem. No i trochę szkoda, że "Drzwi o trzech zamkach" tak nisko...

I tradycyjnie już - na zakończenie mały bukiecik z wyszukiwarki:
choinka z kawy - widziałam choinki z książek, ale żeby z kawy? I to w sierpniu?!
erotyczne sceny greckie - mam skojarzenia co najmniej dwuznaczne, ale mam nadzieję, że chodziło o książkę "Życie prywatne i erotyczne w starożytnej Grecji i Rzymie"
hadrian czlonek riyrii uzbrojony - na razie nie ma, ale jak ktoś zgłosi, to chętnie narysuję.;)
opowiadania erotyczne kroniki wardston - no wiecie co, do powieści młodzieżowej?!
ernest kozłowski proste włosy - nie znam człowieka, a jego włosów tym bardziej
wyznania magicznych wilków - brzmi jak kolejny temat do "Rozmów w toku"...

niedziela, 30 września 2012

Jak to widzę? czyli kogo zobaczymy w październiku i zapisy na listopad

Zacznę może od powtórzenia ogłoszenia z poprzedniej notki: od tego losowania włącznie liczba wybrańców będzie wynosić trzy. Dlaczego, to już tłumaczyłam poprzednio. Wprowadziłam też drobne zmiany w regulaminie.

Teraz czas na rzeczy przyjemniejsze. Niniejszym ogłaszam, że nabór kandydatów do edycji październikowej został zakończony, a pod tym postem można zgłaszać kandydatów na listopad. Wybrańców na listopad ogłoszę za miesiąc.


Tym razem zero zaskoczenia, jeśli chodzi o wylosowanych.:)

Tyrion Lannister z cyklu "Pieśń Lodu i Ognia" George'a R. R. Martina (recenzja tomu 2)
 Varhenn Velergorf z cyklu "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" Roberta M. Wegnera (recenzje tomu 1, tomu 2 i tomu 3)
Paksenarrion z trylogii "Czyny Paksenarrion" Elizabeth Moon

 Przed dodaniem propozycji proszę zapoznać się z zasadami akcji:

  1.  Zanim kogoś zgłosicie, zapoznajcie się z listą bohaterów, którzy już wzięli udział w akcji. Po co marnować głos, na kogoś, kto już był (ponownie wybrany i tak nie zostanie)?
  2. Jedna osoba zgłasza jednego kandydata w miesiącu. W razie, gdyby nie został wybrany, można powtarzać kandydaturę w kolejnych miesiącach.
  3. Zgłaszamy tylko postacie z książek, które czytałam, czyli zrecenzowanych na blogu, bądź widniejących na mojej półce na LC.
  4. Zgłaszać można ludzi, nieludzi, zwierzęta, rośliny, przedmioty - dosłownie wszystko (najbardziej lubię zwierzęta i nieludzi;)).
  5. Można sugerować styl wykonania prac (jeden z trzech: manga, realistyczny, komiksowo-kreskówkowy).
  6. Paranormal romance nie obsługujemy (chyba, że ktoś mnie przekona - nie dotyczy to powieści Stephanie Meyer). Szkolnych lektur z gatunków innych, niż fantastyka też nie.
  7. Uwaga dodatkowa: zastrzegam, że nie każda praca, którą zamieszczę w ramach eventu, będzie szczegółowo dopracowanym rysunkiem - mogą się zdarzyć szkice. Ale postaram się, żeby było ich możliwie mało.
Dziękuję wszystkim, którzy zgłaszali swoje propozycje i zachęcam do dalszej zabawy:)

Lista kandydatów na ten miesiąc - ciągle można zgłaszać nowych (w nawiasie liczba głosów):
Kvothe (1)
Mordimer Madderdin (1)
Ktoś z cyklu "Cienie Pojętnych, prawdopodobnie Thalryk (2)
Ktoś z cyklu "Protektorat Parasola", prawdopodobnie lord Akeldama (2)
Bink (1)

piątek, 28 września 2012

Jak to widzę?: Longwing Lily

Na początek może drobne ogłoszenie. Cóż, moje zasoby wolnego czasu (w obliczu faktu, ze znalazłam sobie dwie nowe pasje i chcę rozwinąć zupełnie nowe umiejętności w obrębie starej) jak się okazuje nie pozwalają na tworzenie czterech fajnych rysunków miesięcznie (głównie dlatego, że jestem perfekcjonistką i nie potrafię wypuścić niczego bez drobiazgowo opracowanych detali). Nie chcę was też zasypywać szkicami. W związku z tym w losowaniu na przyszły miesiąc (i każdy kolejny do odwołania) zostanie wyłonionych jedynie trzech szczęśliwców.

