wtorek, 20 lutego 2018

[Piąteczka] O zwierzętach bez fikcji



Naszła mnie ostatnio refleksja, że brakuje na blogu zestawień tematycznych. Raz, że przyciągają kliki, dwa, że człowiek czasem ma ochotę napisać o kilku najfajniejszych książkach o tym czy owym i trochę frustruje go brak okazji. A poza tym takie zestawienie daje możliwość przypomnienia starych notek i książek, które naszym zdaniem zasługują na znacznie większe uznanie i rozgłos, niż otrzymały. Z takiego oto pierwotnego roztworu rozważań narodziła się idea Piąteczek – zestawień pięciu książek na zadany temat, które będą się pojawiały raz w miesiącu.

Temat na pierwszą piąteczkę chodził mi po głowie na długo przed wykrystalizowaniem się samej idei cyklu. Korzystając bowiem z boomu na literaturę przyrodniczą, chciałam napisać o najlepszych książkach z tego nurtu, jakie zdarzyło mi się czytać. Tak się bowiem złożyło, że pojawienie się większości z nich na rynku znacznie wyprzedziło nadejście mody i mogłyby pozostać niezauważone w zalewie nowości. Toteż zapraszam na moją subiektywną listę pięciu najlepszych przyrodniczych pozycji non-fiction (ale niekoniecznie popularnonaukowych), w kolejności przypadkowej. 



To książka otwierająca serię Menażeria i jak dotąd w całej serii zdecydowanie najlepsza. Jest to ten typ literatury o zwierzętach, który najbardziej lubię – autor wychodzi od prywatnych przeżyć (wolontariat w tytułowym azylu) aby pokazać czytelnikowi pewne zjawiska w szerszej perspektywie, cytując odpowiednie badania naukowe i dokumenty. Temat jest rzadko spotykany i trudny: nie dość, że poruszana jest kwestia zwierząt laboratoryjnych, sama w sobie niekomfortowa dla większości ludzi, to jeszcze chodzi o małpy człekokształtne, które są wdzięcznym tematem do programów i książek popularnonaukowych, ale zaskakująco rzadko goszczą w reportażu.

Historie poszczególnych tytułowych szympansów są przejmujące, a ogólne zagadnienie testów na małpach kontrowersyjne, ale Westoll unika zarówno taniego sentymentalizmu, jak i forsowania własnych jedynie słusznych poglądów. Odwala kawał rzetelnej, reporterskiej roboty, opisanej potoczystym językiem, ale ostrzegam, że dla co wrażliwszych czytelników może to nie być łatwa lektura.


To z kolei część serii Biosfera WABu, już zakończonej niestety. Jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) literacko książek o przyrodzie, z jakimi się spotkałam. „Corvus” to zbiór esejów o ptakach istotnych w życiu autorki, a że jest ona zawodową pisarką, ma sporą przewagę nad większością ludzi piszących o naturze (większość ta bowiem zawodowo zajmuje się, no cóż, naturą w tej czy innej formie, a nie pisaniem, co często widać po tekstach widać, niestety). Jak to w eseju, od osobistych doświadczeń autorki przechodzimy a to do miejsca ptaków w kulturze, a to do rozważań o stosunku społeczeństwa do przyrody. Aż nabrałam ochoty na relekturę.

„Dwanaście srok za ogon” Stanisław Łubieński

Książka w tematyce i formie bardzo podobna do opisanego wyżej „Corvus”, tyle że rodzimego autora. Łubieński pisze prawie tak dobrze jak Woolfson (prowadzi też bloga, jak ktoś ciekawy. Styl na blogu nie jest tak dopracowany jak w książce, ale daje jakie takie pojęcie o możliwościach autora), ale dotyka tematów znacznie bliższych nadwiślańskiemu czytelnikowi. W swoich dwunastu esejach odnosi się do kwestii ochrony polskiej przyrody zarówno w skali mikro, jak i makro, pisuje trochę o kulturze, ale przedstawia też scenki rodzajowe z życia amatorskiego podglądacza ptaków („amatorskiego” w sensie, że hobbystycznego, nie że mało zaangażowanego). W moim osobistym rankingu serii Menażeria zajmuje zaszczytne drugie miejsce (a potem długo, długo nic).

„Ukryte życie lasu” David Haskell

Po pierwsze jest to książka z pomysłem, co wcale nie tak często się zdarza. A pomysł autor miał taki, żeby przez cały rok obserwować ten sam, niewielki (bo metrowej średnicy) obszar lasu. Dostajemy więc coś w stylu rocznego pamiętnika. Po drugie, autor jest z zawodu biologiem, więc obserwując las, niewątpliwie wiedział, o czym pisze. Po trzecie zaś miał literackie zacięcie.

Nie jest to może książka tak świetnie napisana jak dwie poprzednio wymienione, ale ciągle bardzo pozytywnie wybija się na tle gatunku, jeśli chodzi o aspekty czysto literackie. Dodatkowo autor również preferuje szersze spojrzenie na omawiane zagadnienia, nie ograniczając się jedynie do tego, co widzi i słyszy. Szkoda, że opisywany las nie leży w Europie, tylko w Ameryce Północnej.

„Powiedz, gdzie cię boli” Nick Trout

Uwielbiam książki o weterynarzach. W Polsce wydano jednak tylko trzech autorów piszących w tematyce. Najpopularniejszy oczywiście jest James Herriot, ale mnie się nie podobał. Zdecydowanie za dużo w jego książkach (no dobra, w tej jednej, którą przeczytałam) o mieszkańcach angielskich miasteczek i wsi, a za mało o zwierzętach. U Trouta bardziej mi odpowiadają proporcje.

Książka jest kompilacją najciekawszych przypadków z całej kariery zawodowej autora, ujętych w ramy fikcyjnego dnia pracy (mam wrażenie, że to dość popularna forma u Anglosasów). Trout rzeczywiście skupia się przede wszystkim na pacjentach i na tym, jak na przestrzeni lat (czyli od czasów Herriota, do którego bezpośrednio się odnosi) zmieniło się nie tylko podejście, ale też możliwości leczenia zwierząt. Nie są to jednak suche relacje, a raczej reportaż z wielkiego weterynaryjnego szpitala. Szkoda, że kolejna książka autora nie była nawet w połowie tak udana jak debiut.

Oczywiście jest jeszcze wiele wartościowych książek o zwierzętach (choćby fenomenalne „O kotach” Doris Lessing), które nie zmieściły się w zestawieniu. Może część z nich wystąpi kiedyś w hipotetycznej drugiej części wpisu. A Wy? Macie jakichś faworytów w tej kategorii?

wtorek, 13 lutego 2018

"Zima" Michał Ochnik

Jak już kilkukrotnie zdarzało mi się wspominać, zawsze z zainteresowaniem śledzę literackie poczynania koleżanek blogerek i kolegów blogerów. Nie inaczej było w przypadku zapowiadanej od lat (od pierwszych zapowiedzi do wydania opłynęło jakieś trzy czy cztery lata) „Zimy”, debiutanckiej powieści Michała Ochnika, którego bloga śledzę prawie od początku. Byłam bardzo ciekawa, jak też autorowi udała się forma tak bardzo inna niż blogowa notka. I przyznam, że po lekturze uczucia mam nieco mieszane. Ale zacznijmy od początku.

Do Vadeline, małego, sennego miasteczka na rubieżach (które, z racji odkrycia sporego złoża złota w pobliżu niedługo nie będzie już ani małe, ani senne) przybywa ekscentryczny młody mężczyzna. Jego jedynym celem i marzeniem zdaje się być odbudowa lokalnego teatru oraz znalezienie niepublikowanych sztuk wybitnego dramaturga, Samuela Zimmermana, który właśnie w Vadeline się urodził i przez większość życia mieszkał. Jednak czy nie wydaje się odrobinę podejrzane, aby ktoś porzucił życie w stolicy i przeniósł się na totalne odludzie, w dodatku ładując w to odludzie małą fortunę li tylko z powodu obsesji na punkcie konkretnego autora? Czy za całą sprawą nie kryje się coś więcej? Przepis na udany zamach stanu na przykład?

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to język. Cała „Zima” jest, mam wrażenie, stylizowana na powieść dziewiętnastowieczną i widać to nie tylko w konstrukcji nazw rozdziałów, ale też w bardzo bogatym (żeby nie powiedzieć „barokowym”) języku. Zdania są krągłe, rozbudowane i często złożone, narrator używa bogatych epitetów, wszystko opisując w wielu słowy, co mnie osobiście  w gorszych momentach przypominało natchnione monologi Ani Shirley (choć przynajmniej aniowej śmiesznej górnolotności nam oszczędzono), a w lepszych narrację Jane Austen. I to jest w sumie zabieg, który mogę kupić, bo wyróżnia się na tle tych wszystkich przejrzystych stylów, jakich pełno w literaturze rozrywkowej.

