wtorek, 17 kwietnia 2018

"Szpony i kły" antologia


„Szpony i kły” to antologia będąca owocem konkursu Nowej Fantastyki, zorganizowanego z okazji trzydziestolecia powstania Wiedźmina. Jak każda z podobnych inicjatyw (nie dość, że opowiadania pisane głównie przez amatorów-debiutantów, to jeszcze fanfiki do znanej, budzącej konkretne, duże oczekiwania marki) spotkała się ze sporym sceptycyzmem w środowisku. W uzyskaniu sympatii nie pomogły też bezczelne działania marketingowe ze strony wydawnictwa (wielkie nazwisko Sapkowskiego na okładce sugeruje, że to książka jego autorstwa, tymczasem nawet redaktorem tego zbioru nie był. Malutkie „przedstawia” może łatwo umknąć). Ale czy wypada skreślać książkę tylko w wyniku działań prowadzonych wokół niej? Sama wolałam poczekać ze skreślaniem do czasu poznania treści.

Ostatnio trafiła mi się okazja, aby tę treść poznać. I wiecie co? Nie było aż tak źle. Jakość tekstów przeważnie leży gdzieś pomiędzy „średnie” a „dobre”. Brak tu dzieł wybitnych, ale brak też kompletnych literackich porażek (choć zdarzały się teksty słabsze).

I za taki właśnie słabszy tekst (szczerze mówiąc, najsłabszy ze zbioru) uważam „Kres cudów” Piotra Jedlińkiego, czyli zwycięzcę wzmiankowanego konkursu. Jestem w stanie zrozumieć, co kierowało szanownym jury przy wyborze – autor aż wychodzi ze skóry, żeby tylko jaknajudatniej skopiować styl Sapkowskiego i naćkać jak najwięcej odwołań do kanonicznych opowiadań. I jeżeli za główne kryterium przyjmiemy stworzenie jaknajpodobniejszej kopii stylu, dodatkowe punkty przyznając za nawiązania, to nie dziwota, że „Kres cudów” wygrał. Problem w tym, że to jest zwyczajnie słabe opowiadanie. Fabułe brak wdzięku i puenty. Kopiuje najoczywistszy wiedźmiński schemat (przyjeżdża Geralt na zadupie, aż tu nagle wciskają mu zlecenie, którego nie miał ochoty przyjąć) w sposób niczego niewnoszący. Dodatkowo autor najwyraźniej wyszedł z założenia, że o mocy języka w prozie Sapkowskiego decyduje archaizacja, więc stara się jakoś ją wcisnąć do każdego zdania. Przez co cały tekst wydaje się przyciężki. Nawet jeśli miał to być pastisz (na co mogą wskazywać pewne elementy, choć inne znowuż przeczą tej teorii), to raczej nieudany.

„Krew na śniegu” Beatrycze Nowickiej po takim wstępie wydaje się wręcz arcydziełem – choć tak naprawdę jest to po prostu sprawnie (może nawet najsprawniej w zbiorze, choć walka o pierwsze miejsce jest zacięta) napisana, prosta historia, moim zdaniem znacznie lepiej niż tekst Jedlińskiego oddająca ducha oryginału. Autorka tutaj postanowiła opisać jedno z wydarzeń, które w oryginalnej sadze zostało tylko zasygnalizowane, czyli rozpoczęcie znajomości Geralta i czarodziejki Koral (ponoć po „Sezonie burz” opowiadanie przestało mieścić się w kanonicznej historii, ale nie czytałam „Sezonu...”, więc się nie odniosę). Historia schematem nie odbiega od tych klasycznie serwowanych przez Sapkowskiego, nie jest szczególnie nowatorska, ale czyta się ją przyjemnie. No i puentę ma przyzwoitą.

„Ironia losu” Sobiesława Kolanowskiego to jeden z tych przeciętniejszych tekstów. Od strony technicznoliterackiej nie mam mu nic do zarzucenia – narracja jest płynna, język przyzwoity. Pomysł na fabułę też nienajgorszy, choć chyba można już powiedzieć, że tradycyjny w tej konwencji - znowu do wiedźmina przychodzi ktoś ze zleceniem, którego nasz drogi Geralt nie ma najmniejszej ochoty przyjmować. Co prawda puenta pozostała dla mnie nieco nieczytelna, a epatowanie gołymi, przystojnymi mężczyznami może niektórych odrzucić, ale poza tym nie mam uwag.

„Co dwie głowy...” Nadii Gasik równie są tekstem zaledwie przeciętnym – autorka ma problem ze zrównoważeniem fabuły i zdarza jej się przynudzać mało istotnymi dla akcji dłużyznami. Natomiast pewnym nowum jest fakt, że tym razem wiedźminem nie jet Geralt, a akcja opowiadania toczy się już po wydarzeniach znanych z sagi (co w sumie nie ma znaczenia, noale). Fabuła znowu jest dość przewidywalna (znany schemat, prawdaż), z niedopracowaną puentą, ale przynajmniej nie urąga rozumowi czytelnika.

„Skala powinności” Katarzyny Gielicz z kolei znacznie rożni się konwencją od wszystkich poprzednich tekstów (i w ogóle jet takim punktem granicznym w antologii, od którego zaczyna się odchodzenie od schematu „wiedźmin dostaje zlecenie”). Mamy tutaj bowiem historię dziewczyny, Blotki, która przez dłuższy czas towarzyszyła Coënowi w jego wiedźmińskich wyprawach, w charakterze pomocy i wsparcia psychicznego (i wybaczcie, ale kompletnie nie wiem, czy jest kanoniczna. I szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to zbytnio) oraz ich konfliktu, kiedy wyszło na jaw, że młody wiedźmin uparł się iść na wojnę. Historia jest prosta i krótka, ale muszę przyznać, że także jedna z najbardziej poruszających w zbiorze.

„Bez wzajemności” Barbary Szeląg jest bez wątpienia najciekawszym amatorskim tekstem zbioru. Po pierwsze, nie ma w nim żadnego wiedźmina – tylko trójka znanych z sagi bardów (serio, czy oryginalny Jaskier był naprawdę tak irytujący? Szeląg może mniej, ale generalnie wszyscy autorzy robią z niego przerysowaną drama queen). Marcin Zwierzchowski we wstępie opisuje to opowiadanie jako odpowiedź na „Trochę poświęcenia”, ale osobiście nadałabym mu szerszy kontekst. Autorka zastanawia się bowiem, co by było, gdyby niemej Arielki (tej bardziej disneyowskiej niż andersenwoskiej jednak) książę nie pokochał. Albo gdyby Bella mogła po prostu odejść, zamiast czekać na wywołaną syndromem sztokholmskim miłość do Bestii. Dobrze napisane rozważania na temat tego, co dzieje się z księżniczkami i książętami, którzy jednak nie będą żyli razem długo i szczęśliwie to zaskakujący powiew świeżości.

„Lekcja samotności” Przemysława Gula to taki tekst, który właściwie mógłby być osadzony w dowolnym uniwersum – setting wiedźmiński jest tu bardzo pretekstowy. To sprawnie napisana historia młodej uczennicy czarodziejki, która odkrywa, że nie można nikomu ufać. A to wszystko na tle korytarzy akademii oraz w przeddzień walnej bitwy. Napisane jest to zgodnie z prawidłami sztuki, ale osobom spodziewającym się wiedźmińskiego klimatu może wydać się zbyt neutralne.

„Nie będzie śladu” Tomasza Zliczewskiego to dziwny tekst. Najbliżej mu chyba do thrillera psychologicznego w settingu fantasy (z rodzaju „w małej wiosce zaczynają ginąć ludzie”). A że niezbyt dobrze znam się na tym rodzaju literatury, trudno mi oceniać czy porównywać tropy. Niemniej, językowo bardzo przyzwoicie.