Teraz czas na rzeczy przyjemniejsze. Tym razem w mojej akcji (klik) coś, co Moreni lubi najbardziej, ślini się do tego i w ogóle jest psychofanką. Czyli smok. Mało tego, smok z mojego najulubieńszego cyklu o smokach, czyli "Temeraire" Naomi Novik. Co prawda tylko główka, ale może w niedalekiej przyszłości pokaże się większy kawałek w kolorze.;) Na początek może przedstawimy bohaterkę: Longwingi to najcenniejsza rasa smoków w brytyjskich siłach powietrznych, potrafią one bowiem pluć bardzo żrącym jadem. Niestety, jak sama nazwa wskazuje, mają również bardo długie skrzydła (ich rozpiętość często jest ponaddwókrotnie większa, niż długość ciała zwierzęcia), więc wrogim oddziałom łatwo takiego smoka rozpoznać z daleka. Zwłaszcza, że zarówno skrzydła, jak i cały gad jest pomalowany przez naturę w jaskrawe, pomarańczowo-błękitno-czarno-białe pasy. Sama Lily jest przyjaciółką głównego bohatera serii i służy z nim w jednym oddziale. To sympatyczna gadzina, która kompletnie zaskoczyła swoją panią kapitan faktem przyjścia na świat - stąd dość nietypowe jak na smoka imię. A już w październiku wychodzi kolejny tom tego cyklu, więc przebieram nóżkami.^^
Lily the Longwing - można ją powiększyć kliknięciem.

środa, 26 września 2012

Baśń z prawdziwego zdarzenia - "Lodowy smok" George R. R. Martin

Recenzja sponsorowana przez Arię, które pożyczyła mi książeczkę. Dziękuję.:)

George R. R. Martin jest znany zarówno jako znakomity pisarz science fiction, jak i fantasy (jako ten drugi bardziej, za sprawą serialu). Jednak to nie koniec jego pisarskich możliwości. Wielu autorów uważa, że pisanie dla dzieci jest znacznie trudniejsze, niż dla dorosłych, bo te nie kryją swojego niezadowolenia i nieco inaczej widzą świat. Martin udowodnił, że dla dzieci również potrafi pisać – stworzył przepiękną baśń pod tytułem „Lodowy smok”.

Adarę nazywają zimowym dzieckiem. Nietrudno domyślić się, dlaczego: urodziła się w czasie największych mrozów, skórę ma zawsze chłodną i nigdy się nie uśmiecha. Zima jest jej ulubioną porą roku – nawet, kiedy inne dzieci, zmarznięte, już dawno grzeją się w ciepłym domu przy misce zupy, ona ciągle bawi się na śniegu. I chyba jako jedyna mieszkanka wioski nie boi się lodowego smoka. Wręcz przeciwnie, niecierpliwie czeka każdej zimy na jego przybycie. Można powiedzieć, że jest jej jedynym przyjacielem. Ale tocząca się na pograniczu wojna zbliża się nieubłaganie do wioski Adary. Jeśli przyjdzie jej opuścić dom, jak odnajdzie swojego przyjaciela?

„Lodowy smok” to piękna historia zarówno dla mniejszych, jak i większych dzieci. Opowiedziana w klimacie baśni, przekazuje wiele mądrości – najlepiej zapytać dziecko, czego się z lektury nauczyło, prawdopodobnie każde odpowie inaczej. Ale historia o przyjaźni małej dziewczynki z bestią, którą powszechnie uważano za niemożliwą do oswojenia zawiera w sobie magię dobrej opowieści.

Język Martina jest prosty i obrazowy – odmalowuje wszystkie barwy świata za pomocą kilku słów. Jest też niezwykle sugestywny, gdyż opisywane obrazy od razu pojawiają się w głowie. I działoby się tak nawet bez, fenomenalnych swoją drogą, ilustracji. Ale one, gęsto rozsiane po tekście, idealnie uzupełniają opowieść.

Podsumuję krótko: jeśli chcecie dać w prezencie swojemu dziecku książeczkę, która z pewnością mu się spodoba i ma solidną oprawę, „Lodowy smok” będzie idealnym rozwiązaniem. A i Wy, drodzy czytelnicy, będziecie mieli przyjemność z czytania.

Tytuł: Lodowy smok
Autor: George R. R. Martin
Tytuł oryginalny: The Ice Dragon
Tłumacz: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2011
Stron: 108

poniedziałek, 24 września 2012

Historycznie o ikonie - "Vlad Dracula" Dariusz Domagalski

Recenzja sponsorowana przez Serenity, która pożyczyła mi książkę. Dzięki!:)

Wampiry głęboko zakorzeniły się w popkulturze. Zanim nadeszły czasy paranormalnych romansów, za pierwowzór wampira uważany był hrabia Dracula. Ale jeśli ktoś zechce pogrzebać głębiej, to okaże się, że hrabia miał swój prototyp historyczny. Był nim hospodar wołoski, Vlad Dracula, zwany Palownikiem. O nim właśnie napisał książkę Dariusz Domagalski.