Natomiast znaczne gorzej wyszła autorowi stylizacja i różnicowanie języka na potrzeby świata przedstawionego (i ten właśnie aspekt języka najbardziej mi w lekturze przeszkadzał). Z jednej strony postacie używają lokalnych idiomów (co jest zdecydowanie plusem, lubię takie smaczki), autor też podkreśla kilkukrotnie, że studenci przyjeżdżający z prowincji do stolicy znacznie różnią się wymową i manierami językowymi od tubylców, że czyjśtam akcent zdradzał pochodzenie, tyle że... to zróżnicowanie językowo-etniczne pozostaje jeno deklaratywne. Mimo narratorskich zapewnień w dialogach wszyscy posługują się jednakowym, bogatym językiem, takim samiutkim, jakiego używa narrator. I jestem w stanie uwierzyć, że takich barokowych fraz mógłby używać arystokrata czy przybyły właśnie ze stolicy młody człowiek z tytułem naukowym, ale trochę mi zgrzytają w ustach prowincjonalnego ulicznika czy prostego, starego myśliwego. A większość postaci drugo- i trzecioplanowych to właśnie tacy prości ludzie z prowincji, więc zgrzytały mi dość często.

Sami bohaterowie też mi zapewnili swego rodzaju dysonans poznawczy. „Zima” to tak naprawdę powieść bardzo kameralna. Nie dlatego, że autor okroił obsadę (ta jest bardzo rozbudowana), ale dlatego, że praktycznie cały dostępny czas antenowy zajął główny bohater, Victor Caillou. Jest to postać w pewnym stopniu udana: autor nakreślił nam portret nieco idealistycznego człowieka, takiego sympatycznego wariata, o którym wszyscy znajomi mówią, że jest nieco szurnięty, ale powszechnie się go lubi i daje zarażać entuzjazmem. Facet ma niezaprzeczalną charyzmę i jest bystrzachą na cztery nogi kutym, z takich raczej sprytnych niż odważnych. Oraz jest tajemniczy. I z tą tajemniczością mam problem. Do pewnego momentu ona naprawdę się sprawdza – sprawia, że bohater wydaje się czytelnikowi bardziej intrygujący, zaczyna budzić ciekawość. Problem w tym, że Victor do końca pozostaje tak bardzo tajemniczy, że właściwie niczego poza tu-i-teraz się o nim nie dowiadujemy. Owszem, wiemy, że brał udział w jakichś zbrojnych działaniach ruchu oporu, że był wziętym reżyserem w stolicy i kilka innych detali z przeszłości autor nam ujawnia, tyle że one nie mają znaczenia. Nie wiemy skąd Victor się właściwie wziął, co go ukształtowało, skąd bierze się jego postawa... Brak mu przeszłości. A do bohatera bez przeszłości, w dodatku takiego, co do którego ostatecznie trudno stwierdzić, czy jego obecny wizerunek nie jest aby tylko wystudiowaną maską, trudno się przywiązać.

Dlatego też znacznie ciekawiej wypadają drugoplanowi aktorzy tego przedstawienia. Moim chyba ulubionym był niedostępny arystokrata, niczym zły duch czający się w swej podmiejskiej rezydencji, który, mimo wielu różnic światopoglądowych, potrafił jednak wyjść poza ciasne postrzeganie świata. Sympatycznie wypada też trupa młodych aktorów, choć tak naprawdę niewiele o niej wiemy, oraz najlepszy przyjaciel głównego bohatera, Neil. Który ma wszystko, czego Victorowi jako postaci brakuje. Niestety, brakuje mu paru rzeczy, które lubiłam w Victorze.

Poza Neilem, wszystkich bohaterów łączy jedno – teatr ich w taki czy inny sposób odmienia i dla ludzi bardziej zaznajomionych z tematem byłoby tu spore pole do interpretacyjnego popisu (ja się nie podejmuję; o teatrze i jego toposach wiem tyle, że trzeba siadać twarzą do sceny). Przy okazji, autor też sporo nawiązuje do różnych dzieł kultury, ale pewnie jakieś 90% tego mi umknęło.

Najbardziej w całej powieści przemawia do mnie świat przedstawiony. Autorzy fantastyki wykazują nad wyraz intensywne zainteresowanie zimą (inne pory roku doprawdy mogą poczuć się pokrzywdzone), ale tutejsza wariacja na temat Królowej Śniegu wypada ciekawie. Oto bowiem mamy planetę o nieproporcjonalnie długiej zimie, indukowanej nie tylko warunkami astronomicznymi, ale też najwyraźniej magią Białej Królowej. Nie wiadomo za bardzo, czym ona właściwie jest, ale na pewno nie człowiekiem. Nie wiadomo, skąd się wzięła i jak można się jej pozbyć, ale od mniej więcej dwustu lat sprawuje niepodzielną i despotyczną władzę na planecie. Szczerze mówiąc, geneza Białej Królowej, historia jej podbojów oraz mechanizmy rządzące światem przedstawionym wydaje mi się znacznie bardziej interesująca, niż wydarzenia bieżące. Ale ostatnio ciągle tak mam.

I tylko zakończenie wydało mi się rozczarowujące. Nie chce za wiele zdradzać (tekst już i tak się robi ponadprzeciętnie długi jak na tego blogaska, nie nawykłam o pisania takich), ale... No, spodziewałam się czegoś więcej niż wyświechtanego, bezbarwnego banału. Po fabule tak bardzo odbiegającej od tego, do czego przyzwyczaiło nas fantasy (co prawda mamy tu ciągle wariację na temat szukania potężnego artefaktu, ale przyjemnie nietypowo podaną) liczyłam na równie kreatywne zakończenie. No to się przeliczyłam.

No i sama nie wiem. Z jednej strony jest to debiut i to napisany przed ładnych kilku laty, więc raz, że powinnam potraktować go ulgowo (taki mam zwyczaj względem debiutów). Z drugiej wiem, że autor zdążył się od tego czasu rozwinąć, przynajmniej jeśli chodzi o krótką formę (można sobie obejrzeć próbkę w lutowym numerze Nowej Fantastyki). „Zima” ma kilka ciekawych pomysłów, ale nie jest też wolna od typowych debiutanckich bolączek. Niemniej, autorowi mam zamiar bacznie się przyglądać, nie tylko ze względu na blogowe sympatie.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.

Tytuł: Zima
Autor: Michał Ochnik
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2017
Stron: 388

środa, 7 lutego 2018

Na co poluje Moreni: luty 2018

Luty miał być miesiącem niezbyt obfitującym w premiery. Tymczasem człowiek budzi się któregoś dnia i stwierdza, ze jego kapownik jakoś podejrzanie spuchł od notatek z datami premier i tego typu rzeczy. Nie przedłużając więc, oto ksiązki, które mnie w lutym zainteresowały.

Chcę mieć:

"Matka Edenu" Chris Beckett
16 lutego

"Ciemny Eden" był fantastyczną lekturą, więc chcę się przekonać, jak wypadła druga książka autora z akcją osadzoną na tej samej planecie. Co prawda zdaję sobie sprawę, że przesunięcie akcji o kilkaset lat sporo zmienia, ale mam nadzieję, że będę tak samo zachwycona, jak za pierwszym razem.

Na dalekiej, pozbawionej słońca planecie, którą jej mieszkańcy nazywają Edenem, wyrosła cywilizacja. Ledwie parę pokoleń temu było ich kilkuset i tulili się do światła i ciepła edeńskich lampodrzew, bojąc się zapuścić dalej w zimny mrok. Teraz ludzkość rozeszła się po całym Edenie i powstały dwa królestwa, oba utrzymujące się dzięki przemocy i zdominowane przez mężczyzn. Oba mają się za prawowitych potomków Geli, kobiety, która przybyła na Eden dawno temu w łodzi pływającej między gwiazdami i stała się matką ich wszystkich. Młoda Gwiazdeczka Strumyk, spotykając przystojnego i potężnego mężczyznę, który przypłynął z drugiej strony Stawu, myśli, że znajdzie pole do popisu dla swojej ambicji i energii. Nie ma jednak pojęcia, że będzie musiała zostać zastępczynią Geli i nosić na palcu jej pierścień, a gdy obejmie tę rolę, jednocześnie pełną władzy i całkiem jej pozbawioną, spróbuje całkowicie odmienić historię Edenu.

"Walden" Henry David Thoreau
27 lutego

Przyznam szczerze, że średnio interesują mnie przemyślenia dziewiętnastowiecznego ekscentryka na temat przyrody same w sobie. Ale ten zbiór esejów jest tak klasyczny w anglosaskiej kulturze, że w co drugiej (jak nie częściej) książce "eko" z tamtych rejonów autor o nim wspomina, cytuje albo się powołuje. Więc warto by było się zapoznać i chyba mieć. W końcu, skoro przetrwało próbę czasu, to i literacko musi jakiś poziom prezentować.

