środa, 16 stycznia 2013

Urocza ramotka - "Zamek Roogna" Piers Anthony

Cykl „Xanth” Piersa Anthony’ego już dawno stał się klasyką gatunku. Dla czytelników nieanglojęzycznych problemem w delektowaniu się lekturą może być specyficzny językowy humor. Po polsku w nowym tłumaczeniu ukazał się trzeci tom cyklu, „Zamek Roogna”, w założeniu też ostatni. Jak wrażenia?

Dor, syn Binka i prawdopodobnie przyszły król Xanthu, nie jest szczególnie lubiany na zamku. Prawdopodobnie dlatego, że posiada dość krępujący talent – potrafi rozmawiać z przedmiotami. A każdy wie, świadkami jakich krępujących sytuacji potrafią być przedmioty. Aby przygotować chłopca do rządzenia (i pomóc mu dojrzeć), obecny król wysyła go na misję w czasie po eliksir przywracający zombie do życia. Tak więc Dor cofa się o 800 lat i wciela w przyziemskiego barbarzyńcę. Czy chłopcu uda się wykonać zadanie?

„Xanth” pisany był jako cykl dla dorosłych. Jak bardzo zmieniły się standardy, najlepiej widać po „Zamku Roogna” właśnie. Kiedy książka powstawała, wystarczyło wpleść trochę erotyki, nawet nie dosłownej, żeby od razu nie kwalifikowała się dla niewinnego młodego czytelnika. I tak wspomnienie o czarze impotencji czy opis (bez żadnych detali, raczej w stylu „padli na trawę i zrobili to”) harców nimf z faunami załatwiały sprawę. Tymczasem na chwilę obecną powieść idealnie wpisuje się w nurt literatury młodzieżowej. Bo co my tu mamy? Dwunastoletniego bohatera, który potem dostaje dorosłe ciało – więc w sumie nawet starsze nastolatki mogą się z nim utożsamiać. Mamy dużo robienia mieczem i spektakularnych ucieczek czy forteli. Mamy w końcu dojrzewanie bohatera jako główny motyw powieści. Wzmianki nawiązujące do erotyki sprawiają tylko, że powieść jest dla nastolatków bardziej atrakcyjna – bo to przecież takie „dorosłe” tematy. Wychodzi więc na to, że w ramach definicji young adult mieszczą się obecnie powieści trzydzieści lat temu pisane dla dorosłego czytelnika. I jak tu ubolewać nad upadkiem fantastyki?

A sama powieść? Cóż, niestety nie porywa. Jest w konstrukcji bardzo podobna do poprzednich tomów – bohater dostaje misję, w trakcie wypełniania której przeżywa mnóstwo przygód, a potem następuje happy end. Za trzecim razem to już trochę nudzi, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że humoru językowego raczej nie widać. Doskonale za to widać miejsca, gdzie humor był w oryginale i jest to dość frustrujące, a takie wstawki sprawiają, że powieść wydaje się przegadana – dlatego, że nie śmieszą. Może to tylko z powodu zmęczenia materiałem cyklu, ale mam wrażenie, że żarty w tomach poprzednich przełożono staranniej.

Bohaterowie też wypadają… hm, inaczej. Niby wszystko jest OK: główny bohater - sympatyczny, spotykamy też starych znajomych i mamy przymiarki do dyskusji o odmienności w postaci wielkiego pająka, ale brak mi w „Zamku Roogna” ciekawej postaci kobiecej. W poprzednich tomach zawsze jakaś gdzieś przemykała, bodaj na trzecim planie. Tutaj zaś mamy tylko głupiutką siedemnastoletnią pokojówkę, która potrafi jeno histerycznie piszczeć i niesamowicie irytować czytelnika. Ogólnie postacie kobiece zdają się przechodzić regres z kolejnymi częściami „Xanthu”. W tomie pierwszym Cameleon jeśli nie była postacią pierwszoplanową, to przynajmniej solidną drugoplanową, mamy też pewną krewką centaurzycę. W tomie drugim pojawia się rzeczona centaurzyca, jak również nieco mdława, ale ogólnie niezgorszego charakteru nimfa. A w „Zamku Roogna”… już pisałam, co tam jest.