„Dziewczyna, która nigdy nie płakała” Andrzeja W. Sawickiego była dla mnie pewnym rozczarowaniem. Nie dlatego, że jest jakimś szczególnie złym tekstem – prezentuje poziom dobrego rzemiosła. I o to właśnie chodzi: od autora doświadczonego i po opowiadaniu pisanym „w hołdzie” spodziewałabym się jednak więcej. Tymczasem dostajemy całkiem przyjemną historię elfiej wojowniczki, która ciężko ranna zostaje przygarnięta przez uchodźców z drugiej strony barykady. Najciekawszym wątkiem opowiadania jest właśnie to, jak zmaga się z niechęcią niektórych członków opiekującej się nią społeczności i jak powoli rewiduje swój światopogląd.

„Ballada o Kwiatuszku” Michała Smyka jest opowiadaniem, które zostawiło mnie z poczuciem głębokiego second hand embarrassment, jak to udatnie nazywają Anglosasi. Literacko ciężko się przyczepić (może poza faktem, że język jest nieco bezbarwny), ale część pomysłu na fabułę jest zdecydowanie z gatunku... ryzykownych. Otóż okazuje się, że zrządzeniem jakiegoś wyjątkowo złośliwego bóstwa Jaskier po śmierci w postaci ducha pojawia się wtedy, kiedy jedna z jego dawnych kochanek (tytułowa Kwiatuszek) właśnie uprawia seks, w dodatku w miejscu, gdzie rzecz się dzieje. I tylko na czas uprawiania tegoż seksu zostaje, po czym pogrąża się w niebycie aż do następnego stosunku. I w sumie reszta pomysłu (czyli cel pojawiania się Jaskra) jest całkiem niezła, puenta też udana, ale nad czasem egzystencji naszego eterycznego poety nie mogę przejść do porządku dziennego. Autor mógł wybrać w zasadzie jakąkolwiek inną czynność i niczego by to w fabule nie zmieniło. Chyba miało być zabawnie. Nie wyszło.

Zbiór zamykają tytułowe „Szpony i kły” Jacka Wróbla. Jest to klasyczny retelling „Wiedźmina”, opowiadania, od którego wszystko się zaczęło: tym razem poznajemy wersję księżniczki strzygi. Nie jest to może opowiadanie rewolucyjne, ale z bardzo przyjemnym pomysłem, dobrze wykonane i jednak wnoszące powiew świeżości. Zaskakująco mi się spodobało (no i autor musiał oczywiście nawiązać też do własnej twórczości. Nawet zgrabnie wyszło).

Nie żałuję czasu spędzonego nad lekturą – zwłaszcza, że bezkosztowo wypożyczyłam ją sobie z biblioteki. Może nie jest to najwybitniejszy zbiór opowiadań, jaki czytałam, ale spodziewając się najgorszego, zostałam miło zaskoczona całkiem niezłym.
 
Tytuł: Szpony i kły
Wydawnictwo: SuperNowa
Rok: 2017
Stron: 400

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

"W mocy wichru" Agnieszka Hałas


Za mną ostatnia jak dotąd napisana powieść o Krzyczącym w Ciemności (choć przygarnęłabym jeszcze jakiś zbiór opowiadań z uniwersum, nie powiem). Pod pewnymi względami „W mocy wichru” było lektura bardzo satysfakcjonującą (na przykład objętość miło zaskoczyła), pod innymi jakby mniej, ale może przejdźmy do konkretów.

Tym razem zaczyna się od tego, że Marshia ma kłopoty – jej demoniczny mocodawca postanowił podarować jej kontrakt innej dolinie Otchłani, a potencjalny nowy opiekun raczej nie ma dobrych zamiarów, a do tego chce wciągnąć na służbę dwie uczennice żmijki. W cyrografie jest jednak pewien zapis, który daje szansę wyplątania się z całej sytuacji, ale nie będzie to łatwe, a konsekwencje będą poważne...

W zasadzie trzeci tom powieści ze świata Zmroczy to nie tyle kolejna opowieść o Krzyczącym w Ciemności (choć oczywiście Brune dostaje obszerny i kluczowy wątek, o czym za chwilę), co o Anavri. I może dlatego wydaje mi się ciekawszy.

Anavri to młoda dziewczyna, którą budzący się czarny dar wyrwał z wygodnego życia umiarkowanie majętnej szlachcianki i wrzucił w kompletnie nieznany świat wiecznie ukrywających się ka-ira, czarnych magów (co właściwie miało miejsce już w poprzednich tomach, ale dziewczyna nie dostała dość czasu antenowego). Inaczej niż w przypadku większości nastoletnich bohaterek powieści dla młodych dorosłych (nie, żeby „Teatr Węży” był cyklem należącym do tego nurtu, ale wiecie, co mam na myśli), które każdą nową moc witają z otwartymi ramionami, Anavri nie chce przyjąć swojego daru. Wie, że nie ma wyjścia i od tej pory musi z nim żyć, ale poza tym stara się ostentacyjnie odrzucać nową moc – stawia bierny opór podczas magicznej edukacji, nie chce słyszeć o swoich nowych możliwościach, podejmuje nawet próby zlikwidowania daru razem ze sobą.

Na kolejnych stronach widzimy, jak Anavri powoli godzi się z tym, że do poprzedniego życia nie ma już powrotu (co rozum wiedział niby od początku, ale serce i emocje nie chciały przyjąć do wiadomości) i że jeśli nie chce umrzeć powolną i bolesną śmiercią jak brat, musi nauczyć się dobrze władać narzędziem, jakie los wcisnął jej w ręce. Ciągle nie lubi siebie jako czarnego maga, nie identyfikuje się z tym określeniem, ale zaczyna doceniać nowe możliwości w ich praktycznych aspektach. Autorce świetnie udało się na stronach powieści oddać ewolucję zagubionej, zrozpaczonej dziewczynki w twardą, młodą kobietę, ciągle poszukującą swojego miejsca we wszechświecie. Do tego stopnia, że znacznie chętniej przeczytałabym powieść o dalszych losach Anavri niż Brune'a (to się odmienia w ogóle?). Co w sumie chyba dotyczy wszystkich żeńskich bohaterek.

Sam Brune też nie próżnuje. Poprzednio zarzucałam mu reaktywność zamiast aktywności i w zasadzie podtrzymuję ten osąd, niemniej autorka tym razem szturcha go fabularnym patykiem niemal bez przerwy, co nie pozwala mu wieść spokojnego, monotonnego i niezbyt dla czytelnika interesującego życia, jakie z pewnością najbardziej by mu odpowiadało. W bardzo satysfakcjonujący sposób otrzymujemy rozwiązanie większości zagadek z przeszłości, głównie tych odnośnie prawdziwej tożsamości żmija i jego powiązań z Otchłanią. Poza tym Brune ma okazję sprawdzić się w roli nauczyciela (z zyskiem dla czytelnika, bo dzięki temu możemy dowiedzieć się nieco więcej o prawach rządzących czarną magią, a to z kolei stanowi nieoceniony dodatek do konstrukcji świata przedstawionego... o czym w sumie też za chwilę). Ponadto autorka wplątuje go w dość niespodziewany romans, którego klasycznym romansem nazwać chyba nie można. Brune bowiem, mimo teoretycznie pozycji siły w tym układzie, dostaje zdecydowanie mniej niż oferuje. Biorąc to pod uwagę, całą tę relację można uznać za oryginalne spojrzenie na temat, w dodatku bardzo dobrze opisane (choć przyznam, że bardzo długo mnie ten wątek uwierał - Brune zdecydowanie nie wyglądał mi na kogoś, kto da się wciągnąć w taki układ).

Sam świat przedstawiony również nieco nam się wzbogacił. Dowiedzieliśmy się trochę o układzie sił w Otchłani, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że geografia planety zaczyna nam przedstawiać się nieco szerzej niż najbliższa okolica pięciu miast nad Zatoką Snów. Dowiadujemy się, że są jakieś oceany, na których występują archipelagi i mamy nawet jakieś inne kontynenty! W sumie to jest ten moment, kiedy obstawałabym za mapką w książce.