Biblia wszystkich ekologów i ekoentuzjastów!
Książka, która zmieniła sposób patrzenia na otaczający nas świat
Henry David Thoreau (1817-1862) urodził sie w Concord - miasteczku, które w pierwszej połowie XIX w. Było jednym z centrów myśli amerykańskiej. Tutaj wokół mędrca - filozofa Ralpha Walda Emersona - zgromadzili się młodzi ludzie porwani ideami transcendentalizmu, dla których nadrzędną była idea odrodzonej ludzkości. Wśród nich był Thoreau: asceta, moralista, stoik, „bakałarz natury”, „poeta naturalista”, buntownik i mistyk - symbol amerykańskiego indywidualizmu. Nazywano go „produktem w stu procentach lokalnym”, gdyż rodzinne miasteczko stanowiło dla niego centrum świata. Próbował w życiu kariery nauczyciela, był robotnikiem, pomocnikiem, redaktorem, wykładowcą, a nawet producentem ołówków.

"Legion płomienia" Anthony Ryan
28 lutego

Pierwszy tom cyklu, mimo pewnych wad, bardzo mi się spodobał. Na tyle, że chętnie dam szansę kolejnemu. 

Legion płomienia to drugi tom cyklu Draconis Memoria, epickiej fantasy o wartkiej, obfitującej w magiczne przygody fabule osnutej wokół okrutnej wojny, w której wykuwają się zręby nowego cesarstwa.
Claydon Torcreek uszedł cało z rojącej się od smoków dżungli, wymknął się wrogim tubylczym plemionom i uniknął zimnego tchnienia zdrady, a mimo to jego kłopoty dopiero się zaczęły.
Legendarny biały smok, którego istnienie do niedawna wkładano między bajki, obudził się z długiego snu powodowany żarliwym pragnieniem spopielenia świata ludzi. Jedno miasto padło już ofiarą jego potężnych legionów, a następne wkrótce pójdą w jego ślady – chyba że Clay zdoła odkryć prastary sekret pogrzebany w lodach dalekiego południa. Aby tego dokonać, będzie musiał po raz kolejny zmierzyć się z niewyobrażalnym zagrożeniem. Różnica jest taka, że tym razem w jego rękach spoczywa los nie tylko ojczystego kraju, lecz całego świata.

Chcę przeczytać

"Idiota skończony" antologia
2 lutego

Co prawda wyjątkowo mi nie leży wizualna strona nowych fabrycznych antologii (znaczy technicznie do tych zmutowanych potworów nic nie mam, po prostu nie jarają mnie zmutowane potwory), ale ponieważ miało się w niej znaleźć nowe opowiadanie Białołęckiej, to dałabym się skusić.

Dwunastu autorów, dwanaście światów, dwanaście opowieści.
Ocalały z apokalipsy, wiedźma pracująca w małej kawiarni, mechanik na kosmicznym skokowcu, zwykły urzędnik, któremu powierzono bardzo szczególne dziecko. Wszyscy walczą, choć każdy na swój własny sposób i o coś innego- o przetrwanie, o niezależność, o sukces lub spełnienie marzeń. Wszyscy podejmują głupie decyzje i ponoszą ich konsekwencje. I wszyscy zdają się zapominać, że choć nadzieja jest matką kochającą, to jednak matkuje głupcom. Idiotom skończonym.

"Jak wytresować smoka" Cressida Cowell
13 lutego

Wiem, że książka niewiele ma wspólnego z jedna z moich ulubionych animacji, ale to nie zmienia faktu, że chciałabym się z nią zapoznać. Tylko w sumie to nie bardzo wiadomo, kiedy wychodzi, bo pierwotną datą był 5 lutego.

Każdy początkujący wiking musi stawić czoła śmiertelnie groźnemu smokowi, by dowieść swej nieprzeciętnej odwagi.
Momencik… To ma być jakiś żart?!
Halibut Straszliwa Czkawka Trzeci (dla przyjaciół po prostu Czkawka) nie ma najmniejszej ochoty czegokolwiek udowadniać. Zwłaszcza jeśli ma to związek ze szponami jak brzytwy i paszczami ziejącymi ogniem! Będzie musiał coś wymyślić, żeby poskromić smoka po swojemu, ocalić honor, no i ujść z życiem.

"Pszczoły" Joachim Petterson
14 lutego

Kolejna książka z nurtu "eko" (mam wrażenie, że ostatnio ich tu znacznie więcej niż fantastyki) i, cóż za zaskoczenie, znowu o pszczołach. Malutka, więc mogę się zapoznać, co mi tam. 

Pszczoły = życie
Czytaliście z wypiekami na twarzy Historię pszczół Mai Lunde? Nadszedł czas by dowiedzieć się więcej o tych fascynujących owadach i zaprosić je do swego ogrodu.
„Gdy zginie ostatnia pszczoła, ludzkości pozostaną tylko cztery lata życia” – to zdanie przypisywano przez lata Albertowi Einsteinowi. Dziś biolodzy biją na alarm, a organizacje proekologiczne organizują kolejne akcje na rzecz ratowania zmniejszającej się populacji owadów, od których zależy nasze życie i życie naszej planety. Powagę sytuacji pojął Joachim Petterson i z grafika przekwalifikował się na… pszczelarza. A dokładniej stał się pszczelarzem po godzinach i dziś pasji tej poświęca każdą wolną chwilę. Jest znawcą zwyczajów pszczół, wie, jak je obłaskawić i jak zapewnić im idealne warunki życia w przydomowym ogrodzie. W tej książce zebrał wszystkie swoje doświadczenia, anegdoty i przemyślenia. Konkretne porady sąsiadują tu z osobistymi opowieściami o zakładaniu pasieki. O swojej pasji Petterson opowiada z przejęciem i prawdziwym zaangażowaniem, które udzielają się czytelnikom.
Teraz czas na Was! Obudźcie się do życia razem z pszczołami. To najsłodsza książka tej wiosny.

"To, co najlepsze" tom 1 Harlan Ellison
15 lutego

Nie znam żadnego tekstu Ellisona i chyba nadarzyła się okazja, żeby to nadrobić. Toteż skorzystam, bo zewsząd słyszę tylko pozytywne opinie. Mam już ebooka, będzie czytanie.

Najważniejsza premiera fantastyczna ostatnich lat!
Harlan Ellison – kontrowersyjny geniusz światowej literatury, prowokator nieustannie testujący granice wyobraźni. Obsypany nagrodami, zaliczony w poczet wielkich mistrzów SF i horroru. Jego twórczość była inspiracją m.in. dla Neila Gaimana, Dana Simmonsa, Jamesa Camerona i rodzeństwa Wachowskich. "To, co najlepsze" to dwutomowa kolekcja, po raz pierwszy ukazująca polskim czytelnikom bogactwo i różnorodność dorobku tego niezwykłego pisarza i scenarzysty. Drugi tom ukaże się jesienią 2018.
Nie mogę wyobrazić sobie science fiction późnego XX wieku bez Harlana Ellisona. Byłoby nudno!
Ursula K. Le Guin
Nowa Fala zrewolucjonizowała amerykańską fantastykę. A Harlan Ellison zrewolucjonizował Nową Falę. Dostał za to – między innymi nagrodami – jedenaście Hugo i pięć Nebuli. "Ptak śmierci", "Nie mam ust, a muszę krzyczeć", "Dziwne wino", "Ukorz się, pajacu, rzecze Tiktaktor". I mój faworyt: "Chłopiec i jego pies". Żaden szanujący się miłośnik fantastyki nie może sobie pozwolić na to, by nie znać Harlana Ellisona. A poznać naprawdę warto. Ręczę za to moim słowem.
Andrzej Sapkowski
Moje opowiadania ruszają w świat i wywołują piekło. Od czasu do czasu jakiś oszczerca lub urażony krytyk mówi: „Napisał to tylko po to, żeby szokować”. Uśmiecham się wtedy i kiwam głową. Dokładnie tak.
Harlan Ellison w liście do Stephena Kinga
Harlan jest gigantem wśród ludzi pod względem odwagi, waleczności, wymowy, dowcipu, czaru, inteligencji – pod każdym względem oprócz wzrostu.
Isaac Asimov we wstępie do "Niebezpiecznych wizji"


"Elegia dla bidoków" J. D. Vance
15 lutego

Kiedy już zbiorę się na powrót do literatury głównonurtowej to będzie jedna z książek, od których zamierzam zacząć. A tymczasem notuję sobie ku pamięci.