Cóż, podsumowując, „Zamek Roogna” mieści się w kategorii „urocza ramotka”. Niektóre sceny są po staremu niewinnie czarujące (teraz na takie zabiegi nikt by się nie nabrał), napisano to wszystko prostym językiem i generalnie przez większość czasu czyta się przyjemnie. Ale polecam raczej miłośnikom klasyki gatunku lub osobom szukającym nieskomplikowanej rozrywki. Czytelnikom poszukującym lektury ambitnej dziękujemy.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Tytuł: Zamek Roogna
Autor: Piers Anthony
Tłumacz: Paweł Kruk
Tytuł oryginalny:
Xanth 3. Castle Roogna
Cykl: Xanth
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2012
Stron: 442

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Pisarz o swoim natchnieniu - "Wielkie małe życie" Dean Koontz


Każdy z nas (no, prawie każdy) miał kiedyś niezwykłego przyjaciela na czterech łapach, takiego jedynego w swoim rodzaju, któremu inni pupile, mimo iż tak samo kochani, nie mogli dorównać. Jeśli jest się pisarzem, malarzem, fotografikiem czy czymś podobnym, człowiek może takiemu pupilkowi wybudować pomnik – może nie trwalszy, niż ze spiżu, ale taki na miarę możliwości, aby niesamowitość zwierzaka krzewić wśród innych. Ponieważ Dean Koontz jest pisarzem, i to całkiem wziętym, postanowił swojej ukochanej psicy wystawić pomnik literacki – i napisał „Wielkie małe życie”.

Dean Koontz jest znanym amerykańskim pisarzem, jakby ktoś nie wiedział. Zawsze uwielbiał psy i od lat jest blisko związany z organizacjami szkolącymi psich towarzyszy dla osób niepełnosprawnych, jednak własnego czworonoga zdecydowali się z żoną przygarnąć dość późno. W końcu pies to ogromna odpowiedzialność, a oni pracowali po dwanaście godzin dziennie… Niemniej, w 1998 roku w ich domu pojawiła się Trixie, trzyletnia golden retriverka, która z powodu problemów ze stawem łokciowym nie mogła już służyć niepełnosprawnym pomocą. Jak twierdzi sam autor, ta psina może nie zmieniła jego życia, ale z pewnością zmieniła go jako człowieka. 

Tych, którzy znają twórczość Koontza, może dziwić, że autor, który raczej straszył lub konstruował dynamiczne i pełne napięcia thrillery, na starość popadł w sentymentalizm i wspomina pieska. Ale, jeśli bliżej przyjrzeć się powieściom pana K., od razu widać, że psy zawsze darzył szczególnym uczuciem. Śmiem twierdzić, że spośród wszystkich postaci, najlepiej wychodziło mu właśnie te czworonogi (labrador z „Opiekunów” to jedyny bohater Koontza, który na dobre zapadł mi w pamięć). Nic więc dziwnego, że w końcu postanowił swoją miłość do najlepszego ze wszystkich psów i wspomnienia ubrać w słowa.

Książka ma postać krótkich esejów-migawek, opisujących sceny z życia suczki i jej właścicieli. Wyłania się z niej (książki, nie suczki) obraz niezwykle inteligentnego psa (co nie dziwi – psy przechodzące szkolenia towarzyszy osób niepełnosprawnych to intelektualna elita) o nietuzinkowym charakterze, niespotykanej intuicji i uwielbiającego ludzi. Zaiste nie da się panny Trixie nie lubić i nie wyczuć, jak bardzo kochali ją właściciele.

Jednak mam z tą książką pewien problem. Tak jak wczesne powieści Koontza (w których się swego czasu zaczytywałam) są pełne emocji trafiających bezpośrednio do czytelnika, tak w późniejszych pojawia się bariera, sprawiająca, że w książkach są tylko cienie uczuć. Tu jest tak samo. Czytając, zdawałam sobie sprawę z tego, jak wiele Trixie znaczyła dla państwa Koontz, ale nie mogłam podzielać tych uczuć. Pojawiały się jakieś zakłócenia. Być może pisarz już po prostu nie jest w formie, ale zdecydowanie spodziewałam się czegoś więcej. Dostałam tylko szczere intencje. 

Cóż, „Wielkie małe życie” nie powala, ale mimo tego jest bardzo przyjemną lekturą o prawdziwej miłości do zwierzęcia, przy której można ogrzać serduszko w ciemny, zimowy wieczór. Polecam ją zwłaszcza fanom psów – osobom, które uwielbiają te czworonogi. Fanom samego Koontza też polecam, bo i o samym autorze można się nieco dowiedzieć – książeczka rzuca światło na zagadnienie „dlaczego najlepszymi postaciami w powieściach pana K. są zazwyczaj psy?”. 

Tytuł: Wielkie małe życie. Wspomnienia o radosnym psie
Autor: Dean Koontz
Tytuł oryginalny: The Big Little Life. A Memoir of a Joyful Dog
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska
Wydawnictwo:W.A.B.
Rok: 2010
Stron: 315
 
Książka przeczytana w ramach wyzwania "Z literą w tle".

sobota, 12 stycznia 2013

Stosik #39 po kawałku

Ostatnio byłam z siebie bardzo dumna, że udało mi się zebrać tylko trzy książki. Jak przewidywałam, ta powściągliwość nie trwała zbyt długo i stosik styczniowy jest znacznie większy. Pokawałkowałam go więc ładnie i oto on.