Zakończenie pozostaje... irytująco otwarte. To znaczy autorka cwanie pozamykała najważniejsze wątki, żeby rozeźleni fani nie wysyłali jej listów z pogróżkami, ale właściwie ucięła to wszystko w momencie, w którym nie sposób nie dopytywać „I co dalej!?”. Jakim cudem nie dochodziło do aktów przemocy, kiedy jeszcze nie wiadomo było o planowanej kontynuacji, doprawdy nie wiem. Cóż, pozostaje tylko czekać na ciąg dalszy. Choć znając hałasowe tempo, przyjdzie czekać kilka lat.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: W mocy wichru
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2018
Stron: 608

piątek, 6 kwietnia 2018

Na co poluje Moreni: kwiecień 2018

Kwiecień może nie tak bardzo jak marzec, ale jest bogaty w ciekawe premiery. Trochę się tego nazbierało, przy czym na niektóre tytuły czekam już od dawna. Nie przedłużajmy więc.

Tylko jeszcze przypomnę o spadkowiczach: 3 kwietnia ukazały się "Podróże w czasie" Jamesa Gleicka, zaś 18 kwietnia ma się ukazać "Scarlet" Marissy Meyer. Ciągle też nie wiadomo, kiedy wyjdzie "Wojna światów" w wypasionym, vesperowym wydaniu, ale plotki głoszą, że jakoś w kwietniu (choć bez konkretnej daty niczego do rozpiski nie wkładam - tym bardziej, jeśli wydawca usilnie nie chce puścić farby).

Chcę mieć

"Trupia Farma: nowe śledztwa" Bill Bass, Jon Jefferson
4 kwietnia

Na blogu jeszcze o tym nie było (będzie!), ale pierwsza "Trupia Farma" bardzo mi się podobała. Toteż z drugą równie chętnie się zapoznam. A że pierwsza w domu jest, to i drugą chętnie zaproszę.

Nowa książka autorów kultowej "Trupiej farmy".
Nawet najostrożniejszy morderca zawsze pozostawi ślad, który go zdradzi. W skutecznym szukaniu tych śladów pomaga założona przez Billa Bassa słynna "Trupia farma" – wyjątkowy naukowy projekt badania tego, co dzieje się z ludzkim ciałem po śmierci. Dzięki jego badaniom nauka jest w stanie wydrzeć zmarłym ich sekrety.
Czy odgryziona końcówka cygara może wskazać mordercę? Jak zidentyfikować ciała ofiar eksplozji w nielegalnej fabryce fajerwerków? Dlaczego muchy i ich larwy są najlepszymi sprzymierzeńcami antropologa sądowego?
Bill Bass, opisując najciekawsze i najdziwniejsze przypadki, jakie spotkał na swojej drodze, zabiera nas w mroczną i fascynującą podróż po świecie, gdzie nie ma zbrodni doskonałej.
Trzynaście nowych spraw z archiwum legendarnego detektywa kości!

"451 stopni Farenheita" Ray Brandbury
18 kwietnia

To jest książka, którą od dawna chciałam mieć i przeczytać, ale zanim dojrzałam do tej decyzji, to wydania z Solarisu osiągnęły status niemalże białych kruków. To teraz będę miała całkiem fajne wydanie artefaktowe. Mam tylko nadzieję, że przyłożą się do korekty bardziej niż w innych książkach z serii.

Przerażająco prorocza powieść o przyszłości w świecie postliterackim…
Guy Montag jest strażakiem. Jego praca polega na niszczeniu najbardziej zakazanego ze wszystkich dóbr, źródła wszelkich niesnasek i nieszczęść: książek.
Nie przychodzi mu do głowy, że mógłby kwestionować swoje nijakie życie – dopóki nie zostanie mu objawiona przeszłość, w której ludzie nie żyli w strachu, i teraźniejszość, w której można postrzegać świat przez pryzmat idei.
Zaczyna ukrywać w domu książki, które wkrótce zagrożą jego życiu.


"Zwrotnik Węży" Marie Brennan
23 kwietnia

Przyznam, że to najbardziej oczekiwana przeze mnie premiera kwietnia. Pierwszy tom, mimo pewnych wad bardzo mi się podobał i mam szczerą nadzieję, że autorka skorzysta z okazji i naprawi wszystkie niedociągnięcia. Jaram się.

Trzy lata po fatalnej wyprawie w niegościnne góry Wystrany nieustraszona badaczka przeciwstawia się rodzinie i konwenansom, by wyruszyć z ekspedycją na rozdarty wojną kontynent Erigi, siedlisko takich egzotycznych gatunków smoków, jak żyjące w trawie węże sawannowe, leśne węże nadrzewne i najbardziej nieuchwytne z nich wszystkich, legendarne bagienne żmije z tropików.
Wyprawa obfituje w wiele trudności, a Izabela, której towarzyszy dawny współpracownik i przyjaciółka-uciekinierka z domu, musi stawić czoło uciążliwym upałom, wyniszczającej gorączce, pałacowym intrygom, plotkom i innym niebezpieczeństwom w trakcie wędrówki po nieprzebytej dżungli zwanej Zielonym Piekłem. Odwaga, pomysłowość i naukowa ciekawość bohaterki zostaną wystawione na najcięższe próby.


Chcę przeczytać

"Życie mrówek" Maurice Maeterlinck
4 kwietnia

Kolejna pozycja noblisty, wydana w bardzo przyjemny dla oka sposób. Mrówki są zdecydowanie mniej oklepane niż pszczoły, więc chętnie się dowiem, co autor miałby o nich do powiedzenia (choć wszystkie moje dotychczasowe obawy odnośnie tych wznowień pozostają w mocy).

Mrówka to niezaprzeczenie jedno z najszlachetniejszych, najmiłosierniejszych, najbardziej oddanych, wspaniałomyślnych i altruistycznych wśród stworzeń, które bytują na naszej planecie. Mamy tu do czynienia z rzecząpospolitą wysoce idealną, której my ludzie — niestety — nie znamy, z rzecząpospolitą matek. Aczkolwiek bezpłciowe, są z obowiązku ożywione głębszym i gorętszym poczuciem macierzyństwa, niż właściwe rodzicielki. Nigdzie w przyrodzie nie znajdziecie równie płomiennego uczucia macierzyństwa. Kwoka broni swych kurcząt przed każdym niebezpieczeństwem, ale nie zdradza miłości ku jajom, które znosi. Urwij odwłok mrówce-robotnicy, która stara się uratować kokon, odetnij — jeśli będziesz miał wstrętną odwagę to uczynić — dwie tylne nogi, na czterech nogach, które jej pozostały — robotnica, nie wypuszczając swego drogiego ciężaru i wlokąc swe wnętrzności — gdyż zdolność zachowania życia jest u niej równie niesłychana jak miłość — pójdzie dalej i zginie dopiero wówczas, gdy larwa lub poczwarka, reprezentująca przyszły owad, znajdzie się w schronieniu. W tym heroicznym matriarchacie każdy osobnik z całym oddaniem spełnia swój obowiązek ku pożytkowi wszystkich, jak gdyby społeczeństwo składało się z niego jednego.

"Zadziwiający świat ptaków" Jim Robbins
4 kwietnia

Im bliżej wiosny, tym większa sympatia pałam do ptaków (choć i tak uważam, że w ekoliteraturze są zdecydowanie nadreprezentowane). Toteż i tę pozycję chętnie bym przeczytała.

Fascynujący wgląd w niezwykły świat ptaków i to, jaki wkład wnoszą w nasze życie.
Ptaki to jedyne z dzikich stworzeń, z którymi łączą nas tak wyjątkowe relacje. Są praktycznie wszędzie, towarzyszą nam na każdym kroku, a my uwielbiamy je obserwować, słuchać ich śpiewu, karmić je, a nawet z nimi rozmawiać. Ptaki, jak twierdzi Jim Robbins, szczególnie wzmacniają naszą więź z otaczającym światem. Ta książka nie jest zwykłym zbiorem informacji o kolejnych gatunkach ptaków, to wciągające i dające do myślenia opowieści, w których rzetelną wiedzę ubarwiają anegdoty.
Czy wiedzieliście, że…
• kruki tworzą społeczności kierujące się podobnymi zasadami jak nasze, a te z nich, które mają wielu sprzymierzeńców, odznaczają się wyższym statusem i cieszą się szczególnymi prawami
• gawrony potrafią na kilka lat zapamiętać twarz człowieka,
który wyrządził im krzywdę – bądźcie więc dla nich mili
• gołębie rutynowo
wypadają lepiej niż ludzie w teście Eysencka • sikorki porozumiewają się w sposób uważany przez naukowców za najbardziej wyrafinowany język w świecie zwierząt
• kury są czczone w wielu kulturach jako symbol płodności, a koguty – męskości
• afrykańska szara papuga potrafi liczyć do sześciu?
Oto wielobarwny świat, wart naszej szczególnej uwagi i ochrony.