Od ponad 60. tygodni bestseller „New York Timesa”, niemal 2 miliony sprzedanych egzemplarzy. Prawa do tłumaczenia nabyli wydawcy z kilkunastu krajów. W produkcji film w reżyserii Rona Howarda.
Zdaniem recenzentów i czytelników Elegia dla bidoków odpowiada na pytanie: dlaczego Donald Trump wygrał wybory.
Porażająca, choć niepozbawiona humoru opowieść o dorastaniu w biednym miasteczku w „pasie rdzy”. To również napisana z uczuciem i zaangażowaniem analiza kultury pogrążonej w kryzysie – kultury białych Amerykanów z klasy robotniczej. O zmierzchu tej grupy społecznej, od czterdziestu lat ulegającej powolnej degradacji, powiedziano już niejedno. Nigdy dotąd jednak nie opisano jej z takim żarem, a zwłaszcza – od środka.
Historia Vance’ów zaczyna się w pełnych nadziei latach powojennych. Ciężką pracą udało im się awansować do klasy średniej, a ukoronowaniem sukcesu stał się J.D., który jako pierwszy w rodzinie zdobył dyplom wyższej uczelni. Vance pokazuje jednak, że nie da się uciec od spuścizny przemocy, alkoholizmu, biedy i traum, tak typowych dla rejonu, z którego się wywodzili.
Elegia dla bidoków to aktualne i niepokojące rozważania o tym, że znaczna część Stanów Zjednoczonych straciła wiarę w amerykański sen, co znalazło odzwierciedlenie w wyniku ostatnich wyborów prezydenckich. To książka, która pokazała Amerykanom z dużych miast, jak mało wiedzą o swoich rodakach, jak mylne mają o nich wyobrażenie. Ciepła, wyrozumiała narracja Vance’a stała się ważnym głosem w dyskusji o rozwarstwieniu społecznym. W tym sensie jest to rzecz uniwersalna, rzuca nowe światło na podziały społeczne i polityczne również w Polsce.


"Słodziutki. Biografia cukru" Dariusz Kortko, Judyta Watoła
15 lutego

Na fali popularności przeróżnych książek popularnonaukowych wypływają również pozycje o jedzeniu. "Słodziutki" zainteresował mnie tym, że poza pochyleniem się nad pozycją cukru w dietetyce obiecuje również przybliżenie historii "białej śmierci". Chętnie bym poznała.

Nasze komórki nie wiedzą, że jedzenia jest pod dostatkiem. Działają, jak od milionów lat: oszczędzają energię i robią zapasy. Tymczasem dziś zagrożeniem  nie jest brak energii, lecz jej nadmiar. Bo wciąż karmimy się cukrem.
Dlaczego królowa Elżbieta I miała czarne zęby? Czy Polacy na Haiti walczyli o niepodległość czy o cukier? Jak radzono sobie bez cukru w czasie okupacji, i za PRL-u, gdy był na kartki? Kto dzisiaj produkuje najwięcej cukru na świecie? I wreszcie co jest bardziej niebezpieczne dla człowieka: cukier? Czy tłuszcz?
„Słodziutki” to opowieść o substancji, która przebojem wdarła się na nasze stoły i rozpycha się na nich coraz bardziej. Wiele tu historii o wojnach, niewolnikach, wielkich odkryciach geograficznych, powstaniach, piratach, ogromnych fortunach i kryzysach, w których cukier odgrywał pierwszoplanową rolę. Autorzy przytaczają wiele zaskakujących, często mrożących krew w żyłach faktów medycznych, przykładów kryminalnych wręcz praktyk koncernów spożywczych oraz dowodów manipulowania badaniami naukowymi przez lobbystów wielkiego biznesu.
Prof. Leszek Czupryniek, diabetolog, jeden z bohaterów książki, ostrzega: Jeśli ktoś będzie zjadał pięć pączków dziennie, za dziesięć lat oślepnie.


"Czerwony śnieg" Ian R. MacLeod
16 lutego

MacLeod nie jest moim ulubionym autorem Uczty Wyobraźni, niemniej jednak jestem ciekawa jego kolejnej pozycji. Choć nie śpieszy mi się.

Na pobojowisku po ostatniej wielkiej bitwie Wojny Secesyjnej rozczarowany życiem unionista-lekarz natrafia na obrabiającą trupy dziwną postać i jego życie zmienia się na zawsze…
W Strasburgu, parę lat przed Rewolucją Francuską, konserwator obrazów dostaje zlecenie namalowania cyklu portretów pięknej kobiety w różnych fazach jej życia, choć sama kobieta najwyraźniej się nie starzeje…
W Nowym Jorku z czasów prohibicji młoda marksistka pojawia się nagle wśród elit, w dodatku podszywając się pod osobę, która nigdy nie istniała…
Czerwony śnieg to powieść o miłości i krwi, o ideach i snach, a wszystko wiąże w całość tajemnicze stworzenie wywiedzione z najmroczniejszych przedwiecznych ludzkich mitów, które cudem przetrwało do dzisiejszych czasów, wciąż rośnie i wciąż zabija…


"Kształt wody" Guillermo del Toro, Daniel Kraus
27 lutego

Plan jest taki, żeby najpierw obejrzeć film, ale nie wiem, czy w napięty grafik okołowalentynkowy dam radę wcisnąć kolejny seans. No zobaczymy. W każdym razie, jeśli się nie uda, to zadowolę się tą nowelizacją (upowieściowienie to takie brzydkie słowo).

Porywająca opowieść o kobiecie i jej samotności, o mężczyźnie i jego traumie oraz o niezwykłej istocie, która na zawsze zmienia te dwa życia.
Przygotujcie się na nowe wrażenia, jakich dotąd nie wywołała żadna książka ani film!
Tajny rządowy Ośrodek Badań Kosmicznych Occam w  Baltimore otrzymuje do analizy niezwykły obiekt: humanoidalną istotę schwytaną w wodach Amazonii. W laboratorium toczy się gra wywiadów i sprzecznych stanowisk: jedni naukowcy chcą stworzenie uśmiercić i zbadać jego organizm, by odkryć tajemnicę odległych podróży kosmicznych, inni natomiast proponują utrzymywać go przy życiu dla dobra postępu technologicznego. Tymczasem pomiędzy istotą a opiekującą się nim w  tajemnicy jedną z  woźnych, która porozumiewa się ze stworem za pomocą języka migowego, nawiązuje się zaskakująco głęboka więź…
Na podstawie pomysłu Daniela Krausa Guillermo del Toro nakręcił film uhonorowany Złotym Lwem na festiwalu filmowym w Wenecji oraz dwoma Złotymi Globami za reżyserię i muzykę, uznany powszechnie za najlepsze dzieło tego reżysera od czasu Labiryntu fauna.


"Pułapka czasu" Madeleine L'Engle
28 lutego

To już mocno leciwa powieść młodzieżowa, ale jestem ciekawa, czy przetrwała prób czasu. no i ktoś postanowił ją zekranizować, więc miło będzie sprawdzić, jak się oryginał ma do filmu. Acz w zapowiedziach na stronie wydawnictwa jeszcze jej nie ma, więc nie przywiązywałabym się do daty.

Wydanie związane z wejściem na ekrany pełnometrażowego filmu, zawierające wprowadzenie reżyserki Avy DuVernay.
W roku 1962 Madeleine L’Engle zadebiutowała powieścią „Pułapka czasu”, która w roku 1963 została nagrodzona Newbery Medal. Łącząca naukę i fantastykę, ciemność i światło, strach i przyjaźń historia stała się klasyką literatury dziecięcej i jest uwielbiana na całym świecie. A teraz Disney przenosi ją na srebrny ekran! Ekranizacja w gwiazdorskiej obsadzie, w której znaleźli się: Oprah Winfrey, Reese Witherspoon, Mindy Kaling, Chris Pine i nowicjuszka Storm Reid, ożywi świat „Pułapki” dla nowego pokolenia fanów.


Dodatkowo:

"Naznaczeni błękitem" i "Drugi Krąg" Ewa Białołęcka
15 lutego

Czytałam te książki kilka lat temu (nawet jest moja stara recka tutaj), mam nawet zbiór opowiadań, który był dla nich podstawą. Chętnie uzupełnię swój księgozbiór o cały cykl, jeśli tylko będzie wiadomo coś konkretnego na temat kontynuacji.

Nowe pokolenie młodych czytelników ma okazję poznać cykl „Kroniki Drugiego Kręgu” Ewy Białołęckiej, pierwszej damy polskiej fantasy dla młodzieży.
Jeszcze w tym roku wznowienia dwóch kolejnych części oraz długo wyczekiwany ostatni tom serii!
Ewa Białołęcka ‒ najbardziej utytułowana polska pisarka fantasy. Była ośmiokrotnie nominowana do Nagrody Zajdla ‒ trzy razy za powieści, pięć za opowiadania. Statuetkę zdobyła dwukrotnie, za opowiadania Tkacz Iluzji i Błękit maga.
Głuchoniemy Kamyk ‒ pseudonim Smoczy Jeździec, Nocny Śpiewak porośnięty długą sierścią, Jagoda albinoska ‒ każdy boryka się z własną niedoskonałością, ucieka przeznaczeniu i szuka indywidualnej drogi. Bohaterowie są obdarzeni magicznym talentem, jednak muszą za swoje uzdolnienia zapłacić kalectwem. To książka o dorastaniu, przyjaźni i szukaniu drogi w świecie.

sobota, 3 lutego 2018

Stosik #100

Hm, wygląda na to, że stuknął setny stosikowy wpis na blogu. Mogłabym zorganizować jakieś okolicznościowe podsumowanie czy coś, ale za późno się zorientowałam, więc takich rzeczy nie będzie. Będzie za to pokaz zdobyczy z zeszłego miesiąca.;)


Stosik dość skromny, takie lubię - jedna książka kupiona (bo czasopisma to przecież nie książki), jedna do recenzji. Żeby nie przedłużać, do rzeczy.