To kawałek z moją literaturą eksperymentalną, jak widać rozwałkowany (tak, poznaję z opóźnieniem kultowe serie;)). O Strrrasznej historii już pisałam, Monstrrrualna erudycja czeka, aż się zechcę pouwsteczniać w rozwoju.;)


Tutaj zaś zdobycze książkowe, które otrzymałam w prezencie w grudniu. "Kota Simona kontra reszta świata" dostałam już tradycyjnie od Lubego na urodziny (kiedyś jakaś mini fotorecenzja się pojawi, jak tylko wymyślę dla niej formę), zaś "Silmarillion" przyniósł mi Mikołaj.:)


Tutaj mamy zdobycze, w których posiadanie weszłam na różne sposoby. Szczotkę "Zatopionych miast" wygrałam w konkursie u viv, "Ysabel" to owoc wymiany na LC. "Opowieści sieroty" nabyłam w ramach robienia samej sobie prezentu świątecznego (inaugurując jednocześnie żwawsze działania w kierunku skompletowania dzieł wybranych UW, bo te co ciekawsze podejrzanie szybko się rozchodzą). A "Gdzie dawniej śpiewał ptak" kupiłam w taniej książce za 12zł, bo raz: dawno chciałam przeczytać, a dwa: tytuł uważam za jeden z najpiękniejszych tytułów książek.


Ostatni kawałek to ksiązki pożyczone. Dwie na górze z biblioteki. "Umierającą Ziemię" już dawno chciałam przeczytać, a tu patrzę: stoi sobie taka niechciana. To wzięłam.;) "Powolne ptaki" to skutek przeczytanej kiedyś recenzji viv. "Reckless" i "Rok 1984" pożyczyłam od Siostry Lubego, bo już dawno miałam to zrobić.:)

Razem 17 sztuk. Na szczęście część już przeczytana.;)

czwartek, 10 stycznia 2013

Jak to widę?: Bystretka

Oto pierwsza w tym roku odsłona mojej blogowej akcji, w której rysuję zgłaszanych przez was bohaterów. Zgłaszać ich możecie tutaj. Tym razem na rysunku coś, co wypadałoby raczej nazwać bohaterem zbiorowym. Bystretki pojawiają się w "Panie Lodowego Ogrodu: Jarosława Grzędowicza: są to niewielkie, społeczne, podobne do mangusty zwierzątka o krótkich ogonach i chwytnych łapkach. Odgrywają rolę o tyle, że służą imperatorzątom do ćwiczenia zarządzania państwem, jako swoista symulacja prawdziwego cesarstwa (oczywiście, mimo wrodzonej inteligencji, zwierzątka w tym celu podrasowano magicznie). Rozdział to opisujący należy do moich ulubionych, tak na marginesie. Co do samego rysunku, to ponieważ wybrałam pozę, w której najbardziej charakterystycznych cech stworzenia nie widać, postanowiłam (jak w leksykonach przyrodniczych) z boku dodać stopę i dłoń w powiększeniu. Całość wykonałam czarnym długopisem, bo mało które narzędzie nadaje się do tego celu tak dobrze.;) A ja bardzo lubię rysować futerko.:)

Bystretka - można ją powiększyć kliknięciem

wtorek, 8 stycznia 2013

Straszne rzeczy - "To okropne średniowiecze", "Wredna wiktoriańska Anglia", "Ci koszmarni Celtowie", "Ci paskudni Aztekowie" Terry Deary

Jest taka seria książek dla młodszego czytelnika, która zyskała sobie w pewnych kręgach miano kultowej. Do tej pory nie miałam okazji się z nimi zapoznać. Umówmy się, nie jestem szczególną pasjonatką historii i nigdy nie byłam, stąd w dzieciństwie wolałam raczej czytać o rekordach zwierząt, niż o dawnych dziejach (chyba, że termin „dawne dzieje” odnosi się do co najmniej dwudziestu tysięcy lat wstecz). Niemniej, seria „Strrraszna historia” była wspominana tyle razy, że poczułam się jakoś wykluczona (wiecie, jak ktoś, kto przyszedł na spotkaniu uberfanów literatury fantasy i zastanawia się, o co chodzi z tym Tolkienem). Kiedy nadarzyła się okazja, wybrałam kilka tomów okazowych i pognałam uzupełniać braki.