"Architekci natury" Mario Ludwig
4 kwietnia

Kolejna książka z nurtu "eko", raczej z tych popularnonaukowych, ale jestem jej ciekawa, głównie ze względu na niewyeksploatowaną jeszcze tematykę. Plusem jest fakt, że nie ma żadnej tajemnicy czy inszego sekretu w tytule.

Ta książka sprawi, że na zwykłe mrowisko spojrzysz jak na najwspanialsze dzieło sztuki.
Czy wiesz, że Wielki Mur Chiński to nie jedyny obiekt widziany z kosmosu? Drugim jest Wielka Rafa Koralowa, wzniesiona przez biliony małych koralowców.
Okazuje się, że zwierzęta też kopią, murują, sklejają, zszywają i splatają. Bez użycia jakichkolwiek narzędzi tworzą niesamowite budowle: kawalerki, napowietrzne pałace, podziemne metropolie, potężne drapacze chmur, więzienia, kampery.
To nie wszystko… Tworzą też meble. Orangutany budują w koronach drzew niebywale wytrzymałe łóżka, które są w stanie utrzymać te prawie 100 -kilogramowe ssaki. I robią to prawie codziennie.
Zwierzęta budowniczowie są inspiracją dla wielu pokoleń architektów. Nawet klimatyzacja nowoczesnych wieżowców wzorowana jest na pomyśle wykorzystywanym w wieżach afrykańskiego termita.
Książki Dr Mario Ludwiga, niemieckiego przyrodnika celebryty czyta się tak dobrze, jak słucha głosu Krystyny Czubówny.


"Vaterland" Robert Harris
4 kwietnia

Książka ląduje tu w ramach przypomnienia o wznowieniu - gdybym ją czytała (bo mam od kogo pożyczyć starsze wydanie), byłaby w dodatkowych, no ale nie czytałam. Jest to pozycja zaliczana do absolutnej klasyki historii alternatywnej i kiedyś z pewnością ją przeczytam. Kiedyś.

Na szczęście to tylko fikcja…
Rok 1964. Niemcy przed dwudziestu laty wygrały wojnę. Trzecia Rzesza sięga Uralu.
Berlin żyje zbliżającymi się 75. urodzinami Hitlera i spodziewaną wizytą amerykańskiego prezydenta Kennedy’ego. Cała policja jest postawiona w stan gotowości.
W takiej atmosferze inspektor Kriminalpolizei, Xavier March, prowadzi dochodzenie w sprawie zwłok znalezionych na brzegu podmiejskiego jeziora. Kiedy jednak okazuje się, że chodzi o wysokiej rangi nazistowskiego funkcjonariusza,  zostaje natychmiast  odsunięty od śledztwa. Nieprzekonany do narodowego socjalizmu, nie zamierza jednak rezygnować, choć Gestapo obserwuje każdy jego krok.
Z pomocą amerykańskiej dziennikarki Xavier odkrywa szokujące dokumenty, które całkowicie zmienią obraz Wielkiej Rzeszy w oczach Zachodu.
Zakładając, że uda mu się przeżyć na tyle długo, by pokazać je światu.


"Kroniki kota podróżnika" Hiro Arikawa
5 kwietnia

Książki o kotach zawsze na propsie. A ta dodatkowo jest jeszcze o Japonii, więc jest na propsie podwójnym.

Młody mężczyzna z powodu „zaistniałej sytuacji” szuka nowego domu dla swojego kota. Odwiedza w tym celu przyjaciół w różnych częściach kraju. Realna podróż zamienia się w podróż do świata wspomnień. Opowieść, pełna psychologicznych obserwacji dotyczących zarówno ludzi, jak i zwierząt, jest również historią miłości człowieka i kota. Życie jest podróżą – zauważa kot – a każdej podróży towarzyszą pożegnania. Książka wzrusza i przywraca wiarę w miłość.
Nie tylko dla właścicieli czworonogów.

"Życie i czasy Mistrza Haxerlina" Jacek Wróbel
6 kwietnia

Poprzednie opowiadania Jacka Wróbla o jego sztandarowym bohaterze czytało mi się całkiem przyjemnie, więc nie mam oporów, żeby poczytać więcej. Choć nie powiem, chętnie bym zobaczyła, jak autor daje sobie radę w innym settingu.

Każda historia ma swój początek, a każdy przedsiębiorca musiał od czegoś zaczynać.
Fabrykowanie artefaktów to nie bułka z masłem.
Zanim Mistrz Haxerlin rozkręcił swój „czarodziejski” interes i zaczął regularnie wpadać w tarapaty, wiódł poczciwy żywot studenta Collegium Magicum, gdzie o kłopoty równie łatwo jak na szlaku.
Jakie zagrożenie czyha w murach uczelni? Czy spryt wygra w starciu z mrocznymi siłami? I przede wszystkim: czy Mistrz Haxerlin zaliczy drugi semestr?!
Starcie z Kaosem, tajemnica starego kevlarskiego cmentarza, intrygi Czarnocieni i wywrotowa poezja. Wszystko to w kolejnej odsłonie przygód Mistrza Haxerlina!


"Jak zatrzymać czas" Matt Haig
16 kwietnia

Szczerze mówiąc, nie mam jakichś szczególnych oczekiwań względem tej ksiązki, ale pomysł na fabułę wydaje mi się interesujący.

Tom Hazard posiada niebezpieczny sekret. Choć wygląda na przeciętnego 41-latka, cierpi na rzadką przypadłość, wskutek której żyje już całe stulecia. Tom przeżył kawał historii – występując z Szekspirem, eksplorując odległe morza z kapitanem Cookiem i pijąc koktajle z Fitzgeraldem. Teraz pragnie już tylko zwyczajnego życia.
Tom wraca do Londynu, swojego dawnego domu, aby zostać nauczycielem historii w liceum. Jest to idealne zajęcie dla kogoś, kto osobiście był świadkiem wielu istotnych wydarzeń z dziejów świata. Co więcej, urzekająca nauczycielka francuskiego z tej samej szkoły zdaje się być nim zafascynowana. Ale Stowarzyszenie Albatrosów, sekretna grupa, która chroni ludzi takich jak Tom, ma jedną zasadę: nigdy się nie zakochuj. Bolesne wspomnienia z przeszłości i nieobliczalne zachowanie czujnego przywódcy Stowarzyszenia zagrażają wykolejeniem się zarówno nowego życia, a jedyna rzecz, na którą Tom nie może sobie pozwolić, jest zarazem tym, co może go ocalić. Będzie musiał raz na zawsze zdecydować, czy utknie w przeszłości, czy wreszcie zacznie żyć teraźniejszością.
Jak zatrzymać czas to głęboko ludzka, szalenie oryginalna powieść o utracie i odnajdywaniu siebie, nieuchronności zmian oraz o tym, jak odnaleźć szczęście.


"Fantazmaty" tom 1
16 kwietnia

Pamiętacie "Geniuszy fantastyki", darmową, potężną antologię, która do tej pory można pobrać w sieci? Otóż doczekała się duchowego następcy. Pierwsza część "Fantazmatów" będzie dostępna już od 16 kwietnia - i niektóre opowiadania są naprawdę bardzo dobre.