Na samej górze 6 numerów polskiej edycji "Fantasy & Science Fiction", które nabyłam dzięki Pawłowi z bloga Se czytam - podrzucił mi link do fenomenalnej promocji w sklepie Powergraphu, gdzie już za niecałe dwie dyszki można ten przecudnej urody pakiet nabyć. Kurczę, aż szkoda, że pismo już nie żyje. Prenumerowałabym.

Niżej efekt odwiedzin w bibliotece - "Szpony i kły", czyli antologia fanfików wydana w związku z dwudziestymi urodzinami Wiedźmina. Kupić bym raczej nie kupiła (bo droga, brzydko wydana i znanych nazwisk jak na lekarstwo), ale jak już było w bibliotece to czemu nie sprawdzić, co z tego wyszło.

Dalej - jedyny zakup książkowy. Na "Życie pasterza" czaiłam się, czaiłam i jakoś kupić nie mogłam, bo niby recenzje w blogosferze bardzo pozytywne, niby lubiany nurt "eko", ale jakoś nie byłam skłonna zapłacić pełnej ceny okładkowej. Aż tu wtem - w empiku przecenili do -50%. No to wzięłam, mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Dwie kolejne pozycje to wygrane w grudniowych blogowych konkursach, które doszły w styczniu. "Stacja centralna" przyszła do mnie od Misie czytanie podoba - to twarde SF. Sama jeszcze nie zaglądałam, ale Luby już zdążył się od niego odbić. Nie zniechęcam się, w końcu autor, którego wydają również w UW nie może być beznadziejny. "Krzyk morskich ptaków" wygrałam z kolei w konkursie na Dowolniku i tutaj mam już konkretne oczekiwani. Trochę szkoda, że książka ma taki nieporęczny format - wolę mniejsze i zgrabniejsze, takie w jakich wydaje się np. książki Wohllebena bez ilustracji. Większe IMO sprawdzają się tylko w wypadku, kiedy pozycja zawiera albumowe zdjęcia na kredowym papierze. Ta nie zawiera. Ale może treść wynagrodzi mi niewygody czytania.

Na czytniku zaś przedpremierowa recenzencka świeżynka od Prószyńskiego i s-ki, czyli "To, co najlepsze". Wszyscy chwalą tego autora, a ja jeszcze nie znam żadnego jego opowiadania, więc trochę się jaram. Jak mi się spodoba, to zakupie papier.:P

No i co by tu przeczytać: opowiadania, coś "eko", a może powieść fantasy? ;)

wtorek, 30 stycznia 2018

"Sekretne życie krów" Rosamund Young

Kiedy słyszy się tytuł „Sekretne życie krów”, to aż trudno nie zakpić. Bo, wicie, rozumicie, teraz wszystko ma sekretne życie: łąki, lasy, owoce, grzyby, to czemu by nie krowy? Na fali mody na przyrodnicze sekrety wszystko można wypromować, toteż trudno byłoby tą malutką (choć bardzo porządnie wydaną) książeczkę brać na poważnie. Dlatego też do lektury podeszłam (bo od początku wiadomo było, że podejdę, w końcu wychowywałam się w pewnym sensie z krowami, a poza tym uwielbiam eksplorować przeróżne wykwity literatury „eko”) właściwie bez oczekiwań. I może to ostatecznie sprawiło, że książeczka okazała się bardzo przyjemna.
 
Poza rozbudowanym wstępem (nienapisanym przez autorkę zresztą), „Sekretne życie krów” nie ma ambicji bycia książka popularnonaukową. Young chciała po prostu opowiedzieć o zwierzętach, które są dla niej całym życiem, a które powszechnie (i błędnie) uważa się za głupie i prostackie. Przytacza więc proste historie krów, które cechowały się tak silnie zarysowanymi charakterami, że niekiedy nawet po upływie dziesięcioleci wspomnienie o nich nie blaknie. Gościnnie występują też kury, owce i świnie.
 
Mam wrażenie, że jest to książka z misją. Misją uświadomienia przeciętnemu mieszczuchowi, który wszelkie produkty odzwierzęce bierze z bezdusznego supermarketu, skąd tak naprawdę powinno się to jedzenie brać. Że chyba czas najwyższy, aby społeczeństwo przestało postrzegać zwierzęta gospodarskie jako anonimową pulpę, którą przemienia się magicznie w pysznego schabowego, a zaczęło w nich dostrzegać organizmy o indywidualnych, złożonych potrzebach. Przy czym autorka daleka jest od nawoływania do masowego przejścia na weganizm – wręcz przeciwnie. Próbuje przekazać po prostu, że wszystkiemu, co złożyło swoje życie na naszym talerzu, jesteśmy winni szacunek. Wyrażany w tym, że zanim się na talerzu znajdzie, powinniśmy mu zapewnić możliwość realizowania wszystkich potrzeb i instynktów, zapewnić jak najlepszą stymulację umysłową i środowisko zbliżone jak najbardziej do naturalnego. Co w intensywnym (czy wręcz przemysłowym) modelu rolnictwa jest niemożliwe – bo jakież możliwości umysłowe może mieć istota wychowywana od urodzenia w tym samym, pustym boksie i karmiona codziennie tą sama paszą?
 
Podoba mi się to, w jaki sposób Young pisze o swoich krowach. Może momentami nieco sentymentalnie (który właściciel zwierzęcia potrafiłby się tego ustrzec?), ale nigdy czułostkowo. Zdarza jej się użyć frazy na mój gust nieco zbyt mocno nacechowanej uczłowieczeniem, ale nie widać, żeby stało za tym egzaltowanie – ot, ująć jakoś trzeba, ale jeśli nie chce się popadać w bezduszny, naukowy żargon, to właściwie nic innego nam czasem nie pozostaje. Język tych opowieści jest prosty i przejrzysty, może bez pretensji literackich, ale przyjemny w odbiorze. I tylko taką uwagę mam do tłumaczy – krowy stanowiące produkcyjny zasób stada (czyli dające mleko i/lub cielęta) to mamki. Nie karmicielki, nie żywicielki, czy jaki jeszcze synonim wam przyjdzie do głowy (tutaj akurat tłumacz postawił na karmicielki, ale w swoim namiętnym oglądaniu dokumentalnych seriali o weterynarzach natknęłam się już na wiele wariantów, nigdy prawidłowych), tylko mamki właśnie. Może ktoś się zastosuje...
 
Przyjemna to była książeczka. Poza tym ładna – w twardej oprawie, z uroczymi ilustracjami. Jeśli znajdę ją w jakiejś atrakcyjnej przecenie, to pewnie sobie kupię. Nie zajmie wiele miejsca. A kto wie, może następnym razem doczekamy się bardziej kompleksowego opracowania.

Tytuł: Sekretne życie krów
Autor: Rosamund Young
Tytuł oryginalny: The Secret Life of Cows
Tłumacz: Piotr Kaliński
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok: 2017
Stron: 128

sobota, 27 stycznia 2018

"O ziołach i zwierzętach" Simona Kossak

Kiedy tylko Luby mój osobisty zobaczył, co też takiego aktualnie czytam, od razu kategorycznie stwierdził, że szkoda mojego czasu. Nie było to stwierdzenie całkiem irracjonalne, bowiem miał kiedyś okazję uczestniczyć w wykładzie Simony Kossak i wrażenia wyniósł... delikatnie mówiąc, mało entuzjastyczne. Ale stwierdziłam, że nie może być tak źle, w sieci same pochlebne głosy przecież no i to, że ktoś nie umie wykładać nie znaczy jeszcze, że nie umie pisać. Po lekturze muszę jednak przyznać, że i moim wrażeniom bliżej do stanowiska Lubego niż blogowych entuzjastów...
 
Zanim przejdziemy do konkretów, krótkie wprowadzenie. „O ziołach i zwierzętach” to zbiór... felietonów? Krótkich artykułów? ...autorstwa Simony Kossak z TYCH Kossaków, znanej i ekscentrycznej biolożki, niestety nieżyjącej już. Książka składa się z krótkich tekstów, z których każdy omawia przedstawiciela rodzimej flory lub fauny i swoje pierwsze wydanie miał w 1995 roku.
 
Cóż, wychodzi to różnie. Teksty o roślinach czyta się jak artykuły z wikipedii, urozmaicone odrobiną wiedzy ludowej. Suche opisy typu „jajowate liście ustawione są naprzeciwlegle na czterograniastej łodydze” nie są specjalnie przystępne i chociaż autorka stara się je uatrakcyjnić a to cytując, co też pisali o danej roślinie średniowieczni czy starożytni zielarze, a to przytaczając ludowe wierzenia, koniec końców i tak uzyskujemy dość suchą litanię cech. Właściwie to nawet nie mam pretensji do autorki o taką formę, bo w dobie przedinternetowej (w połowie lat dziewięćdziesiątych jednak niewielu ludzi w Polsce miało dostęp do sieci, a i sama sieć nie była jeszcze zbyt bogata w treści) mogła się sprawdzać lepiej. Ale teraz nie ma się czym zachwycać.
 