Najpierw może wspomnę, co to były za tomy. Oczywiście same takie, które kojarzą się z modnymi motywami fantasy.;) Mamy więc „To okropne średniowiecze” i „Tych koszmarnych Celtów”, bo nawiązują do nie wiem czy nie najpopularniejszych w historii motywów fantasy. A ponieważ ostatnio popularność zdobywa też steampunk, nie mogłam sobie odmówić „Wrednej wiktoriańskiej Anglii”. A jako odskocznia – „Ci paskudni Aztekowie”.

Pierwsze wrażenie? „Za stara już na to jestem, a szkoda”. Gdybym była o te piętnaście lat młodsza, pewnie byłabym żywiołowo zachwycona i chciała więcej. Nawet teraz książeczki czytało mi się bardzo przyjemnie. A dlaczego?

Powodów jest kilka. Po pierwsze – język. Autor całkiem nieźle radzi sobie w komunikacji z dziećmi, nawet jeśli jego straszne historie powoli (bardzo powoli) się starzeją. Całkiem sporo daje też humor zawarty głównie w błyskotliwych rysunkach Martina Browna i czasem nie da się nie zachichotać. Poza tym, książeczki mają raczej strukturę zbioru ciekawostek, niż podręcznika. Dlatego prędzej znajdziemy tam przepisy na dania z epoki, niż spisy kto z kim, gdzie i dlaczego walczył. Osobiście bardzo przypadła mi do gustu perspektywa wypróbowania dań celtyckich, ale że nie przepadam za płatkami owsianymi, to sobie odpuszczę.

Same ciekawostki bliższe są raczej przyziemnym sprawom życia codziennego, niż wspomnianym bitwom (w których to nie bardzo wiadomo, dlaczego się bili). Zwłaszcza dla polskiego czytelnika to może być nęcące – za moich czasów w podręcznikach raczej nie skupiano się na życiu codziennym, nad czym ubolewałam. A tu proszę – można sobie dokładnie zbadać zaułki wiktoriańskiego Londynu (a było co badać; po przeczytaniu „Wrednej wiktoriańskiej Anglii” nabrałam przemożnej ochoty na Dickensa, albo lepiej, na „Drooda” Simonsa), zajrzeć do celtyckiego sioła i podpatrzeć pracę druidów, tudzież powęszyć wokół legendy arturiańskiej (te wszystkie cudowne retellingi, których jeszcze nie przeczytałam, a powinnam, bo to klasyka fantasy…), pobuszować w pracowni średniowiecznego medyka (przyznam, że charakteryzuje mnie wrodzona skłonność do naukowej makabry; zna ktoś jakąś soczystą publikację na temat co ciekawszych praktyk średniowiecznych lekarzy?) czy popatrzeć, jak Aztekowie składają swoje krwawe ofiary (ekhem, „Sagę o Rubieżach” trzeba doczytać…). A nie tylko ci nudni królowie i ich bezsensowne bitwy…

Może z tej entuzjastycznej notki wynika, że cofam się w rozwoju. Wolę jednak twierdzić, że po prostu potrafię docenić dobrą popularnonaukową książeczkę dla dzieci. Nie wiem, czy wszystkie „Strrraszne historie” są na tak wysokim poziomie, ale nawet jeśli nie, to warto je podsunąć dzieciakom w wieku szkolnym (tym z podstawówki raczej). Przynajmniej nie zniechęcą się do historii, a może i trwała miłość do tej dziedziny wiedzy się narodzi.

Tytuł: "To okropne średniowiecze", "Wredna wiktoriańska Anglia", "Ci koszmarni Celtowie", "Ci paskudni Aztekowie"
Autor: Terry Deary
Tłumacz:
Różni
Cykl: Strrraszna historia
Wydawnictwo: Egmnot
Rok: 1997, 2004
Stron: 127

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Ogłoszenia drobne

Miałam napisać krótką notkę związaną z wyzwaniami, do których się zgłosiłam, ale jakoś tak zniechęcał mnie natłok podobnych notek o tej porze roku. A później zgłosiłam się jeszcze gdzieś i postanowiłam jednak notkę napisać.
 
Jak widzieliście (bądź nie), w tym roku postanowiłam się wykazać wyjątkowym brakiem samokrytycyzmu i zgłosiłam się do konkursu na Blog roku 2012. Nawet nie łudzę się, że wygram, ale może chociaż kilku nowych czytelników mi przybędzie? Pod obrazkiem link do strony akcji:


A pod tym obrzkiem można sobie zobaczyć podstronkę z moim zgłoszeniem (jest też w lewej kolumnie bloga, gdyby ktoś chciał wiedzieć):


A gdyby ktoś chciał zajrzeć na stronę "Wyzwania", zobaczyłby, że zaistniały tam trzy zjawiska. 