Książka, którą zaraz przeczytasz, zrodziła się z czystej pasji. Pierwszy tom Fantazmatów to projekt non-profit, przygotowany w całości przez wolontariuszy, chcących przybliżyć czytelnikom polską fantastykę od jej najlepszej strony. Obok znanych i lubianych twórców, takich jak Agnieszka Hałas, Magdalena Kucenty, Paweł Majka czy Andrzej Sawicki, w antologii znalazły się także konkursowe prace piątki autorów, znajdujących się dopiero na początku literackiej drogi. Usiądź wygodnie i przygotuj się na niezapomnianą podróż po planach astralnych, równoległych światach, dalekich krajach i do… sąsiedniego miasta. Twoimi towarzyszami będą śmiech i wzruszenie, magia i nauka, realizm i fantazja. Przede wszystkim jednak czeka cię dobra zabawa.

"Człowiek, który wspinał się na drzewa" James Aldred
17 kwietnia

Kolejna pozycja z ekoliteratury, ale tym razem od innej strony. Zastanawialiście się kiedyś, jak kręci się te wszystkie małpy w gałęziach drzew czy orle gniazd, które potem tak fajnie wyglądają w filmach dokumentalnych? Otóż ktoś musi z kamerą wleźć na drzewo i ten materiał nakręcić. Często tym kimś jest właśnie James Aldred. I jakkolwiek częściej interesuje mnie w książkach przyroda, a nie ludzie wokół niej, tak tutaj temat jest na tyle nietuzinkowy, że i człowieka postaram się znieść.

Reportażysta i dokumentalista BBC o pasji, odwadze i spełnianiu marzeń!
Jak to jest, znaleźć się na czubku figowca dusiciela na Borneo? Albo wisieć na linie w rynsztunku bojowym, aby sfilmować gniazdo harpii w Wenezueli? Albo wspinać się bez asekuracji w Kongu, żeby zobaczyć coś więcej niż słonie i goryle na dnie lasu? Albo spać w hamaku rozpiętym na wierzchołku eukaliptusa w Australii, ponad osiemdziesiąt metrów nad ziemią?
Dla Jamesa Aldreda wspinaczka po drzewach jest nie tylko profesją i źródłem utrzymania, ale i ogromną życiową pasją. Dorastał na skraju New Forest w południowej Anglii i już od wczesnego dzieciństwa uwielbiał przyrodę, szczególnie drzewa. Nic więc dziwnego, że zajął się arborystyką, a potem fotografią i filmem przyrodniczym, dołączając między innymi do ekip realizatorskich Davida Attenborough.
Wspomnienia Aldreda znakomicie oddają głęboką miłość do dzikiej i nieokiełznanej przyrody.


"Niedźwiedź i słowik" Katherine Arden
18 kwietnia

Książkę obsypali nagrodami użytkownicy Goodreaders, a i w Polsce ma kilku fanów, myślę więc, ze warto byłoby się nad nią pochylić. (Choć do polskiej okładki nie jestem przekonana. Aczkolwiek jestem wstanie domyślić się, jaki zamysł za nią stał).

W Rusi, na skraju pustkowia, zima trwa większą część roku, a podczas długich wieczorów Wasilisa i jej rodzeństwo lubią siadać razem przy piecu i słuchać bajek, które opowiada im niania. Wasia uwielbia zwłaszcza bajkę o Mrozie, błękitnookim demonie zimy. Mądrzy Rosjanie boją się go, gdyż zabiera zbłąkane dusze, szanują także duchy chroniące ich domostw przed złem.
Pewnego dnia owdowiały ojciec Wasi przywozi z Moskwy nową żonę, Annę. Fanatycznie nabożna macocha Wasi zakazuje rodzinie składać ofiary domowym duchom, chociaż Wasia obawia się, co wyniknie z takiej postawy. I rzeczywiście na wioskę zaczynają spadać kolejne nieszczęścia.
Jednak surowość macochy tylko się nasila. Anna z uporem wprowadza w wiosce swoje porządki, a zbuntowaną pasierbicę postanawia albo wydać za mąż, albo wysłać do klasztoru. Gdy wioska staje się coraz bardziej bezbronna, a zło z lasu podkrada się coraz bliżej, Wasilisa musi przywołać swoją, skrywaną dotąd, magiczną moc – by obronić rodzinę przed niebezpieczeństwem rodem z najbardziej przerażających bajek starej niani.
Cudowna wyprawa do średniowiecznej Rusi, gdzie magia jest częścią codziennego życia.


Dodatkowo 

"Dom Wschodzącego Słońca" Aleksandra Janusz
4 kwietnia

Wznowienie debiutanckiej powieści jednaj z autorek Hardej Hordy - nawet mam jakąś antyczną notkę na temat na blogu, ale nie jestem z niej dumna, więc kto ciekawy, niech sam sobie znajdzie (notka zbyt pochwalna nie była, ale zważywszy, jak łanie później się autorka rozwinęła, można zobaczyć, od czego zaczynała).

Gdy jest się szkolnym outsiderem, nic nie wydaje się proste. Dla Eunice Wight rzeczywistość okaże jeszcze bardziej skomplikowana, gdy za sprawą tajemniczej gry komputerowej odkryje, że świat, który ją otacza, to tylko część prawdy. W mieście bowiem, poza zwykłymi mieszkańcami, można spotkać wampiry, gargulce i potwory z sennych koszmarów. Eunice przekonuje się, że świat magii i baśni istnieje naprawdę, a ona sama jest trzynastym magiem Domu Wschodzącego Słońca. W mieście pojawia się jednak tajemniczy przybysz, a mieszkańcom Farewell grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Przy pomocy geniusza informatyki Tima Hawkinsa, gwiazdy rocka Gabriela Shade'a i mistrza szermierki Lloyda Darka oraz tajemniczego Krzysztofa podróżnika i zakonnicy Wiktorii Eunice stanie ramię w ramię, by zawalczyć o Świat Opowieści, którego w końcu stała się częścią.

"Player one" Ernest Cline
4 kwietnia

Powieść wznowiona przy okazji filmu, wcześniej wydawana u nas przez Amber. I właśnie to amberowskie wydanie (z IMO o niebo lepsza okładką) mam w domu. Przekład zdaje się jest ten sam. Wspominam tę książeczkę bardzo sympatycznie, więc odnotowuję fakt jej ponownego pojawienia się na rynku, a nóż ktoś będzie chciał przeczytać.

Film w reżyserii Stevena Spielberga 6 kwietnia 2018 w polskich kinach!
Bestsellerowa powieść, która stała się już klasykiem swojego gatunku.
Jest rok 2045. Ziemia jest okropnym miejscem. Zasoby ropy się wyczerpały. Klimat się rozregulował. Na planecie panują głód, bieda i choroby. Większość ludzi ucieka od przytłaczającej rzeczywistości, prowadząc wirtualne życie
w OASIS, pełnej rozmachu utopii online, gdzie można być, kim się chce i spokojnie funkcjonować, grać i zakochiwać się na jednej z tysiąca planet. Wade Watts żyje w OASIS od wczesnego dzieciństwa i podobnie jak wielu innych, ma obsesję na punkcie Miedzianego Klucza, cyfrowego „wielkanocnego jajka”, ukrytego gdzieś głęboko w cyfrowej rzeczywistości. Schował go przed śmiercią tam założyciel OASIS, James Halliday, multimiliarder.
Ten, kto go znajdzie, odziedziczy jego majątek i przejmie kontrolę nad grą.
Przez całe lata miliony ludzi próbowały odnaleźć ten skarb; jedyną wskazówką była wiedza, że prowadzące do celu zagadki są oparte na kulturze masowej końca XX wieku. Ale to właśnie Wade natrafia na klucz do pierwszego zadania i nagle odkrywa, że w desperackim wyścigu po największą nagrodę przeciwko sobie ma tysiące konkurentów. Ta coraz bardziej zaciekła rywalizacja wkrótce przenosi się z OASIS do świata rzeczywistego…

środa, 4 kwietnia 2018

Wyniki konkursu z "Ptakologią"

Nadszedł odpowiedni czas - czas ogłoszenia wyników konkursu. Konkursu, w którym, przypomnijmy, do wygrania była "Ptakologia" Sy Montgomery. Nie przedłużając, wygrywa:

Kochajmy Książki

za odważną chęć zostania bezpretensjonalnie różowym flamingiem.