Znacznie lepiej wypadają teksty o zwierzętach. Autorka zdecydowanie lepiej sobie radzi, kiedy może wprowadzić element narracyjnego opowiadania historii. Opis zwyczajów danego gatunku wygląda zgrabniej, jeśli nadać mu pewnej celowości i ująć w ramy opowieści. Prostej i nieco ubogiej w detale, ale mimo wszystko potrafiącej zainteresować czytelnika.
 
Pod względem merytorycznym są to opowiastki bardzo podstawowe, w większości przypadków nie wychodzące poza to, co dzięki szybkiemu guglowi możemy znaleźć w sieci (na plus przemawia fakt, że w przypadku tekstów o zwierzętach, te zamieszczone w książkach czyta się dużo lepiej). Jeśli ktoś szukał tu treści unikalnych i jakichś ciekawych nowinek, nowatorskiego pomysłu na książkę, to niestety będzie zawiedziony. Przynajmniej językowo jest jednak przyzwoicie.
 
„O ziołach i zwierzętach” to książka bogato ilustrowana, co jest oczywiście zaletą. Wadą zaś jest fakt, że (przynajmniej w miękkookładkowym wydaniu) wszystkie ilustracje są czarno-białe. W przypadku zdjęć nawet bym takiej decyzji przyklasnęła (drukowane na papierze, jakiego wydawca używa w serii EKO, wyglądają bardzo mizernie), ale w przypadku ilustracji i rysunków trochę szkoda. Przydałoby się też bardziej pilnować doboru ilustracji, bo zdarzyło się kilka lapsusów. Na przykład w rozdziale o bzie czarnym jako jedna z rycin pojawia się... lilak (s. 15). Który potocznie co prawda nazywany jest bzem, ale biologicznie bliżej mu do oliwek. Dziwnie jest też w rozdziale o ropuchach, gdzie pośród trzech rodzimych gatunków nagle pojawia się amerykański grzbietoród (s. 294).
 
Przyznam, że się rozczarowałam. Po tych wszystkich zachwytach zarówno osobą autorki, jak i samą książką spodziewałam się czegoś więcej. Znacznie więcej. Tymczasem dostałam pozycję przeciętną – bardzo sympatyczną językowo, ale jednak poza tym nie zaskakującą i nie zachwycającą. Cóż mam jeszcze jedną książkę autorki. Mam nadzieję, że pozwoliła sobie w niej położyć większy nacisk na snucie opowieści. Bo to jej wychodzi znacznie lepiej niż opisy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.

Tytuł: O ziołach i zwierzętach
Autor: Simona Kossak
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2017
Stron: 416

poniedziałek, 22 stycznia 2018

"Gottland" Mariusz Szczygieł

Mariusza Szczygła znam ze zbioru reportaży „Zrób sobie raj”. Pisał tam o Czechach współczesnych i o tym, czym się różnią od Polski. Niemniej, najbardziej znaną i nagradzaną książką autora jest „Gottland”. Też o Czechach, ale jakże inaczej.
 
W „Gottlandzie” autor uderza w tony poważniejsze – podejmuje próbę zobrazowania, jak komunistyczne rządy wpłynęły na Czechów. Rezygnuje jednak z szerokiej perspektywy narodowej, aby pokazać kilka jednostek (często w ten czy inny sposób wybitnych), których życie zostało złamane przez system. A przyczyny tego złamania bywały różne.
 
Zbiór otwiera tekst „Ani kroku bez Baty”, który różni się nieco od pozostałych i przyznam, że uznaję go za jeden z najbardziej fascynujących. Opowiada bowiem historię czeskiej potęgi obuwniczej – firmy założonej na początku XX wieku przez Tomasa Batę (wybaczcie brak diakrytyków). Z jednaj strony Bata stworzył kapitalistyczną utopię, której demiurgiem się obwołał (co prawda Batów było dwóch, ale po szczegóły zapraszam do tekstu źródłowego) i w której podobno wszystkim żyło się lepiej pod dyktando wzrastającej wydajności. Z drugiej... no właśnie, pozostaje kwestia ograniczania wolności i tych drobnych szczegółów, które w obrazie idealnego robotniczego życia stanowią o tym, że idealne jest ono tylko na pierwszy rzut oka.
 
Jednak to wyjątek, resztę tekstu stanowią historie ludzi złamanych okolicznościami. I kiedy przyjdzie bliżej się przyjrzeć tym okolicznościom, to robi się zdziwniej i zdziwniej. Bo tak absurdalne historie mogły mieć miejsce tylko w państwie totalitarnym. To czarny humor dziejów, okraszony ludzką tragedią.
 
Przykłady? Mamy młodą wokalistkę, której kariera świetnie się rozwijała, aż do momentu, kiedy zaśpiewała piosenkę pod napisy końcowe w pewnym młodzieżowym serialu. Traf chciał, że piosenka stała się hymnem (z braku lepszego słowa) opozycji. Piosenkarkę zdyskredytowano i zakazano jej śpiewać.
 
Albo pisarz, który tak głęboko wierzył w komunistyczne ideały, tak sprawnie je promował, że władza się przestraszyła i postanowiła go zniszczyć. Inny, aby odciąć się od swojej przedwojennej twórczości i odnaleźć w komunistycznych realiach, nie tylko zmienił nazwisko, ale wręcz uległ całkowitemu przeobrażeniu.
 
Wszystkie te historie autor opisał w charakterystyczny dla siebie sposób – tworząc patchwork z krótkich migawek, ściśle, ale nie bezpośrednio ze sobą związanych. Krótkie akapity, i jeszcze krótsze, czasem jakby urwane zdania. Mnie odpowiada.
 
Czas, o którym pisze Szczygieł, był czasem przedziwnym. Tak niesamowitym, że osobie w moim wieku, która zna go tylko z opowieści, trudno się nawet do niego ustosunkować. Wygląda jednak na to, że w każdym kraju było dziwnie na trochę inny sposób. Pokuszę się o powiedzenie, że w Czechach było dziwnie w sposób wyjątkowy.

Tytuł: Gottland
Autor: Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2008
Stron: 232  

sobota, 20 stycznia 2018

"Szepty pod ziemią" Ben Aaronovitch

Na trzeci tom cyklu urban fantasy autorstwa Bena Aaronovitcha polskim czytelnikom przyszło trochę poczekać (bagatela trzy lata), ale w końcu się doczekaliśmy. Nawet dostaliśmy całkiem nowe i całkiem estetyczne wydanie. Tylko że po takim czasie, przyznam szczerze, trochę moja więź z bohaterami i tą historią osłabła. Co może nie być wadą – w końcu dzięki temu łatwiej będzie mi ocenić obiektywnie „Szepty pod ziemią”, prawda?
 
Aha, i ostrzegam przed drobnymi spoilerami do drugiego tomu.
 
Poprzedni tom skończył się niefortunnie dla takiej długiej przerwy, bo dość tęgim cliffhangerem. Oto bowiem nasi dzielni magiczni policjanci odkryli, że nie są jedynymi poważnymi magami działającymi w Londynie i że jest ktoś (albo grupa ktosiów), kto chętnie zrobiłby im poważną krzywdę. W dodatku doszło do pewnego wydarzenia, które wydawało się mieć spore znaczenie. I co?
 
No trochę nico. W „Szeptach pod ziemią” okazuje się, że nad nowymi zdolnościami Lesley wszyscy przeszli do porządku dziennego. Skoro już zaczęła czarować, to uczmy ją dalej (co jest w sumie logiczne, ale liczyłam na więcej dramatyzmu). Tak więc w Szaleństwie mieszka teraz troje policjantów. Kwestia anonimowego czarnego maga rozwija się dość dynamicznie. A tymczasem na przystanek metra w środku nocy wczołguje się ofiara napadu i umiera. Nic przyjemnego, ale taka policyjna praca. Sytuacja jednak komplikuje się nieco, kiedy okazuje się, że w sprawę zamieszana jest magia, a denat był synem amerykańskiego senatora...
 
Przyznam, że to chyba jak do tej pory najlepiej napisany tom cyklu. Czyta się go płynnie (choć autor ma kilka irytujących nawyków, o czym później), bez dłużyzn, akcja jest wartka i bez zbędnych przestojów. Nie oszukujmy się, to proza typowo rozrywkowa (choć niegłupia), bez pretensji do czegoś więcej – więc to jak się czyta i czy akcja jest odpowiednio wartka stanowi kluczowe kwestie. Do tego widać, że autor teraz już dokładnie wie, do czego dąży fabułą całego cyklu (we wcześniejszych tomach nie miałam takiego wrażenia).
 