Pierwsze, "Eksplorując nieznane", wymyślił Fenrir. Ma ono na celu przeczytanie minimum jednej książki z klasyki sci-fi (gdzie jako klasykę przyjmiemy powieści po raz pierwszy wydane przed 1990 rokiem) na dwa miesiące. Chyba podołam, zwłaszcza, że trochę tego u mnie zalega i patrzy z wyrzutem. Problematyczny może być minimalny próg znaków w recenzji, ale przy mojej umiejętności lania wody dam radę.;)

Drugie, "Od A do Z", wymyśliła takichomiktaki. Proste wyzwanie, w którym wystarczy przeczytać jedną książkę miesięcznie z tytułem zaczynającym się na zadaną literę. Prawdopodobna przyczyna mojej przyszłej, styczniowej wizyty w bibliotece, bo chyba nie mam na półkach niczego na "a"...

Trzecie zjawisko ładnie mi się komponuje z drugim - jest nim bowiem wyzwanie "Z literą w tle" autorstwa Jenah. Tu dla odmiany trzeba przeczytać jedną książkę, której autorowi zdarzyło się mieć nazwisko zaczynające się na zadaną literę. Tym razem nie muszę iść do biblioteki, bo książka już czeka na półce.;)

Szczegóły wszystkich tych przedsięwzięć są dostępne pod zalinkowanymi adresami. Może i Wy się przyłączycie?:)

piątek, 4 stycznia 2013

Jestem przecież najsilniejszy a na pewno najjurniejszy, czyli dlaczego nie lubię Conana - "Conan wojownik" Robert E. Howard

Napatrzyłam się na innych blogach na nowiutkie, błyszczące i pachnące drukarnią wznowienia historii o Conanie, wypuszczone przez Rebis. I zazdrość mnie ogarnęła, bo też te cudeńka chciałam mieć, zwłaszcza, że były powszechnie chwalone. Ale zdrowy rozsądek zwyciężył i zamiast czym prędzej pognać do księgarni, pierwej udałam się na rekonesans biblioteczny, bo pamiętam jeszcze malutkie, czarne książeczki z lat dziewięćdziesiątych, których imię było legion, a twarzą czarnowłosy osiłek. Wykoncypowałam sobie, że i oryginalne, howardowskie opowiadania też gdzieś tam muszą być – i znalazłam tomik z trzema tekstami Roberta Erwina. Całe szczęście, że jednak nie poszłam do księgarni.

Może najpierw słówko o zawartości. W „Conanie wojowniku” znajdziemy: „Czerwone ćwieki”, „Skarby Gwalhura” i „Za Czarną Rzeką”. Pierwsza z tych historii opowiada o wyprawie Conana i piratki Valerii do zapomnianego miasta i przygodach, jakie tam przeżyli. Druga mówi o wyprawie Conana do legendarnej świątyni i klejnotach, jakich tam szukał. Trzecia zaś to mały wycinek z walk w rejonie Akwilonii, graniczącym z ziemiami krwiożerczych Piktów. „Za Czarną Rzeką” to moje ulubione opowiadanie – narracja jest prowadzona z perspektywy innego bohatera, Balthusa, i w niektórych kawałkach Conan nie występuje.

Długo zastanawiałam się, co sprawia, że lektura idzie mi jak po grudzie. Może schematyczne fabułki oparte na rąbance? Nie, przecież właśnie tego spodziewałam się po opowiastkach o barbarzyńcy. Może kiepski warsztat pisarza? Ten akurat zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, bo jest o niebo lepszy, niż obecnie spotyka się w opowiadaniach nastawionych na wypruwanie flaków i efektowne wymachiwanie orężem. Może kiepskie tłumaczenie? No, prawda, tłumacz się za bardzo nie popisał (zdarzyło mu się np. pomylić ogłowie z wędzidłem), ale to mnie zawsze raczej bawi, niż irytuje (poza nieco pompatyczną manierą tekstów może, ale tu z kolei nie wiem, czy zawdzięczam ją autorowi, czy tłumaczowi, więc nic nie mówię). Fatalna redakcja? A ktoś się czegokolwiek lepszego spodziewał? Dobrze, że to się w ogóle daje czytać. W końcu doznałam olśnienia: chodzi o samego głównego bohatera i to, w jaki sposób zagina się wokół niego czasoprzestrzeń świata przedstawionego.