Tak brzmiał zwycięski komentarz:

Chciałabym być flamingiem ;) Jest nie tylko piękny, ale i majestatyczny. Wystarczy na niego spojrzeć, a już budzą się w człowieku same dobre skojarzenia ;)

Niedługo skontaktuję się ze zwyciężczynią, zaś wszystkim pozostałym uczestniczkom dziękuję za wzięcie udziału. :)

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Stosik #102

W tym miesiącu nie udało mi się zachować zdrowego umiaru i trochę zaszalałam - zarówno zakupowo, jak i recenzencko (a to i tak w sumie nie wszystko, brakuje przedpremierowych ebooków od Papierowego Księżyca, bo jeszcze ich nie przeformatowałam na Kundla do zdjęć. Będą w przyszłym miesiącu). Dlatego też stos trzeba było podzielić na dwie sekcje.


Część lewa to zakupy własne i rzeczy przywleczone z biblioteki. Tych z biblioteki jest trzy i to górne pozycje, wszystkie wzięte mniej lub bardziej spontanicznie. "Podróż ludzi księgi" - bo akurat tego dnia zobaczyłam, że Tokarczuk została nominowana do prestiżowej nagrody, a "Bieguni" stojący obok na półce wydali mi się zbyt grubi (poza tym książka jest oparta na motywie tarota - lubimy to. My, Moreni). "Hotel dla twoich rzeczy" Jagiełło wzięłam głównie dlatego, że poprzednia książka z tej serii Czarnego, jaką czytałam, zrobiła na mnie całkiem dobre wrażenie. A "Złodziejka książek" znalazła się tu dlatego, że akurat była w bibliotece, więc uznałam, że to odpowiednia chwila, żeby spróbować ten hicior przeczytać.

Pod nimi coś, o co chyba nikt by mnie nie podejrzewał, czyli "Wezwał nas honor". Możecie to potraktować jako zapowiedź kolejnego odcinka podcastu, w którym będziemy grupowo wychodziły ze swojej strefy komfortu. Właśnie zabieram się za lekturę, trzymajcie kciuki.

Dalej mamy już same zakupy oczywiste - "Umysł kruka", bo Menażeria, "Endymion", bo Artefakty. "Bystre zwierzę" wzięłam w ramach kupienia czasem książki kompletnie od tak, spontanicznie. A "Walden" z kolei kupiłam, bo to ponoć kamień węgielny anglosaskiej ekoliteratury (a przynajmniej co drugi pisarz nurtu zdaje się do niego odnosić). Na razie przekartkowałam wstęp, co trochę zmniejszyło mój entuzjazm... ale nie poddawajmy się uprzedzeniom.

Po prawej zaś mamy same egzemplarze recenzenckie. Na samej górze "Wiedźma naczelna" Olgi Gromyko - trzeci tom "Kronik berolskich", do którego to cyklu mam zadziwiającą słabość. Już przeczytany, czeka na zrecenzowanie. Od Papierowego Księżyca. "Wilczycę" z kolei otrzymałam od Otwartego i mam zamiar porównać ją z "Wilkiem zwanym Romeo", czytanym jakiś czas temu, bo tematyka wręcz bliźniacza.

Dalej "Łąka" od Marginesów, czyli kolejny tom serii EKO. Poprzednia książka autora bardzo mi się podobała, więc jestem dobrej myśli. "Misterium życia zwierząt" dostałam z kolei od Amberu i chociaż tytuł wywołuje zgrzytanie zębów (popastwię się nad nim jeszcze w recce), to sama książka jest wydana bardzo solidnie - twarda oprawa, dwóch korektorów i nawet konsultant naukowy (co jest niestety nie tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać)!

Niżej trzy pozycje od Maga. "Pułapkę czasu" już przeczytałam, niedługo będzie recka. "Matka Edenu" to jedno z nielicznych odstępstw od reguły, że nie biorę UW do recenzji (wyjątkami są też Shepard i Swanwick, jakby kto pytał) - liczę na wspaniałą lekturę. "Legion płomienia" to kolejny must have. Pierwszy tom bardzo mi się spodobał (choć nie był pozbawiony wad), więc i drugi muszę przeczytać. Choć okładka jest nie dość, że kompletnie odczapista, to paskudna (tym bardziej, że obie przedstawiają ten sam gatunek smoka).

A na samym dole nowe, lepsze wydanie "Zadry" Piskorskiego, od Wydawnictwa Literackiego. Zmieniony względem poprzedniego tak, żeby lepiej zgrywał się z "Czterdzieści i cztery", ale jak dokładnie, to nie porównam - nie mam już starej wersji.

wtorek, 27 marca 2018

[KONKURS] Wygraj "Ptakologię"!

Uwaga, uwaga, rzadkie zjawisko na blogasku, czyli konkurs! Tym razem, dzięki uprzejmości wydawnictwa Marginesy można wygrać egzemplarz "Ptakologii" Sy Montgomery, o której ostatnio pisałam. 

Ponieważ urocze zwierzątka zawsze mają lepsze zasięgi niż książki, z nagrodą pozuje Ahsoka
(oczywiście nie jest częścią wygranej :P )
Fajna książka, naprawdę warto - zwłaszcza, jeśli jesteście miłośnikami przyrody, tudzież lubicie czytać o ludzkim stosunku do tejże. Aby wziąć udział w konkursie należy odpowiedzieć na jedno proste pytanie:

Jakim ptakiem chciał(a)byś być i dlaczego?

Autor lub autorka subiektywnie wybranej przeze mnie najciekawszej odpowiedzi zostanie nowym właścicielem "Ptakologii".:)

A tutaj najważniejsze fakty w formie regulaminu:
  1. Organizatorem konkursu jestem ja, czyli autorka niniejszego bloga.
  2. Konkurs trwa od 27.03.2018r. do 02.04.2018r. do godziny 23.59. Wyniki zostaną ogłoszone 04.04.2018r.
  3. Nagrodą jest egzemplarz "Ptakologii" Sy Montgomery.
  4. Aby zgłosić się do konkursu należy zostawić pod tym postem komentarz zawierający:
    - odpowiedź na pytanie konkursowe
    - adres email
  5. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest posiadanie adresu korespondencyjnego na terenie Polski.
  6. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie mojej subiektywnej i nieodwołalnej decyzji.
  7.  Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową. Na odpowiedź czekam tydzień, jeśli jej nie otrzymam, skontaktuję się z kolejnym uczestnikiem.
Dodatkowo byłoby miło, gdybyście udostępnili informację o konkursie na swoich fanpage'ach i polubili fanpage blogaska, ale nie jest to obowiązkowe.

Powodzenia! :)

sobota, 24 marca 2018

"Ptakologia" Sy Montgomery


Śmiem twierdzić, że książki o ptakach to jeden z trzech głównych filarów literatury z nurtu eko (obok książek o miejscach i o psach i kotach). Dlatego w gruncie rzeczy zakasujące jest, że seria EKO od Marginesów jeszcze swojej nie miała (to w ogóle bardzo zróżnicowana seria i oryginalna w doborze tematyki, nie tak jak niektórzy – Menażeria, wstań jak do ciebie mówię!). Czas najwyższy było naprawić to niedopatrzenie. Niedawno nakładem wydawnictwa ukazała się „Ptakologia” Sy Montgomery.

Autorka w serii pojawiała się już dwukrotnie i mnie zdecydowanie bardziej spodobała się, kiedy skupiała się na zwierzętach, a nie na podróżach. Dlatego też miałam nadzieję, że w „Ptakologii” w centrum dalej pozostaną zwierzęta i na szczęście się nie zawiodłam. Montgomery prezentuje nam kilka tekstów (na poły esejów, na poły reportaży, choć a przewagą tego drugiego), które łączy wspólny motyw ptaków oraz ludzi, dla których stały się pasją i/lub sposobem na życie.