Jak zwykle Londyn jest istotnym bohaterem opowieści. Tym razem eksploatujemy tunele metra, które, mam wrażenie, są najbardziej mitogennym miejscem, zwłaszcza, jeśli połączy się je z kanałami. Nie można więc zarzucić Aaronovitchowi, że element „urban” w jego fantasy jest pretekstowy. Acz podejrzewam, że gdybym bardziej interesowała się angielskimi miejskimi legendami, to i bardziej bym doceniła.
 
Narratorem pierwszoosobowym znowu jest Peter. Muszę przyznać, że ostatnio nabrał irytującego nawyku. Otóż autor uznał najwyraźniej, że prześmieszny jest następujący żart sytuacyjny: Peter rzuca jakimś popkulturowo-geekowskim bon motem, po czym następuje niezręczna chwila konsternacji, bo nikt nie rozumie, o co chodzi. I to może za pierwszym razem było zabawne. Ale w powieści powtarza się z nużącą regularnością i tylko irytuje czytelnika, no bo ileż można. Tak samo ileż razy można powtarzać, że nasz dzielny posterunkowy chciał zostać architektem, ale mu nie wyszło. Mam wrażenie, że w „Szeptach pod ziemią” pyta go o to co druga osoba...
 
No i tak: jak na kolejny tom serii jest bardzo dobrze. „Szepty pod ziemią” mają pewne mankamenty, ale wnoszą też odświeżający powiew do cyklu – pojawia się kilka nowych postaci, które być może jeszcze kiedyś spotkamy, spotykamy kilka starych i sugeruje nam się poszerzenie świata przedstawionego, jak dotąd składającego się na dobrą sprawę tylko z Londynu (przy okazji dowiadujemy się na przykład, że angielska szkoła magiczna nie jest bynajmniej jedyna, a sposób czarowania takich na przykład Azjatów jest zupełnie inny). Widać zwyżkę formy autora. Poczekamy, co będzie dalej.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Szepty pod ziemią
Autor: Ben Aaronovitch
Tytuł oryginalny: Whispers Under Ground
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Peter Grant
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 378

poniedziałek, 15 stycznia 2018

"Artemis" Andy Weir

„Marsjanin” Andy'ego Weira był bardzo przyjemną lekturą, mimo kiepskiego tłumaczenia. Dlatego też kiedy tylko usłyszałam o nowej powieści autora, chciałam się z nią zapoznać. Jednak szybko pojawiające się w sieci nieprzychylne opinie nieco ostudziły mój zapał i koniec końców podeszłam do lektury z pewną taką nieufnością.

Artemis to miasteczko na Księżycu. Niewielkie, ale jedyne. I lubiane przez bogatych turystów oraz jeszcze bogatszych biznesmenów. I dlatego też osoba o dość elastycznym podejściu do litery prawa ma wzięcie – przecież dziani panowie nie zrezygnują ze swoich drobnych nałogów tylko dlatego, że przenieśli się na Księżyc i niektóre z nich stały się nielegalne, a ktoś musi im te zakazane luksusy sprowadzać. Tym kimś jest Jazz, oficjalnie doręczycielka paczek, a nieoficjalnie przemytniczka. Jazz potrzebuje pieniędzy, ma bowiem plan. A jeden ze stałych klientów ma dla niej propozycję, która pozwoli jej zarobić mnóstwo pieniędzy, jednak zadanie okazuje się dużo bardziej skomplikowane niż to, czym do tej pory się zajmowała. Ale Jazz to dziewczyna pracująca, żadnej pracy się nie boi. W końcu co może pójść nie tak?

Weir w „Artemis” wykorzystał pomysły, które już sprawdziły się w „Marsjaninie” - niedaleka przyszłość, kosmos, zagrożenia i komplikacje jakie czyhają na obrotnego człowieka poza Ziemią i dużo opisowej zabawy z technologiami. Tym razem jednak postanowił napisać thriller i niestety, niektóre rzeczy, które działały w opowieści o nowym Robinsonie Crusoe, przestała działać. Weźmy rozbudowane opisy techniczne. W „Marsjaninie” stanowiły ważną część fabuły i całkiem zgrabnie ją uzupełniały. W „Artemis” tylko powodowały dłużyzny. To znaczy jasne, jesteśmy na Księżycu, więc pewne technikalia istotne dla fabuły trzeba wyjaśnić, żeby intryga miała sens dla czytelnika. Ale Weir z lubością opisuje KAŻDE spawanie bohaterki, technikę opuszczenia miasta, kilkukrotnie powtarza, jak dana rzecz działa... To niepotrzebnie zwalnia akcję (której dobre tempo jest jednak w thrillerze istotne, w przeciwieństwie do opowieści o kosmicznym Robinsonie) i nudzi czytelnika. Ale nie jest największym problemem powieści.

Największym problemem powieści jest bowiem główna bohaterka. Wiecie, jeśli autor chce zagrać kartą niegrzecznej dziewczynki (albo niegrzecznego chłopca, bez różnicy) jako protagonistki, winien przede wszystkim zadbać, aby poza wątpliwą moralnie postawą taką postać charakteryzował jakiś wdzięk. Żeby budziła pozytywne emocje w czytelniku, które pozwolą wybaczyć skazy na charakterze (i praworządności). Jazz brak tego wdzięku. Dostajemy dorosłą kobietę, która zachowuje się jak wulgarna, rozwydrzona, zbuntowana nastolatka. Która jest och jakże uzdolniona, ale obnosi się z tym, że zmarnowała swój potencjał (o czym przypomina jej co druga postać, niemalże roniąc łzy nad tym marnotrawstwem), bo tak to by musiała jakiś wysiłek w pracę wkładać, a jej zależy na takiej, co by zarobić, a się nie narobić. Która dodatkowo jest och jakże seksowna (co na szczęście otwartym tekstem nie leci, ale autor co rusz puszcza nam oczko, że wiecie *wink, wink* o co chodzi). W dodatku pała jakimś absurdalnym poczuciem wyższości wobec całego świata, a tenże świat wciąż oferuje jej okazje i pomoc chyba tylko po to, aby mogła je z tą wyższością odrzucać. Nie ma w niej absolutnie żadnej cechy, która mogłaby sprawić, że jako czytelniczka, polubię bohaterkę. Należy jej się order rasowej Mary Sue.

Taka postawa głównej bohaterki sprawiła, że właściwie z automatu polubiłam każdego, kto jej bruździł, a miał choć odrobinę charakteru. Na przykład Rudy'ego, lokalnego policjanta o niezłomnym charakterze. Taki archetyp szeryfa na rubieżach, który sam jest prawem, ale że ma niezłomny kręgosłup moralny, nie daje się zdeprawować. Albo Dale'a, byłego przyjaciela bohaterki, który co prawda zrobił jej kiedyś straszne świństwo, ale i tak bardziej mi żal jego, niż Jazz. Albo jej ojca, od którego uciekła w akcie nastoletniego buntu a potem głupia buta nie pozwoliła jej już wrócić do rodzinnego gniazda. W zasadzie historia każdej z tych postaci byłaby chyba ciekawsza niż Jazz.

Mocną stroną powieści jest za to miejsce akcji. Opisy tego, jak działa Artemis – nie tylko w kwestiach technicznych, ale przede wszystkim społecznych – bywają ciekawsze niż główny wątek fabularny. (Dodatkowo książka zawiera też schematy i plan miasta, co ułatwia nam orientację w terenie.) Miasto jawi się nam jako swego rodzaju pułapka z kijem i marchewką. Z jednej strony napływ turystów daje możliwości zarobienia sporej gotówki, ale z drugiej sprawia, że (jak to w miejscowościach turystycznych) koszty życia są bardzo duże. A jeśli ci się nie uda, to opuszczenie miasta w poszukiwaniu zieleńszych pastwisk też nie jest ani proste, ani tanie, ani przyjemne.

Cóż, autor musi jeszcze trochę popracować nad warsztatem. Ciągle dobrze rokuje, ale dopóki nie zrozumie, że wszystkich gatunków nie da się dobrze napisać za pomocą tego samego zestawu chwytów fabularnych, będzie produkował buble. Dobrze by było też, żeby przestał zakochiwać się w swoich bohaterach, bo w przeciwnym razie będzie pisał różne niestrawne warianty Mary Sue. W każdym razie, jeśli napisze kolejną powieść, to dam mu szansę. Ciągle mam nadzieję. 

Tytuł: Artemis
Autor: Andy Weir
Tytuł oryginalny: Artemis
Tłumacz: Radosław Matejski
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2017
Stron: 418

czwartek, 11 stycznia 2018

Zmyślenia #39: Książki, na które czekam w 2018 roku

Wypisywanie listy tytułów, na które w danym roku czekam stało się już pewna taką tradycją, choć zaiste przypomina bardziej wróżenie z fusów niż jakiekolwiek rzetelne informacje. Tak będzie i tym razem - trochę wróżenia na zasadzie "chciałabym i prawdopodobieństwo jest istotnie różne od zera" połączonego z informacjami od wydawców, zarówno tych z konkretnymi datami, jak i tych na zasadzie "no, chcielibyśmy wydać, ale ogólnie to się zobaczy". Jednak zanim przejdziemy do tego, co tygryski lubią najbardziej...