Ja wiem, że Conan to klasyka, leciwa ramotka i że w tym typie prozy tak się pisze. Problem polega na tym, że nienawidzę bohaterów niezniszczalnych. Zwłaszcza takich, w przypadku których autor nawet nie usiłuje czytelnika zwodzić, że coś może jego pupilkowi grozić, albo ktoś może się z nim równać (a jeśli naszego bohatera nie daj boże w czymś przewyższa, to zginie rychło i marnie). Sam Conan jest takim typem bohatera: skrada się po ruinach pradawnego miasta lepiej i ciszej, niż ludzie, którzy się w nim wychowali, słuch ma lepszy niż pantera, jest szybki jak chomik na kofeinie, niejednego uczonego powaliłby ogrom jego wiedzy a hordy przeciwników rozwala jedną rączką. Ogólnie, facet gra na kodach i prawdopodobnie są to kody na God Mode. Dlatego też po przeczytaniu jednego tekstu czytelnik dowiadując się o straszliwej zasadzce na naszego bohatera, o której Conan nie wie i beztrosko się w nią ładuje, prycha tylko ze znudzeniem – przecież autor nie pozwoli, żeby barbarzyńcy stało się cokolwiek. Serio, płakałabym z radości, gdyby bohater choć raz dostał solidne bęcki.

Inna rzecz, z powodu której nie lubię Conana (tu bardziej jako cyklu, niż bohatera), to to, jak autor pisze postacie kobiece. I o ile są to niewolnice, tancerki, aktorki czy inne łagodne stworzonka, fakt, że przy barbarzyńcy zamieniają się w rozlazłe mameje nie dziwi. Nie dziwi nawet to, że każda chce mu wskoczyć do łóżka (ten motyw fajnie sparodiował Dariusz Domagalski w jednym ze swoich opowiadań), bo czytelnik widzi, że bohater zwierzęcy magnetyzm posiada i jest w nim coś autentycznie intrygującego. Nie dziwi też krótkotrwałość tych romansów, bo z takim super macho manem żadna normalna baba długo nie wytrzyma. Wkurza mnie to, że jak już autor stworzył kobietę zadziorną i w wojennym rzemiośle obeznaną, to gdy tylko Conan na horyzoncie się pojawił, zrobił jej lobotomię. I tak to piratka, która korsarstwem zajmuje się od lat, kapitanem została i wiele mord obiła, truchleje ze strachu przy byle okazji, opada z sił przy byle wysiłku (przyznam, że czasem nawet słusznie) i ogólnie jakoś jej urywa od umiejętności walki, gdy tylko fabuła wymaga, żeby ktoś ją uratował…

Sam Conan, poza tym, że jest konkursowym Garym Stu, jest też całkiem zmyślnie skonstruowaną postacią. Trzeba przyznać Howardowi, że ładnie splótł porywczą naturę barbarzyńcy z bystrą inteligencją i takim systemem wartości, żeby czytelnik mógł Conana polubić. Sama bym go polubiła, gdyby nie wyżej wymienione powody.

Jaki werdykt? Cóż, z pewnością opowiadania o Conanie mogą się podobać, jeśli kogoś bawi czytanie o wszechmocnych herosach. Mnie nie bawi, więc resztę przygód barbarzyńcy poznam jedynie z kronikarskiego obowiązku. I z pewnością nieprędko.

Tytuł: Conan wojownik
Autor: Robert E. Howard
Tłumacz: Zbigniew A. Królicki
Tytuł oryginalny: Conan The Warrior
Cykl: Conan
Wydawnictwo: Art
Rok: 1991
Stron: 213

wtorek, 1 stycznia 2013

"Jak to widzę?": podsumowanie roku 2012, wybrańcy na styczeń i zgłoszenia na luty

Zanim przejdę do tego, na co najbardziej czekacie (czyli ujawnienia kandydatów na styczeń), chciałabym krótko podsumować pierwszy (choć niecały) rok istnienia akcji. Jak wspominałam przy okazji podsumowania minionego roku, jest ona moim ukochanym blogowym dzieckiem, które jednak nie mogłoby istnieć bez Waszego zaangażowania. Chciałabym Wam za nie podziękować i mam nadzieję, że będziecie dalej brali udział w zabawie.:) Tymczasem kilka statystyk:
  • W ramach akcji pojawiło się 20 rysunków - uważam, że to całkiem nieźle.;)
  • Moimi ulubionymi rysunkami są ten i ten.
  • Zazwyczaj w ciągu miesiąca otrzymywałam od 7 do 10 zgłoszeń.
  • Najczęściej (3 razy) pojawiali się bohaterowie "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" Roberta M. Wegnera.
  • WIPy pojawiły się 3 razy (mało, muszę częściej używać aparatu).
To tyle statystyk. W czasie prowadzenia akcji przyszedł mi do głowy pomysł, jak można ją urozmaicić. Tak powstała idea miesięcy tematycznych. W praktyce wyglądałoby to tak, że raz na kwartał można byłoby zgłaszać jedynie bohaterów pasujących do zadanego przeze mnie leitmotivu. Kreatywność w podejściu do tematy byłaby dodatkowo punktowana, a Wy moglibyście zgłaszać tematy na kolejne miesiące - najciekawsze zostaną wykorzystawszy. Co o tum myślicie? Wszelkie komentarze i opinie na temat proszę zgłaszać pod postem, razem ze zgłoszeniami bohaterów (bądź bez nich).