Rozrzut jest zaskakująco duży – mamy bowiem opowieść z własnego podwórka Sy o jej kurach, mamy długi rozdział o miłośnikach wyścigów gołębi pocztowych i ich ptakach, mamy relację z odchowania osieroconych piskląt kolibra oraz opowieść zawodowej sokolniczki (a to bynajmniej nie koniec listy). Najbardziej zaskoczyło mnie, że pisarka potrafiła równie ciekawie pisać o zwierzętach, co o ich ludziach. Z doświadczenia wiem, że wcale nie jest to łatwe i większość autorów (przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu) ma problem ze znalezieniem równowagi. Ale dla Montgomery ludzie i zwierzęta którym poświęcają życie to zawsze jedna opowieść, w której żadnego bohatera nie można faworyzować. Ptaki drapieżne mają silne i obce osobowości, więc ich przewodniczka musi być równie silna, choć już niekoniecznie nieprzystępna. Kolibry są delikatnymi ptaszkami wymagającymi niewyobrażalnego reżimu od zajmującej się nimi osoby, więc wolontariuszka zajmująca się nimi okazuje się wyjątkowo zorganizowana, ale przy tym ciepła i uczuciowa (a w tej opowieści nie brakuje dramatycznych zwrotów akcji). A miłośnicy gołębi na przekór światu kochają ptaki, których wszyscy zdają się nienawidzić.

Językowo to chyba najlepsza jak dotąd książka autorki, co w sumie nie dziwi, bo najnowsza spośród wydanych u nas. Swoją drogą, czytając kolejne książki Montgomery doskonale widać, jak rozwija się jej warsztat pisarski – trafiło mi się czytać je w kolejności napisania (która nie pokrywa się z kolejnością polskich wydań) i najnowsza okazuje się tez najlepiej napisana. Może nie do końca pasują mi skłonności autorki do szukania poetyckich metafor (choć same metafory nie są złe ani uciążliwe), ale w „Ptakologii” widać, jak rozwinęła umiejętność komponowania tekstów, budowania napięcia i tworzenia niezwykle celnych opisów. Oby tak dalej.

Przyznam, że z książki na książkę pisarstwo Sy Montgomery podoba mi się coraz bardziej. Mam nadzieję, że jeszcze coś z jej dorobku zostanie u nas wydane (nie jest to chyba nadzieja całkiem płonna: na skrzydełku którejś z poprzednich książek z serii EKO w zapowiedziach widniała pozycja o ośmiornicach). Chętnie przeczytam.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.

Tytuł: Ptakologia
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: Birdology
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2018
Stron: 412

poniedziałek, 19 marca 2018

[Piąteczka] Jednoczęściowa fantasy


Nadszedł czas na kolejną Piąteczkę. Tym razem postanowiłam postawić na tematykę, z która od lat mój blogasek jest kojarzony – czyli fantastykę, a konkretnie fantasy. Jak wiadomo, jest to gatunek, który stoi cyklami: 99% powieści jest planowanych tak, aby w razie sporego zainteresowania czytelników dało się dopisać jakąś kontynuację (a sporo tych, co do których kontynuacji początkowo nie planowano i tak po latach się jej doczekuje). To może odstraszać ludzi, którzy przychodzą z mainstreamu i trochę ich przerasta perspektywa przeczytania x tomów, żeby dotrzeć do końca historii.

Dlatego też postanowiłam podać Wam listę pięciu książek fantasy, które są zamkniętymi całościami. Trochę musiałam się nagimnastykować, żeby wyłuskać je spośród przeczytanych (znacznie łatwiej byłoby z science fiction), bo to rzadkość wielka (choć wybór i tak był trudny, bo jednak znalazłam nieco więcej świetnych lektur niż pięć). Kolejność oczywiście przypadkowa.


„Nigdziebądź” Neil Gaiman 

Pierwsza książka Gaimana, jaką przeczytałam, jeszcze w wydaniu z magowej serii „Andrzej Sapkowski poleca”. Zrodziła we mnie zachwyt nad prozą Gaimana (dopiero kilka tytułów później przekonałam się, że przekonanie o jego wszechwybitności jest cokolwiek przesadzone). Uważam, że to doskonały przykład urban fantasy – świetnie napisany, trochę niesamowity, ale nie na tyle, żeby ktokolwiek mógł się od niego odbić. Idealna rzecz, jeśli ktoś chce sprawdzić, czy urban fantasy w ogóle mu się spodoba.

„Księżyc i słońce” Vonda N. McIntyre

Jedna z najbardziej kobiecych powieści fantasy, jaką kiedykolwiek przeczytałam, a jednocześnie chyba jedyna fantasy historyczna, która mnie nie wynudziła. Rzecz dzieje się na dworze Ludwika XIV, Króla Słońce, pod koniec jego życia. Mamy tu motyw trochę jak z „Kształtu wody” - schwytany wodny potwór nawiązuje więź z młodą dwórką. Tyle że potwór jest płci żeńskiej, a więzi brak zabarwienia miłosnego. Och, oczywiście jest wątek romansowy, ale nieistotny – na pierwszy plan wysuwają się opisy życia codziennego w wersalu z perspektywy kobiet, próba dostrzeżenia człowieczeństwa w rozumnej istocie, której gatunek ludzie od lat traktują jak głupie zwierzęta tylko dlatego, że nie są w stanie zrozumieć ich mowy, starcie dwóch obcych kultur i odkrywanie przez młodą dziewczynę, że świat nie jest tak czarno-biały, jakby sobie tego życzyła. Z tym, że akcja jest bardzo statyczna – jeśli ktoś liczy na pojedynki i pościgi, to się zawiedzie. Ale miłośnicy rozdrapywania emocjonalności i psychologii bohaterów będą zadowoleni.

„Wodnikowe Wzgórze” Richard Adams

Przyznam szczerze, że to moja ulubiona powieść spośród zestawienia. Co prawda to typowe fantasy z questem: mamy tutaj wybrańca otrzymującego misję, który przed wyruszeniem w drogę zbiera drużynę, by razem z nią przeżyć wiele przygód, pozwalających mu dojrzeć do postawionego przed nim wyzwania. Och, zapominałam o jednej rzeczy: wszyscy są królikami. Mają też swoja wiarę i mitologię. Śmiem twierdzić, że „Wodnikowe Wzgórze” dla animal fantasy było tym, czym „Władca pierścieni” dla fantasy w ogóle. W wielu powieściach i seriach z tego nurtu słychać wyraźne echo prozy Adamsa. No i och, jak to się czyta! Jak trzyma w napięciu! Az nabrałam ochoty na relekturę...

„Cyrk Nocy” Erine Morgenstern

To z kolei pozycja z pogranicza fantasy i realizmu magicznego, o niepowtarzalnym klimacie. Zaczyna się od pojedynku magów, a kończy dość nietypowym romansem. Ale wszystko to dzieje się w tle, tak naprawdę głównym bohaterem jest tytułowy cyrk – plac bitwy, na którym odbywa się pojedynek. Bynajmniej nie na fireballe, ale na atrakcje. Na to, czyj nowy wynalazek przyciągnie więcej zwiedzających, czyje gwiazd wykonają bardziej zapierający dech w piersiach numer. A wszystko to opisane niezwykle plastycznie, w niepowtarzalnym klimacie, subtelnie i magicznie.

„Golem i Dżin” Helene Wecker

To właściwie powieść obyczajowa – historia dwóch magicznych istot wyrwanych z przynależnej im niszy i wrzuconych do Nowego Jorku przełomu wieków (XIX i XX). Autorka opowiada nam o samotności, próbie odnalezienia się w obcym świecie, zderzeniu dwóch bardzo różnych osobowości, ale także o jednym z największych miast świata u progu dwudziestego wieku – mieście możliwości i szans, ale także niebezpieczeństw. Powieść jest bardzo kameralna, ale autorka świetnie radzi sobie z budowaniem klimatu i konstruowaniem postaci (i tak, właśnie tworzy się drugi tom książki. Ale jeszcze nie wyszedł, więc się nie liczy).