Weryfikacja

... sprawdźmy jak na chwilę obecną wygląda status pozycji wymienionych w poprzednich tego typu notkach.

"Szepty pod ziemią" Aaronovitcha, o których pierwszy raz wspominałam w 2015 roku wreszcie wyszły (już je nawet przeczytałam, notka będzie na dniach). Takoż wydawca zapowiada kontynuowanie cyklu w tym roku.

O "The Thorn of Emberlain" Scotta Lyncha ciągle ani widu, ani słychu, ale wszyscy mają nadzieję.
Jeśli chodzi o "Akta Harry'ego Dresdena", to na razie Mag wydał wszystko, do czego aktualnie miał prawa i musi dokupić resztę. Może coś w ostatnim kwartale roku się pojawi.
"Liga smoków" Novik, mimo obecności w rebisowym katalogu wydawniczym i pierwszych konceptów okładki ciągle się nie ukazała. Mam nadzieję, że w tym roku wreszcie wyjdzie, bo to byłoby straszne świństwo, nie wydać ostatniego tomu...

No i bardziej szczegółowe rozliczenie z zeszłoroczna listą:
  • "Historię naturalną smoków" już przeczytałam i zrecenzowałam. Bardzo chętnie gościłabym na tegorocznej liście zapowiedź drugiego tomu, ale nie ma nawet żadnych plotek w tym temacie, więc smutam i mam nadzieję.
  • "Cień Gildii" też już wyszedł i go nawet nabyłam, ale jeszcze nie przeczytałam (co może wypadałoby nadrobić).
  • "Endsingera" dalej nie ma, ale wydawca coś tam przebąkiwał o wydaniu i wznowieniu całej trylogii w nowej szacie graficznej, więc może będzie. Choć po przeczytaniu "Nibynocy" tego samego autora straciłam nieco entuzjazmu.
  • "Teatr węży" Agnieszki Hałas wyszedł w dwóch trzecich, pierwszy tom już zrecenzowałam, drugiego jeszcze nie, ale wszystko w swoim czasie. Podobno jeszcze w tym miesiącu ma być trzeci.
  • "Zima" Michała Ochnika też wyszła i też mam ale jeszcze nie czytałam.
Tymczasem możemy przejść do oczekiwanych premier na ten rok (oczywiście nie będzie w nim tytułów wymienionych w miesięcznych zapowiedziach na styczeń. Ale będzie jeden, którego nie wymieniłam). Kolejność oczywiście przypadkowa.

1. "Kroniki Drugiego Kręgu" Ewa Białołęcka
Przyznam, że sam fakt wznowienia cyklu mnie jakoś szczególnie nie jara, bo już go znam - choć oczywiście zawsze cieszy, kiedy któraś z dobrych autorek wychyla się z wydawniczego limbo. Tym razem wychyla się autorka jedynych chyba rozpoznawalnych polskich smoków (poza wariacjami na temat Smoka Wawelskiego), której styl zresztą lubię. I ja sobie bardzo chętnie to nowe (mam nadzieję, że wypasione) wydanie na półce postawię, pod jednym warunkiem - że pojawią się zamykające tomy (co prawda wstępnie ostatni tom miał być jeden i nosić tytuł "Czas złych baśni", ale ponoć autorce się rozrósł, więc jakby były dwa ostatnie, to bym się nie czuła oszukana). A i jakimś zbiorem opowiadań lengorchiańskich (niekoniecznie nowych, wystarczyłoby zebrać istniejące) też bym nie pogardziła. W każdym razie, Jaguar ma wystartować już w lutym z tą serią.

2. "Miasto ostrzy" Robert Jackson Bennett
Pierwszy tom czytałam w zeszłym roku i (poza tą koszmarną narracją w czasie teraźniejszym) była to jedna z oryginalniejszych pozycji fantasy od dłuższego czasu. W oryginale wyszła już cała trylogia, a Papierowy Księżyc wstępnie planuje drugi tom na pierwszy kwartał tego roku. Mam nadzieję, że plany wypalą.
3. "A Closed and Common Orbit" Becky Chambers
Cóż, tutaj właściwie nie mam żadnych przesłanek odnośnie jakiejkolwiek daty premiery. Ale krążą plotki, że wydawnictwo razem z prawami do pierwszego tomu (który niesamowicie mi się podobał, choć przyznam, że arcydzieło to to nie jest) zakupiło od razu prawa do kontynuacji, więc czemu miałoby jej nie wydać? Ok, tom pierwszy nie miał może jakiejś oszołamiającej promocji a w zdominowanym przez batalistykę środowisku space oper bez tego raczej nie miał szans wzbudzić szerszego zainteresowania, ale nadzieja umiera ostatnia.

4. "Ukryta Forteca" Aleksandra Janusz
Czwarta (i na chwilę obecną zamykająca) cześć Kronik Rozdartego Świata, z których ja dotąd czytałam tylko pierwszy tom - ale kupuję na bieżąco, żeby nie było. Ukaże się raczej bliżej końca roku, więc może zdążę doczytać resztę.

5. "Narzeczona księcia" Wiliam Golman
Klasyczna pozycja napisana przez światowej sławy scenarzystę, wznawiana u nas po dwudziestu latach. Mam wrażenie, że istnieje trend odkurzania fantastycznych szacownych ramotek lub powieści dobrych a zapomnianych, jak ostatnie wznowienia Le Guin chociażby. Ciekawam, do której kategorii zaliczyć należy tę pozycją. Może niedługo się przekonam, bo wyjść ma już w tym miesiącu.

6. "Matka Edenu" i "Córka Edenu" Chris Beckett
"Ciemny Eden" wywarł na mnie ogromne wrażenie i jest chyba obok "Smoka Griaule" moja ulubioną pozycją z Uczty Wyobraźni. Dlatego chętnie zapoznam się z jego kontynuacjami. Co prawda nie mam złudzeń, że wywrą na mnie porównywalnie dobre wrażenie, ale będę kontenta, jeśli poziom będzie przyzwoity. "Matka Edenu" ma się ukazać już w lutym, kiedy będzie "Córka..." bliżej nie wiadomo.

7. "Kirke" Madeline Miller
To jedna z propozycji Albatrosa na najbliższy rok i przyznam, że jestem zainteresowana. Mitologia grecka nie jest szczególnie często eksploatowana w fantastyce (a przynajmniej do Polski niewiele  z tych eksploatacji dociera), dlatego chętnie sprawdzę, co zacz. Acz mam nadzieję, że jest to powieść z pretensjami do literackości, a nie kolejna przygodówka dla jakichś "adult" z przedrostkiem.

8. "Każde martwe marzenie" Robert M. Wegner
Jedna z najbardziej oczekiwanych premier w tym roku. Co prawda pierwotne zapowiedzi mówiły o 2017, ale jak to z Wegnerem bywa - nie wyszło. Cóż, autorowi płodzącemu takie opasłe kobyły jestem w stanie wybaczyć, albowiem robi to dobrze. Tymczasem najnowszy meekhański tom ma się pojawić podobno w pierwszej połowie roku. Obstawiam okolice Pyrkonu.

9. "Szczęściarz" Marcin Jamiołkowski
Na czwarty tom cyklu o Herbercie Kruku, warszawskim magu - krawcu, przyszło mi trochę poczekać. Ale czego się nie robi dla ulubieńców (bo Kruk to mój zdecydowanie ulubiony rodzimy miejski mag. Nie, żeby miał jakąś szczególną konkurencję...)? Genius Creaions przebąkuje o marcowej premierze, ale z nimi trzeba wziąć poprawkę na obsuwy. W każdym razie, może do końca roku się wyrobią.

10. "Mroczne Materie" Philip Pullman
Czytałam tę trylogię w okolicach premiery filmowego "Złotego kompasu" i z miejsca stała się moim ulubieńcem. Mam nawet na półce omnibus, ale... no, jest paskudny i kupiłam go tylko dlatego, ze straciłam nadzieję na pojawienie się ładniejszego wydania. Tymczasem Mag kupił prawa i robi nowe tłumaczenie, po czym zamierza to wydać w twardych oprawach i z własnymi okładkami. I dorzuci do tego "Księgę Pyłu". Nie mogę się doczekać, to będzie świetna okazja do relektury, na którą od jakiegoś czasu mam ochotę. Z tym, że przyjdzie mi poczekać najkrócej do końca roku...

11. "Łąka" Dave Goulson
Wiecie, za co między innymi lubię marginesową serię EKO? Za to, że żaden z jej tytułów nie mówi o tajemniczym, prywatnym czy ukrytym życiu czegoś tam. A taka "Łąka" przecież aż się prosi, żeby dodać do niej marketingowy przedrostek. Poza tym Goulsona lubię, bardzo sympatycznie pisał o trzmielach, więc i o łące pewnie też nie będzie źle. NO i wiadomo, kolejna część ulubionej serii.;)

A Wy czekacie na coś? :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...