Tyle podsumowań, czas przejść do części, na którą czekaliście.;) Niniejszym ogłaszam, że nabór kandydatów do edycji styczniowej został zakończony, a pod tym postem można zgłaszać kandydatów na luty. Wybrańców na luty ogłoszę za miesiąc.


Nie przedłużając, zdanie się na ślepy los zaowocowało takimi bohaterami:

Ivy Hisslepenny z cyklu "Protektorat Parasola" Gail Carriger (recenzja tomu 1tomu 2, tomu 3 i tomu 4)
Bystretki z cyklu "Pan Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza
Royce z cyklu "Odkrycia Riyirii" Michaela J. Sulliwana (recenzja tomu 1)


 Przed dodaniem propozycji proszę zapoznać się z zasadami akcji:
  1.  Zanim kogoś zgłosicie, zapoznajcie się z listą bohaterów, którzy już wzięli udział w akcji. Po co marnować głos, na kogoś, kto już był (ponownie wybrany i tak nie zostanie)?
  2. Jedna osoba zgłasza jednego kandydata w miesiącu. W razie, gdyby nie został wybrany, można powtarzać kandydaturę w kolejnych miesiącach.
  3. Zgłaszamy tylko postacie z książek, które czytałam, czyli zrecenzowanych na blogu, bądź widniejących na mojej półce na LC.
  4. Zgłaszać można ludzi, nieludzi, zwierzęta, rośliny, przedmioty - dosłownie wszystko (najbardziej lubię zwierzęta i nieludzi;)).
  5. Można sugerować styl wykonania prac (jeden z trzech: manga, realistyczny, komiksowo-kreskówkowy).
  6. Paranormal romance nie obsługujemy (chyba, że ktoś mnie przekona - nie dotyczy to powieści Stephanie Meyer). Szkolnych lektur z gatunków innych, niż fantastyka też nie.
  7. Uwaga dodatkowa: zastrzegam, że nie każda praca, którą zamieszczę w ramach eventu, będzie szczegółowo dopracowanym rysunkiem - mogą się zdarzyć szkice. Ale postaram się, żeby było ich możliwie mało. 

 Dziękuję wszystkim, którzy zgłaszali swoje propozycje i zachęcam do dalszej zabawy:)

Lista kandydatów na ten miesiąc - ciągle można zgłaszać nowych (w nawiasie liczba głosów):
Paskuda (1)
Śmierć (2)
Griaule (2)
Joscelin Verreuil (1)
Łasica Ina (1)
Lord Maccon (1)

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Podsumowanie roku 2012

Ponieważ koniec świata nie nastąpił, wypadałoby zorganizować podsumowanie roku.;) Może tym razem zaczniemy od statystyk, żeby potem przejść do rzeczy ciekawszych.

W tym roku przeczytałam 68 książek, czyli o 12 mniej, niż w roku ubiegłym. Szczerze mówiąc, spodziewałam się takiego wyniku - pisanie pracy magisterskiej i różne inne sprawy zjadły mi trochę czasu. Poza tym znalazłam sobie nowe hobby i postanowiłam zrobić coś ze starym, a doba jakoś nie ma zamiaru się rozciągnąć... Za to recenzji opublikowałam 73 (część dotyczyła książek czytanych w zeszłym roku), plus 12 omówień "Nowej Fantastyki". Z książek przeczytanych w 2012 roku dwie nie doczekała się recenzji i już się nie doczekają.

Jeśli chodzi o płeć autorów, to książek napisanych przez panów przeczytałam 44, przez panie - 24, a jedną napisał duet mieszany . Proporcja lepsza, niż w zeszłym roku.;)

A podział etniczny? Trochę się zmieniło od zeszłego roku - wygląda na to, że czytam coraz mniej rodzimych pisarzy. Jakoś mnie to nie dziwi, coraz mniej mamy dobrej, rodzimej fantastyki... A i z różnorodnością jakoś u mnie krucho.