A Wy? Znacie jakieś fajne, samodzielne fantasy?

sobota, 17 marca 2018

"Pośród cieni" Agnieszka Hałas


Drugi tom (jeszcze) trylogii o Krzyczącym w Ciemności przeczytałam już jakiś czas temu i najwyższa pora napisać o nim kilka słów, zwłaszcza, że na stosie do pilnej lektury zalega już tom trzeci. Lektura utwierdziła mnie przede wszystkim w przekonaniu, że błędem było wydawanie „Dwóch kart” i „Pośród cieni” jako osobnych książek. Fabularnie jest to jedna opowieść (może z niekoniecznie liniową fabułą, ale wciąż), a drugi tom zamyka wiele wątków, które w pierwszym pozostały ordynarnie otwarte.

Krzyczący ciągle gnieździ się w swojej przytulnej norce w podziemiach Shan Vaola – niedawne wydarzenia pozostawiły go dość mocno poturbowanym, ale w gruncie rzeczy niezmienionym i ka'ira ciągle łudzi się, że będzie mogło być po staremu. Tymczasem ktoś obrał sobie za punkt honoru upolowanie naszego czarnego maga. W dodatku młode dziewczęta będą potrzebować pomocy, a zapomniana przeszłość zacznie się powoli ujawniać...

Moim głównym problemem z Krzyczącym w Ciemności jest fakt, że to bohater w gruncie rzeczy bierny. Choć może powinnam raczej powiedzieć: reaktywny, a nie aktywny. W poprzednim tomie mogliśmy to składać na karb narracji – toczyła się obok głównego bohatera, pokazując go nieco z boku i nie dając czytelnikowi wielkiego wglądu w jego motywacje. W „Pośród cieni” perspektywa się zmienia i czytelnik może obcować z Krzyczącym bliżej. I tak obcując bliżej odniosłam wrażenie, że to postać rozpaczliwie pragnąca zachować status quo, jeśli tylko jest ono dla niej względnie wygodne. Woli kisić się w zatęchłych kryptach, choć mógłby zbudować sobie znacznie przyjemniejszą enklawę w Sferach i dopiero atak na jego piwniczne lokum skłania go do podjęcia wysiłku. Podobnie z próbami odzyskania wspomnień – zaczyna je podejmować dopiero wtedy, kiedy pojawiają się męczące koszmary. Tak typowy przykład „nie chcem, ale muszem”. Choć trzeba autorce oddać, że tym razem Brune „musiał” dość często. (I tak go lubię. Ale za zgoła inne rzeczy)

Może przez kontrast (a może nie), znacznie ciekawiej prezentują się czarodziejki płci żeńskiej, po obu stronach magicznej barykady. Dynamicznie rozwijają się wątki dwóch młodych dziewcząt, które na chwilę pojawiły się w „Dwóch kartach”, i których życie dramatycznie się zmienia z przyczyn od nich niezależnych, by w końcu wylądowały u tej samej mentorki. Co prawda panienki niewiele jeszcze miały okazję zaprezentować, ale obiecująco się zapowiadają (i nawet Brune w ich wątkach wydaje się jakiś bardziej zaangażowany). Równie dobrze wypada ich mentorka, która zyskuje w toku powieści nieco głębi (i w sumie podoba mi się kierunek w jakim zmierza ta postać). No i jest jeszcze pewna demonica, o niebagatelnym znaczeniu dla Krzyczącego i jego utraconej tożsamości.

Sama fabuła tym razem jest bardziej standardowa – nabiera liniowości. Brune zaczyna szukać swoich utraconych wspomnień, a przy okazji przytrafia mu się kilka starć z wrażymi siłami i kilka damseli do wyratowania z distresów. Wydaje i się, że czytelnicy, którzy poprzednio narzekali na zbytnie rozmycie wątków, powinni być zadowoleni.

I tak – jako kontynuacja „Pośród cieni” jest satysfakcjonujące. Cierpi trochę na syndrom drugiego tomu, bo zajmuje się głównie rozwijaniem wątków zasygnalizowanych w „Dwóch kartach”, ale taki już los kolejnych części. Przynajmniej okazał się na tyle dobrym rozwinięciem, że bardzo chętnie sięgnę po następny tom.

Tytuł: Pośród ceni
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2017
Stron: 348

wtorek, 13 marca 2018

"Skrzydła Ognia: Najjaśniejsza noc" Tui T. Sutherland

Wreszcie doczekaliśmy się zamknięcia pięcioksięgu o Smoczętach Przeznaczenia. To znaczy, zakończyliśmy główną historie pięciu smocząt z przepowiedni, bo jak dotąd autorka już zdążyła natłuc kolejne pięć tomów kontynuacji (tym razem głównym bohaterem każdego czyniąc postacie drugoplanowe głównej serii; chyba mają to u nas wydawać. I tak, będę to dalej czytać). Ostatnia narratorką została Słoneczko, „wybrakowana” Piaskoskrzydła członkini ekipy. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa tego tomu, głównie dlatego, że narracja z punktu widzenia Słoneczka mogła być  nietypowa.

W zamieszaniu, jakie zostało wywołane ostatnimi wydarzeniami na wyspie Nocoskrzydłych, Słoneczko zostaje porwana. Udaje jej się co prawda uciec, ale poznawszy plany porywaczy, chce przeszkodzić w ich realizacji – w tym celu musi udać się na teren Piaskoskrzydłych. Czy idealistyczna, pogodna smoczyca bez szczególnych (żeby nie powiedzieć „żadnych”) umiejętności bojowych będzie w stanie dopiąć swego?

Tego tomu byłam ciekawa głównie dlatego, że tym razem narratorką miała być postać, której wcześniej prawie nie użyczano głosu. Słoneczko bowiem przez swoich przyjaciół była zawsze gremialnie ignorowana – łatwo ignorować kogoś, kto jest mały, cichy i wiecznie pogodny. Zwykle uważa się go za uroczego i niezbędnego dla równowagi w grupie, ale trochę bezużytecznego w chwilach, kiedy trzeba działać albo podejmować ważne decyzje. W „Najjasniejszej nocy” autorka na przykładzie Słoneczka pokazuje, jak bardzo frustrujące dla samego zainteresowanego może być tego typu podejście. Okazuje się, że mała smoczyca miałaby swoim przyjaciołom do zaoferowania znacznie więcej, niż mogliby podejrzewać – gdyby tylko dali jej dojść do słowa.

Słoneczko w czasie swojej samotnej przygody przechodzi swoistą przemianę. Teraz nadchodzi jej kolej na odnalezienie utraconej rodziny – dzięki temu bohaterka nabiera pewności siebie i może określić własne miejsce w świecie (poczucie tożsamości młodej smoczycy mocno ucierpiało na skutek rewelacji ujawnionych w poprzednim tomie). To subtelna przemiana, ale dzięki niej Słoneczko przestaje być ignorowana – uczy się, jak może przedstawiać własne racje tak, żeby ich wysłuchano. Młoda Piaskoskrzydła nie porzuca przy tym swojego idealizmu i pogody ducha – wręcz przeciwnie, łagodna natura i wrodzona skłonność do mediacji zamiast bijatyki sprawia, że nie tylko ocali własna skórę, ale też doprowadzi do finału całej tej kabały z przepowiednią.

Rozwiązanie głównego wątku fabularnego znajduję ciekawym – nie rozczarowałam się. Acz muszę przyznać, że od pewnego momentu rzeczy dzieją się zbyt szybko i rozwiązanie intrygi, która dojrzewała od pięciu tomów na właściwie kilkunastu stronach pozostawia pewien niedosyt. Można to było chyba trochę lepiej zrównoważyć.

Ogólnie „Skrzydła Ognia” to bardzo fajny cykl dla młodszego czytelnika. Polecam – gdybym miała jedenaście lat, byłabym zachwycona.


Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Skrzyła Ognia: Najjaśniejsza noc
Autor: Tui T. Sutherland
Tytuł oryginalny: Wings of Fire. Book Five: The Brightest Night
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Skrzydła Ognia
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2018
Stron: 294
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...