Po przegranej bitwie pod Warną zagrożenie ze strony Imperium Osmańskiego rośnie. Węgierski następca tronu zdaje sobie sprawę, że jego ziemie będą jednym z pierwszych celów tureckiego natarcia, ale na jednym froncie już toczy wojnę. Szuka więc sojusznika, który pozwoliłby oddalić zagrożenie. Jednym z kandydatów jest Vlad Dracula, ale jego sława jest tak zła, że zasadność powierzenia mu zbrojnej kampanii jest wątpliwa. Młody władca wysyła więc oddział zaufanych wojowników pod dowództwem Janosa Lechoczky, aby sprawę na miejscu obadał. Co oddział zastanie po przekroczeniu Karpat? Kim naprawdę jest Vlad Palownik?

Na początku musze przyznać, że czuję się nieco zawiedziona – rozpoczynając lekturę byłam przekonana, że mam do czynienia z historycznym fantasy. Nie spodziewałam się jakiegoś przesadnego udziału fantastyki, ale jednak odczuwalnego. Tymczasem „Vlad Dracula” to powieść w zasadzie ściśle historyczna (jaskółka w postaci niebywałej żywotności, szybkości i odporności na zranienia tytułowego bohatera fantasy nie czyni). Nie jest to wadą, wszakże są wśród nas miłośnicy powieści historycznych, ale rozminięcie się z oczekiwaniami bywa nieprzyjemne.

Czas przejść do wad bardziej obiektywnych. Najbardziej przeszkadzało mi to, że powieść nie miała wyraźnie zarysowanej linii fabularnej – przez co wydawała się raczej nadmiernie rozbudowanym opowiadaniem. Opisywane wydarzenia przypominały raczej zbiór chronologicznie ułożonych migawek, niż spójną fabułę. Osobiście uważam, że gdyby powieś o połowę odchudzić, wyszłoby świetne długie opowiadanie, czy tez mikropowieść. Teraz cały „Vlad Dracula” wydaje się nieco przegadany.

Ponarzekaliśmy sobie, no to idziemy dalej. Czas autora za coś pochwalić – Dariusz Domagalski ma doskonałe wyczucie, jeśli chodzi o konstruowanie bohaterów. Co prawda główna postać, którą jest kapitan Lechoczky, jakoś nie potrafi zainteresować – ot, zwykły, młody rycerz, który przewidywalnie ewoluuje w toku powieści – ale te bardziej drugoplanowe to zupełnie coś innego. Taki Vlad na przykład. Autorowi świetnie udało się nakreślić człowieka tajemniczego i budzącego grozę, a jednocześnie uderzająco ludzkiego w swoim szaleństwie. Dla mnie – kreacja oscarowa. Całkiem dobrze wypadł też sułtan Mehemd II i jego kochanek Radu Piękny, który tylko na początku wydaje się irytującą mimozą, niebezpiecznie zbliżającą się do najgorszych tradycji uke. W ogóle cały homoseksualny romans jest bardzo ciekawie przedstawiony, głównie od strony erotycznej, bo emocjonalności mi troszkę zabrakło (w zasadzie w tym miejscu powinien się pojawić długaśny wywód, ale nie chcę spoilować). Niemniej, w polskiej literaturze (fantastycznej w szczególności)  opisywanie relacji homoseksualnych, zwłaszcza męskich, ciągle wymaga pewnej odwagi, więc autorowi należy się za to dodatkowy plus.

Słów jeszcze kilka o warsztacie. Pióro Domagalski ma bardzo sprawne, talent do opisów również, więc tym bardziej szkoda, ze fabuła trochę kuleje. Niemniej, niektóre opisy mogą być nie do przejścia dla czytelników o nerwach delikatnych, bo obok malowniczych opisów krajobrazu czy interesujących obrazów kobiecego ciała (w ogóle we „Vladzie Draculi” jest sporo scen erotycznych, więc jeśli ktoś nie lubi, niech się czuje ostrzeżony), znajdziemy bardzo naturalistyczne opisy obrzydliwych tortur.

Jeszcze dwa słowa o wydaniu. Korekta nie dopilnowała swoich obowiązków, bo nie raz i nie dwa w książce brakuje nie tylko przecinków i literek, ale całych wyrazów. Papier też mógłby być cieńszy, nie groziłoby wtedy książce złamanie grzbietu. O okładce może już nie będę się wypowiadać.

Podsumowując, czuję się rozdarta. Książka ma i plusy, i minusy, trudno wypowiedzieć się jakoś jednoznacznie. Jedyne, czego jestem pewna, to że „Vlad Dracula” spodoba się fanom powieści historycznych, którym nie straszne krwawe opisy. Reszta niech eksperymentuje na własną odpowiedzialność.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik.

Tytuł: Vlad Dracula
Autor: Dariusz Domagalski
Wydawnictwo: Runa, Bellona
Rok: 2011
Stron: 340
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...