USA: 37
Polska: 15
Wielka Brytania: 8 
Francja: 2
Niemcy: 1
Irlandia: 1
Rosja: 1
Hiszpania: 1
Włochy: 1
RPA : 1

Ze statystyk to byłoby tyle, czas na podsumowanie osiągnięć. Cóż, napiszą tylko, że nawiązałam kilka ciekawych współprac i nieustannie cieszy mnie liczba odwiedzających moje skromne progi (dziękuję Wam, moi Drodzy Czytelnicy!). Ale moim najukochańszym pupilkiem, który pojawił się w tym roku na blogu, jest akcja "Jak to widzę?" (to już ostatnia chwila, żeby kogoś zgłosić). Roczne podsumowanie samej akcji zamieszczę przy okazji akcjowego wpisu styczniowego, ale w tym miejscu chciałabym Wam podziękować, że bierzecie w niej udział.:) I serdecznie zachęcam tych, którzy nie biorą, aby brać zaczęli.:) 

Teraz czas na rozdanie wyróżnień w licznych kategoriach (przecież nie będę się ograniczać;)).

Najlepsza powieść:
Za oryginalną, niesamowitą atmosferę i wprowadzenie powiewu świeżości w skostniałe nieco formuły fantastyczne. I za udowodnienie, że książka nie potrzebuje akcji opartej na queście, rozwalance czy jakiejś innej widowiskowej rzeczy, aby być ciekawa. (Niniejsza kategoria jest tymczasowa i zazwyczaj rozbijam ją na "najlepszą powieść fantastyczną" i "najlepszą powieść niefantastyczną", ale tym razem w drugiej z wymienionych kategorii nie byłoby kogo nagrodzić).
Wyróżnienie: "Bezduszna" Gail Carriger za dostarczenie nadspodziewanie dobrej rozrywki i kreatywne wykorzystanie paranormalno-romansowego kanonu.

Najlepsze opowiadanie:
"Papierowa menażeria" Ken Liu
Konkurencja w tej kategorii była zaskakująco dużą i bardzo trudno było wyłonić zwycięzcę. Ostatecznie zdecydowałam się wyróżnić Kena Liu, za niezwykły pomysł i mistrzowskie granie na emocjach czytelnika na zaledwie kilku stronach.
Wyróżnienie: "Bogowie co drugiej środowej nocy" S. L. Farrel - wyróżnienie całkowicie subiektywne, bo przyznane za kreatywne wykorzystanie mojego ulubionego motywu gier RPG.:)

Najlepsza książka non-fiction:
Bardzo mądra książka o zwierzętach. W dodatku zawierająca najlepsze eseje, jakie zdarzyło mi się czytać od czasu "Ex librisu" Fadiman. Niesamowita rzecz.

Najlepsza okładka:

Zaskoczenie roku:
Za to, że spodziewałam się raczej kuriozum, czegoś, z czego będę mogła się szyderczo pośmiać, a otrzymałam coś w rodzaju przypowieści. I to bardzo interesująco napisaną.

Nagrody rozdane, czas na najmniej przyjemną część, czyli postanowienia noworoczne:
  • Nadrobić zaległości. To niezbędne dla higieny psychicznej. No i dopiero po nadrobieniu zaległości będę mogła ograniczyć ilość książek czytanych, żeby zyskać więcej czasu na doskonalenie kreski.
  • Zrobić nowy nagłówek bloga, skoro już przy kresce jesteśmy.
  • Zrobić logo akcji "Jak to widzę?", no bo ileż może ono być tymczasowe, z prześcieradła i patyków?
  • Dołączyć do kilku wyzwań blogowych, na które od jakiegoś czasu się zasadzam.;) 
  • Przeczytać przynajmniej raz w miesiącu coś wydanego przed 2003 rokiem.
To tyle, jeśli chodzi o mnie. Pozostaje mi tylko życzyć Wam Szczęśliwego Nowego Roku, bogatego w ciekawe lektury i miłe wydarzenia. I wystrzałowej zabawy sylwestrowej!:)

niedziela, 30 grudnia 2012

Jak to widzę?: Daghena

To już ostatnia w tym roku odsłona mojej blogowej akcji - jeszcze tylko przez dwa dni możecie zgłaszać kandydatów na styczeń, więc pośpieszcie się.;) Zgłaszać możecie o tutaj. Tymczasem przed Wami kolejna bohaterka wegenrowego cyklu o meekhańskim pograniczu (to się już trochę nudne robi, no nie?). Daghena należy do czaardanu generała Laskolnyka i jak wszyscy w tej jednostce, posiada pewne nietypowe zdolności. Zawsze sobie wyobrażałam Dag jako Murzynkę, ewentualnie jako typ pośredni między Masajami i Indianami Północnoamerykańskimi. I to widać na rysunku. A że czasu miałam niewiele, bo to i święta, i wyjazd, i wiele innych rzeczy, tym razem trochę stylizowany na komiks rysunek tuszem.  W sumie z obrazka jestem zadowolona, choć idealny to on nie jest. Ale jak na dzieło pośpiechu i tak dobrze - może nawet kiedyś pokoloruję.;)

Daghena - można ją powiększyć kliknięciem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...